Relacje z wyjazdów - Polska

Zwardoń i okolice: Skalite, Czadca, Żilina, Koniaków... (2009)

Oj, udał nam się urlop! I to nie tylko pod względem pogody, która dopisała ale także miejsc, w które w tym roku się wybraliśmy!

Pojechaliśmy docelowo do Zwardonia tuż pod słowacką granicą - w trójkę czyli Ginia, ja i moja matka - do agroturystyki Kolyba/Dom Pod Wyciągiem. Pełna rewelka - a gospodarze przesympatyczni a i także szef jeździł z nami na Słowację wspólnie zwiedzać i ostatniego dnia ratował nas gdy uciekł nam ostatni pociąg z Milówki :) Polecamy, jeśli ktoś w tamte strony się wybiera: http://zwardon-kolosinscy.pl/

Już pierwszego dnia przyjazdu - a właściwie zerowego wieczorem :) korzystając z uroków strefy Schengen :D wybraliśmy się do przysiółka Skalite-Serafinov (tuż za granicą, prowadzi żółty szlak obok knajpki Snieżienka gdzie dają m.in. czapowaną kofolę i gdzie wracałem wieloktotnie podczas tego wyjazdu :D) celem obaczenia jak się mają połączenia kolejowe na Słowację - z samego Zwardonia nie warto bo jest drożej. Niestety nie było najlepiej w tym temacie ale jak czas pokazał daliśmy radę. Nazajutrz upał dał znać o sobie - wyprawa na Wielką Raczę skończyła się na Kikuli ale za to las obdarzył nas nieprzebraną ilością malin, poziomek i jagód, pod Kikulą było zupełnie jak pod Pilskiem jeśli chodzi o fioletowość krzaczków jagodowych :) Niestety po słowackiej stronie ma miejsce dość obfita zrywka drewna przez co część szlaku jest zryta ciężkim sprzętem i przez to momentami, zwłaszcza wzdłuż granicy jest dość błotniście i nieprzyjemnie - stojąca woda i zbutwiałe resztki kory dają smrodliwą woń która w upale staje się mało przyjemna. Podobna sytuacja ma miejsce pod Baranią Górą - gdy pod koniec pobytu wybraliśmy się tamże z Koniakowa, czarny szlak z Baraniej Góry do Milówki wygląda jak pobojowisko, jakby walczyły tam zagony czołgów. Czytałem w lokalnej prasie o ataku kornika i konieczności zrywki ale na ile to prawda (fakt, stały pułapki ferromonowe od czasu do czasu) a na ile po prostu wyręb lasu to ciężko ocenić. W każdym razie wygląda to koszmarnie, oznakowanie czarnego szlaku leży i kwiczy, nas ratowali lokalni jagodziarze wyprowadzając "na prostą" (niemniej przez nadłożenie drogi spóźniliśmy się w Kamesznicy na busa i docelowo na pociąg w Milówce - o połączeniach PKP i co ciekawe PKS z i do Zwardonia lepiej nie mówić bo jest to żenada po prostu) i na Baranią lepiej wchodzić z Koniakowa i via Przysłop a schodzić do Wisły. Buszowaliśmy też w samym Koniakowie, koronkowe stringi są tam dostępne praktycznie wszędzie u koronkarek w cenach niższych niż w internecie a i wybór jest przeogromny :) Fajna jest też Karczma Regionalna pod Ochodzitą (sama góra jest - jak to góra, nadajnik komórkowy, wyciąg nieczynny w lecie i kapliczka) gdzie podają najlepszą w Beskidach kwaśnicę. Zaprowadził nas tam spotkany na trasie... młody ksiądz, który podwiózł nas tam samochodem gdy zeszliśmy do przedmieść Koniakowa drogą nieoznakowaną gubiąc niebieski szlak przez kolejną zrywkę drewna - generalnie oznakowania szlaków w okolicach Zwardonia pozostawiają wiele do życzenia. Graliśmy też (i to z bitboxem :D) na trombicie i rogu w chacie regionalnej. Byliśmy też w Milówce na "Dniach Milówki" ale festyn z tej okazji był niestety typowy czyli dużo waty cukrowej i chińskich plastikowych i bardzo tandetnych zabawek a coraz mniej sztuki ludowej i mało muzyki - generalnie sceniczno-plenerowo prezentowali się strażacy a potem orkiestry strażackie i do Żywiołaka nie doczekaliśmy (na co wpływ miały też kiepskie połączenia). Sporo było plakatów nowej płyty Golców ale ich koncert był planowany dopiero jakoś w sierpniu i to w Żywcu. Sama Milówka - przyjemna, momentami trochę lanserska (czytaj: "modna" wśród Ślązaków :) i ma trochę dziwną ale na swój sposób ciekawą rzeźbę neo-Świętowita pod lokalną biblioteką.

