Relacje z podróży - Europa

Bułgaria (2004)

24 lipca - 7 sierpnia 2004
Ania Smentek, Ela Karpińska, Magda Jackowska

Przeczytaj również:
Tydzień w Bułgarii - Ela Karpińska - 21-27 czerwca 2004

Góry - Stara Planina - przecinające prawie na pół powierzchnię Bułgarii, dzieląc ją na część północna i południową. Stykają sie tu dwa fronty atmosferyczne dlatego pogoda często płata figle. Jak twierdzi kierownik schroniska na hyża Tyża niejaki Angel, -przez 300 dni w roku panuje tu mgła, pozostałe 65 - leje deszcz. Takich tez uroków zaznała nasza ekipa. Błądziłyśmy więc w przepastnych mgłach, walcząc z przeciwnościami natury i... niedoskonałościami przegotowania tras (gra w ciucibabkę z oznaczeniami szlaków turystycznych). Zdobyłyśmy Triglav (drugi co do wielkości szczyt Starej Planiny), zapoznając się z opustoszałymi , straszącymi budynkami - pozostałościami po Układzie Warszawskim. Od czasu do czasu mgły uchylały jednak rąbka tajemnicy i wtedy ukazywały nam się wspaniałe, bezkresne góry, chyba najbardziej przypominające w nizszych częściach nasze Bieszczady, a w wyższych - rumuńskie Fagarasze. Atutem godnym podkreślenia jest dbałość tubylców o wymęczonych, zmokłych (!) turystów. Wszędzie witają Cię ciepłą herbata i rakiją. UWAGA: po rakiji nie ma kaca. A ponieważ byłyśmy pierwszymi Polkami , które gościły w schronisku Uzana - urzadzono na naszą czejść wieczór gitarowy i imprezę taneczną. W innym bezpiecznym schronieniu - siedzibie ministerstwa spraw wewnętrznych - nauczyłyśmy się tańczyć choro-ludowy taniec Bułgarii- oczywiście najprostszy krok podstawowy. Czas jednak było ruszyć w doliny... ach... i poznać 2 cześć - urok zagubionych w czasie i przestrzeni miasteczek oraz część 3 - morze. Ale o tym w następnym odcinku.

Urok małych miasteczek
Bułgaria to kraj wielu zabytków. Jest ich mnóstwo - z czasów trackich, rzymskich, bizantyjskich, tureckich (akurat nie w tej części kraju). Najwięcej pamiątek pozostało z czasów odrodzenia bułgarskiego (przełom XVIII/XIX wieku i wiek XIX). Wtedy to budowano dużo, usiłując naprędce nadrobić 500 lat panowania tureckiego - okresu, w którym życie kulturalne ograniczało się do nielicznych klasztorów. Osobiście jestem zauroczona stylem odrodzenia bułgarskiego - domy białe lub pomalowane na intensywne kolory, z wysuniętym nad ulicę piętrem, romantyczne kamienne mostki, wąskie brukowane uliczki, małe kramiki, czerwone wypłowiałe dachy, albo kamienna dachówka. Miasteczka te to żywe skanseny, gdzie ludzie żyją w drewnianych domach z kominkiem, z werandą otoczoną pnącymi się winogronami, gdzie unosi się zapach kwiatów. Ulice są małe, kręte, wyłożone kocimi łbami, a za miejscowe MPO robi konik z osiołkiem. Niektóre z nich są pełne turystów tj. Kropiwsztica czy Triawna, niektóre mniej zapełnione, żyjące swoim życiem jak Żyrawna. Wszystkie pozostawiają ślad w pamięci, jak miejsca oglądane na fotografiach w sepii. Wszystko to fantastycznie współgra z przyrodą.
Zupełnie inny koloryt Bułgarii stanowią pomniki - to byłby doskonały temat na osobny reportaż. XIX-wieczni bohaterowie królują na cokołach z marsowymi obliczami i postawą wieszcza. Dość częste są pomniki sportowców, rzemieślników, większość tchnie duchem socrealizmu. Bułgarzy bardzo szanują Rosjan, pamiętają ich poświęcenie w walce o wyzwolenie Bułgarii spod panowania tureckiego. Na dowód wdzięczności postawili im kilkadziesiąt (a może kilkaset?) pomników. Jakoś mniej pamiętają im rok 1944...
Bułgarzy powoli odnawiają te swoje perełki. Zostało im jeszcze sporo do zrobienia... Muszą też nauczyć się eksponować to, co ciekawe. Ich muzea często są kiepsko zorganizowane, a opisy przeważnie wyłącznie po bułgarsku. Mocno zdeterminowany turysta z Polski może pokusi się jeszcze i spróbuje coś przeczytać, ale inni? Jest to o tyle zniechęcające, że turysta zagraniczny zapłacił za bilet znacznie więcej niż Bułgar. Zdarzają się wyjątki, w niektórych miejscach postarano się o opisy w jednym z zachodnioeuropejskich języków (najczęściej w angielskim), ale jakość tłumaczenia pozostawia wiele do życzenia. Czasem zadziwia, ze ktoś wykuł w kamieniu długi opis najeżony błędami ortograficznymi...
Nie należy się za bardzo przywiązywać do godzin otwarcia muzeów. Można mieć pewność, że zamknięte będą o godzinie wskazanej w informacji na drzwiach, ale nie ma pewności, czy w ciągu dnia będą otwarte. Dość chętnie pobierane są opłaty przy wejściu do cerkwi, nawet jeśli trwa w niej akurat remont i nie da się nic obejrzeć. Ale jeśli przypadkiem traficie do jakiejś zapomnianej świątyni, nie wahajcie się wejść. Można trafić na przepiękne ikony, rzeźbione ikonostasy i takie zadziwiające przedmioty jak piec typu "koza", kanapa, czajnik... sacrum dość swobodnie miesza się tu z profanum....

Jedzenie

Niezbyt wysublimowane i może dlatego tak bardzo nam smakowało. Wszędzie dostaniecie różne sałatki:

  1. szopską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, słony ser biały (syrenie), olej, ocet winny, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby;
  2. owczarską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, jajko ugotowane na twardo, słony ser biały (syrenie), olej, ocet winny, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby;
  3. sielską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, jajko ugotowane na twardo, szynka, słony ser biały (syrenie), olej, ocet winny, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby;
  4. kaczańską - pomidor, ogórek, cebula, słodka papryka, jajko ugotowane na twardo, (chyba szynka), słony żółty ser (kaszkawał), sos jogurtowy, ciemne oliwki i pietruszka do ozdoby.

Przebojem na upalne lato jest też tarator - chłodnik, na bazie zsiadłego mleka (ogórki, sałata, orzechy włoskie, koperek, czosnek) - pyszota!
Polecamy też musakę - zapiekankę z ziemniaków i mięsa, zalewanych olejem i jajkami.
Mięsa w postaci kebabcze, kjufte oraz zakręcane wkoło kiełbaski - wszystko grillowane. Tutaj trzeba uważać - zdarzają się smaczne, ale można tez trafić na felerne.
Nie polecamy grillowanego mięsa, które Bułgarzy przyrządzają w specyficzny sposób. Niezależnie ile czasu jest nad ogniem wciąż sprawia wrażenie niedosmażonego, czego nie tolerowały nasze polskie żołądki.
Popularna jest też czorba - gęsta zupa warzywna, najczęściej z dodatkiem mięsa.
Gorąco polecamy kaszkawał jako przegryzkę do alkoholu, zaś dodany do sałatki dodaje jej niepowtarzalnego charakteru.
Popularnym sosem do frytek i mięs jest letunica. Przypomina nieco ketchup, ale jest zdecydowanie lepszy, czuć w nim smak warzyw.
Powszechnie jada się też grillowaną słodką paprykę, która jednak nie podbiła naszych podniebień.
Za to zamiast drożdżówki trzeba choć raz skusić się na banicę - bułkę z ciasta francuskiego mocno nasączonego tłuszczem, przekładanego białym serem, szpinakiem, porami lub dynią.

Z trunków lżejszych bardzo przypadło nam do gustu piwo Szumeńskie i Zagorka. Podobno ceniona jest Kamienica, my ją oceniamy nieco gorzej. Za to Bojarka to kompletny sikacz, ale niektóre niewiasty gustują również i w tej cieczy. Rakiji nie sposób opisać. Wiadomo, że robi się ją z różnych owoców - od winogron, przez morele, po brzoskwinie i śliwki. Nam zasmakowała Pomorijska produkowana z winogron. Ten popularny alkohol wyrabiany jest w każdym domu, wiec idąc z wizytą nie należy przynosić kupnej rakiji, bo gospodarze na pewno się skrzywią, a może nawet poczują się urażeni.

Komunikacja międzyludzka

O ile to możliwe, nie należy używać zachodnioeuropejskich języków. Już lepiej poćwiczyć rosyjski, język ciała, albo mówić po prostu po polsku. Unikajmy jedynie słowa "kurcze" i jemu pochodnych, bo to bułgarskie ciężkie przekleństwo. Starsze pokolenie całkiem sprawnie posługuje się językiem "wyzwolicieli", młodsze - z nielicznymi wyjątkami - jeszcze nie za bardzo radzi sobie z innymi językami. Dość często mają niezłe pojęcie o swojej wiedzy, ale kiedy przychodzi do odpowiedzi na proste pytanie zapada kłopotliwa cisza.....

