Relacje z wyjazdów - Polska

Zwardoń i okolice: Skalite, Czadca, Żilina, Koniaków... (2009)

Oj, udał nam się urlop! I to nie tylko pod względem pogody, która dopisała ale także miejsc, w które w tym roku się wybraliśmy!

Pojechaliśmy docelowo do Zwardonia tuż pod słowacką granicą - w trójkę czyli Ginia, ja i moja matka - do agroturystyki Kolyba/Dom Pod Wyciągiem. Pełna rewelka - a gospodarze przesympatyczni a i także szef jeździł z nami na Słowację wspólnie zwiedzać i ostatniego dnia ratował nas gdy uciekł nam ostatni pociąg z Milówki :) Polecamy, jeśli ktoś w tamte strony się wybiera: http://zwardon-kolosinscy.pl/

Już pierwszego dnia przyjazdu - a właściwie zerowego wieczorem :) korzystając z uroków strefy Schengen :D wybraliśmy się do przysiółka Skalite-Serafinov (tuż za granicą, prowadzi żółty szlak obok knajpki Snieżienka gdzie dają m.in. czapowaną kofolę i gdzie wracałem wieloktotnie podczas tego wyjazdu :D) celem obaczenia jak się mają połączenia kolejowe na Słowację - z samego Zwardonia nie warto bo jest drożej. Niestety nie było najlepiej w tym temacie ale jak czas pokazał daliśmy radę. Nazajutrz upał dał znać o sobie - wyprawa na Wielką Raczę skończyła się na Kikuli ale za to las obdarzył nas nieprzebraną ilością malin, poziomek i jagód, pod Kikulą było zupełnie jak pod Pilskiem jeśli chodzi o fioletowość krzaczków jagodowych :) Niestety po słowackiej stronie ma miejsce dość obfita zrywka drewna przez co część szlaku jest zryta ciężkim sprzętem i przez to momentami, zwłaszcza wzdłuż granicy jest dość błotniście i nieprzyjemnie - stojąca woda i zbutwiałe resztki kory dają smrodliwą woń która w upale staje się mało przyjemna. Podobna sytuacja ma miejsce pod Baranią Górą - gdy pod koniec pobytu wybraliśmy się tamże z Koniakowa, czarny szlak z Baraniej Góry do Milówki wygląda jak pobojowisko, jakby walczyły tam zagony czołgów. Czytałem w lokalnej prasie o ataku kornika i konieczności zrywki ale na ile to prawda (fakt, stały pułapki ferromonowe od czasu do czasu) a na ile po prostu wyręb lasu to ciężko ocenić. W każdym razie wygląda to koszmarnie, oznakowanie czarnego szlaku leży i kwiczy, nas ratowali lokalni jagodziarze wyprowadzając "na prostą" (niemniej przez nadłożenie drogi spóźniliśmy się w Kamesznicy na busa i docelowo na pociąg w Milówce - o połączeniach PKP i co ciekawe PKS z i do Zwardonia lepiej nie mówić bo jest to żenada po prostu) i na Baranią lepiej wchodzić z Koniakowa i via Przysłop a schodzić do Wisły. Buszowaliśmy też w samym Koniakowie, koronkowe stringi są tam dostępne praktycznie wszędzie u koronkarek w cenach niższych niż w internecie a i wybór jest przeogromny :) Fajna jest też Karczma Regionalna pod Ochodzitą (sama góra jest - jak to góra, nadajnik komórkowy, wyciąg nieczynny w lecie i kapliczka) gdzie podają najlepszą w Beskidach kwaśnicę. Zaprowadził nas tam spotkany na trasie... młody ksiądz, który podwiózł nas tam samochodem gdy zeszliśmy do przedmieść Koniakowa drogą nieoznakowaną gubiąc niebieski szlak przez kolejną zrywkę drewna - generalnie oznakowania szlaków w okolicach Zwardonia pozostawiają wiele do życzenia. Graliśmy też (i to z bitboxem :D) na trombicie i rogu w chacie regionalnej. Byliśmy też w Milówce na "Dniach Milówki" ale festyn z tej okazji był niestety typowy czyli dużo waty cukrowej i chińskich plastikowych i bardzo tandetnych zabawek a coraz mniej sztuki ludowej i mało muzyki - generalnie sceniczno-plenerowo prezentowali się strażacy a potem orkiestry strażackie i do Żywiołaka nie doczekaliśmy (na co wpływ miały też kiepskie połączenia). Sporo było plakatów nowej płyty Golców ale ich koncert był planowany dopiero jakoś w sierpniu i to w Żywcu. Sama Milówka - przyjemna, momentami trochę lanserska (czytaj: "modna" wśród Ślązaków :) i ma trochę dziwną ale na swój sposób ciekawą rzeźbę neo-Świętowita pod lokalną biblioteką.

barania gora 1 p1010157 

W Żywcu tym razem zwiedziliśmy otwarte kilka lat temu Muzeum Piwa - znajduje się w starych piwnicach browarnych. Jest bardzo ciekawe, trochę w klimacie Muzeum Powstania czyli nowocześnie i dużo multimediów. Można dotykać, robić zdjęcia a nawet zagrać w kręgle - całość rozpoczyna się "wehikułem czasu" od roku 1881 aż do czasów współczesnych. Jest stylizowany bar piwny sprzed I Wojny, z Międzywojnia, trochę klimacików PRLowskich (wycinki starych artykułów i kronik - w formie labiryntu) i bardzo sprawne oprowadzające. Zwiedza się w grupach wchodzących co pół godziny co ma sens bo rzeczywiście obsługa jest fachowa. Na koniec zwiedzania jest wliczona w koszta (bilet tani nie jest) degustacja piwa lub soku i Słowem: muzeum super - ale smak obecnego Żywca jest po prostu tragiczny (zwłaszcza po wcześniejszych degustacjach piw słowackich - nie podam marek bo to moja prywatna opinia a nie artykuł sponsorowany - mi się takie wrażenie nasiliło). Park miejski przywitał nas wysypanymi gresem uliczkami i szumem starych, zacnych dębów i znów nie zobaczyliśmy sklepiku z piernikami - może za trzecim razem się uda :) Na Słowację wybieraliśmy się wielokrotnie. Najpierw szef agroturystyki zaproponował nam wycieczkę do Vychylovki do skansenu budownictwa ludowego i kolejki wąskotorowej. Jest to świetnie zorganizowane połączenie skansenu właśnie (ze starym tartakiem, chatami, działającą karczmą, owczarnią, chatą pary młodej itp) z nieźle zachowaną trakcją 650 mm leśnej kolejki wąskotorowej o sporej różnicy wzniesień. Obecnie na części trasy jeździ skład turystyczny z epoki (w tym w weekendy parowozik, co prawda nie nasz kultowy pX-48 ale równie zacny) a i w zbiorach tamtejszej lokomotywowni zachowało się parę unikatów, w tym parowozik węgierski i niemiecki z II wojny. W Oravskim Podzamku nie było już sokolników ale za to otworzono nową wystawę etnograficzną a i miło było odświeżyć sobie w pamięci to co widzieliśmy kilka lat temu. Zamek nadal robi wrażenie i nadal ma ładne oprowadzające :) i ciekawe zbiory - w tym zbroje rycerskie, sztandary (w tym morawskie), portrety lokalnych władców, sporo entografii a nawet zabawki dziecięce z epoki. Żilina - to ciekawe i nie za duże miasto ale do zwiedzania w ciągu tygodnia. W weekendy sklepy i inne miejsca zamykają się dokładnie w południe i pierwszy raz gdy byliśmy w Żilinie w sobotę udało nam się obejrzeć na pół wymarły popołudniu ryneczek oraz mały ale jary i cały czas remontowany :) Zamek po drugiej stronie rzeki Wag. Przesympatyczna pani oprowadzająca pokazała nam wystawę etnograficzną poświęconą życiu miasta i podżilińskich wsi w XIX i na początku XX wieku a jako, że byliśmy turystami z Polski to pani mówiła powoli przez co doskonale zrozumieliśmy co nam pokazuje - od dawnych kądzieli aż po ciekawie rozwiązane pralki z lat 20-tych XX-wieku oraz zbiór strojów ludowych i miejskich, w tym różowy (!!!) strój swadziebny, który robił piorunujące wrażenie (i tłumaczy trochę popularność różu w dzisiejszej kulturze wiejskiej :D). W drugiej części zamku jest piękna wystawa ceramiki. Do Żiliny powróciłem w tygodniu po szalik tutejszej drużyny MSK Żilina i w tygodniu bez problemu nabyłem (a Ginia z moją matką zwiedzały w tym czasie Istebną i, tylko z zewnątrz, Muzeum Świerka) :)