barania gora 1 p1010157 

W Żywcu tym razem zwiedziliśmy otwarte kilka lat temu Muzeum Piwa - znajduje się w starych piwnicach browarnych. Jest bardzo ciekawe, trochę w klimacie Muzeum Powstania czyli nowocześnie i dużo multimediów. Można dotykać, robić zdjęcia a nawet zagrać w kręgle - całość rozpoczyna się "wehikułem czasu" od roku 1881 aż do czasów współczesnych. Jest stylizowany bar piwny sprzed I Wojny, z Międzywojnia, trochę klimacików PRLowskich (wycinki starych artykułów i kronik - w formie labiryntu) i bardzo sprawne oprowadzające. Zwiedza się w grupach wchodzących co pół godziny co ma sens bo rzeczywiście obsługa jest fachowa. Na koniec zwiedzania jest wliczona w koszta (bilet tani nie jest) degustacja piwa lub soku i Słowem: muzeum super - ale smak obecnego Żywca jest po prostu tragiczny (zwłaszcza po wcześniejszych degustacjach piw słowackich - nie podam marek bo to moja prywatna opinia a nie artykuł sponsorowany - mi się takie wrażenie nasiliło). Park miejski przywitał nas wysypanymi gresem uliczkami i szumem starych, zacnych dębów i znów nie zobaczyliśmy sklepiku z piernikami - może za trzecim razem się uda :) Na Słowację wybieraliśmy się wielokrotnie. Najpierw szef agroturystyki zaproponował nam wycieczkę do Vychylovki do skansenu budownictwa ludowego i kolejki wąskotorowej. Jest to świetnie zorganizowane połączenie skansenu właśnie (ze starym tartakiem, chatami, działającą karczmą, owczarnią, chatą pary młodej itp) z nieźle zachowaną trakcją 650 mm leśnej kolejki wąskotorowej o sporej różnicy wzniesień. Obecnie na części trasy jeździ skład turystyczny z epoki (w tym w weekendy parowozik, co prawda nie nasz kultowy pX-48 ale równie zacny) a i w zbiorach tamtejszej lokomotywowni zachowało się parę unikatów, w tym parowozik węgierski i niemiecki z II wojny. W Oravskim Podzamku nie było już sokolników ale za to otworzono nową wystawę etnograficzną a i miło było odświeżyć sobie w pamięci to co widzieliśmy kilka lat temu. Zamek nadal robi wrażenie i nadal ma ładne oprowadzające :) i ciekawe zbiory - w tym zbroje rycerskie, sztandary (w tym morawskie), portrety lokalnych władców, sporo entografii a nawet zabawki dziecięce z epoki. Żilina - to ciekawe i nie za duże miasto ale do zwiedzania w ciągu tygodnia. W weekendy sklepy i inne miejsca zamykają się dokładnie w południe i pierwszy raz gdy byliśmy w Żilinie w sobotę udało nam się obejrzeć na pół wymarły popołudniu ryneczek oraz mały ale jary i cały czas remontowany :) Zamek po drugiej stronie rzeki Wag. Przesympatyczna pani oprowadzająca pokazała nam wystawę etnograficzną poświęconą życiu miasta i podżilińskich wsi w XIX i na początku XX wieku a jako, że byliśmy turystami z Polski to pani mówiła powoli przez co doskonale zrozumieliśmy co nam pokazuje - od dawnych kądzieli aż po ciekawie rozwiązane pralki z lat 20-tych XX-wieku oraz zbiór strojów ludowych i miejskich, w tym różowy (!!!) strój swadziebny, który robił piorunujące wrażenie (i tłumaczy trochę popularność różu w dzisiejszej kulturze wiejskiej :D). W drugiej części zamku jest piękna wystawa ceramiki. Do Żiliny powróciłem w tygodniu po szalik tutejszej drużyny MSK Żilina i w tygodniu bez problemu nabyłem (a Ginia z moją matką zwiedzały w tym czasie Istebną i, tylko z zewnątrz, Muzeum Świerka) :)

vychylovka skansen terchova

Czadca to malutkie miasteczko mniej więcej w połowie drogi między Zwardoniem i podobnie jak inne miasteczka słowackie warto zwiedzać w tygodniu. Mały deptak z ciekawą neo-ludową fontanną oraz przesympatyczny barek piwny tuż obok dworca to nie jedyne obiekty które warto tam zobaczyć. Wracając ze Żiliny (swoją drogą ciekawie - czeskim pociągiem do... Pragi który akurat na trasie słowackiej robił za osobowy, był to jakiś chwilowy wyjątek bo coś się działo na trasie, na szczęście pani kasjerka na dworcu w Żilinie poinformowała mnie o tym, generalnie Słowacy są mili i uczynni) wpadłem ponownie do Czadcy po szalik lokalnego FK Czadca. W klubie "nie było na stanie" ale jak powiedziałem że jestem z Warszawy i że specjalnie po szalik przyjechałem to się okazało że jest i mnie jeszcze jeden z piłkarzy podwiózł na stację żebym zdążył na pociąg do Skalitego (gdzie już szalików Slovana Skalite nie było bo liga za niska ale za to warto było zobaczyć m.in. stary cmentarz a i skosztować lokalnych specyjałów w karczmie). Skalite ma 12 kilometrów długości z czego ostatnie 4 do granicy przemierzyłem osobiście a i z Ginią górami od granicy dotarliśmy - jest bardzo ciekawa nieoznakowana ścieżka ze Zwardonia-Myta. Terchova to przede wszystkim Muzeum Janosika ze swoistym klimatem jeszcze z poprzedniej epoki ale mają polską wersję językową filmu o Janosiku - z czego całkowicie pominęli w dziale o filmach naszego Perepeczkę :D Srebrny posąg na jednym ze wzgórz, postawiony niedawno, jest, nazwijmy to, mocno kiczowaty ale z drugiej strony ma swój urok :) Nie udało nam się dotrzeć do Węgierskiej Górki zwiedzić stare forty, nie zdążyliśmy wejść na Wielką Raczę od strony Słowacji (Cierne pri Czadcy), nie zwiedziliśmy wszystkiego na Słowacji - ale nic straconego bo na pewno jeszcze w te okolice powrócimy.

Ginia i Ziutek

Polesie i Roztocze (2002)

Cześć,
A mieliśmy chodzić po górkach na Słowacji, jeść zasmażany syr, hranolky i popijać świeżutkiego Martina... Cóż - życie i ... przełożeni w robocie nie dali.

Pełni desperacji, po nieudanej próbie dołączenie do jaremowej ekspedycji na słowackiej Fatrze, postanowiliśmy z Anią wyruszyć szlakiem "Polski Egzotycznej", wschodnią granicą wzdłuż Bugu, aż na polski skrawek Wołynia i wschodnie Roztocze. Nasza trasa wiodła przez wschodnie Podlasie, Polesie, zachodni fragment Wyżyny Wołyńskiej, aż na przygraniczne tereny wschodniego Roztocza. Poruszaliśmy się naszym zielonym, ochronnym w barwach wozikiem, nocowaliśmy w napotykanych po drodze agroturystykach. Wyjazd nie był zaplanowany, spontaniczny (mieliśmy już spakowane plecaki na Słowację), a więc pełen zaskoczeń i odkryć. Trasa dosyć długa, ale urozmaicona za to wieloma, ciekawymi miejscami. W "telegraficznym skrócie" najciekawsze z nich:

  1. Biała Podlaska - interesujące Podlaskie Muzeum Regionalne - zgromadzono stare ikony, które odebrano na granicy przemytnikom;
  2. Studzianka, Lebiedziew - zdewastowane i zarośnięte cmentarze tatarskie w okolicach Terespola;
  3. Kobylany - ładna, murowana cerkiew oraz cmentarz unicki z nagrobkiem F. Jaszczołda - architekta wielu podlaskich rezydencji szlacheckich i pałaców;
  4. Terespol - dawna zabużańska dzielnica Brześcia, drogowe przejście graniczne z Białorusią - podupadająca, murowana cerkiew prawosławna; stary, zarośnięty wiadukt graniczny ponad mokradłami i starorzeczami Bugu;
  5. Kostomłoty - sanktuarium polskich unitów - ładna cerkiew (piękny wystrój), śliczna kaplica i rzeźbienia starej plebani;
  6. Kodeń - sanktuarium maryjne (wielka bazylika kodeńska), klasztor, ciekawe rzeźby na nadbużańskiej kalwarii;
  7. Jabłeczna - główny ośrodek podlaskiego prawosławia - klasztor, cerkiew, malownicze kaplice na łąkach. W cerkwi wspaniały, barokowy wystrój wnętrza; przy klasztorze Dom Pielgrzyma z możliwością noclegu, malownicze nadbużańskie łąki - magia miejsca zniewala ... 
  8. Zabłocie - duża, murowana, bogato zdobiona, oryginalna cerkiew w stylu prawie rokoko (:-), w samym środku wsi;
  9. Sławatycze - murowana cerkiewka z kilkoma kopułkami, z podobno pięknym i bogatym wystrojem ("zakluczeno na głucho"); 
  10. Włodawa - pozostałości pięknego, kresowego miasteczka; bogate ślady wielokulturowości tych terenów i szczególnej atmosfery żydowskiego sztetl.
    • - wspaniała, Wielka Synagoga (obecnie muzeum z dużą ekspozycją) z zachowanym "ołtarzem" aron-ha-kodesz, zdjęcia starej Włodawy i jej żydowskich mieszkańców oraz różne pamiątki pozostałe po nich; ekspozycja sztuki i kultury ludowej, wystawa fotografii poleskich cerkwi, pozostałości fresków na ścianach  (to w Małej Synagodze);
    • - drewniane domki i jatki żydowskie w rynku i dawnej dzielnicy żydowskiej;
    • - wielka cerkiew murowana z ogromniastymi, błyszczącymi kopułami (ciekawy wystrój wnętrz);
    • - kościół i dawny pauliński zespół klasztorny na nadbużańskiej skarpie
  11. Sobibór - piękna, drewniana wioska nad Bugiem, okiennice, strzechy, te rzeczy; w niedalekim lesie pozostałości (ogromna wieża strażnicza, stacja kolejowa)  i pomnik dawnego obozu zagłady poleskich Żydów;
  12. Sobiborski Park Krajobrazowy - min. rezerwat żółwia błotnego i wieża
    obserwacyjna nad śródleśnym, malowniczym jeziorem - cudowny zachód słońca;
  13. Dorohusk - ładnie zachowany pałacyk (gontem kryty dach "polski"), położony na skarpie doliny Bugu z szeroką panoramą doliny i granicznym mostem kolejowym;
  14. Dubienka - czyściutko utrzymane miasteczko z eleganckim kościółkiem, a w samym środku zdewastowana, zapuszczona, murowana cerkiew - ciekawy kontrast;
  15. Horodło - drewniana cerkiewka, kościółek - miejscowość słynąca z Unii Horodelskiej (pamiątkowy kopiec);
  16. Zosin - najdalej na wschód wysunięty skrawek Polski - ostry zakręt Bugu (drogowe przejście graniczne);
  17. Husynne - piękne, malownicze, łąki, zakola, starorzecza Bugu - sielsko (na nocleg tylko tam) - po drugiej stronie ukraińska wysoczyzna Wołynia; 
  18. Hrubieszów - kolejne kresowe miasteczko, z pamiątkami po dawnych mieszkańcach i ich religiach;
    • - piękna, bizantyjska w formie, murowana cerkiew, z błyszczącymi pięknie cebulami 13 kopułek;
    • - położona na wzgórzu dawna cerkiew unicka (ciekawe wnętrze, obecnie kościół);
    • - drewniane domki, ładnie utrzymane z cudownymi ganeczkami, a w innej części miasteczka - drewniane, obskurne budy, pozostałości żydowskich slumsów (na dawnym dużym kirkucie pozostał tylko pomnik z macew);
  19. Kryłów - malowniczo położone ruiny zamku na dzikiej wyspie na Bugu; buchająca, żywiołowa przyroda, piękne łąki i krajobrazy;
  20. Dołhobyczów - duże, opuszczone założenie pałacowe z zapuszczonym parkiem (na pałacowym dziedzińcu wypasają się krowy); totalnie zarośnięta i zdewastowana murowana cerkiew;
  21. Myców - opuszczona wioska ukraińska, potem upadły PGR (to regułą na całym terenie polskiego Wołynia)
    - opuszczona i zarośnięta, zdewastowana (trwają jakieś bezskuteczne próby
    ratunku), drewniana cerkiewka, ze wspaniałymi, ni jak nie zabezpieczonymi
    freskami (już całkowicie bez wyposażenia);
    - ciekawy, stary cmentarz ukraiński (pomniki "bruśnieńskie") z otartą i
    zdewastowaną (porozwalane trumny) kaplicą grobową byłych właścicieli okolicy
    - po prostu total!!!
  22. Dłużniów, Budynin, Szczepiatyn, Chłopatyn, Machnówek, Korczmin, Tarnoszyn i kilka innych - dawne, wysiedlone wsie ukraińskie (popegieerowskie) z lepiej lub gorzej zachowanymi cerkwiami i ciekawymi, zarośniętymi cmentarzykami - obszar pofałdowany, wyżynny z licznymi jarami i dolinkami, wszędzie pola uprawne;
  23. Wierzbica - ciekawy zespół pałacowo-parkowy (zdemolowany oczywiście); na tyłach warsztatów PGR, na terenie dawnej, dużej wsi: kaplica obok cerkwisko z nowym pomnikiem wystawionym przez byłych mieszkańców (z Ameryki, Kanady, Australii, Anglii, Ukrainy, Pomorza)
    - w szczerym polu (zaorane miejsce po wsi) niewielki zagajnik - piękny, oczyszczony z zarośli, uporządkowany cmentarz ukraiński z pięknymi, bruśnieńskimi pomnikami (ładniejsze są tylko w Bruśnie), krzyżami, pomnikami żołnierzy UPA oraz mieszkańców pomordowanych w akcjach pacyfikacyjnych - istne ukraińskie mauzoleum - wokół pola uprawne, pustkowie, hula wiatr...
  24. Hrebenne - tuż przed międzynarodowym przejściu granicznym, przy przejeździe kolejowym malowniczo położona na wzgórzu, drewniana cerkiewka - wewnątrz cieśle z Ukrainy właśnie obstalowują nowy ikonostas; tu zaczyna się już Roztocze;
  25. Siedliska, Prusie, Werchrata, Wola Wielka - położone w śródleśnych dolinach, ładne roztoczańskie wioski, a w nich murowane, kopulaste cerkwie i jedna bardzo stara drewniana w Woli; w środku lasu, wieczorem łapiemy gumę w przednim kole - wymiana na leśnej, piaszczystej drodze - niezapomniane (a szkoda) przeżycie (jednak się udało)
  26. Bełżec - duża wieś z drewnianą cerkiewką i pozostałościami (pomnik) dawnego obozu zagłady Żydów;
  27. Tomaszów Lubelski - generalnie raczej brzydkie miasteczko, ale... ładna, murowana cerkiew oraz uroczy, zrobiony z drewnianych bali, piętrowy domek w stylu rosyjskim, tzw. czajnia (czyli herbaciarnia lub wartownia - co kto woli)

Uff, to chyba na tyle (chociaż wcale nie napisałem o wszystkim co zobaczyliśmy). Część z tego, co tu opisałem, udało się nam zachować na slajdach. Jeśli tylko nadarzy kiedyś okazja wspólnie je obejrzeć, wtedy szerzej opowiemy o naszych przygodach, poznanych miejscach. 