Transport

Chyba najlepiej korzystać z autobusów. Są schludne, sieć połączeń jest dość dobrze zorganizowana, a ceny podobne jak pociągu. Powszechne są prywatne linie (standard, którego można pozazdrościć) zarówno autobusowe, jak i busowe. Zazwyczaj prywatna inicjatywa urzęduje na publicznych dworcach autobusowych. Ceny są nieco wyższe, ale raczej nie zrujnują Polaka przyzwyczajonego do stawek PKSu. Nie należy się martwić, jeśli wsiadając do pociągu lub autobusu miejskiego nie mamy biletu. W każdym środku komunikacji jest konduktor, który sam się do Was zgłosi z biletem (jak to możliwe, że w Bułgarii jest tak wysokie bezrobocie???).
Pociągi przeżywają kryzys. Nawet na głównych trasach jeżdżą zaledwie po 3-4 dziennie.
Rozkłady jazdy, jeśli nawet są, to raczej nie należy im wierzyć. Najlepiej złapać kogoś z kim umiemy się dogadać i przymusić, żeby zrobił dla nas wywiad w kasie. Jeśli kasjerka powie, że pociąg/autobus będzie o jakiejś godzinie, to na pewno będzie. Przy całym ich luzie, o dziwo, autobusy jeżdżą punktualnie.
A taksówki wszystkie sa żółte. Jeśli chce się z nich korzystać, trzeba przed wejściem ustalić za jaką kwotę jedziemy.

Szlaki

Nie są najlepiej oznaczone, przynajmniej w Starej Planinie. Czasem nawet lepiej, żeby ich nie było, bo wprowadzają w błąd. Miejscami pojawiają się trzy znaczki, potem przez długi czas nie ma niczego. Nazwy gór, przełęczy na trasie nie zgadzają się z tymi zaznaczonymi na mapach. Nie ma co marzyć o oznaczeniu czasu przejścia pomiędzy poszczególnymi punktami. Chaos powiększają dodatkowe szlaki, których nie ma na mapach, a które prawdopodobnie namalowali właściciele domów wczasowych.
Bardzo nam się za to podobało to, że na szlakach, często z dala od jakichkolwiek osiedli są zbudowane czeszmy - ujęcia wody. Odpada szukanie strumieni i mozolne łapanie kropelek do butelki, po prostu odkręcamy kran i mamy pyszną wodę.

Ceny

Właściwie wszystko jest tańsze niż w Polsce, pod warunkiem, że nie dacie się zrobić w konia i że nie zapłacicie haraczu jako zagraniczni turyści.
Noclegi w kwaterach prywatnych kosztują około 5 EUR (przelicznik 1 EUR=1,94 leva, w knajpie może to być nawet 1,54; 1lv=2,3 zł), najdroższy nocleg miałyśmy za 15 lv, najtańszy za 4lv, domki kempingowe za 5lv, jednak większość noclegów kosztuje 10 lv.
Jedzenie też jest tańsze - właściwie przy damskich żołądkach można w 3 osoby zjeść obiadokolację (sałatka, drugie danie, dodatkowe frytki, deser + napoje niealko) za jakieś 50-70 zł.
Zdecydowanie nad morzem ceny są wyższe niż w centrum kraju.
Przejazdy są o jakieś 10-30% tańsze niż w Polsce.
Wejścia do muzeów dla studentów są tanie (1-2 lv), dla "dorosłych" dwa razy droższe, a dla cudzoziemców nawet 6 razy droższe i nie ma znaczenia, ze jesteście z Polski.
W sklepach można kupić wszystko, jedyny kłopot jest z herbatą, której nie mają zwyczaju pić. Zamiast tego proponują różnego rodzaju ziółka.

I

Samolot czarterowany przez firmę ARUR dowiózł nas do Warny, gdzie zostałyśmy porzucone przez opiekunkę polskich wczasowiczów. Dziwnie być jedynym podróżnym na lotnisku... Po próbie umiejętności nie dogadania się z portierem w żadnym cywilizowanym języku, udało nam się jakoś (nawet dość sprawnie) dojechać do dworca autobusowego, gdzie chciałyśmy złapać połączenie do Wielkiego Tyrnowa.

Na dworcu autobusowym w Warnie powitał nas pucybut oraz zmęczony upałem i obojętny na podróżnych beżowy kundel. Dworzec jest miejscem gdzie kilkunastu przewoźników ma swoje punkty sprzedaży biletów. Panie w kantorkach, jeśli nie mają interesujących nas biletów, całkiem chętnie odsyłają do konkurencji.

Po 3 godzinach podroży w luksusowym autokarze z telewizorem (ambitny amerykański film psychologizujący, idealny na wakacje - z bułgarskim dubbingiem) dotarłyśmy do Wielkiego Tyrnowa. Miasto jest bardzo malowniczo położone w przełomie rzeki Jantry. Tysiące maleńkich domów z czerwonymi dachami zawisło na urwiskach w sennej, południowej atmosferze. Pomiędzy nimi wąskie uliczki, schodki, tunele... Historia Wielkiego Tyrnowa sięga I połowy III tysiąclecia p.n.e. Od X wieku wzgórze Carevec jest już gęsto zaludnione przez Słowian i Protobułgarów, a w XII wieku ma rangę dużego, umocnionego miasta i ważnego ośrodka handlu. W 1185 r. staje się stolicą odrodzonego państwa bułgarskiego. Z tego też okresu pochodzą najciekawsze cerkwie. Rozwój miasta, jak wielu innych miast Bułgarii, został zahamowany przez najazd turecki pod koniec XIV wieku. Od tego czasu do końca XIX wieku (powstanie kwietniowe w 1876 r.) miasto podupada. Dopiero po uzyskaniu niepodległości Wielkie Tyrnowo znów zaczyna kwitnąć. To właśnie tu przyjęta została nowoczesna konstytucja bułgarska, tu wreszcie w 1908 r. zostaje ogłoszona pełna niepodległość Bułgarii. Czy można było nie odwiedzić takiego miejsca?

Zwiedzanie zaczęłyśmy od wzgórza Carevec, na którym zachowały się fragmenty średniowiecznej twierdzy. Na szczycie wzgórza odbudowano cerkiew patriarszą dla uczczenia 1300-lecia istnienia państwa bułgarskiego. W kaplicy znajdują się szokujące abstrakcyjne freski. Chciałyśmy tez zwiedzić średniowieczne cerkwie u podnóża Carevca, jednak wszystkie były zamknięte lub w remoncie (w końcu kto by chciał odwiedzać muzea w środku sezonu wakacyjnego?) Poszukując cerkwi św. Czterdziestu Męczenników natknęłyśmy się na swobodnie leżące, można powiedzieć wietrzące się po czujnym okiem ciecia z gazetą, szkielety ludzkie.... Trochę nas to zdziwiło, ale uznałyśmy, ze najwyraźniej nie przywykłyśmy jeszcze do tutejszych zwyczajów, do bułgarskiego luzu, chaosu i wiecznej prowizorki. Później wyjaśniono nam, że trafiłyśmy na wykopaliska - odkryto szczątki rodzin carskich z XII-XIII wieku, wyniki badań nie zostały jeszcze ogłoszone...

Jeśli w Polsce na każdej wolnej powierzchni spotykamy reklamy i drobne ogłoszenia, w Bułgarii wszędzie spotyka się kartki ze wspomnieniem zmarłego członka rodziny. Na każdym przystanku autobusowym, na każdych drzwiach, niezależne czy dom jest stary czy supernowoczesny, wszędzie spotyka się kartki z informacją, że "już 40 dni, 5 lat i 3 miesiące temu odszedł od nas nasz ukochany dziadek/ojciec/syn... z tej okazji dnia... odbędzie się nabożeństwo za jego duszę". Ogłoszenia takie zawsze są opatrzone zdjęciem (np. młody człowiek na motorze, uśmiechnięta kobieta w średnim wieku), czasem wierszem...

Tego dnia w miejscowej pizzerii odkryłyśmy rarytasy kuchni bułgarskiej - sałatkę karakaczańską i szopską oraz pyszne przypiekane ziemniaki zapiekane z syrenie (słonym białym serem typu feta).

II

W niedzielę rano udałyśmy się na Mszę. W cerkwi niewiele osób, młodych jak na lekarstwo, choć trzeba przyznać, że ci jeśli już są, to starają się być bardziej ortodoksyjni niż starsi (kobiety maja przykryte włosy). Przez całą Msze panował rozgardiasz. Wciąż ktoś przychodził, wychodził, kupował świece, zapal je przed ikonami. Trudno było się zorientować czy Msza już trwa czy dopiero się zacznie.

Kolejnym etapem był Drjanowski Monastyr i jaskinia Bacho Kiro.
Klasztor nie zrobił na nas dużego wrażenia. Jest wprawdzie pięknie położony i dość ładnie odrestaurowany (w środku nadal trwają prace), ale więcej w nim atmosfery kurortu niż prawdziwego ducha klasztornego. Wszędzie mnóstwo turystów (a nie pielgrzymów), straganów z pocztówkami wątpliwej jakości, koronkami, kilimami oraz wszelka możliwą tandetą. W okolicy można też odwiedzić dość ciekawą jaskinię Bacho Kiro (nazwa oczywiście od jednego z bohaterów powstania kwietniowego), w której odnaleziono najstarsze na ziemiach bułgarskich szczątki człowieka neandertalskiego.

Wieczorem dotarłyśmy do Trjawny. Po znalezieniu noclegu (zupełnym fartem trafiłyśmy akurat na właścicielkę biura turystycznego) udałyśmy się na wieczorny rekonesans miasteczka. Pierwsze wrażenie wokół dworca trochę ostudziło nasz zapał, jednak im bliżej centrum tym coraz bardziej wciągała nas atmosfera tego miejsca. Stare centrum miasta jest bardzo zadbane, zostało nawet uznane za rezerwat architektoniczny. Urocze są wąskie uliczki, domy z okresu bułgarskiego odrodzenia narodowego (II połowa XIX wieku), w których drewniane pierwsze piętro wystaje nad ulice. Dachy pokryte nie dachówką, a płaskimi kamieniami. I te romantyczne, sympatyczne restauracyjki, w których można zjeść musakę (zapiekanka z mięsa mielonego i ziemniaków) i naleśniki z owocami i usłyszeć od kelnerki, że była w Polsce i bardzo jej się u nas podobało...