vychylovka skansen terchova

Czadca to malutkie miasteczko mniej więcej w połowie drogi między Zwardoniem i podobnie jak inne miasteczka słowackie warto zwiedzać w tygodniu. Mały deptak z ciekawą neo-ludową fontanną oraz przesympatyczny barek piwny tuż obok dworca to nie jedyne obiekty które warto tam zobaczyć. Wracając ze Żiliny (swoją drogą ciekawie - czeskim pociągiem do... Pragi który akurat na trasie słowackiej robił za osobowy, był to jakiś chwilowy wyjątek bo coś się działo na trasie, na szczęście pani kasjerka na dworcu w Żilinie poinformowała mnie o tym, generalnie Słowacy są mili i uczynni) wpadłem ponownie do Czadcy po szalik lokalnego FK Czadca. W klubie "nie było na stanie" ale jak powiedziałem że jestem z Warszawy i że specjalnie po szalik przyjechałem to się okazało że jest i mnie jeszcze jeden z piłkarzy podwiózł na stację żebym zdążył na pociąg do Skalitego (gdzie już szalików Slovana Skalite nie było bo liga za niska ale za to warto było zobaczyć m.in. stary cmentarz a i skosztować lokalnych specyjałów w karczmie). Skalite ma 12 kilometrów długości z czego ostatnie 4 do granicy przemierzyłem osobiście a i z Ginią górami od granicy dotarliśmy - jest bardzo ciekawa nieoznakowana ścieżka ze Zwardonia-Myta. Terchova to przede wszystkim Muzeum Janosika ze swoistym klimatem jeszcze z poprzedniej epoki ale mają polską wersję językową filmu o Janosiku - z czego całkowicie pominęli w dziale o filmach naszego Perepeczkę :D Srebrny posąg na jednym ze wzgórz, postawiony niedawno, jest, nazwijmy to, mocno kiczowaty ale z drugiej strony ma swój urok :) Nie udało nam się dotrzeć do Węgierskiej Górki zwiedzić stare forty, nie zdążyliśmy wejść na Wielką Raczę od strony Słowacji (Cierne pri Czadcy), nie zwiedziliśmy wszystkiego na Słowacji - ale nic straconego bo na pewno jeszcze w te okolice powrócimy.

Ginia i Ziutek

Polesie i Roztocze (2002)

Cześć,
A mieliśmy chodzić po górkach na Słowacji, jeść zasmażany syr, hranolky i popijać świeżutkiego Martina... Cóż - życie i ... przełożeni w robocie nie dali.

Pełni desperacji, po nieudanej próbie dołączenie do jaremowej ekspedycji na słowackiej Fatrze, postanowiliśmy z Anią wyruszyć szlakiem "Polski Egzotycznej", wschodnią granicą wzdłuż Bugu, aż na polski skrawek Wołynia i wschodnie Roztocze. Nasza trasa wiodła przez wschodnie Podlasie, Polesie, zachodni fragment Wyżyny Wołyńskiej, aż na przygraniczne tereny wschodniego Roztocza. Poruszaliśmy się naszym zielonym, ochronnym w barwach wozikiem, nocowaliśmy w napotykanych po drodze agroturystykach. Wyjazd nie był zaplanowany, spontaniczny (mieliśmy już spakowane plecaki na Słowację), a więc pełen zaskoczeń i odkryć. Trasa dosyć długa, ale urozmaicona za to wieloma, ciekawymi miejscami. W "telegraficznym skrócie" najciekawsze z nich:

  1. Biała Podlaska - interesujące Podlaskie Muzeum Regionalne - zgromadzono stare ikony, które odebrano na granicy przemytnikom;
  2. Studzianka, Lebiedziew - zdewastowane i zarośnięte cmentarze tatarskie w okolicach Terespola;
  3. Kobylany - ładna, murowana cerkiew oraz cmentarz unicki z nagrobkiem F. Jaszczołda - architekta wielu podlaskich rezydencji szlacheckich i pałaców;
  4. Terespol - dawna zabużańska dzielnica Brześcia, drogowe przejście graniczne z Białorusią - podupadająca, murowana cerkiew prawosławna; stary, zarośnięty wiadukt graniczny ponad mokradłami i starorzeczami Bugu;
  5. Kostomłoty - sanktuarium polskich unitów - ładna cerkiew (piękny wystrój), śliczna kaplica i rzeźbienia starej plebani;
  6. Kodeń - sanktuarium maryjne (wielka bazylika kodeńska), klasztor, ciekawe rzeźby na nadbużańskiej kalwarii;
  7. Jabłeczna - główny ośrodek podlaskiego prawosławia - klasztor, cerkiew, malownicze kaplice na łąkach. W cerkwi wspaniały, barokowy wystrój wnętrza; przy klasztorze Dom Pielgrzyma z możliwością noclegu, malownicze nadbużańskie łąki - magia miejsca zniewala ... 
  8. Zabłocie - duża, murowana, bogato zdobiona, oryginalna cerkiew w stylu prawie rokoko (:-), w samym środku wsi;
  9. Sławatycze - murowana cerkiewka z kilkoma kopułkami, z podobno pięknym i bogatym wystrojem ("zakluczeno na głucho"); 
  10. Włodawa - pozostałości pięknego, kresowego miasteczka; bogate ślady wielokulturowości tych terenów i szczególnej atmosfery żydowskiego sztetl.
    • - wspaniała, Wielka Synagoga (obecnie muzeum z dużą ekspozycją) z zachowanym "ołtarzem" aron-ha-kodesz, zdjęcia starej Włodawy i jej żydowskich mieszkańców oraz różne pamiątki pozostałe po nich; ekspozycja sztuki i kultury ludowej, wystawa fotografii poleskich cerkwi, pozostałości fresków na ścianach  (to w Małej Synagodze);
    • - drewniane domki i jatki żydowskie w rynku i dawnej dzielnicy żydowskiej;
    • - wielka cerkiew murowana z ogromniastymi, błyszczącymi kopułami (ciekawy wystrój wnętrz);
    • - kościół i dawny pauliński zespół klasztorny na nadbużańskiej skarpie
  11. Sobibór - piękna, drewniana wioska nad Bugiem, okiennice, strzechy, te rzeczy; w niedalekim lesie pozostałości (ogromna wieża strażnicza, stacja kolejowa)  i pomnik dawnego obozu zagłady poleskich Żydów;
  12. Sobiborski Park Krajobrazowy - min. rezerwat żółwia błotnego i wieża
    obserwacyjna nad śródleśnym, malowniczym jeziorem - cudowny zachód słońca;
  13. Dorohusk - ładnie zachowany pałacyk (gontem kryty dach "polski"), położony na skarpie doliny Bugu z szeroką panoramą doliny i granicznym mostem kolejowym;
  14. Dubienka - czyściutko utrzymane miasteczko z eleganckim kościółkiem, a w samym środku zdewastowana, zapuszczona, murowana cerkiew - ciekawy kontrast;
  15. Horodło - drewniana cerkiewka, kościółek - miejscowość słynąca z Unii Horodelskiej (pamiątkowy kopiec);
  16. Zosin - najdalej na wschód wysunięty skrawek Polski - ostry zakręt Bugu (drogowe przejście graniczne);
  17. Husynne - piękne, malownicze, łąki, zakola, starorzecza Bugu - sielsko (na nocleg tylko tam) - po drugiej stronie ukraińska wysoczyzna Wołynia; 
  18. Hrubieszów - kolejne kresowe miasteczko, z pamiątkami po dawnych mieszkańcach i ich religiach;
    • - piękna, bizantyjska w formie, murowana cerkiew, z błyszczącymi pięknie cebulami 13 kopułek;
    • - położona na wzgórzu dawna cerkiew unicka (ciekawe wnętrze, obecnie kościół);
    • - drewniane domki, ładnie utrzymane z cudownymi ganeczkami, a w innej części miasteczka - drewniane, obskurne budy, pozostałości żydowskich slumsów (na dawnym dużym kirkucie pozostał tylko pomnik z macew);
  19. Kryłów - malowniczo położone ruiny zamku na dzikiej wyspie na Bugu; buchająca, żywiołowa przyroda, piękne łąki i krajobrazy;
  20. Dołhobyczów - duże, opuszczone założenie pałacowe z zapuszczonym parkiem (na pałacowym dziedzińcu wypasają się krowy); totalnie zarośnięta i zdewastowana murowana cerkiew;
  21. Myców - opuszczona wioska ukraińska, potem upadły PGR (to regułą na całym terenie polskiego Wołynia)
    - opuszczona i zarośnięta, zdewastowana (trwają jakieś bezskuteczne próby
    ratunku), drewniana cerkiewka, ze wspaniałymi, ni jak nie zabezpieczonymi
    freskami (już całkowicie bez wyposażenia);
    - ciekawy, stary cmentarz ukraiński (pomniki "bruśnieńskie") z otartą i
    zdewastowaną (porozwalane trumny) kaplicą grobową byłych właścicieli okolicy
    - po prostu total!!!
  22. Dłużniów, Budynin, Szczepiatyn, Chłopatyn, Machnówek, Korczmin, Tarnoszyn i kilka innych - dawne, wysiedlone wsie ukraińskie (popegieerowskie) z lepiej lub gorzej zachowanymi cerkwiami i ciekawymi, zarośniętymi cmentarzykami - obszar pofałdowany, wyżynny z licznymi jarami i dolinkami, wszędzie pola uprawne;
  23. Wierzbica - ciekawy zespół pałacowo-parkowy (zdemolowany oczywiście); na tyłach warsztatów PGR, na terenie dawnej, dużej wsi: kaplica obok cerkwisko z nowym pomnikiem wystawionym przez byłych mieszkańców (z Ameryki, Kanady, Australii, Anglii, Ukrainy, Pomorza)
    - w szczerym polu (zaorane miejsce po wsi) niewielki zagajnik - piękny, oczyszczony z zarośli, uporządkowany cmentarz ukraiński z pięknymi, bruśnieńskimi pomnikami (ładniejsze są tylko w Bruśnie), krzyżami, pomnikami żołnierzy UPA oraz mieszkańców pomordowanych w akcjach pacyfikacyjnych - istne ukraińskie mauzoleum - wokół pola uprawne, pustkowie, hula wiatr...
  24. Hrebenne - tuż przed międzynarodowym przejściu granicznym, przy przejeździe kolejowym malowniczo położona na wzgórzu, drewniana cerkiewka - wewnątrz cieśle z Ukrainy właśnie obstalowują nowy ikonostas; tu zaczyna się już Roztocze;
  25. Siedliska, Prusie, Werchrata, Wola Wielka - położone w śródleśnych dolinach, ładne roztoczańskie wioski, a w nich murowane, kopulaste cerkwie i jedna bardzo stara drewniana w Woli; w środku lasu, wieczorem łapiemy gumę w przednim kole - wymiana na leśnej, piaszczystej drodze - niezapomniane (a szkoda) przeżycie (jednak się udało)
  26. Bełżec - duża wieś z drewnianą cerkiewką i pozostałościami (pomnik) dawnego obozu zagłady Żydów;
  27. Tomaszów Lubelski - generalnie raczej brzydkie miasteczko, ale... ładna, murowana cerkiew oraz uroczy, zrobiony z drewnianych bali, piętrowy domek w stylu rosyjskim, tzw. czajnia (czyli herbaciarnia lub wartownia - co kto woli)