Wyjazd był naprawdę ekscytujący - nie tylko swoistą egzotyką terenu, ale i przede wszystkim, spontanicznością naszego działania. Niespodziewane emocje, fascynujące, zapomniane przez czas i ludzi miejsca, pouczające spotkania (min: archimandryta Włodzimierz w Jabłecznej, dziennikarka Kuriera Lubelskiego w Suścu, napotkani mieszkańcy wiosek oraz gospodarze kwater...) Szkoda tylko, że wszystko tak szybko, tak krótko ... - daje to pretekst do ponownego wyjazdu na te tereny. 

Wielu rzeczy nie zdołaliśmy zobaczyć (np. Poleski Park Narodowy, Chełm, Łęczna, zachodnie Roztocze, Zamość, Krasnystaw, itd.), tak więc już myślimy o kolejnych wyjazdach, tym razem już w trochę szerszym gronie.

Pozdrawiam
Piotrek Piegat

Z wiejskiego podwórza (2003)

"No i jak było? Udało się? Warto było pojechać?"
Tak brzmią pierwsze pytania, jakie już od miesiąca zadają nam spotykani Jaremowicze.

Minął miesiąc od wyjazdu, a ja właśnie siadam do spisywania wrażeń. Ale przecież tyle się wokół dzieje ciekawego..., że kiedy tu pisać? :)
W międzyczasie zdążyliśmy już zawędrować naszą ulubioną, znaną Wam z pokazów w Jaremie "Litewską ścieżkę", zrobić szybki wypad do Gdańska i odwiedzić plażę na Stogach, pokiwać się na koncertach festiwalu "Kasztelania" w Sierpcu i poogniskować nad jeziorkiem, na podsierpeckim "Rancho Konik"...  A to przecież jeszcze nie koniec lata.

Pomysł wyjazdu na Spotkania Folkowe "Z wiejskiego podwórza" do Czeremchy, zrodził się jako swoisty suplement do niedawnego wyjazdu i ogniska Jaremy w Puszczy Białowieskiej. Wtedy właśnie okazało się, że dwa dni to zdecydowanie za mało na to, żeby odwiedzić wszystkie białowieskie atrakcje. Nie mówiąc już o mało znanej, a urokliwej okolicy białoruskiego pogranicza. A do tego, unikalne w stolicy występy kapel folkowych; rodzimych i tych zza wschodniej i południowej granicy. Postanowiliśmy więc wykorzystać okazję.

Teren, który chcieliśmy spenetrować, to najbliższe okolice Puszczy Białowieskiej, dolina górnej Narwi na północ od puszczy oraz obszar na południe od niej, aż do doliny Bugu w okolicach Mielnika. Jako miejsce noclegów, wieczornych ognisk oraz bazę wypadową dla codziennych wycieczek wybraliśmy uroczą, wiejską kwaterę "U Pani Niny" we wsi Grabowiec koło Dubicz Cerkiewnych.

I tu trzeba napisać kilka słów o kwaterze, bo nie jest to taka zwyczajna agroturystyka.
Do swojej dyspozycji dostaliśmy wyjęte żywcem z XIX wieku, drewniane gospodarstwo, w samym środku podlaskiej wioski. Drewniana chałupa z ozdobnymi okiennicami. Wewnątrz: niebieskie ściany zdobione rustykalnymi malowidłami; na ścianach białoruskie ręczniki, ikony; na podłogach podlaskie chodniki; ręcznie haftowane poszewki na poduszki, obrusiki, narzuty, firaneczki... Chałupa zaopatrzona w tradycyjne piece kaflowe, kuchnię z piecem oraz ... zupełnie współczesną łazienkę z prysznicem i toaletę (jednak z bieżącą wodą ;)). Obejście w stylu dawnej zagrody podlaskiej - chałupa bliżej drogi, za nią podwórze z zabudowaniami gospodarskimi (zabytkowe, drewniane: stodoła, obory, komórki pełne porąbanego drewna, studnia...) - prawdziwy skansen!!! Pośrodku podwórza miejsce na ognisko z ławeczkami. W całym gospodarstwie miejsc noclegowych, gdzieś dla 12-15 osób. Luksusów jednak próżno szukać. Pani Nina - mieszkająca w sąsiedniej wsi starsza kobiecina w zdobionej chuście na głowie - pozostawia całe obejście pod opieką przybyszów, prosząc by w czasie swojego pobytu, poczuli się prawdziwymi gospodarzami. W niewielkim sadzie, czerwienią się na drzewkach wiśnie i czereśnie, a uczynni sąsiedzi co ranek, podrzucają pod drzwi świeże mleko "prosto od krowy" i truskawki "prosto z pola". W zamian za to, nasza "folkowa" ekipa raczyła co wieczór okolicznych gospodarzy ogniskowymi śpiewami z wiejskiego podwórza, aż do późnej nocki. Ale w końcu świętojańskie, czerwcowe nocki to najkrótsze noce w roku.