III

W Trjawnie chciałyśmy przede wszystkim zobaczyć muzeum ikon. W XVIII-XIX w. w mieście działała najstarsza bułgarska odrodzeniowa szkoła artystyczna (zwana triawneńską). Budynek jest nieco oddalony od miasta, trzeba się do niego wspiąć przez las. Kiedy już w upale pokona się dystans, można się zachwycić panoramą miasta. Muzeum prezentuje bardzo bogaty i ciekawy zbiór ikon. Większość eksponatów pochodzi z XIX wieku, naprawdę warto je obejrzeć. Mimo pełni sezonu byłyśmy prawie jedynymi turystkami, a opiekun muzeum zdecydowanie powinien przejść kurs marketingu. Nie chciał nam niczego opowiedzieć, za to wręczył nam dość niezdarnie przetłumaczony na polski opis eksponatów i dopiero kiedy postanowiłyśmy kupić kilka pocztówek z ikonami ożywił się nieco i ubił z nami interes... dając nam w cenie pocztówek również książkę o historii Bułgarii.

Po spożyciu arbuza (wreszcie spełniło się nasze marzenie) udałyśmy się kręta drogą przez Gabrowo do skansenu w Etarze. Zgromadzono w nim domy z różnych części kraju, znów w stylu odrodzenia bułgarskiego (w czasach tureckiego panowania rozsypały się zabytki z okresu I i II państwa bułgarskiego, sami Turcy niewiele budowali, a to co zbudowali, zostało zniszczone pod koniec XIX wieku, przynajmniej w tej części kraju). Na niewielkim terenie powstało cale miasteczko z ulicą rzemieślników. Można tam podpatrzeć pracę zografa (malarza ikon), złotnika, szewca, cukiernika. Prawdziwy raj dla dużych i małych. Można też nabyć pamiątki (niezbyt tanie) - ikony, biżuterie, kilimy itp.

Po przetestowaniu kolejnej knajpy (szanując zakaz na drzwiach nie wnosiłyśmy broni palnej) i nieco innego zestawu sałatek (różnią się jednym, góra dwoma składnikami) i piwa (Szumeńskie - to nam smakowało) udałyśmy się, wreszcie jak prawdziwi turyści, piechotą do Sokolskiego Monastyru oddalonego o jakieś 5 km.

Po wizycie w zachwalanym przez wszystkie przewodniki klasztorze Drjanowskim nie spodziewałyśmy się niczego szczególnego. I tu zostałyśmy pozytywnie zaskoczone. XIX wieczna cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy położona jest na wzgórzu, na występie skalnym u stop pionowej skały. Widoki jakie się stamtąd rozpościerają ukoją znużonego wędrowca. W klasztorze można przenocować i tak też zrobiłyśmy. Schludny pokoik, drewniane drzwi jak do celi mnicha, cisza i spokój, widoki z wewnętrznej galeryjki na ogród tonący w różach... i rakija wprowadziły nas w refleksyjny nastrój... Kontemplowałyśmy mgły w dolinach, zachód słońca, a potem rozgwieżdżone niebo, cykanie świerszczy, wszędobylskie świetliki....

IV

Niektórzy ambitni reporterzy zerwali się z łóżka, żeby zrobić kilka zdjęć w promieniach wschodzącego słońca. Trud jednak poszedł na marne, ponieważ światło nie nadawało się do zdjęć. Ale i tak widok zaspanej jeszcze maleńkiej cerkwi pokrytej z zewnątrz freskami i obrośniętej bluszczem jest wart takiego poświęcenia. I tutaj trwa remont, większość fresków wewnątrz kościoła wciąż jeszcze pokrywa gruba warstwa sadzy ze świec. Wokół cerkwi można się zagubić w licznych małych jaskinkach.

Tego dnia po śniadaniu w przepięknej scenerii postanowiłyśmy wyruszyć na ścieżki Starej Płaniny. Dość dobrze oznaczonym szlakiem (na mapie była zaznaczona jedyne droga, szlaku miało tam nie być) przez las bukowy dotarłyśmy do szosy, która wspina się serpentyną na przełęcz Sipka (1326 m n.p.m ). Jeszcze jakieś 3 km przed przełęcza zaległyśmy w barze, w którym - w towarzystwie ogromnego plastikowego dinozaura - posiliłyśmy się zdradzieckimi "kebabcze" i oczywiście szopską sałatką. Z knajpki rozciągał się piękny widok na przełęcz Sipka, na której zbudowano ogromny pomnik upamiętniający zaciekłe walki, jakie toczyły się tu w 1877 roku między Turkami i Rosjanami. Cała okolica usiana jest pamiątkami tamtych wydarzeń - działami, okopami, grobami żołnierzy. Do samego pomnika wchodzi się po 1509 schodach. Zrezygnowałyśmy z tej niewątpliwej atrakcji i jeszcze przed przełęczą skręciłyśmy na zachód na czerwony szlak E8, który biegnie wzdłuż głównego grzbietu Bałkanu. Nadzieje na to, ze europejski szlak będzie dobrze oznaczony okazały sie nader złudne. Owszem, co jakiś czas pojawia się tabliczka, ze to właśnie ten szlak, gorzej ze znaczkami na drzewach czy kamieniach. Nie ma co marzyć o tym, żeby podano jakiekolwiek czasy przejścia. No i lepiej nie liczyć na to, że góry, przełęcze lub inne znaczące obiekty geograficzne na mapie będą miały takie same nazwy jak w terenie...

W tej części Stara Płanina bardzo przypomina nasze Bieszczady. W niższych partiach lesista, wyżej połoninna, tyle że wszystko jest tu jakby bujniejsze. Trawy sa dwa razy wyższe, kwiaty bardziej kolorowe, a zwykłe żuki gnojaki jakby lepiej odżywione... Na grzbietach panuje cisza i unosi sie upajająca woń ziół. Podobno z zestawu takich ziół powstaje aromatyczna mieszanka zastępująca Bułgarom... Viagrę.

Rozkoszując się górską atmosferą po kilku godzinach dotarłyśmy do pierwszego schroniska UZANA. Budynek przypominający niektóre z naszych schronisk - zbudowany w 1937 r. i prezentujący ówczesny standard. Łazienka w piwnicy, kibelek w stylu tureckim (bez muszli), prysznic wprost na podłogę, i oczywiście do bólu otrzeźwiająca zimna woda. Za to są inne atrakcje. Czy w Polsce witano was kiedyś w schronisku z otwartymi rękami? W Bułgarii to się naprawdę zdarza. Gospodarz wyszedł nam na spotkanie, zarzucił nas ulotkami na temat schroniska i okolic, kazał nam dać coś do jedzenia i zaczął przekonywać, że nie ma sensu, żebyśmy szły dalej. W tym miejscu znajduje się bowiem wiele miejsc godnych odwiedzenia: geograficzny środek Bułgarii, knajpa, w której kelnerem jest syn gospodarza. Obiecał, że następnego dnia zawiezie nas samochodem do kolejnej bazy, bo trasa między tymi domami nie jest zbyt ciekawa i nie warto taki kawał dźwigać plecaka. I dałyśmy się skusić...

Kirył zawiózł nas do knajpy, gdzie obsługiwane przez jego młodszego syna w towarzystwie starszego, poznawałyśmy smak lokalnej rakiji i romantyczną historię życia naszego gospodarza. W strugach deszczu odwiedziłyśmy geograficzne centrum Bułgarii, a na koniec zostałyśmy zaproszone na zorganizowaną naprędce imprezkę z okazji naszego przyjścia... No to zaczynają się tarapaty...

Po dłuższych kombinacjach, załatwianiu wielu niecierpiących zwłoki spraw (możecie sobie wyobrazić, że jest ich multum w środku gór, gdzie nawet nie sięga zasięg Ery) ostatecznie uznałyśmy, że jednak wypada się pojawić choć na chwilę. Udało nam się ominąć tańce (była tam tylko jedna pani i kilku robotników budujących dom w sąsiedztwie) i trafić na cześć refleksyjno-artystyczną, kiedy to panowie lekko już podpici - acz nadal bardzo kulturalni - oddali się "ogniskowym" śpiewom. My też musiałyśmy zaprezentować polską piosenkę. Z braku lepszego pomysłu odśpiewałyśmy trójgłosem "Sokoły", bełkocząc lekko w miejscu, gdzie pojawia się "Ukraina".... Wieczór upłynął w atmosferze przyjaźni polsko-bułgarskiej.