Uff, to chyba na tyle (chociaż wcale nie napisałem o wszystkim co zobaczyliśmy). Część z tego, co tu opisałem, udało się nam zachować na slajdach. Jeśli tylko nadarzy kiedyś okazja wspólnie je obejrzeć, wtedy szerzej opowiemy o naszych przygodach, poznanych miejscach. 

Wyjazd był naprawdę ekscytujący - nie tylko swoistą egzotyką terenu, ale i przede wszystkim, spontanicznością naszego działania. Niespodziewane emocje, fascynujące, zapomniane przez czas i ludzi miejsca, pouczające spotkania (min: archimandryta Włodzimierz w Jabłecznej, dziennikarka Kuriera Lubelskiego w Suścu, napotkani mieszkańcy wiosek oraz gospodarze kwater...) Szkoda tylko, że wszystko tak szybko, tak krótko ... - daje to pretekst do ponownego wyjazdu na te tereny. 

Wielu rzeczy nie zdołaliśmy zobaczyć (np. Poleski Park Narodowy, Chełm, Łęczna, zachodnie Roztocze, Zamość, Krasnystaw, itd.), tak więc już myślimy o kolejnych wyjazdach, tym razem już w trochę szerszym gronie.

Pozdrawiam
Piotrek Piegat

Bieszczadzka wiosna Klubu JAREMA (2002)

W dniach 29 maja - 2 czerwca 2002 odbył się wyjazd w Bieszczady. A było to tak:

DZIEŃ 1 - środa 29 maja 2002

Pierwszy pojazd - Zielona Astra z 4 Jaremowiczami i gitarą wyjechała z Warszawy w kierunku Roztocza ok. godz. 16.00. W deszczu, zatrzymując się w korku w Garwolinie (podobno da się to objechać) i przy dość opustoszałym rynku w Zamościu dotarła przed zmrokiem do Suśca. Kolejne dwa pojazdy - Poldolot z 3 Jaremowiczami i gitarą oraz Corsa z 3 Jaremowiczami wyruszyły ok. godz. 19.00. Corsa jadąc przez korek w Górze Kalwarii i Kołbiel straciła w korku niemal godzinę do Poldolotu korzystającego z ul. Grochowskiej i trasy lubelskiej. O 23.00 rynek w Zamościu był już zupełnie wymarły. O 12.30 w nocy ostatni samochód dotarł i 10 Jaremowiczów kontynuowało śpiew (rozpoczęty pół godziny wcześniej przez 7-miu) przy gitarze i piwku w domku na campingu w Suścu, w pokoju tych co ostatni dojechali. Domek czteropokojowy położony na opustoszałym campingu, gdzie tego dnia byliśmy jedynymi gośćmi, wśród sosen, nad jeziorkiem, pomieścił całą 10-tkę. Blaszane ściany, wszystko słychać pomiędzy pokojami. Bardzo piaszczysto, piach nanosi się na butach do pokoi. Wielka umywalnia z ciepłą wodą, układ "dla wycieczek licealistów" tj. po wspięciu się na sedes w toalecie męskiej można zajrzeć do prysznica damskiego, nocleg 15 zł, przyjemnie. Umówiliśmy się, że kiedyś zrobimy tu weekendowy wyjazd klubowy aby pozwiedzać Roztocze. O 2.00 padliśmy spać.

DZIEŃ 2 - czwartek 30 maja

Kolejny pojazd - Biała Astra z 3 Jaremowiczami wyruszył z Warszawy o 6 rano by dotrzeć do Suśca ok. 10.30, akurat na końcówkę wspólnego śniadanka na świeżym powietrzu w słoneczku. Teraz już w 13 osób i 4 samochody wyruszyliśmy na właściwą trasę zwiedzania pogranicza Ukrainy do Przemyśla, pogoda dopisała, nad pograniczem wisiały piękne fotogeniczne cumulusy (pomimo, że miało padać).