Jednak tak naprawdę prawdziwe muzykowanie, śpiewy, tańce i wspólna zabawa odbywały się w te dni w Czeremsze.
Spotkania Folkowe "Z wiejskiego podwórza" ściągają co roku do Czeremchy, osady tuż przy granicy z Białorusią, najbardziej zagorzałych miłośników muzyki folkowej - radosnej zabawy w rytm muzyki i śpiewów, inspirowanych wielonarodową kulturą i tradycją ludową. Na program dwudniowej imprezy składały się: koncerty zespołów folkowych, wystawa unikalnych, starych fotografii (Podlasie lat 20-tych i 30-tych) oraz wioska folkowa, a w niej: drewniane wiaty z warsztatami bębniarskimi i tanecznymi, potrawami regionalnej kuchni, pokazami garncarstwa, kowalstwa i plecionkarstwa; stoiskami rękodzieła ludowego; wydawnictwa z muzyką folkową i ludową, śpiewniki... Zabrakło jedynie pokazów slajdowych  (pole do popisu na przyszły rok dla Jaremy ;)
Część koncertów odbywała się w sali Ośrodka Kultury, większa część - na dużej scenie w plenerze. Repertuar i style muzykowania bardzo urozmaicone, tak jak i publika złożona z wszelkiej proweniencji folkowych przybyszów; całych rodzin i grupek mieszkańców Czeremchy i  okolicznych wiosek; gminnych notabli, dziennikarzy; muzykantów; kolorowych folkowych "dzieci kwiatów", a także roztańczonych maluchów, radośnie pląsających pod sceną ... Prawdziwie ludowy festyn - niezawodny browar Łomża, kiełbaski, nocne tańce w deszczu (plener) albo pomiędzy krzesełkami (sala).

A na scenach grali i śpiewali:
* Sarakina - klimatyczna muzyczka z pogranicza folku, jazzu, muzyki poważnej i sakralnej w aranżacjach bułgarskich i macedońskich;
* Odpust Zupełny - "zespół muzyki dawnej inaczej", nawiązujący do czasów średniowiecznych trubadurów, tradycji pieśni rybałtowskich i rycerskich...", w folkowych aranżach i ogniskowych klimatach (główna nagroda na tegorocznym Festiwalu Muzyki Folkowej "Nowa Tradycja");
* miejscowa Czeremszyna - skoczne, ludowe kawałki w "tutejszej gwarze chechłackiej" (specyficzna mieszanka ukraińskiego, białoruskiego i polskiego); piosenki ukraińskie, białoruskie i łemkowskie, aranżowane na akordeon, gitarę, mandolinę, sopiłki (rodzaj fletu ukraińskiego), bębny oraz bas-bałałajkę;
* Orkiestra Na Zdrowie - żywiołowe folk-reggae z ekologicznymi tekstami i pod wodzą kultowego barda Jacka Kleyffa (nocny trans na świeżym powietrzu);
* Hosadyna - młoda ekipa folkująca w tradycyjnych klimatach łemkowsko-ukraińsko-słowackich;
* białoruski Pałac - współczesny folk wykorzystujący motywy z białoruskich pieśni i obrzędów;
* ukraińskie Haydamaky  - czadowe połączenie ukraińskiego folkloru z punk-rockiem, reggae, ska - pod sceną pogo, wężyki, szaleństwo...

* Kapela Duszana i Lubki Tumovej - tradycyjne, słowackie muzykowanie; liryczne, ludowe przyśpiewki przy akompaniamencie cymbałów;
* na zakończenie jeszcze tylko barwne widowisko Teatru Ognia "Klan Grus" ...
... i już spokojnie można było wracać na folkowe ognisko, granie i śpiewanie, tym razem na prawdziwym wiejskim podwórzu w Grabowcu.

Podobno już tradycyjnie, folkowcom wszedł w paradę deszcz, a w pierwszym dniu koncertu zbuntował się nawet prąd (nie ma to jak występy unplugged przy świecach ;). Ale cóż to znaczy w obliczu przemożnej chęci wspólnej zabawy? :) A zabawa była naprawdę przednia. Już teraz szykujemy się w komplecie (a zwłaszcza "ci mniejsi") na kolejne Spotkania w Czeremsze za rok.

No ale przecież nie samą muzyką, śpiewem i zabawą żyliśmy na tym wyjeździe. W chwilach wolnych penetrowaliśmy okolicę i staraliśmy się dotrzeć do miejsc, do których jeszcze żaden Jaremowicz nie dotarł :)
W puszczy, poza znanymi i lubianymi (lub też nie) miejscami i obiektami, dotarliśmy na południowy, najbardziej dziki i niedostępny obszar, tuż przy samej granicy. Poruszając się Trybem Olemburskim, dotarliśmy w najdzikszą na terenie puszczy dolinkę rzeczki Leśna Prawa. Dolina jest matecznikiem przeróżnych zwierzątek, ptaków, ostają naprawdę zapierającej dech w piersiach roślinności: łąkowej, bagiennej i leśnej. Naokoło same ścisłe rezerwaty, a poza nami żadnej "żywej duszy".
Na samym południowym skraju puszczy, odnaleźliśmy też głęboko zagubione w lesie drewniane przysiółki: Wygon i Nikiforowszczyzna - to już na pewno Białoruś ;)
W Obrębie Ochronnym Hwoźna, w pobliżu granicznej wioski Masiewo, natrafiliśmy na mini skansen leśnej kolejki (niemieckie wagoniki z Fabricke Breslau z XIX wieku) służącej do wywozu drzewa z puszczy, a w okolicach Siemianówki podziwialiśmy z wieży widokowej zachód słońca, nad rozległą w tym miejscu doliną Narwi.

Jednakże Białostocczyzna znana jest (a jeśli nie, to być powinna) przede wszystkim z uroczych, drewnianych cerkiewek. Są ich setki, nawet w najmniejszych wioskach, rozrzuconych w szerokim pasie wzdłuż granicy z Białorusią, począwszy od doliny Bugu na południu, aż po Puszczę Knyszyńską na północy. Cerkiewki - bajkowo kolorowe (pastele: błękitne, niebieskie, żółte, zielone, jasne brązy - jak z dawnych rosyjskich bajek dla dzieci), koronkowe zdobienia w stylu rosyjskim, regularne kształty i małe kopułki na szczytach, barokowe zdobienia i malowidła ścienne w środku - usadowione są wśród drewnianych gospodarstw podlaskich wiosek. Najładniejsze, z tych co widzieliśmy, są w: Koterce, Zubaczach, Milejczycach, Werstoku, Szczytach, Pasynkach, Juszkowym Grodzie, Narwi i o dziwo, aż dwie w Bielsku Podlaskim (co nas kompletnie zaskoczyło, bo stoją w środku miasta), gdzie jest jedyna w kraju szkoła malowania ikon.