V

Mocno zdeterminowane, nie zrażone silną burza, która w nocy przetoczyła się nad Hala Uzana, postanowiłyśmy wyruszyć dość wcześnie na szlak. Natychmiast znalazł się turysta, który chciał nam towarzyszyć. Udało nam się od niego uwolnić. Odwiezione przez Kiryła do schroniska "Partyzanckiej Pieśni" postanowiłyśmy nieopatrznie wstąpić na poranną kawę. I to był błąd. Natychmiast znalazł się młody Bułgar - drwal, który koniecznie chciał nam towarzyszyć w drodze na Mazałat. Nie udało nam się od niego uwolnić, więc przez 2 godziny musiałyśmy znosić monolog po bułgarsku, którego to wciąż jeszcze nie opanowałyśmy w stopniu umożliwiającym udział w konwersacji. Marzyłyśmy o chwili spokoju na łonie przyrody. Tymczasem weszłyśmy do parku narodowego, a pogoda zaczęła się pogarszać. Najpierw pojawiły się mgły, potem przelotny deszcz, wreszcie chmury - tak, że nie było szansy na widoki. Po przegryzce na Mazałacie (zmęczone gościnnością Bułgarów nie odważyłyśmy się wejść do środka zadowalając się towarzystwem temperamentnych kotów) ruszyłyśmy w bardziej skalistą część Starej Planiny. Trasa przypominała nieco szlaki Małej Fatry, jednak nie mamy 100% pewności, ponieważ góry przesłoniła mgła tak kompletnie, że widać było jedynie najbliższą skałkę. Niestety przy kolejnym skrzyżowaniu dróg znów rozpoczęłyśmy (z góry przegraną) grę w ciuciubabkę ze szlakiem i zaczęłyśmy mozolną wędrówkę pod górę. Dość szybko zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak. Ostateczne potwierdzenie znalazłyśmy na szczycie góry (Triglaw 2273 m n.p.m., zaledwie o 100 m niższy od najwyższego szczytu Bałkanu - Botevu) w postaci mrocznych pozostałości budynków wojskowych, pamiątki po Układzie Warszawskim. Nie pozostało nic innego, jak zejść do miejsca, gdzie ostatnio widziałyśmy szlak i tam rozbić namiot, przed czym buntowały się nasze z lekka zziębnięte kości. W drodze rozpadało się na dobre, więc podjęłyśmy męską decyzję, że idziemy do schroniska Tyża, choćbyśmy miały paść po drodze. Do chyży Tyża planowałyśmy pierwotnie dojść tego dnia, jednak przez nasze błądzenie nie było szans dotrzeć tam przed nocą. Szczęśliwie można było wybrać trasę po drodze/szosie, a nie po szlaku i taką opcję przyjęłyśmy jako jedyną słuszną w naszych okolicznościach. Szłyśmy chyba wieki... deszcz przemoczył nam już wszystko, jak fatamorgana przez ścianę wody co jakiś czas prześwitywały słupki ze szlakiem, albo... swobodnie pasące się na drodze konie. Kiedy przestało padać u celu naszej wędrówki zobaczyłyśmy majaczące światła. Postanowiłyśmy zatrzymać się w pierwszym domu, który napotkamy, po 12 godzinach marszu warunki nie grały roli. Szczęśliwie pierwszy napotkany dom okazał się bardzo sympatyczny i gościnny, coś jakby pensjonat. W drzwiach przywitał nas miły człowiek w panterce, zaprosił do środka, gdzie można było się ogrzać przy kominku i zaserwował wewnętrzne grzanie w postaci herbaty z wkładką alko. Widząc takie przywitanie, zdecydowałyśmy się nie błądzić już dalej i pozostać w tym oto gościnnych schronieniu. Zwłaszcza, że jak sam powiedział warunki u niego lepsze i taniej. Ania kontrolnie zapytała co właściwie mieści się w tym budynku i uzyskała odpowiedz...."policja". Czy można było trafić w bezpieczniejsze miejsce?

VI

Rano niestety pogoda nie zachęcała do wyjścia. Po krótkich konsultacjach z gospodarzem udałyśmy się z nim jeepem na wywiad do schroniska. Tam opiekun chyży Tyża (Angel) zdradził nam tajemnicę Bałkanu: "Botev (najwyższy szczyt Bałkanu nazwany tak oczywiście od nazwiska rewolucjonisty i poety) przez 300 dni w roku jest we mgle, a przez 65 w deszczu....". Nie zamierzałyśmy dać za wygraną, choć dość szybko stało się dla nas jasne, że na Botev tego dnia już nie wyruszymy. Nasz gospodarz miał wiele do pogadania z Angelem, a i nam języki się rozwiązały. Postanowiłyśmy więc połazić po okolicy (upoic się nowymi obliczami mgły) , wybadać szlaki, obejrzeć okoliczne skałki i wodospad. Wieczorem do naszego domu przyjechała ekipa lekarzy, żeby przeszkolić naszego "hazjaja" w zakresie pierwszej pomocy. Zapowiadał się ciekawy wieczór... Kurs pierwszej pomocy trwał może 40 minut, za to przyjechało aż 8 osób, żeby przeszkolić jedną (edukacja wymaga poświęceń). Stoły zastawiono jak na przyjęcie generała (pewnie dlatego, że nasz gospodarz nie mógł przeboleć, że jemy takie paskudztwo jak kuskus, sugerował nawet, że pies się nie obrazi, jeśli mu to oddamy), była szopska sałatka, kaszkawał (słony żółty ser), najróżniejsze grillowane kiełbasy i inne mięsiwa oraz ryby, no i oczywiście niezliczone odmiany rakiji, którą koniecznie należy zapijać wodą (my także przeszłyśmy szkolenie - z glukozą alkohol łatwiej przenika do... robaka). Wszystko w sympatycznej atmosferze i przy dźwiękach bułgarskiego folku. Nie obyło się bez tańców. Ku naszej radości gospodarze podjęli się nauczenia nas podstawowego kroku "choro" - tańca korowodowego, który zna każdy Bułgar niezależnie od wieku. Bułgarzy taniec mają we krwi i nie potrzebują szczególnych okazji, żeby urządzić imprezę. Sympatyczne rozmowy, toasty i tańce trwały już dość długo, a na zegarze była wciąż północ - to zapobiegliwi gospodarze zatrzymali zegar, wiedząc, że chcemy się wcześniej wyrwać, bo planujemy następnego dnia ruszyć w drogę....

VII

Obudziłyśmy się bez kaca za to z mocnym postanowieniem zdobycia Botevu niezależnie od pogody. Dość wcześnie ruszyłyśmy na szlak, ale niestety niełatwo było go znaleźć. W poszukiwaniu znaczkow wylazłyśmy na przełęcz, z której przez chwilę widać było fantastyczną panoramę gór. Niestety tylko przez moment. Mgła gęstniała, zaczynało znów padać, a szlak zgubił się po raz kolejny. Ostatecznie ze smutkiem zdecydowałyśmy zrezygnować ze zdobywania szczytu i zejść w doliny w nadziei na lepszą pogodę. Góry nas nie chciały... Po trzech godzinach marszu w deszczu i błocie pojawił się wielce obiecujący skrawek błękitnego nieba i pierwsze zabudowania wioski Aprilci. Dość szybko podjechał autobus, który podwiózł nas do Orieszaka skąd było już tylko 3 km do Trojanskiego Monastyru. Tam miałyśmy nadzieję na nocleg. Hotel przyklasztorny jest, znów śpimy w magicznym miejscu z widokiem na góry i malowaną cerkiewkę...

VIII

Monastyr Trojanski jest trzecim pod względem wielkości i znaczenia klasztorem w Bułgarii. Powstał jeszcze w XV wieku, jednak obecna cerkiew i zabudowania klasztorne pochodzą z pierwszej połowy XIX wieku. Zdobiony jest przepięknymi freskami autorstwa Zacharego Zografa, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Monastyr słynie z cudownej ikony św. Bogurodzicy o trzech dłoniach, którą odwiedzają liczni pielgrzymi. Warto tu zajrzeć choćby na chwilę i nie zrazić się tłumami pielgrzymów. Miejsce jest naprawdę urzekające.

Tego dnia zaplanowałyśmy zwiedzić również Trojan. Niestety wszystkie muzea były akurat zamknięte, a samo miasto tchnie duchem socrealu. Jedynie mała cerkiew pw. św. Paraskewy powyżej rynku jest warta obejrzenia, choć po Monastyrze Trojanskim nie robi już tak wielkiego wrażenia.

Nasz ambitny plan na ten dzień zakładał przedostanie się do Kopriwszticy. Trzeba było przeciąć cały łańcuch Bałkanu z północy na południe. Autobus z Trojanu wspina się serpentynami na przełęcz Trojańską drogą, która była używana jeszcze za czasów rzymskich. Jest to podobno jedna z najbardziej malowniczych tras w tych górach. Rzeczywiście, ci, którzy nie mieli choroby lokomocyjnej, podróż spędzili z nosami przyklejonymi do szyby, obserwując cudowne widoki, które ukazywały się za każdym zakrętem. Łagodne wzgórza porośnięte żółtymi trawami, gdzieniegdzie lasy, czasem skaliste urwiska... Na samej przełęczy stoi ogromny pomnik w kształcie łuku triumfalnego upamiętniający zaciekłe walki jakie toczyły się tu między ustępującą armią turecka i oddziałami rosyjskimi w 1878 roku.

Autobus dowiózł nas do niewielkiej miejscowości Kyrnare, w której zamierzałyśmy złapać pociąg w kierunku Kopriwszticy. Niestety pociągi zatrzymują się tu 4 razy dziennie, więc czekałyśmy tam kilka godzin. Mimo, że w miasteczku nie ma nic do zwiedzania (cerkiew była oczywiście zamknięta) z przyjemnością oddałyśmy się słodkiemu nieróbstwu i suszeniu wściekle jeszcze mokrych butów oraz kontemplacji odsłaniających się co jakiś czas szczytów Srednej Gory i Starej Płaniny skąpanych w promieniach zachodzącego słońca.

W pociągu złapał nas przemiły konduktor, który na każdej stacji - zaraz po sprawdzeniu biletów - wracał do nas na pogawędki. Stacja Kopriwsztica położona jest wśród lasów o kilkaset metrów wyżej niż Kyrnare (pociąg robił po drodze dwie pętle w tunelach). Od razu odczułyśmy spadek temperatury. Stacja jest oddalona od miasteczka o jakieś 10 km. Wprawdzie zorganizowano połączenia autobusowe między dworcem a centrum miasta, ale busy nie zawsze są zgrane z pociągiem. Przyszło nam czekać do 22 zanim pojawił się bus. W miasteczku nietrudno o nocleg. Zaraz znalazła się życzliwa osoba, która zaprowadziła nas do małego rodzinnego hoteliku. Warunki bardzo przyzwoite, a cena bardzo przystępna. Znów nam się udało.