  • zatrzymaliśmy się przy mostku przy szumach na Tanwii, maleńkich roztoczańskich wodospadach, jednak postanowiliśmy dokładniej zwiedzić je innym razem. Odwiedziliśmy jeszcze:
  • cerkiew w Kowalówce - zupełne zaskoczenie gdyż nie było jej na żadnej mapie, obecnie mocno zaniedbana, zarośnięta wysoką trawą, pięknie komponuje się z otoczeniem. 
  • cerkiew w Gorajcu - bardzo piękna, odrestaurowana, cała pokryta gontem, położona w zupełnie zapomnianej i wyludnionej wiosce z dala od szosy.
  • cerkiew w Chotylubiu - niezbyt ciekawa
  • pomnik ofiar w Rudce - nieistniejącej polskiej wiosce zniszczonej przez UPA (sotnia Zalizniaka) wraz z zamordowaniem mieszkańców w dniu 19.04.1944 r.
  • cerkiew w Brusnie Nowym - odrestaurowywana z ruin. Kiedyś, jak skończą, będzie piękna.
  • cmentarz w Brusnie Starym - mieliśmy kłopoty by go znaleźć. Położony w lesie, zupełnie dziki, bez dojazdu.
    Od kamienistej drogi mieliśmy skręcić przy "rosochatej sośnie w las" lecz rosochatych sosen było wiele... ale się udało, wędrowaliśmy chyba jedyną ścieżką wchodzącą tu w las i po kilkuset metrach wokoło wyrosły jak z pod ziemi omszałe krzyże. Cmentarz ma kilkaset nagrobków, często pięknych rzeźb kamiennych. Uczta dla miłośnika rzeźb, raj dla poszukiwacza zaginionych światów. Obok ślady po cerkwi a wszystko w starym dzikim lesie i nikt tu nie dociera. Pomiędzy nagrobkami zarośla, wysokie maliny przez które trzeba się przedzierać. Bardziej dziko niż w niejednym miejscu w Bieszczadach. Poniżej strumień jak w Beskidzie Niskim...
  • Radruż - tu pobłądziliśmy skręcając w niewłaściwą drogę, lecz wkrótce znaleźliśmy cerkiew z XVI wieku przy samej granicy. Znana, piękna, drewniana, kryta gontem, pięknie utrzymana, obecnie muzeum wstęp 1 zł, resztki polichromii lecz brak ikonostasu. Obok dzwonnica na którą można się wspiąć. Baltazar przysłał z Otrytu SMS-a (Kiedy będziecie?)
  • Łukawiec - malutka cerkiew z zewnątrz odrestaurowana i ładna, wewnątrz pusta a da się wejść, bo jak dzieci z wioski mówiły ktoś zepsuł kłódkę ze dwa lata temu... ciekawostka, że 1 samochód z Jaremowiczami zgubił się i dotarł inną drogą do Wielkich Oczu.
  • Wielkie Oczy - intrygująca nazwa, miejscowość znana z "Ogniem i Mieczem" - niszczejąca synagoga ale są nawet przedwojenne szyby w oknach w kształcie gwiazdy Dawida, niszczejąca cerkiew, jedyna w Polsce z pruskiego muru, fotogeniczna i dwór obronny zupełnie nieciekawy.
  • Przejście graniczne Korczowa-Krakowiec całkiem spora kolejka.
  • Czynna cerkiew greckokatolicka w Chotyńcu. Drewniana 1613 rok. To był główny punkt programu. Przywieźliśmy ze wsi cerkiewnego który za opłatą co łaska oprowadził nas po wnętrzu cerkwi. Piękny ikonostas, niesamowite polichromie, obrazowy sąd ostateczny na całą ścianę, tak pięknego wnętrza cerkwi na próżno by w Polsce gdzie indziej szukać. Cerkiewny opowiadał nam niezwykłe historie tych ziem, cerkwi i całkiem niedawnych kłótni pomiędzy rzymsko-katolikami, grecko-katolikami i prawosławnymi o wiernych i prawa do cerkwi. 
  • Hruszowice - na cmentarzu za wsią obejrzeliśmy pomnik - "Chwała bohaterom UPA, bojownikom o wolną Ukrainę" i wymienione sotnie UPA (m.in. "sotnia Zalizniaka"). Wszystko ukwiecone, ubrane w Ukraińskie flagi. Pomnik ten jest zarzewiem konfliktu o historię którego innym wątkiem jest cmentarz Orląt we Lwowie...
  • Leszno inaczej Poździacz - fotogeniczny kościół w dawnej cerkwi, akurat była końcówka Mszy Św.

Przed Przemyślem zatrzymaliśmy się na obiad w karczmie. Baltazar przysłał z Otrytu kolejnego SMS-a (Kiedy będziecie?). Karczma była przyjemna, choć obsługa się pogubiła (13 głodomorów to za dużo na raz, zwykli goście biorą piwo i już). Kelner donosił różne potrawy w losowej kolejności, jedni po 20 minutach już zakończyli cały obiad, inni pierwszą rzecz dostawali po godzinie. Byli tacy, co rozpoczęli od surówki, kontynuowali drugim daniem by zakończyć zupą. Wreszcie dostaliśmy taśmowy rachunek z kasy fiskalnej, a rozliczenie go między sobą zajęło nam sporą część piątkowego poranka. 

Od Przemyśla rozpadał się ulewny deszcz i było późno, nadchodził zmrok, więc jak najszybciej z zakupem piwa w przydrożnym sklepie dotarliśmy przez Ustrzyki Dolne do Dwerniczka, gdzie z trudem i przygodami, bo po ciemku znaleźliśmy gospodarstwo pana Ciombora u podnóża Otrytu. Przygody zaistniały, ponieważ samochody się pogubiły i nie mogły się skontaktować, bo zasięg komórek zakończył się. Jadąc z naprzeciwka po ciemku bieszczadzką obwodnicą trudno się rozpoznać... dodatkowo pan Ciombor oczekujący już od czwartkowego wieczoru wyłączył światło i zamknął bramę na kłódkę, uznając, że Jarema już pewnie nie dojedzie.

Zaparkowaliśmy w końcu i o 22.00 rozpoczęliśmy godzinną wspinaczkę w siąpiącym deszczyku, po błocie, po ciemku, po lesie nie za bardzo pewni czy dobrze idziemy. Z plecakami. Czadowo. Jak powiedział jeden Jaremowicz "Przypomniała mi się atmosfera Gujany Francuskiej - wędrówka przez dżunglę amazońską z plecakiem, pada, ciemno, nie wiadomo dokąd idziemy, pot leje się z czoła... jedynie odgłosy lasu były mniej straszne." W pewnym momencie wydało nam się, że coś nas za mało. Było "kolejno odlicz!" i okazało się, że jest nas 12 a nie 13!!! Na szczęście to tylko nasz główny gitarzysta się po ciemku opóźniał lecz wkrótce doszedł. Wreszcie po godzinie we mgle znaleźliśmy tabliczkę "chatka 1 min. >" I za chwilę zamajaczyła rozświetlona świeczkami Chatka Socjologa a ze środka powitał nas gromkim okrzykiem i rodzinnym ciepłem Baltazar. Ogień płonął w kominku. Sucho, ciepło, wspaniale. Już od 24.00 grały gitary i wszyscy śpiewali aż do 2.00. Do wokali dołączył jeden przygodny turysta, od tego dnia zwany przez nas "Zapiewajło", miał 25 lat i stanowczo twierdził, że nasz główny gitarzysta nie może być od niego starszy. 

DZIEŃ 3 - piątek 31 maja

Trzeba było się wyspać, a pogoda pomagała, bo chatka była w chmurze. Potem zresztą okazało się że już ciągle będziemy śpiący do końca wyjazdu, bo program zbyt intensywny. Śniadanko, myju myju, zwiedzanie okolic Chatki Socjologa, komórki odbierały tylko w sławojce bo ta leży na samej grani a chatka poniżej. Wokoło piękny starodrzew bukowy, a niektóre buki mogą pamiętać jeszcze I Rzeczpospolitą. Chatka jest malutka, miejsc noclegowych na pryczach jest może 30, każda następna osoba to już tłok. Spadzisty dach do samej ziemi. Parter to sala kominkowa gdzie na gitarach się gra, a ogień w kominku radośnie strzela, kuchnia, łazienka z prysznicem, weranda i pokój gospodarza opiekuna. Pięterko to dwie sale (duża i mała) z piętrowymi pryczami i mała werandką. Wyżej są jaskółki czyli dwa maluteńkie pokoiki z pryczami. Cała Jarema spała na pięterku w dużej sali. Z polany obok chatki widać połoninę Wetlińską i Caryńską jak myślę, bo zawsze jak patrzyłem było sporo chmur.

Zapytaliśmy Baltazara ile godzin idzie się do Sianek "Z 5 godzin w jedną stronę będziecie iść" - odrzekł.
Przed 12-stą zebraliśmy się i w pół godziny byliśmy szybkim krokiem ścieżką na dole przy samochodach. O dziwo chmura ustąpiła, rozpogodziło się już do wieczora. Dojechaliśmy przez Muczne do Tarnawy Niżnej, o 14.00 wykupiliśmy tu za 3 zł/os. wstęp do Bieszczadzkiego Parku Narodowego na trasę do Sianek i źródeł Sanu oraz 3 zł od samochodu za prawo wjazdu do parkingu w Bukowcu. "A daleko do Sianek?" - zapytałem strażnika - "O 14.00 to już tam nikt nie wychodzi" - odpowiedział. Samochodami dotarliśmy piękną asfaltową drogą po łąkach nad Sanem przez tereny nieistniejących wsi tuż przy granicy, potem wyboistym odcinkiem przez przełęcz do parkingu. Następnie już pieszo pokonywaliśmy odludne łąki Beniowej. Po ukraińskiej stronie od czasu do czasu śmigał pociąg po linii przez Przełęcz Użocką. Gdy droga się skończyła znaleźliśmy samochód na rejestracji podwarszawskiej, zaparkowany na łące. Ech te podwarszawiaki! W środku Beniowej rośnie wielka, rozłożysta lipa. Dawniej podobno była w centrum wsi, obecnie wokoło wszędzie tylko łąki. Obok jest stary cmentarz, ale tylko kilkanaście słabo zachowanych nagrobków i miejsce po cerkwi. Tablica informująca o historii tego miejsca.