Całą resztę naszych przygód, wrażeń z odwiedzonych miejsc opowiemy już tylko "ciekawym", w kameralnym gronie, nastroju folkowych nut Czeremszyny, przy slajdkach i mapach, popijając zimnego dojlidzkiego "Żuberka"  oraz tradycyjny kwas chlebowy :-)

Uroków podlaskiego, wiejskiego podwórza doznawała "folkowa" ekipa w składzie:
ci mniejsi - Iguś, Michaś, dwie Ole i Patrycja oraz
ci więksi - Agnieszka, Kasia, Jola i Michał, Ania i Piotrek.

pozdrawiamy
Ania i Piotrek

19-23 czerwca 2003

Wciąż wierzę w Wąski Tor... (2004)

 

...bo pomimo fatalnej pogody, która uniemożliwiła zrealizowanie dużej części programu (wielkie gremialne ognisko, plenerowe koncerty, spacery, chłoniecie wiosennej przyrody na runowskich łąkach...), IV plenerowa wyprawa na wąskotorowym szlaku Piaseczno-Tarczyn-Runów-Piaseczno była naprawdę udana.

Przede wszystkim tak liczny udział Jaremowiczów (a było nas 32 osoby) wraz z dziećmi, zaanektowanie całego wagonika i wspólna zabawa przy muzyce i śpiewie, ogromnie cieszy i budził podziw i zachwyt osób mniej związanych z naszym Klubem.

Wycieczka rozpoczęła się wyjazdem kolejki ze stacyjki Piaseczno Wąskotorowe. Cztery stare, klimatyczne wagoniki od samego wyjazdu zaczęły tętnić radosnym gwarem wycieczkowiczów (w wagoniku jaremowskim dominował gwar dziecięcy ;)), połączonym z folkowymi dźwiękami czterech grających kapel (Sarakina - folk bałkański, Rimaed, The Reelium - folk celtycki, Semenca - folk karpacki i rosyjski).
W wagonie Jaremy początkowo rozbrzmiewał folk jaremowski, ale szybko dotarły do nas grające i śpiewające Wrocławianki z Semency i... z krótkimi przerwami grały nam już do końca wyjazdu.
Ich spontaniczność, radość grania i chęć wspólnej zabawy szybko wciągnęły towarzystwo jaremowe i przyciągały coraz to nowych wąskotorowiczów, ciekawych i chętnych do wspólnej, folkowej zabawy.

Na trasie do Tarczyna i z powrotem do Runowa rozbrzmiewała skoczna muzyka Karpat, dźwięki podhalańskie, orawskie, słowackie, węgierskie, ukraińskie, rosyjskie... wygrywane na skrzypeczki, prym, altówkę i basy, wyklaskiwane i wyśpiewywane przez wszystkich uczestników wagonowej imprezy. Nie obyło się również bez dziecięcych podrygiwań i tańców, w ruch poszły liczne fotoaparaty i kamera.

Zabawa trwała aż do przystanku na łące w Runowie, gdzie już w strugach deszczu zapłonęło ognisko i gdzie zmoczeni wąskotorowicze rozłożyli się taborem aż do późnego popołudnia. Były smaczne kiełbaski ze świeżymi bułeczkami i kiszonymi ogórkami, było podziwianie kolejki i jej kultowego parowoziku (px-48) - raj dla miłośników kolejnictwa, spacery po lesie, próby wspólnego tańca irlandzkiego na mokrej łące, a także mecz piłkarski na w strugach deszczu (z udziałem młodych braci Nuszkiewiczów, jako przedstawicieli Jaremy).

W miarę sucho było jedynie wewnątrz w wagonikach i tam też odbywała się muzyczna, główna część popołudniowej imprezy. We wszystkich wagonikach muzykowały kapele. W naszym wagoniku folkowo-łemkowski secik zagrały połączone siły Jaremy, Semency, folkowych Muzykantów - rozbujane wagoniki zaczęły niebezpiecznie wychylać się na boki poza obręb wąskotorowego nasypu, aż jedna struna w gitarze nie wytrzymała tego napięcia. Do wspólnej zabawy z Jaremą podłączyli się członkowie min. tak znanych warszawskich kapel folkowych jak Goście z Nizin, The Irish Connection, Nic Wielkiego, dawna Werhowyna i jej II pokolenie, itd...
Było wesoło... i nic to, że na zewnątrz dogasało ognisko, padali ostatni mokrzy tancerze i wąskotorowi piłkarze, a cały folkowy tabor zbierał się już do odjazdu.

Krótki już dojazd do Piaseczna to zdecydowana dominacja Jaremy i wygrywanego na 5 strunach zdemolowanej gitary, wielkie klubowe przeboje jak Głupi Gienek, Najeli, Wydłubałaś sianko, Noga, Szliśmy tak już chyba szósty dzień... aż dojechaliśmy do końca trasy.

Wszystkim wąskotorowiczom raz jeszcze gorąco dziękuję za wspólną zabawę, fajna atmosferę, chart ducha i ciała. Następny, V już Wąski Tor już we wrześniu. Jedziemy?

A już za tydzień... - no tak, struny, gitara, palce, glos... - pomocy !!!!! ;)))

Pozdrawiam gorąco
(również w imieniu zachwyconego Komitetu Kolejkowego)
Piotrek

Ps. W wąskotorowym wagoniku Jaremy imprezowali min:
Jarema (rodziny: Tabaków, Nuszkiewiczów, Flaczyńskich, Kulczyków, Kalisiaków, Piegatów, Maronowskich; Justyna, Agnieszka, Rafał, Zbyszek)
a także: Semenca (Marysia, Basia, Asia, Ola), Ania, Ela, Jarek "Kaczor", Piotrek "Niszyn", Łukasz "Talar", Kuba Urlich z synkiem, Jani Konador, fuJarek i wielu, wielu innych...

 

Galeria zdjęć Artura Flaczyńskiego:

Polesie - weekend majowy (2003)