IX

Kopriwsztica to miejsce szczególne. Właściwie po raz pierwszy spotkałyśmy się z taką liczbą turystów. Miasteczko jest opisywane jako perełka architektury odrodzeniowej i rzeczywiście zasługuje na to miano. Położone bardzo malowniczo w maleńkiej kotlince, otoczone zalesionymi stokami, rozwijało się bardzo dobrze dzięki handlowi i rzemiosłu. Stąd wywodziło się wielu znanych działaczy ruchu odrodzeniowego, tu również rozpoczęło się słynne powstanie kwietniowe w 1876 roku. Wielokrotnie niszczone przez Turków, ostatecznie jednak - w odróżnieniu od wielu innych miasteczek - przetrwało, zachowując swój niepowtarzalny XIX-wieczny urok. Bogaci mieszkańcy Kopriwszticy wykupili miasto składając dowódcom tureckim sowite dary.

Całe miasto jest przepiękne. Domy odremontowano i pomalowano na żywe kolory. Każde gospodarstwo to jakby osobna twierdza, otoczona kamiennym murem, oddzielona od sąsiedniej wąską brukowaną kocimi łbami uliczką. Wiele domów zamieniono na muzea prezentujące historię powstania antytureckiego. Można tam też obejrzeć mnóstwo przedmiotów XIX-wiecznego życia codziennego. O bogactwie miasta świadczą też dwie jego cerkwie. Choć jeszcze czekają na renowację, już widać, że były zdobione złotem, marmurami. W tej chwili artysta - hobbysta (jego żona studiowała w Krakowie!) zbiera fundusze na remont cerkwi św. Mikołaja. Cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy jest już z zewnątrz odnowiona, pomalowano ją na wściekle niebieski kolor. Obok znajduje się cmentarz, na którym pochowani są powstańcy 1876 roku. Znaleźć tam można również tajemnicze groby z czerwoną pięcioramienna gwiazdą....

Miejscowi już przyzwyczaili się do obecności turystów, wiedzą też jak na nich zarobić. Właściwie po raz pierwszy w restauracji próbowano nas naciągnąć, stosując bandycki przelicznik Euro do Leva.

Postanowiłyśmy jeszcze tego samego dnia wydostać się z Kopriwszticy. Nie jest to łatwe, ale przy odrobinie szczęścia można się złapać autobus do Pirdopu. Wprawdzie Pirdop znajduje się w kierunku przeciwnym niż zaplanowany przez nas, ale jest węzłem komunikacyjnym, więc była nadzieja na złapanie pociągu do Kazanłyku. Niestety okazało się, że trud poszedł na marne, bo ten sam pociąg zatrzymywał się też w Kopriwszticy. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Na stacji poznałyśmy przemiłego dyżurnego ruchu, który chcąc nam pomóc zadzwonił do sąsiedniego miasta, żeby sprawdzić czy przypadkiem wcześniej nie mamy autobusu. Autobusu nie było, za to tuż przy torach znajduje się atrakcja turystyczna w postaci Mamutowców Olbrzymich przywiezionych tu z Ameryki Płn w 1930 roku.

Pociąg niestety nie dojeżdżał do Kazanłyku. Ostatnia stacją było Karłowo (jakieś 55 km na zachód od Kazanłyku). Nie pozostało nam więc nic innego jak przenocować w Karłowie (którego nie zamierzałyśmy zwiedzać) i o świcie ruszyć dalej.

Znalezienie noclegu w Karłowie okazało się trudniejsze niż myślałyśmy. Przewodniki polecały nam kilka miejsc, jednak wskazanych obiektów nie znano w mieście, a jedyny hotel zdecydowanie był powyżej naszych możliwości finansowych. Z pomocą przyszła pracownica nocnego snack-baru, która skierowała nas do hoteliku rodzinnego. Niestety wszystkie pokoje były zajęte. Właścicielka zaproponowała inny, ale cena nas zniechęciła. Zamierzałyśmy już rozbić namiot na najbliższym trawniku kiedy matka właścicielki wzięła nas za rękę i poprowadziła do innego rodzinnego hotelu (wcześniej próbowałyśmy się tam dostać, ale był zamknięty) i tak długo waliła w drzwi, aż właściciel wygrzebał się z łóżka i przyjął nas za rozsądna cenę. Właściciel także znał Polskę, a dokładniej nasze kopalnie. Po raz kolejny miałyśmy szczęście.

X

Błądząc poprzedniego dnia po uliczkach Karłowa stwierdziłyśmy, ze wprawdzie centrum miasta jest nieprzyjemnie nowoczesne i hałaśliwe, jednak są też takie fragmenty, które zdecydowanie warto zobaczyć za dnia. Dlatego zerwałyśmy się świtkiem i pobiegłyśmy obejrzeć uliczki starówki. Karłowo jest rodzinnym miastem czołowego rewolucjonisty bułgarskiego Wasyla Lewskiego. Na cerkwi św. Bogurodzicy namalowano fresk (wątpliwej wartości artystycznej) przedstawiający moment przyjmowania przez Lewskiego święceń kapłańskich. Niedaleko cerkwi św. Mikołaja (pomalowanej na wściekle różowy kolor) znajduje się pomnik Lewskiego i bardzo skromny grób jego matki. W miasteczku jest także stary zrujnowany meczet.

Po porannej kawie wsiadłyśmy do autobusu w kierunku Kazanłyku. Choć przejechałyśmy całą słynna Dolinę Róż nie udało nam się zobaczyć ani jednego krzewu królowej kwiatów. Bułgaria jest jednym z głównych producentów olejku różanego (można go kupić na każdym straganie z pamiątkami), jednak zbiory róży odbywają się w czerwcu, tak więc ta atrakcja nas ominęła.

Kazanłyk jest dużym miastem położonym w samym sercu Doliny Róż. Słynie z wyrobu olejku różanego i z doskonale zachowanego grobowca trackiego z III w p.n.e, który jest unikatowym przykładem malarstwa starożytnego, wpisanym na listę UNESCO. Właśnie ten grobowiec zamierzałyśmy zobaczyć. Muzeum położone jest na wzgórzu. Samego grobowca nie da się obejrzeć, jest zamknięty w klimatyzowanym budynku. Turystom udostępniono wierną kopię. Warto go obejrzeć, choć niektórych może rozczarować jego rozmiar. Poniżej wzgórza znajduje się mini skansen, w którym prezentowane są dwa domy z XVIII/XIX wieku - w stylu wiejskim i miejskim. Domy toną w kwiatach, jest to charakterystyczne dla Bułgarii - kwiaty są wszędzie, nawet na obskurnych osiedlach z wielkiej płyty każde okno obstawione jest niezliczona ilością doniczek, kubełków, pojemników po jogurcie.

Po południu udałyśmy się pociągiem do Slivenu, z którego zamierzałyśmy wyruszyć do rezerwatu Sinite Kamyni (Błękitne Kamienie). Podróż okazała się dłuższa niż myślałyśmy- na każdej stacji pociąg stał co najmniej 10 min. Do Sliwenu dotarłyśmy już pod wieczór i zastanawiałyśmy się co zrobić z noclegiem. Bardzo jednak ciągnęło nas do przyrody, wiec po dłuższych konsultacjach z miejscową ludnością (tym razem rolę tłumacza spełniła bardzo miła nastolatka) odnalazłyśmy przystanek trolejbusu, który miał nas dowieźć do szlaku. I dowiózł, tyle że godzina była już późna, a wyciąg krzesełkowy, na który liczyłyśmy, już nie działał. Kiedy tak niepewnie stałyśmy kombinując co dalej, pojawił się człowiek, który koniecznie chciał nam pomóc z sympatii dla Polaków. Był tak natarczywy, a godzina późna, że ostatecznie zdecydowałyśmy się przystać na jego propozycję. Pobiegł do kolegi, który mieszkał w okolicy i dysponował samochodem i za przystępną kwotę zawiózł nas do schroniska oszczędzając nam tym samym 2-3 godzinnej wspinaczki. Turek (jak się okazało w czasie jazdy) nie zadowolił się dowiezieniem nas do schroniska. Kiedy okazało się, że schronisko jest zamknięte na cztery spusty, natychmiast chciał nas wieźć dalej. Zrezygnowałyśmy z dalszej pomocy, czym niewątpliwie bardzo go uraziłyśmy - nocleg znalazłyśmy w sąsiednim domu wypoczynkowym, na poddaszu w przemiłym pokoiku, w towarzystwie szczurów, które grasowały nad naszymi głowami.