Za Beniową ścieżka wchodzi w las i po kilkunastu minutach wychodzi na leśną drogę obok leśniczówki i schronu, gdzie zapewne można przenocować, lecz nie było w ofercie piwa. Dalej długi odcinek drogą, minęliśmy jeziorko zrobione przez bobry, skręciliśmy na wąską ścieżkę wśród polan i lasów aby dotrzeć po dwóch godzinach i 10 minutach marszu od samochodów do "grobu Hrabiny" w Siankach. Dokładnie jest to grobowiec Klary i Franciszka Stroińskich, dawnych właścicieli Sianek. Obok inne, zniszczone nagrobki i ślady po cerkwi. Tablica informacyjna.

Piętnaście minut dalej dotarliśmy na punkt widokowy na wzgórzu z widokiem na stronę Ukraińską na przełęcz Użocką, wieś Sianki przy stacji kolejowej i odległe pasma połonin Pikuja, Równej i Ostrej. Dawniej, przed wojną były tu pensjonaty, domy wczasowe, kilka restauracji, sklepy, teatr, biblioteka, korty tenisowe. Dzisiaj wszędzie bezkresne łąki, po niczym nie ma śladu i tylko niewielka wioska przy stacji po ukraińskiej stronie. Byliśmy zawiedzeni, że ścieżka nie prowadzi do samej granicy i Sanu na pierwszym kilometrze, gdzie jest on malutkim strumyczkiem. Cóż, zażalenie do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ale za to zdążyliśmy zwiedzić wszystko w 2,5 a nie 5 godzin! Zażalenie do Baltazara i strażnika w Tarnawie Niżnej.

Powrót tą samą drogą do leśniczówki, dalej już nie przez Beniową, lecz drogą bitą do parkingu, dalej samochodami do Mucznego. Tu stoi hotel, socrealistyczny, dawniej dla prominentów, obecnie doskonale nadający się na punkt obiadokolacji dla Jaremowiczów. Drogo, ale smacznie. Pstrąg smażony, palce lizać.

U Ciombora zaparkowaliśmy jak zawsze o 22.00 i po ciemku pod górę. Tu opiszę trasę od Ciombora na Otryt. Jest to "ścieżka dydaktyczna" i szlak niebieski. Wspina się 350 metrów, podejście zajmuje od 45 do 60 minut, a w dół schodzi się w pół godziny. Początkowo 50 m asfaltem, później przez błotnistą polanę po zwózce drewna. Na polanie w lewo po trawie, trudno wypatrzyć nocą szlak, zdradliwy strumyczek gdzie łatwo wpaść w błotko. Potem już wielkim lasem bukowym do końca, dróżka błotnista, kamienista, miejscami stroma, w wielu miejscach błoto obchodzi się ścieżynką po prawej od dróżki. W jednym miejscu w lewo odchodzi wybitna dróżka drwali, niektórzy próbowali tu błądzić. Przystanek ścieżki dydaktycznej "świątynia dumania" nad strumyczkiem w jarze, ławeczka, wokoło błocko. Pod koniec trochę się wypłaszcza, stacja ścieżki "Pod Jodłami" z ławeczką, dalej skrót w lewo do chatki, lecz pierwszej nocy w chmurze i deszczu łoiliśmy aż na grań Otrytu do tabliczki przy krzyżówce szlaków i potem w dół do chatki.

W piątek wieczór miało być "główne ognisko wyjazdu". Już z dala idąc pod ugwieżdżonym niebem usłyszeliśmy donośny śpiew dochodzący z chatki. Czyżby to administrator strony internetowej Jaremy dojechał? A może to prezes Jaremy z rodziną śpiewają? Było pewne prawdopodobieństwo, że mogą oni dojechać na piątkowy wieczór. A jednak nie, to Baltazar, ekipa z Przemyśla, gospodarz chatki, trzy dziewczyny przygodne turystki i Zapiewajło zrobili imprezę. Nie pozostało nam nic tylko się dołączyć. Śpiewaliśmy do 2.15 rano. Ale jaka to była impreza! Trzy przygodne turystki kokietowały naszego głównego gitarzystę proponując mu herbatkę. Jedna miała specjalną koszulkę obnażającą pępek. Baltazar gromko zaśpiewał "Horyłkę". Baltazar serwował wszystkim bimber w wielkich ilościach, a gospodarz dopilnowywał by wszyscy należycie pili. Baltazar zabraniał grania i śpiewania szant, podczas gdy gospodarz szant żądał bezwzględnie. Ela dzielnie własną piersią broniła wyboru piosenek głównego gitarzysty przed wyborem piosenek gospodarza. Żona gitarzysty waliła gospodarza śpiewnikiem Jaremowskim po głowie, później to samo czynił organizator. Potem kronikarzowi film się urwał. 

Wcześniej niektórym udało się wziąć kąpiel. Wodę przynosi się ze źródełka poniżej chatki i stawia w wielkim garze na piecu. Nagrzaną wlewa się do specjalnego, opatentowanego przez Baltazara pojemnika zakończonego rączką prysznica. Ten wiesza się na gwoździu w łazience gdzie jest kabina prysznicowa i można się do woli prysznicować. Woda szybko się niestety kończy. Inne ryzyko dla dziewczyn, to że drzwi do kabiny prysznicowej są ażurowe i dodatkowo zdejmowalne.

DZIEŃ 4 - sobota 1 czerwca

Trzeba było się wyspać, a pogoda pomagała, bo za oknem padał od 8 rano deszcz. Jednak hart ducha Jaremy nie pozwolił nam leniuchować. Śniadanko i już o 11.30 byliśmy przy samochodach. Rozpogadzało się i wkrótce była piękna pogoda. W Poldolocie kończyło się paliwo, więc podjechaliśmy do stacji benzynowej w Smolniku. A tam pełna egzotyka. Nie ma samoobsługi, lecz do zbiornika leje benzynę pani w szpilkach. Czadowo!

Jeden samochód zostawiliśmy u Ciombora, drugi przy leśniczówce Pszczeliny, trzeci i czwarty wysadziły pasażerów w leśniczówce, podjechały do Wołosatego gdzie został jeden na parkingu po 1,5 zł za godzinę, a drugi z obydwoma kierowcami wrócił do leśniczówki. W ten sprytny sposób 13 osób zakupiło bilety do parku narodowego (3 zł/os) i wyruszyło z leśniczówki Pszczeliny, wiedząc, że w Wołosatem czeka na nas samochód. Wspinaliśmy się ładnym, nieuczęszczanym niebieskim szlakiem, początkowo przez las, dwie małe polanki, później wyszliśmy na połoninę Bukowego Berda. Cudowne widoki, czyste powietrze, przestrzeń. W jedną stronę Wetlińska, Caryńska i Wielka Rawka, w drugą po horyzont wzgórza na Ukrainie, w trzecią Tarnica i grań Bukowego Berda, w czwartą lesiste góry Słowacji.

Bukowe Berdo jest trochę inne niż pozostałe połoniny, mniej trawiaste, a bardziej pokryte krzaczkami jagód, karłowatymi drzewkami, jarzębinami i jest bardzo skaliste. Omijając skałki, wąską ścieżką w górę i w dół dotarliśmy na główny wierzchołek. Stąd roztacza się panorama 360 stopni, także na Pikuj, połoninę Równą i Ostrą, a perspektywa na Tarnicę przez Krzemień jest przecudna. Tu zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcia. Dalej już po typowych połoninach trawiastych wspięliśmy się na przełęcz w Krzemieniu i kolejną przełęcz pod Tarnicą. Krótka wycieczka na szczyt Tarnicy, postawiono tam żelazny krzyż, robiąc "taki mały Giewont" jak mówi Baltazar, miejsce bardzo zadeptane, a szeroki deptak prowadzi w dół do Wołosatego. Wiał silny wiatr. Szybko zeszliśmy do samochodu i karczmy w Wołosatem na obiadokolację. Smacznie, niedrogo. Potem 5 osób pojechało w dół, z tego dwójka kierowców wysiadła w Pszczelinach i wróciła po resztę dwoma zostawionymi tam wcześniej samochodami. Jeszcze krótkie zakupy w Ustrzykach Górnych i już o 22.00 parkowaliśmy u Ciombora by wspiąć się po ciemku na Otryt. Tego dnia 13 Jaremowiczów wspięło się 1090 metrów na Bukowe Berdo, Krzemień i Tarnicę oraz dodatkowo 350 metrów na Otryt. Solidny wynik. Był to też dzień najfajniejszego wieczoru. Śpiewaliśmy na całe gardło, kończąc sporo po 2.00. Repertuar utworów był bardzo szeroki, wszystkim jakoś łatwo się śpiewało. Pamiętny stał się rapujący utwór "Wydłubałaś sianko z naszego misia" zarapowany przez organizatora przy akompaniamencie przygotowanych naprędce instrumentów z puszek po piwie. Poszło więcej niż zwykle piwa. Cała 13-stka Jaremowiczów przetrwała w śpiewie dłużej od wszelkich pozostałych chatkowiczów. 