W ramach poznawania nowych zakątków oraz stałego penetrowania naszych "ziem wschodnich", udaliśmy się tym razem na Polesie Lubelskie.
Jeszcze w Warszawie okazało się, że nawet na dwa dni przed sławetnym długim, majowym weekendem, znalezienie agroturystycznych miejsc noclegowych w tym rejonie nie stanowi najmniejszego problemu. Wybraliśmy więc fajną miejscowość Sosnowica, malowniczo położoną wśród Lasów Parczewskich, nad stawami i jeziorkami Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego. Swoją drogą, to chyba najmniejsze pojezierze w Polsce, z nie do końca usprawiedliwioną nazwą - głównie małe, zarastające jeziorka, kompleksy dawnych lub obecnych stawów rybnych, sztuczne jeziorka i zbiorniki retencyjne. Wszystko to jednak bardzo różnorodnie utkane pośród lasów, łąk, bagien i mokradeł, często przypominających klimaty nadbiebrzańskie. Na tej swoistej mozaice jeziorek, bagien, łąk i lasów utworzono Poleski Park Narodowy.
Podróż, choćby nawet najbliższa, jest jednak podróżą i nie może ograniczać się do siedzenia nad jeziorkami (nawet pomimo pięknej, letniej pogody). 
Z Warszawy wyruszyliśmy 30.04. tuż po uroczystej premierze i głównej roli Oli w szkolnym przedstawieniu legendy o Warsie i Sawie (dodam, że Ola nie wcieliła się w postać Warsa...).
Uciekając przed spodziewanym, weekendowym spędem na drogach, robiliśmy rekonesans małych miasteczek, które miały to szczęście (? ;)) znaleźć się na naszej trasie. Garwolin (nie polecam - omijać, jak kto umie, albo zamknąć oczy), Kock (bida z nędzą, ale warto), Firlej (super zajazd na obiadek), Lubartów (omijać, chyba że trzeba coś kupić extra), Parczew (no cóż ;) - i takim zygzakiem dotarliśmy do Sosnowicy.
Sosnowica to niezły punkt wypadowy do poszwendania się po Polesiu. Kilka agroturystyk, sklepy czynne do 21, zajazd w dawnej oficynie pałacu Sosnowskich - dworku w którym w swoich czasach pomieszkiwał znany rewolucjonista i partyzant Kościuszko (ale go na koniec odesłali do Ameryki, bo z dołów społecznych pochodził). Aha, no i malownicza sieć stawów i jeziorek poprzedzielanych groblami, otoczona lasami, idealnie nadających się do romantycznych, długich spacerów.
No tak, tyle że akurat w Sosnowicy spędziliśmy zdecydowanie najmniej czasu.
Ponieważ na 1.05. w całej okolicy nikt nie organizował żadnych uroczystości (duch proletariacki w narodzie zginął, czy co?), na pierwszomajowy pochód pojechaliśmy do Chełma. Tam liczyliśmy, że chociaż klasa robotnicza podtrzymuje tradycję. Tradycję podtrzymują, ale tylko nieliczni turyści zamaszyście maszerujący po głównym deptaku miejskiej starówki. I tam też okazało się, że pochody pierwszomajowe zeszły do podziemia - kredowego. Nie mogliśmy odpuścić takiej okazji - poszliśmy i my. W krok za czerwonym sztandarem polaru Pani Przewodnik udaliśmy się na zwiedzanie Chełmskich Podziemi Kredowych. Podobno to jedyne na świecie kopalnie głębinowe kredy, wydrążone pod własnymi kamienicami i ulicami przez dawnych mieszczan - ale czy można w to wierzyć? Jednak konspiracyjne, podziemne obchody Święta Pracy mają swój urok, gdy ocierając się o wilgotne, kredowe ściany, potykając się w ciemnościach, błądząc w labiryncie korytarzy pod piwnicami znanych chełmskich "mordowni" i wyszynków, poznaje się historię miasta, zwyczaje i efekty wielu stuleci trudu kilkunastu pokoleń kredowych górników. No, ale główną atrakcją podziemnego pochodu jest spotkanie z duchem "Bieluchem", zamieszkującym te kredowe labirynty. Duch jest OK. Pochwalił zebranych za kultywowanie pierwszomajowej tradycji i wdał się w dłuższą pogawędkę o sensie i trudach spirytualnej egzystencji - o szczegóły pytajcie nasze dzieci. Grunt, że zakupy robimy teraz już tylko w tych sklepach, gdzie na półce z nabiałem stoi serek Bieluch ;).
A sam Chełm? Niewielka, ale ładna starówka (pośrodku dawne wzgórze Zamkowe z pounicką bazyliką, parkiem i ładną panoramą na miasto), kilka kościołów i cerkwi oraz kościołów, które kiedyś były cerkwiami, stare kamieniczki, kilka uliczek, rozplantowany dawny kirkut, i to już. Oryginalny i ciekawy jest za to system gastronomiczny w mieście. W okolicy starówki głównie pizzerie i knajpki piwne, a jak już znaleźliśmy jakąś restaurację ("Lwowską" nomen omen), to okazało się, że jedzenie zamawia się tam na telefon. Siadasz sobie w takiej restauracji, zamawiasz danie z karty i czekasz (możesz pogapić się w telewizor bo ten i tak zagłusza Twoje myśli). W tym czasie kelnerka po zebraniu zamówień, chwyta za telefon i zamawia. Już po 30 min, pod drzwi restauracji, z piskiem opon i na klaksonie zajeżdża niewielki pickup, a kelnerzy lecą na ulicę po Twoje dania. Szybko rozpakowują folię i pudełka i myk - na stół. Pełny luksus. System prosty, a wydajny. Patrząc na rozmiary miejscowych lokali i pełne oczywistej rutyny miny kelnerów, to system ten może działać całkiem sprawnie w całym mieście. Jedno jest pewne - raczej nie przywieźli tego jedzonka ze Lwowa. 
Po pierwszomajowych, miejskich atrakcjach Chełma, kolejne dni postanowiliśmy spędzić w całkowitym kontakcie z przyrodą. 
Poświęciliśmy się do końca na spenetrowanie atrakcji Poleskiego Parku Narodowego. A te, to przede wszystkim zręcznie urządzone, tzw. ścieżki dydaktyczne (wąskie, prowadzące po bagnach alejki z desek, pomosty na jeziorkach, wieże widokowe do obserwacji wodnego i łąkowego ptactwa). Najbardziej znane z nich to szlaki nad śródleśne jeziorka Moszne, Długie, Łukie i stawy Perehod. Wiosenna przyroda dopiero budziła się do życia, ale całe połacie zawilców (poszycie lasu jakby śniegiem pokryte) i kępki żółciutkich kaczeńców nad wodą zdecydowanie umilały krajobraz. Na jeziorkach buszowały wodne ptaszki (dzikie kaczki, gęsi, łabędzie, bąki, a na łąkach całe to inne powietrzne tałatajstwo. Nic jednak nie mogło przebić koncertów orkiestr godujących w przeróżnych tonacjach, całych stad żab. 