XI

Z naszego okna rozpościerał się przefantastyczny widok na Sliven i górujące nad nim skałki.
Z wielką chęcią ruszyłyśmy w trasę licząc na kilka godzin samotnej wędrówki wśród świetlistych buczyn i pachnących łąk. Cóż, kiedy już na wstępie trudno było znaleźć szlak. Kluczył gdzieś między rozrzuconymi tu i tam domami wczasowymi, campingami i stacją wyciągu krzesełkowego. Oznaczenia nijak się miały do tego co było na mapie. Prosta droga zmieniła się w labirynt i dość szybko zorientowałyśmy się, że tego dnia nie dotrzemy tam gdzie planowałyśmy, czyli do Żeravnej. Szczęśliwie nasze manowce były naprawdę cudne, las piękny, stare drzewa przypominały te z Krainy Narnii, co jakiś czas spotykałyśmy niespodzianki w postaci opuszczonego obserwatorium astronomicznego (nie notowanego na mapie), starej czeszmy (ujęcia wody), przepraw przez rzeki... Pod wieczór co jakiś czas odnajdowany szlak zaczął nas prowadzić w wyraźnie innym kierunku niż powinien. Nasze, nieco już odwodnione mózgi uznały, że bezpiecznej będzie iść na przełaj we właściwym kierunku. Więc lazłyśmy pod górę wśród wysuszonych traw podziwiając krajobrazy "Beskidu Niskiego" i rozkoszując się ciszą i sielanką. Wreszcie na horyzoncie ukazały się słupy trakcji elektrycznej (logika podpowiedziała, ze ludzie muszą być gdzieś niedaleko), potem stogi siana, aż wreszcie zobaczyłyśmy człowieka (hura, ocalenie). Do Nejkowa były już dwa kroki, a stamtąd - zaopatrzone w świeżą wodę - złapałyśmy ostatni już tego dnia autobus do Żeravnej (kolejny fart!). Pół godziny później wylądowałyśmy na rynku bardzo zadbanej dużej wioski, zagubionej między łagodnymi wzgórzami... Zanim jeszcze zdołałyśmy zamknąć usta otwarte z wrażenia, złapał nas pan, który natychmiast zaoferował nocleg. Tym razem nawet nie próbowałyśmy podawać niczego w wątpliwość, poszłyśmy w ciemno. Tym razem nocleg w mini skansenie. Jadalnia na tarasie, a pokój pełen pamiątek z poprzedniej epoki.
Wieczorem udałyśmy się do lokalnej knajpki, gdzie zjadłyśmy fantastyczną kolację (tym razem Ela testowała "syrenie po szopsku") i zasnęłyśmy w błogim przeświadczeniu, że szczęście nas nie opuszcza.

XII

Żeravna to spora wieś, która w poprzednich wiekach była dużym ośrodkiem handlu i rzemiosła. Dziś życie toczy się tu powoli, pozostały jednak przepiękne domy otoczone kamiennymi murami i tradycja wyrobu kilimów. Turystów jest tu zdecydowanie mniej niż w Koprivszticy, a wioska niewątpliwie zasługuje na to, żeby ją odwiedzić. Do zwiedzenia jest kilka domów-muzeów. My obejrzałyśmy jedynie dom Jordana Jowkowa, jednego z klasyków literatury bułgarskiej, który tworzył w kilku językach, a jego dzieła były tłumaczone między innymi na polski, o czym świadczy wystawiona w gablotce książka.

Warto też wstąpić do cerkwi św. Mikołaja, ze zdobionym w stylu wiejskim ikonostasem. Można tam także podziwiać kolekcję ikon z XVII-XIX wieków oraz bardzo ciekawe płyty nagrobne.

Kiedy już nasyciłyśmy nasze oczy widokiem czerwonych dachów, malw, bujnych ogrodów i wszechobecnych mirabelek, znalazłyśmy podwózkę do Kotela (centrum wyrobu kilimów, również warte obejrzenia, jednak ma charakter bardziej miejski), z którego miałyśmy nadzieję znaleźć połączenia w kierunku morza. Autobus znalazł się nadspodziewanie szybko, w Omurtagu ledwie zdążyłyśmy uzupełnić zapasy owoców i już jechałyśmy luksusowym autobusem do Warny. Z żalem minęłyśmy Szumen, któremu należałoby poświęcić kolejny dzień i po 3 godzinach jazdy znalazłyśmy się ponownie na dworcu w Warnie, tym razem znacznie bardziej doświadczone i pełne wrażeń. Zanim jeszcze zdążyłyśmy zrobić wywiad na temat autobusów na północ, już podjechał bus, który właśnie udawał się w stronę Kavarny, czyli dokładnie tam gdzie chciałyśmy. Szybko dogadałyśmy się co do ceny (po raz pierwszy jechałyśmy bez biletów) i ruszyłyśmy na spotkanie z dzikim morzem.

Celem tego dnia była mała wioska oddalona od Warny o jakieś 65 km. Udało się minąć kurorty w Złotych Piaskach, Albenie i Bałcziku, gdzie "klimat" odbiegał nieco od naszego wymarzonego i z ulgą dojechałyśmy do Kavarny - ostatniego w miarę dużego miasteczka przed granicą z Rumunią. Tu niestety na chwilę opuściło nas szczęście - ostatni autobus do Kamjan Brjag odjechał już jakiś czas temu. Skuszone propozycją z przewodnika zaczęłyśmy szukać taksówki (ostatecznie to tylko 12 km, więc chyba nas nie zrujnuje?). Wydobywając z odmętów pamięci wszystkie znane nam słówka rosyjskie próbowałyśmy wypytać taksówkarza o cenę, kiedy ten - czystą polszczyzną zapytał "czemu mówicie po rosyjsku skoro jesteście Polkami?" I dogadaliśmy się, że nas zawiezie na kemping po cenie bułgarskiej - z sentymentu dla Polaków. Nasz kierowca był na tyle miły, że wszystko załatwił na miejscu, a potem zapytał nieśmiało, czy może nas odwiedzić następnego dnia... Jeszcze tego wieczoru (po rozlokowaniu się domkach kempingowych, standard "all exclusive") jedząc popularne rybki "safrid" poznałyśmy historię jego miłości do Grażyny, licznych wyjazdów do Polski. Początkowo, przez kilka miesięcy pracował w różnych fabrykach jako inżynier, ostatnio handlował na stadionie X-lecia. Choć Polskę wspomina raczej dobrze, był w nim pewien żal do naszych władz, które nie pozwoliły mu prowadzić legalnej działalności.

XIII

Ten dzień miał być poświęcony leżeniu bykiem i rozkoszowaniu się szumem fal.
Kamjen Brjag to bardzo cicha, "zapadła" wioska, do której przyjeżdżają jedynie studenci, hipisi i wielbiciele wspinaczki po klifach. Skomercjalizowana turystyka nie ma tutaj szansy rozwoju, ponieważ na wybrzeżu nie ma ani grama piasku. Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów ciągną się bajecznie kolorowe klify, z których tylko w nielicznych miejscach i z narażeniem życia można zejść do wody. Woda ma kolor turkusowy. Ciche zatoczki są rajem dla nurków i rybaków.

Po spacerze zapragnęłyśmy chwili odpoczynku. Udało nam się znaleźć przyjemną półkę nieco bliżej wody. Odważna Ania i Ela dotarły do wody, żeby schłodzić swoje pokiereszowane suchymi trawami kończyny i poobserwować zwierzaki, które wygrzewały się w płytkich zatoczkach. Byłyśmy trochę złe, że na tym bezludnym wybrzeżu co chwila ktoś nam zakłócał spokój. Kiedy po kilku godzinach wylegiwania się wśród aromatycznych traw oblepionych ślimakami, uznałyśmy, że pora ruszyć na kolejny spacer nagle zorientowałyśmy się, że byłyśmy tuż obok rezerwatu Jajłata! i stąd te pielgrzymki.

Jest to wydłużony, nieco niższy wapienny klif, którego pionowa ściana podziurawiona jest ponad 100 jaskiniami naturalnymi lub stworzonymi przez człowieka. Miejsce to zamieszkane było już przez starożytnych Greków, dziś zostały po nich nagrobki i skalny kościół. Na tej samej półce skalnej znajdują się pozostałości rzymskiego fortu, mocno obrośnięte bluszczem. Niewielu turystów dociera aż tutaj, właściwie sami pasjonaci. Nam udało się trafić na takiego młodego człowieka, który sam zaproponował, że pokaże nam coś ciekawego. I oprowadził nas po wszystkich zakamarkach - trackich jaskiniach, kaplicy z początków ery - miejscach, do których same nigdy byśmy nie dotarły.

Dzień pełen wrażeń zakończyłyśmy w tej samej knajpce co poprzednio, tyle, że teraz - bez protekcji naszego taksówkarza - obsługa w nieznośny sposób nas ignorowała.

XIV

O świcie udałyśmy się na przystanek autobusowy, żeby wrócić do Kavarny. Tam zamierzałyśmy zostawić plecaki u znajomego znajomego Eli, do którego miałyśmy się w razie potrzeby zgłosić.

Zamiast autobusu przyjechał bus i zabrał tylko kilka z kilkunastu osób, w tym - nie wiedzieć czemu - nas. Krolio ściągnięty z pracy objechał z nami pół miasta w poszukiwaniu noclegu, który wreszcie znalazł u Anastazji. Pani Anastazja przelotem była właśnie w Bułgarii, bo od kilku lat mieszka w Niemczech. Bardzo dobrze mówiła po polsku, nauczyła się w szkole hotelarskiej 20 lat temu, potem pracując w hotelu zajmowała się oprowadzaniem wycieczek polskich. Niestety kilka lat temu zamknięto hotel i dwie fabryki w mieście. W tej chwili Kavarna sprawia wrażenie wymarłego miasta, pozbawionego zabytków. Jedyne co może przyciągać turystów to, oddalona o 2 km od centrum plaża miejska.

My chciałyśmy przede wszystkim zobaczyć osławiony Nos Kaliakra (przylądek Kaliakra). Wysunięty kilka km w morze cypel opada 70 metrowym urwiskiem do morza. Skały wokół mienią się kolorami od białego przez wszelkie odcienie brązu i rudości aż po różowawą czerwień. Na półwyspie obejrzeć można pozostałości fortecy, którą zbudowano w IV w. p.n.e, potem służyła Rzymianom i Bizantyjczykom, wreszcie w średniowieczu był tu klasztor derwiszów. Na samym końcu cypla postawiono maleńką kapliczkę św. Mikołaja (przeniesiona po trzęsieniu ziemi z Szabły), w obrębie murów fortecy można odwiedzić małe muzeum zorganizowane w jaskini. Przed bramą stoi ogromny pomnik upamiętniający legendarne 40 panien, które zamiast poddać się Turkom splotły włosy i razem skoczyły do morza.