DZIEŃ 5 - niedziela 2 czerwca

Trzeba było się wyspać, a pogoda pomagała, bo za oknem lał deszcz już od nocy i nie przestawał. Wspólne śniadanko. Baltazar z rana nas opuścił, by wcześnie być w Warszawie. Załoga Zielonej Astry wyruszyła na dół niewiele później, przed 11.00. Potem przez cerkiew w Czarnem, cerkiew w Liskowatem, Arłamów, Przemyśl, Nisko i Lublin dotarli wcześnie do Warszawy. Zubożona bo tylko dwuosobowa załoga Białej Astry wyruszyła wkrótce potem i zwiedzając kościół drewniany w Haczowie przez Rzeszów i Radom byli w Warszawie nieco później. Przygody natomiast pozostały dłużej przy Corsie i wzbogaconej bo 4 osobowej załodze Poldolota. Po zejściu do pojazdów wyruszyliśmy po 12.00, a wkrótce przed Ustrzykami Dolnymi przestał padać deszcz. Zwiedzaliśmy:

  • Cerkiew w Równi - maluteńka, piękna, drewniana, jak łódeczka, kryta gontem
  • Cerkiew w Liskowatem - wielka, drewniana, ciekawa, zaniedbana, zarośnięta trawą.
  • Cerkiew w Jureczkowej - średnio ciekawa, strzelista wieża, odnowiona, trawka przystrzyżona. Obok grób dwóch panów, zginęli 19 marca 1947 roku - jeden miał 33 a drugi 35 lat.
  • Arłamów - ciekawie położony na szczycie wzgórza duży socrealistyczny hotel, dawny ośrodek polowań prominentów. Wjazd przez głęboki jar gdzie samochód rozpędza się do 110 km/godz by wyhamować przed przeciwległym brzegiem jaru u bram ośrodka. Tu w stanie wojennym był internowany Wałęsa. Podobno wokoło był 80 km płot ze specjalnymi włazami by zwierzyna mogła wejść lecz nie mogła wyjść. Potem prominenci mieli na co polować. Zwiedziliśmy wnętrze - droga luksusowa restauracja, kiosk z mapami, kawiarnio-piwiarnia z telewizorem i meczami z Mistrzostw Świata na żywo. Obok wyciąg narciarski, stajnie i konie. Poniżej inny budynek hotelowy z pokojami i tu znaleźliśmy stół ping-pongowy, 4 rakietki i piłeczkę. Rozpoczął się mecz. Drużyny mieszane, załogi Poldolota i Corsy. Nie ustalono kto wygrał.
  • Kalwaria Pacławska - piękny barokowy kościół z cudownym obrazem położony na grani wśród lesistych wzgórz. Wioska z wieloma zabytkowymi drewnianymi domami ustawionymi szczytami do drogi. W lasach 44 kapliczki z ładnymi obrazami, bardzo ciekawe miejsce. Tu w karczmie zjedliśmy obiad. Załoga Corsy odjechała do Warszawy, a Poldolotowcy:
  • Posada Rybotocka - murowana cerkiew obronna - najstarsza w Polsce, jedyna obronna, ciekawa bryła, wygląda na dość zaniedbaną, choć trawka przystrzyżona. Nie ma typowego wejścia lecz niskie drzwi z boków. Niestety do środka nie udało się wejść. Jest to dziś muzeum.
  • Zamek w Krasiczynie - robi bardzo pozytywne wrażenie. Piękny park (wstęp 1 zł), ładny dziedziniec, pomysłowy spadzisty most wjazdowy do zamku przez staw, zdobione baszty i mury.
  • Przemyśl - Obejrzeliśmy rynek, katedrę, zamek i kościół Franciszkański. Było późno, zaczął padać deszcz. O 19.40 ruszyliśmy do Warszawy przez Biłgoraj i Lublin. O 24.15 byliśmy w domu.

Muszę podziękować wszystkim:

1) Baltazarowi - że nas namówił na wyjazd na Otryt, a później z niecierpliwością czekał na nasz przyjazd.
2) Gospodarzowi na Otrycie - że nas miło przyjął i wybaczył, że dostał śpiewnikiem po głowie.
3) Piotrowi I i Maćkowi - za grę na gitarach
4) Adamowi - za skuteczne czarowanie deszczu
5) Eli, Magdzie, Ani, Iwonie, Asi, Agnieszce, Piotrowi II, Piotrowi III i Zbyszkowi że nie zlękli się wyjazdu pomimo, że pogodę zapowiadali w telewizji kiepską, a potem wspaniałym humorem tryskali i wzajemnie się motywowali i bawili.
6) Tym, którzy chcieli się wybrać, ale w końcu nie mogli pojechać z powodu cofniętych urlopów, zachorowań, niemożności zostawienia dzieci itd. Entuzjazm przedwyjazdowy był także dzięki Wam. Brakowało Was bardzo.

Tak trzymajmy!
Nie dajmy się codzienności!
Spotykajmy się i wspólnie wyjeżdżajmy!
Do następnego razu.

Pozdrawiam,
Jurek

Wciąż wierzę w Wąski Tor... (2004)

 

...bo pomimo fatalnej pogody, która uniemożliwiła zrealizowanie dużej części programu (wielkie gremialne ognisko, plenerowe koncerty, spacery, chłoniecie wiosennej przyrody na runowskich łąkach...), IV plenerowa wyprawa na wąskotorowym szlaku Piaseczno-Tarczyn-Runów-Piaseczno była naprawdę udana.

Przede wszystkim tak liczny udział Jaremowiczów (a było nas 32 osoby) wraz z dziećmi, zaanektowanie całego wagonika i wspólna zabawa przy muzyce i śpiewie, ogromnie cieszy i budził podziw i zachwyt osób mniej związanych z naszym Klubem.

Wycieczka rozpoczęła się wyjazdem kolejki ze stacyjki Piaseczno Wąskotorowe. Cztery stare, klimatyczne wagoniki od samego wyjazdu zaczęły tętnić radosnym gwarem wycieczkowiczów (w wagoniku jaremowskim dominował gwar dziecięcy ;)), połączonym z folkowymi dźwiękami czterech grających kapel (Sarakina - folk bałkański, Rimaed, The Reelium - folk celtycki, Semenca - folk karpacki i rosyjski).
W wagonie Jaremy początkowo rozbrzmiewał folk jaremowski, ale szybko dotarły do nas grające i śpiewające Wrocławianki z Semency i... z krótkimi przerwami grały nam już do końca wyjazdu.
Ich spontaniczność, radość grania i chęć wspólnej zabawy szybko wciągnęły towarzystwo jaremowe i przyciągały coraz to nowych wąskotorowiczów, ciekawych i chętnych do wspólnej, folkowej zabawy.

Na trasie do Tarczyna i z powrotem do Runowa rozbrzmiewała skoczna muzyka Karpat, dźwięki podhalańskie, orawskie, słowackie, węgierskie, ukraińskie, rosyjskie... wygrywane na skrzypeczki, prym, altówkę i basy, wyklaskiwane i wyśpiewywane przez wszystkich uczestników wagonowej imprezy. Nie obyło się również bez dziecięcych podrygiwań i tańców, w ruch poszły liczne fotoaparaty i kamera.