Na szlakach spotykani pojedynczy wielbiciele ciszy i ucieczki od weekendowego gwaru, często zaopatrzeni w sprzęt do obserwacji ptaszków i jedynie kanary od biletów za wejście do Parku (tak, tak, tu też już dotarła komercja - choć biznesu to oni na tym nie zrobią) zakłócali czasami sielskość otoczenia.
Ciekawe (szczególnie dla dzieci) jest też muzeum przyrodnicze Poleskiego Parku Narodowego w Załuczu. Wszystkie zwierzątka żyjące na codzień w tej okolicy zostały odpowiednio spreparowane (wypchane, zakonserwowane, etc.) i wystawione na widok ciekawskich, którzy nie są w stanie sami odnaleźć ich w naturze. A jest tego naprawdę dużo (począwszy od mrówek i chrząszczy, po orła, puchacza, dzika i małego łosia), a na żywca można poobserwować np. żółwia błotnego w sadzawce.
Przyroda, przyrodą, ale w okolicy znajdziemy też kilka innych ciekawostek, np. malutki, acz urokliwy, prywatny skansenik w Holi (chałupa, stodoła, wiatrak) i malownicze, drewniane cerkiewki prawosławne w Holi i Horostycie, zdewastowane, cerkwie murowane w Dratowie i Sosnowicy, malutkie, wiejskie chałupki z malowanymi okiennicami w większości mijanych wiosek. No i oczywiście małe, pożydowskie miasteczka.
Długi weekend majowy dobiegł końca, a my ciągle obijaliśmy się po lubelskim Polesiu.
W poniedziałek wyruszyliśmy w poszukiwaniu mniej znanych, a nie mniej urokliwych miejsc na mapie Poleskiego Parku Narodowego. To miał być dzień wież obserwacyjnych, usadowionych na obrzeżach rozległych łąk i bagien.
Pierwsza z nich, nawet nie oznaczona na mapie, postawiona jest w samym środku obszernego lasu (ale z dogodnym dojściem szlaku), gdzie uchowały się dosyć mokre, śródleśne bagienka (zapewne zarośnięte już jeziora) Durne Bagno. Świetne, zaciszne, zapomniane trochę miejsce, zapewne stałe miejsce taplania się "łosiów". My spotkaliśmy się tylko z mrówkami, zaskrońcem i żmiją (brrr).
Dojazd do drugiej wieży, usytuowanej na obrzeżu rozległego Bagna Bubnów, okazał się za trudny dla naszego zaprawionego w trudnych, terenowych bojach pojazdu. Porzuciwszy go (jako nieprzydatny w tym momencie) na zielonej łączce, przez błotka, łąki i las dotarliśmy do malowniczej wieżyczki na skraju lasu, z pięknym, szerokim widokiem podmokłe łąki, miejsce godowych zlotów żurawi.
Po szczęśliwym wydostaniu się z bubnowskich padołów, pojechaliśmy dalej, już na sam wschodni kraniec Poleskiego Parku, rzucić okiem na olbrzymie połacie łąk i mokradeł Bagna Staw. A tam UFO. Tak miejscowi nazywają kolejną, masywną wieżę postawioną na zupełnie odkrytym terenie, na wzgórku, z dala od czegokolwiek, co zasłania widok na wszystkie strony świata. No i widoki są rzeczywiście imponujące (bez lornety ani rusz). Panoramę po kilkunastu kilometrach zamykają Wzgórza Chełmskie, w wkoło nisko latające bociany.
Miejsca przy każdej z trzech wież są ogrodzone, z wiatą i miejscem na namioty i ogniska. Może więc kiedyś...? 
Nie wiem jak Wam, ale mnie Lubelszczyzna kojarzyła się zawsze z małymi, żydowskimi miasteczkami. No i nie byłbym sobą, gdybym tych miasteczek sobie uważnie nie obejrzał. A czy jest co oglądać? No, to zależy kto i co szuka, i gdzie patrzy.
Większość małych miasteczek (Łęczna, Włodawa, Lubartów, Parczew) paskudnie obrosła współczesnymi blokowiskami. Ale to już znak czasu i systemu. Widać to zwłaszcza w Łęcznej, gdzie na bazie jedynej chyba w kraju, rentownej kopalni węgla kamiennego w Bogdance, powstały całkiem nowoczesne osiedla (sypialnie), ze wszystkimi ich atrybutami (supermarkety, placówki bankowe, nowe kościoły). A sama kopalnia w Bogdance, to też zaskakujące miejsce. Wszystko uporządkowane, nowoczesne, na hałdach sadzonki drzewek - a wszystko w szczerym, żyznym polu. Widok ten zdecydowanie burzy śląski stereotyp kopalni.
"Oj nie ma już, nie ma żydowskich miasteczek..." - jak mówią słowa piosenki. W kilku z nich, klimat przedwojennego sztetł gdzieś tam się jeszcze zachował. Ciasne uliczki wokół rozległego rynku (Łęczna, Kock), z imitacjami jatek pośrodku (Łęczna, Włodawa); niskie, parterowe domki; czasami jakiś stary szyld, balkon, drewniane oficyny w mikroskopijnych podwórkach, ślady starych macew zamiast płytek chodnikowych (Łęczna, Kock, Parczew); lasek w miejscu starego kirkutu z ohelem cadyka w Kocku; synagogi i jesziwy poprzerabiane na kina, biura i magazyny (Parczew, Chełm), to wszystko można jeszcze w miasteczkach odnaleźć. Całkiem dobrze trzymają się też zabytkowe pałace z ładnymi parkami dawnych właścicieli ziemskich (Kock, Lubartów, Łęczna, Radzyń). Warte zobaczenia są muzea urządzone w byłych synagogach (Włodawa, Łęczna), dzięki czemu nie zostały one całkowicie zniszczone i można podziwiać tam ślady dawnego wystroju wnętrz (bima w Łęcznej i wnęka na Torę we Włodawie). Uliczki i bóżnice - dawne skupiska miejscowych chasydów, częściowo się uchowały - choć w większości w kiepskim stanie. Nie udało się to niestety ich dawnym mieszkańcom. 
Niewątpliwie szczególnie warte zobaczenia i wczucia się w klimat przedwojennego sztetł są Kock i Ostrów Lubelski (tylko tam nie ma blokowisk). Małe, drewniane domki (np. dom cadyka w Kocku), wiele z nich z kolorowymi, drewnianymi okiennicami, szpalery drzewek w uliczkach, leniwa cisza zatopiona w świetle popołudniowego słońca. 
I tak oto, zagubieni na szlaku małych miasteczek, w sennym klimacie małomiasteczkowego popołudnia, przez Parczew, Łęczną, Ostrów, Lubartów, Kock, Radzyń Podlaski, Łuków, Stoczek Łukowski wracaliśmy do domu. Wieczorem za Łukowem, w mijanych wioskach, wokół przydrożnych kapliczek, gromadziły się niewielkie grupki kobiet i dzieci, skupione w majowej modlitwie. 
Piotrek Piegat
Ps. Nasz pobyt na Polesiu trwał od 30.04 do 06.05.2003, a miejscowe uroki poznawali całymi rodzinami Piegaty i Bączki.