Miejsce jest dość ciekawe jednak sporo tu turystów, również Polaków, których doskonale można rozpoznać po hałaśliwym zachowaniu i często stosowanych "przerywnikach".

Szczęśliwym trafem złapałyśmy stopa i wróciłyśmy do Kavarny. Ostatni wieczór zamierzałyśmy spędzić jak prawdziwi turyści - na plaży. Kavarneńska plaża jest bardzo przyjemna. Choć miejscowi twierdzą, że jest brudna, zdecydowanie nie odbiega standardem od polskich plaż, a morze tu znacznie cieplejsze i bardziej słone. Windsurfingowców jak na lekarstwo, za to wystarczy jeden miłośnik skutera, żeby popsuć odpoczynek setkom plażowiczów. Trafiłyśmy akurat na moment, kiedy miejscowi zwijali manatki. Bez problemu znalazłyśmy więc bezpańskie parasole i leżaki i łapałyśmy ostatnie promienie słońca, pluszcząc się co jakiś czas ciepłym morzu.

Wieczorem byłyśmy umówione z Krolio, który czekał na nas już od kilku dni i nawet na czas naszego przyjazdu wziął urlop. W takich okolicznościach nie wypadało nam odmówić zaproszenia, chociaż miałyśmy wielką chęć zostać na plaży, gdzie wieczorem miał się odbyć koncert jednego z bardziej znanych bułgarskich zespołów popowych.

Na wstępie popełniłyśmy nietakt ofiarowując gospodarzom kupne wino (każdy szanujący się gospodarz posiada własnego wyrobu wino i rakiję). Pozwalają one przełamać początkowo sztywną międzynarodową atmosferę. Kolejna miła imprezka, przy grillowanych kebabczach i smażonych safridach zaliczona.

XV

Mocno ubzdryngolone lokalnymi trunkami spałyśmy nieprzyzwoicie długo. Ostatniego dnia naszej wyprawy nie zaplanowałyśmy żadnych szczególnych atrakcji poza zakupieniem kilku pamiątek i spacerze po Warnie. Ponownie natknęłyśmy się na naszego taksówkarza, który poradził nam gdzie można tanio kupić "procentowe" pamiątki. Jeszcze kilka chwil rozmowy z Anastazją i już czas było zbierać się do Warny.

Niestety tego dnia pogoda zdecydowanie się popsuła. Od rana siąpił deszcz. W Warnie na dworcu autobusowym powitał nas znajomy kundel, tak samo obojętny na podróżnych, jak w dniu naszego przyjazdu. Jedynymi zmianami jakie zarejestrowałyśmy była nieobecność pucybuta i wyższa o 30% opłata za toaletę.

Postanowiłyśmy choć trochę obejrzeć miasto. W deszczu przechadzałyśmy się uliczkami wielkomiejskiej i gwarnej Warny. Udało nam się wstąpić do katedry, w której trafiłyśmy akurat na ślub. Z wielką ciekawością obserwowałyśmy ceremonie, która bardzo różni się od naszej.

Tęsknymi oczami wodziłyśmy po straganach z arbuzami, melonami, brzoskwiniami, które tutaj mają szczególny smak i których już nam zaczynało brakować. Ale czas naglił, trzeba było jechać na lotnisko...

Eeeech, chciałoby się tam zostać dłużej. Jedno jest pewne - to nasza pierwsza wizyta w Bułgarii, ale na pewno nie ostatnia. Złapałyśmy bakcyla, a robal tęsknoty już nam się dał we znaki.....

Ania Smętek, Ela Karpińska, Magda Jackowska

Węgierska majówka (2013)

Ubiegłoroczna majówka na Węgrzech była świetnym pomysłem. Na tyle dobrym, że postanowiliśmy go powtórzyć. Skoncentrowaliśmy się ponownie na północno-wschodniej części kraju, odwiedzając głównie te miejsca, które pominęliśmy rok temu.
Podobnie jak rok temu wyjechaliśmy z opóźnieniem, co spowodowało, dojechaliśmy jedynie do Bańskiej Bystrzycy, gdzie udaliśmy się na znany nam z drogi do Chorwacji kemping. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w miejscu, gdzie rozbiliśmy się rok temu, ciągle leżał śnieg....

Po jedynym naszym noclegu w domku ruszyliśmy na południe. Z dwóch zamków, położonych na bazaltowych skałach prawie na samej granicy ze Słowacją, wybraliśmy ten w Salgobanja. Z imponującej budowli roztaczał się piękny widok m.in. na drugi z zamków - położony na samej granicy Somoska.
Podbudowani atrakcyjnością geologicznych ciekawostek północnych Węgier udaliśmy się do Ipolytarnóc, gdzie znajduje się rezerwat ze spetryfikowanymi drzewami. Zwiedzanie z przewodnikiem oraz film w 3D prezentujący wydarzenia sprzed milionów lat były bardzo ciekawe, ale zajęły nam dość dużo czasu. Do Hollókő dotarliśmy już po 17, kiedy ekspozycje w chałupach skansenu oraz wnętrze położonego na wzgórzu zamku były już zamknięte. Ale może właśnie brak turystów spowodował, że Hollókő zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Bez wątpienia jest to miejsce, w które trzeba będzie wrócić.

Kolejnym punktem naszej podróży były góry Mátra z najwyższym szczytem Węgier Kékesteto, wzniesionym na wysokość 1014 m n.p.m. Był to zarazem pierwszy najwyższy szczyt państwa, na jaki udało nam się wjechać samochodem. Na górze znajduje się wieża widokowa z tarasem, na który wjeżdża się windą. Więcej energii wymagał od nas spacer Doliną Ilony do niewielkiego wodospadu. Pobliski zamek w Siroku był remontowany i niedostępny, ale rozległa panorama rekompensowała nam trudy podejścia.

Kolejnego dnia udaliśmy się w samochodową podróż na wschód, zwiedzając malownicze miasteczka. W Gyöngyös największe wrażenie na dzieciach zrobił kompletny szkielet mamuta w miejskim muzeum. Nam, dorosłym bardziej podobał się Mezőkövesd, kulturalna stolica ludu Matyó. Słynie on z wyjątkowo barwnych strojów ludowych i kultury haftu. Według legendy, porwanego przez diabła (w innej wersji tureckiego sułtana) ukochanego wyratować chciała od niechybnej śmierci młoda dziewczyna. Diabeł (sułtan) zażądał za jego uwolnienie naręcza kwiatów. A że był to środek zimy, dziewczyna przez całą noc wyhaftowała pęk kwiatów, ratując życie chłopcu. Część miasta jest żywym skansenem i choć nie spotkaliśmy tu osób ubranych w ludowe stroje, tradycje są utrzymywane w lokalne święta. Tu także będziemy chcieli wrócić.

Tymczasem dotarliśmy nad Jezioro Cisa (Tisza). W rzeczywistości jest to grupa płytkich jezior, położonych na dawnych bagniskach, które na skutek działalności człowieka stały się znanym terenem rekreacyjnym, a także ostoją ptactwa. Jednak naszym prawdziwym celem była puszta - węgierski step, z powstałym na jego terenie parkiem narodowym Hortobágy. Rzadko miejsca turystyczne i wcale nie delikatnie ocierające się o Cepeliadę robią na nas takie wrażenie. Główną atrakcją przejażdżki bryczką był pokaz, zwany pusztańską piątką (puszta ötös). Csikósi, czyli tutejszy pastuchowie, popisują się przed turystami jazdą stojąc na grzbiecie dwóch koni, przy jednoczesnym powożeniu zaprzęgiem trzech innych. Ponadto, podczas takiej wycieczki można się zapoznać z różnorodnością bydła wypasanego na puszcie. Prawdziwa atrakcja dla dzieci oraz fotografów. Zwiedzanie zakończyliśmy wieczornym spacerem po Debreczynie, gdzie o godz. 19.30 temperatura spadła już do 27 stopni. Ale to nie był koniec dnia! Późnym wieczorem wróciliśmy do Lillafüred, a godzinę po nas na kemping dojechali Maronowscy z Maćkiem Kotowskim!

Kolejnego dnia zwiedzaliśmy razem największe atrakcje Lillafüred, popularnego kurortu położonego w Górach Bukowych. Była to najpierw niewielka jaskinia Anny, a potem wysoki na 20 m sztuczny wodospad (największy na Węgrzech), powstały przy Palotaszálló, eklektycznym pałacu z 1921 r. Ten wyjątkowo wypoczynkowy dzień kontynuowaliśmy w kąpielisku Tapolca, słynnych na całym świecie termach położonych w grotach. Dzień zakończyliśmy spacerem po Miszkolcu. Ognisko nie odbyło się z powodu burzy, choć Maciek do późnej nocy w namiocie wyśpiewywał serenady do błyskawic.

Spóźniona wiosna i nocna burza skłoniły nas, aby następnego dnia wrócić do odwiedzonego w ubiegłym roku wodospadu Szalajki. O ile rok temu wodospad był wyschnięty, w tym roku Welon (Fátyol-vízesés) rozwinął się przed nami w pełnej okazałości. Kulminacją dnia było wieczorne ognisko Jaremy, które odbyło się na polu namiotowym w Sarospatak, gdzie czekali już na nas Sylwia i Marek Kulczykowie z chłopakami. Pomimo inwazji komarów śpiewy przy ognisku trwały do późnej nocy.