Zabawa trwała aż do przystanku na łące w Runowie, gdzie już w strugach deszczu zapłonęło ognisko i gdzie zmoczeni wąskotorowicze rozłożyli się taborem aż do późnego popołudnia. Były smaczne kiełbaski ze świeżymi bułeczkami i kiszonymi ogórkami, było podziwianie kolejki i jej kultowego parowoziku (px-48) - raj dla miłośników kolejnictwa, spacery po lesie, próby wspólnego tańca irlandzkiego na mokrej łące, a także mecz piłkarski na w strugach deszczu (z udziałem młodych braci Nuszkiewiczów, jako przedstawicieli Jaremy).

W miarę sucho było jedynie wewnątrz w wagonikach i tam też odbywała się muzyczna, główna część popołudniowej imprezy. We wszystkich wagonikach muzykowały kapele. W naszym wagoniku folkowo-łemkowski secik zagrały połączone siły Jaremy, Semency, folkowych Muzykantów - rozbujane wagoniki zaczęły niebezpiecznie wychylać się na boki poza obręb wąskotorowego nasypu, aż jedna struna w gitarze nie wytrzymała tego napięcia. Do wspólnej zabawy z Jaremą podłączyli się członkowie min. tak znanych warszawskich kapel folkowych jak Goście z Nizin, The Irish Connection, Nic Wielkiego, dawna Werhowyna i jej II pokolenie, itd...
Było wesoło... i nic to, że na zewnątrz dogasało ognisko, padali ostatni mokrzy tancerze i wąskotorowi piłkarze, a cały folkowy tabor zbierał się już do odjazdu.

Krótki już dojazd do Piaseczna to zdecydowana dominacja Jaremy i wygrywanego na 5 strunach zdemolowanej gitary, wielkie klubowe przeboje jak Głupi Gienek, Najeli, Wydłubałaś sianko, Noga, Szliśmy tak już chyba szósty dzień... aż dojechaliśmy do końca trasy.

Wszystkim wąskotorowiczom raz jeszcze gorąco dziękuję za wspólną zabawę, fajna atmosferę, chart ducha i ciała. Następny, V już Wąski Tor już we wrześniu. Jedziemy?

A już za tydzień... - no tak, struny, gitara, palce, glos... - pomocy !!!!! ;)))

Pozdrawiam gorąco
(również w imieniu zachwyconego Komitetu Kolejkowego)
Piotrek

Ps. W wąskotorowym wagoniku Jaremy imprezowali min:
Jarema (rodziny: Tabaków, Nuszkiewiczów, Flaczyńskich, Kulczyków, Kalisiaków, Piegatów, Maronowskich; Justyna, Agnieszka, Rafał, Zbyszek)
a także: Semenca (Marysia, Basia, Asia, Ola), Ania, Ela, Jarek "Kaczor", Piotrek "Niszyn", Łukasz "Talar", Kuba Urlich z synkiem, Jani Konador, fuJarek i wielu, wielu innych...

 

Galeria zdjęć Artura Flaczyńskiego:

Polesie - weekend majowy (2003)

W ramach poznawania nowych zakątków oraz stałego penetrowania naszych "ziem wschodnich", udaliśmy się tym razem na Polesie Lubelskie.
Jeszcze w Warszawie okazało się, że nawet na dwa dni przed sławetnym długim, majowym weekendem, znalezienie agroturystycznych miejsc noclegowych w tym rejonie nie stanowi najmniejszego problemu. Wybraliśmy więc fajną miejscowość Sosnowica, malowniczo położoną wśród Lasów Parczewskich, nad stawami i jeziorkami Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego. Swoją drogą, to chyba najmniejsze pojezierze w Polsce, z nie do końca usprawiedliwioną nazwą - głównie małe, zarastające jeziorka, kompleksy dawnych lub obecnych stawów rybnych, sztuczne jeziorka i zbiorniki retencyjne. Wszystko to jednak bardzo różnorodnie utkane pośród lasów, łąk, bagien i mokradeł, często przypominających klimaty nadbiebrzańskie. Na tej swoistej mozaice jeziorek, bagien, łąk i lasów utworzono Poleski Park Narodowy.
Podróż, choćby nawet najbliższa, jest jednak podróżą i nie może ograniczać się do siedzenia nad jeziorkami (nawet pomimo pięknej, letniej pogody). 
Z Warszawy wyruszyliśmy 30.04. tuż po uroczystej premierze i głównej roli Oli w szkolnym przedstawieniu legendy o Warsie i Sawie (dodam, że Ola nie wcieliła się w postać Warsa...).
Uciekając przed spodziewanym, weekendowym spędem na drogach, robiliśmy rekonesans małych miasteczek, które miały to szczęście (? ;)) znaleźć się na naszej trasie. Garwolin (nie polecam - omijać, jak kto umie, albo zamknąć oczy), Kock (bida z nędzą, ale warto), Firlej (super zajazd na obiadek), Lubartów (omijać, chyba że trzeba coś kupić extra), Parczew (no cóż ;) - i takim zygzakiem dotarliśmy do Sosnowicy.
Sosnowica to niezły punkt wypadowy do poszwendania się po Polesiu. Kilka agroturystyk, sklepy czynne do 21, zajazd w dawnej oficynie pałacu Sosnowskich - dworku w którym w swoich czasach pomieszkiwał znany rewolucjonista i partyzant Kościuszko (ale go na koniec odesłali do Ameryki, bo z dołów społecznych pochodził). Aha, no i malownicza sieć stawów i jeziorek poprzedzielanych groblami, otoczona lasami, idealnie nadających się do romantycznych, długich spacerów.
No tak, tyle że akurat w Sosnowicy spędziliśmy zdecydowanie najmniej czasu.
Ponieważ na 1.05. w całej okolicy nikt nie organizował żadnych uroczystości (duch proletariacki w narodzie zginął, czy co?), na pierwszomajowy pochód pojechaliśmy do Chełma. Tam liczyliśmy, że chociaż klasa robotnicza podtrzymuje tradycję. Tradycję podtrzymują, ale tylko nieliczni turyści zamaszyście maszerujący po głównym deptaku miejskiej starówki. I tam też okazało się, że pochody pierwszomajowe zeszły do podziemia - kredowego. Nie mogliśmy odpuścić takiej okazji - poszliśmy i my. W krok za czerwonym sztandarem polaru Pani Przewodnik udaliśmy się na zwiedzanie Chełmskich Podziemi Kredowych. Podobno to jedyne na świecie kopalnie głębinowe kredy, wydrążone pod własnymi kamienicami i ulicami przez dawnych mieszczan - ale czy można w to wierzyć? Jednak konspiracyjne, podziemne obchody Święta Pracy mają swój urok, gdy ocierając się o wilgotne, kredowe ściany, potykając się w ciemnościach, błądząc w labiryncie korytarzy pod piwnicami znanych chełmskich "mordowni" i wyszynków, poznaje się historię miasta, zwyczaje i efekty wielu stuleci trudu kilkunastu pokoleń kredowych górników. No, ale główną atrakcją podziemnego pochodu jest spotkanie z duchem "Bieluchem", zamieszkującym te kredowe labirynty. Duch jest OK. Pochwalił zebranych za kultywowanie pierwszomajowej tradycji i wdał się w dłuższą pogawędkę o sensie i trudach spirytualnej egzystencji - o szczegóły pytajcie nasze dzieci. Grunt, że zakupy robimy teraz już tylko w tych sklepach, gdzie na półce z nabiałem stoi serek Bieluch ;).
A sam Chełm? Niewielka, ale ładna starówka (pośrodku dawne wzgórze Zamkowe z pounicką bazyliką, parkiem i ładną panoramą na miasto), kilka kościołów i cerkwi oraz kościołów, które kiedyś były cerkwiami, stare kamieniczki, kilka uliczek, rozplantowany dawny kirkut, i to już. Oryginalny i ciekawy jest za to system gastronomiczny w mieście. W okolicy starówki głównie pizzerie i knajpki piwne, a jak już znaleźliśmy jakąś restaurację ("Lwowską" nomen omen), to okazało się, że jedzenie zamawia się tam na telefon. Siadasz sobie w takiej restauracji, zamawiasz danie z karty i czekasz (możesz pogapić się w telewizor bo ten i tak zagłusza Twoje myśli). W tym czasie kelnerka po zebraniu zamówień, chwyta za telefon i zamawia. Już po 30 min, pod drzwi restauracji, z piskiem opon i na klaksonie zajeżdża niewielki pickup, a kelnerzy lecą na ulicę po Twoje dania. Szybko rozpakowują folię i pudełka i myk - na stół. Pełny luksus. System prosty, a wydajny. Patrząc na rozmiary miejscowych lokali i pełne oczywistej rutyny miny kelnerów, to system ten może działać całkiem sprawnie w całym mieście. Jedno jest pewne - raczej nie przywieźli tego jedzonka ze Lwowa. 
Po pierwszomajowych, miejskich atrakcjach Chełma, kolejne dni postanowiliśmy spędzić w całkowitym kontakcie z przyrodą. 
Poświęciliśmy się do końca na spenetrowanie atrakcji Poleskiego Parku Narodowego. A te, to przede wszystkim zręcznie urządzone, tzw. ścieżki dydaktyczne (wąskie, prowadzące po bagnach alejki z desek, pomosty na jeziorkach, wieże widokowe do obserwacji wodnego i łąkowego ptactwa). Najbardziej znane z nich to szlaki nad śródleśne jeziorka Moszne, Długie, Łukie i stawy Perehod. Wiosenna przyroda dopiero budziła się do życia, ale całe połacie zawilców (poszycie lasu jakby śniegiem pokryte) i kępki żółciutkich kaczeńców nad wodą zdecydowanie umilały krajobraz. Na jeziorkach buszowały wodne ptaszki (dzikie kaczki, gęsi, łabędzie, bąki, a na łąkach całe to inne powietrzne tałatajstwo. Nic jednak nie mogło przebić koncertów orkiestr godujących w przeróżnych tonacjach, całych stad żab. 
Na szlakach spotykani pojedynczy wielbiciele ciszy i ucieczki od weekendowego gwaru, często zaopatrzeni w sprzęt do obserwacji ptaszków i jedynie kanary od biletów za wejście do Parku (tak, tak, tu też już dotarła komercja - choć biznesu to oni na tym nie zrobią) zakłócali czasami sielskość otoczenia.
Ciekawe (szczególnie dla dzieci) jest też muzeum przyrodnicze Poleskiego Parku Narodowego w Załuczu. Wszystkie zwierzątka żyjące na codzień w tej okolicy zostały odpowiednio spreparowane (wypchane, zakonserwowane, etc.) i wystawione na widok ciekawskich, którzy nie są w stanie sami odnaleźć ich w naturze. A jest tego naprawdę dużo (począwszy od mrówek i chrząszczy, po orła, puchacza, dzika i małego łosia), a na żywca można poobserwować np. żółwia błotnego w sadzawce.
Przyroda, przyrodą, ale w okolicy znajdziemy też kilka innych ciekawostek, np. malutki, acz urokliwy, prywatny skansenik w Holi (chałupa, stodoła, wiatrak) i malownicze, drewniane cerkiewki prawosławne w Holi i Horostycie, zdewastowane, cerkwie murowane w Dratowie i Sosnowicy, malutkie, wiejskie chałupki z malowanymi okiennicami w większości mijanych wiosek. No i oczywiście małe, pożydowskie miasteczka.
Długi weekend majowy dobiegł końca, a my ciągle obijaliśmy się po lubelskim Polesiu.
W poniedziałek wyruszyliśmy w poszukiwaniu mniej znanych, a nie mniej urokliwych miejsc na mapie Poleskiego Parku Narodowego. To miał być dzień wież obserwacyjnych, usadowionych na obrzeżach rozległych łąk i bagien.
Pierwsza z nich, nawet nie oznaczona na mapie, postawiona jest w samym środku obszernego lasu (ale z dogodnym dojściem szlaku), gdzie uchowały się dosyć mokre, śródleśne bagienka (zapewne zarośnięte już jeziora) Durne Bagno. Świetne, zaciszne, zapomniane trochę miejsce, zapewne stałe miejsce taplania się "łosiów". My spotkaliśmy się tylko z mrówkami, zaskrońcem i żmiją (brrr).
Dojazd do drugiej wieży, usytuowanej na obrzeżu rozległego Bagna Bubnów, okazał się za trudny dla naszego zaprawionego w trudnych, terenowych bojach pojazdu. Porzuciwszy go (jako nieprzydatny w tym momencie) na zielonej łączce, przez błotka, łąki i las dotarliśmy do malowniczej wieżyczki na skraju lasu, z pięknym, szerokim widokiem podmokłe łąki, miejsce godowych zlotów żurawi.
Po szczęśliwym wydostaniu się z bubnowskich padołów, pojechaliśmy dalej, już na sam wschodni kraniec Poleskiego Parku, rzucić okiem na olbrzymie połacie łąk i mokradeł Bagna Staw. A tam UFO. Tak miejscowi nazywają kolejną, masywną wieżę postawioną na zupełnie odkrytym terenie, na wzgórku, z dala od czegokolwiek, co zasłania widok na wszystkie strony świata. No i widoki są rzeczywiście imponujące (bez lornety ani rusz). Panoramę po kilkunastu kilometrach zamykają Wzgórza Chełmskie, w wkoło nisko latające bociany.
Miejsca przy każdej z trzech wież są ogrodzone, z wiatą i miejscem na namioty i ogniska. Może więc kiedyś...? 
Nie wiem jak Wam, ale mnie Lubelszczyzna kojarzyła się zawsze z małymi, żydowskimi miasteczkami. No i nie byłbym sobą, gdybym tych miasteczek sobie uważnie nie obejrzał. A czy jest co oglądać? No, to zależy kto i co szuka, i gdzie patrzy.
Większość małych miasteczek (Łęczna, Włodawa, Lubartów, Parczew) paskudnie obrosła współczesnymi blokowiskami. Ale to już znak czasu i systemu. Widać to zwłaszcza w Łęcznej, gdzie na bazie jedynej chyba w kraju, rentownej kopalni węgla kamiennego w Bogdance, powstały całkiem nowoczesne osiedla (sypialnie), ze wszystkimi ich atrybutami (supermarkety, placówki bankowe, nowe kościoły). A sama kopalnia w Bogdance, to też zaskakujące miejsce. Wszystko uporządkowane, nowoczesne, na hałdach sadzonki drzewek - a wszystko w szczerym, żyznym polu. Widok ten zdecydowanie burzy śląski stereotyp kopalni.
"Oj nie ma już, nie ma żydowskich miasteczek..." - jak mówią słowa piosenki. W kilku z nich, klimat przedwojennego sztetł gdzieś tam się jeszcze zachował. Ciasne uliczki wokół rozległego rynku (Łęczna, Kock), z imitacjami jatek pośrodku (Łęczna, Włodawa); niskie, parterowe domki; czasami jakiś stary szyld, balkon, drewniane oficyny w mikroskopijnych podwórkach, ślady starych macew zamiast płytek chodnikowych (Łęczna, Kock, Parczew); lasek w miejscu starego kirkutu z ohelem cadyka w Kocku; synagogi i jesziwy poprzerabiane na kina, biura i magazyny (Parczew, Chełm), to wszystko można jeszcze w miasteczkach odnaleźć. Całkiem dobrze trzymają się też zabytkowe pałace z ładnymi parkami dawnych właścicieli ziemskich (Kock, Lubartów, Łęczna, Radzyń). Warte zobaczenia są muzea urządzone w byłych synagogach (Włodawa, Łęczna), dzięki czemu nie zostały one całkowicie zniszczone i można podziwiać tam ślady dawnego wystroju wnętrz (bima w Łęcznej i wnęka na Torę we Włodawie). Uliczki i bóżnice - dawne skupiska miejscowych chasydów, częściowo się uchowały - choć w większości w kiepskim stanie. Nie udało się to niestety ich dawnym mieszkańcom. 
Niewątpliwie szczególnie warte zobaczenia i wczucia się w klimat przedwojennego sztetł są Kock i Ostrów Lubelski (tylko tam nie ma blokowisk). Małe, drewniane domki (np. dom cadyka w Kocku), wiele z nich z kolorowymi, drewnianymi okiennicami, szpalery drzewek w uliczkach, leniwa cisza zatopiona w świetle popołudniowego słońca. 
I tak oto, zagubieni na szlaku małych miasteczek, w sennym klimacie małomiasteczkowego popołudnia, przez Parczew, Łęczną, Ostrów, Lubartów, Kock, Radzyń Podlaski, Łuków, Stoczek Łukowski wracaliśmy do domu. Wieczorem za Łukowem, w mijanych wioskach, wokół przydrożnych kapliczek, gromadziły się niewielkie grupki kobiet i dzieci, skupione w majowej modlitwie. 
Piotrek Piegat
Ps. Nasz pobyt na Polesiu trwał od 30.04 do 06.05.2003, a miejscowe uroki poznawali całymi rodzinami Piegaty i Bączki.