Ostatni dzień na Węgrzech to ciąg dalszy intensywnego zwiedzania. Najpierw zwiedziliśmy miasto Sarospatak wraz z zamkiem, po którym oprowadzała nieco znudzona przewodniczka, opowiadając nam o historii obiektu w śpiewnym, lecz całkowicie dla nas niezrozumiałym języku węgierskim. Po krótkim spacerze w Tokaju pojechaliśmy do najbardziej niesamowitego z dotychczas zwiedzonych przez nas zamków na Węgrzech. Wzniesiony na kolejnej bazaltowej skale zamek Boldogkőváralja w górach Zempleni został zbudowany w XIII w. na rozkaz króla Beli IV po inwazji Mongołów. Na obiad pojechaliśmy do Sátoraljaújhely, gdzie uzbrojona w 2 latarki ekipa w składzie Alicja, Zosia, Agusia, Malwinka, Jurek i Artur dokonali wieczornej eksploracji wzgórza zamkowego nad miastem. Na ostatni już nocleg na trasie pojechaliśmy na przesympatyczny kemping w miejscowości Bózsva.

Rano ostatnie pakowanie namiotów i ruszamy do zamku Füzér, położonego, jakżeby inaczej, na wulkanicznej skale. A potem jeszcze spacer po Koszycach, Preszowie, krótki przystanek pod cerkwią w Ladmirovej i już jesteśmy w Polsce. Na trasie jeszcze raz spotkaliśmy się z Jurkami, z którymi pożegnaliśmy się w Koszycach, by po wspólnych kilkudziesięciu kilometrach jazdy skutecznie zgubić się przy ostatnim rondzie w Radomiu .
Jeszcze zanim opuściliśmy Węgry wiedzieliśmy, że jest to kraj, do którego chętnie będziemy wracać. Oby jak najszybciej.

Pozdrawiamy,
Malwina i Artur z dzieciakami

--------------

Cześć wszystkim,

melduję, że ognisko Jaremowe w kraju Madziarów się odbyło i miało miejsce w noc z piątku na sobotę na potwornie zakomarzonym kempingu w Sarospatak. Dojechały trzy silne ekipy, w kolejności wg docierania na miejsce: Kulczyki, Flaczyńscy i Maronowscy+Maciek, więc było nas rzeczywiście aż 14 osób. Ponadto były jeszcze dwa wieczory przy świecach w skromniejszym, 10-osobowym gronie i dużo wspólnego zwiedzania zamków oraz ładnych miast lub miasteczek, łażenia po górskich ścieżkach, biesiadowania przy zupie gulaszowej, no i oczywiście kąpiele w jaskiniowych basenach w Tapolcy.
Nasza majówka trwała 9 dni, od soboty 27 kwietnia do wczorajszej niedzieli i w tym czasie odwiedziliśmy: okolice miasta Salgotarjan przy granicy węgiersko-słowackiej (zamek Salgo, rezerwat skamieniałości Ipolytarnoc, wioseczka jak malowanie Holloko), góry Matra i miasteczko Gyongyos, słynące z najpiękniejszych strojów ludowych Mezokovesd, park narodowy Hortobagy, Debreczyn, Góry Bukowe z Miszkolcem, okolice Tokaju i wzgórza Zempleni, a na koniec jeszcze Koszyce i Preszów. Do domu dotarliśmy o pierwszej w nocy. Węgry są świetnym celem na przedłużoną majówkę, bo jest już cieplutko, wiosna w pełni, na południu temperatury są już całkiem jak latem, a atrakcji do zwiedzania i fajnych kempingów z miejscami na ognisko nie brakuje. No i nie ma tłumów, bo Węgrzy świętują tylko 1 maja, a długoweekendowi Polacy siedzą głównie w winiarniach i basenach. Na pewno jeszcze tam wrócimy :)
Pozdrawiam
Malwina

--------------

Cześć!
Tak, potwierdzam. Na Węgrzech prawdziwa wiosna, temperatury powyżej 20 stopni, a słonko przyświeca codziennie. Mlecze w fazie dmuchawców, liście w kolorze jasnozielonym, ale urosły już do docelowego rozmiaru.
Oprócz ogniska z komarami, które trwało do 3 w nocy dzięki posiadaniu środków antykomarowych, dwa pozostałe wieczory przy świecach też były znakomite. 
Wieczór 2 maja w górach Bukk zaczęliśmy wspólnymi śpiewami przy gitarze, potem zaczęło grzmieć, a jak Maciek zaśpiewał "zachmurzyła się Bukowina" to trzeba było uciekać do namiotów przed strugami ulewnego deszczu. Mimo wszystko śpiewy przy gitarze trwały w namiocie, przy grzmotach burzy - fantastyczna sprawa.  
Natomiast ostatni wieczór - 4 maja - odbył się w tak fajnym miejscu w górach Zemplińskich - w miejscowości Bozsva - że trzeba koniecznie powrócić tam kiedyś ekipą, np. na bardzo dalekie ognisko Jaremy. 
Pozdrawiam,

Jurek

--------------

Byłem blisko Was, jechałem 26.04 i 1.05 przez Węgry i Budapeszt do/z Transylwanii. W Rumunii jeszcze cieplej, 27 C to norma dzienna. Polaków w Turdzie w jaskini solnej (mikroklimat 10 - 12 C) można było poznać po tym, że chodzili w krótkich rękawkach i "odparowywali". Jesienią w Jaremie będzie miniaturka a propos tegoż :)
Cu drag!
Vilcin
--------------

A w nie tak dalekiej Pradze od środy do soboty było 10-12 st. i mokro, ociepliło się i wypogodziło dopiero wczoraj. Lądowanie w mgle i deszczu, w jakim uczestniczyłem we wtorek wieczorem, nie jest miłym przeżyciem, zwłaszcza jeśli udaje się dopiero za drugim razem...

Marcin Kulik

 

Ukraina: Zadnieprze (2013)

Jeżeli milicjant wyciąga kodeks drogowy i wskazuje nam paragraf, z którego właśnie popełniliśmy wykroczenie, to jest to dobry znak. To jest właśnie to miejsce, w które należy włożyć łapówkę.

A więc cześć! czas na naszą opowieść, a raczej Dalszą Ukrainę, dokładnie:
Kijów - Dniepropietrowsk - Zaporoże - Kamiana Mohiła - Arabacka Striełka - Kercz - Koktebel - Sudak - Jałta/Liwadia/- Dżur-Dżur - Bałakława - Sewastopol - Magup-Kale - Eski-Kermen - Bakczysaraj - Basztanowka - Pierekop, dalej Pierwomajsk, Winnica i moment "we Lwowi", 15-31 sierpnia 2013. Generalnie, to miało być Zadnieprze, ale wyszło jak zwykle, czyli planu nie było:) poza twardym postanowieniem zawiezienia Sylwii do cudownego Dniepropietrowska.
Nocy pod dachem – dwie, na campingu – trzy, pozostałych dziewięć w innych lokalizacjach o małym spadku, aby śpiwory się nie wysuwały z namiotu i ludzie nie byli za blisko.

Nie wiem co o tej Ukrainie pisać, to już czwarty raz, i wiadomo że miejsce na spędzanie wolnych chwil wspaniałe. No więc posłużę się przodkiem z Wołyńskiej majówki 2006, bo jednak kraj trochę jest dziś inny, i okolice też.

Kijów
Naprawdę niezły przewodnik Bezdroży (Krym) jest napisany przez niewątpliwego ukrainofila, nie wiem więc jak to możliwe, że w rozdziale o Kijowie pisze o jakimś domu Bułhakowa, a zapomina o Ławrze Pieczierskiej. Nic też tam nie ma o tym, jak to szwoleżerowie podporucznika Olszewskiego zajęli tramwaj w Puszczy Wodicy i pojechali do Kijowa. Następnie wzięli 7 jeńców i w ten sposób 7-go maja nasi zdobyli to piękne miasto. Przewodnik jednak nie myli się w innej kwestii: na 10 samochodów na Majdanie Niezawisłosti 3 stanowią Audi, 3 BMW i 3 Mercedesy, a przynajmniej takie ma się wrażenie, głównie w kolorze czarnym. Ten sam kolor mają męskie buty i ustawione na ulicach pianina, na których może grać każdy, komu przyjdzie na to ochota. Pod pewnymi względami Kijów, ze swym wyjątkowym położeniem i rockowymi kapelami pod kolumnadami domów kultury wydawał mi się bardziej europejski niż Warszawa tym bardziej, że gdzieś zniknęły panie przechadzające się w samo południe w wieczorowych strojach, a pojawiło dużo bardzo modnie ubranych postaci.

Moda
Podśmiewałem się z Litwinów, że tak bardzo szukają swojej tożsamości, że ich ten chłopski folklor zgubi (i gubi). Na zachodniej Ukrainie wszędzie widać krajki, na wschodzie folkowych inspiracji też niby dużo, ale to taki folk świadomy, nienachalny – oni idą własną drogą, nie są niewolnikami jakichś przesądów czy rzekomych konieczności, wystaw z własnymi kolekcjami bardzo przyzwoitej mody widzi się dużo, i nie ma to wiele wspólnego w jakąś zawleczoną przez Wikingów na Ruś monotonną snycerką na miarę łowickich wycinanek.

Dziewczyny
Zwracają uwagę. Mają piękne proporcje, długie, widoczne latem nogi i ładne, wąskie figury. A jednak wszystko jest jak u Tojstoja – już po paru latach te krasawice zmieniają się zupełnie przeciętne, niespecjalnie zadbane kobiety, baby, babska i babsztyle. Spojrzałem jeszcze raz – twarze sympatyczne, ale raczej przeciętne, po prostu zadbane, pociągnięte kolorem brwi i usta, fryzjer, sukienka, niby nic niezwykłego. A jednak jest to coś, jakiś rodzaj aury, wyzwania jakie ostentacyjnie rzucają tym kozakom, których będą musiały wziąć za pysk i bić po gębie jak wrócą po pijaku do domu, taki krzyk „ja tu jestem i mam własne zdanie a w życiu sobie sama poradzę”, ta gotowość do tańca na stole i picia wódki na stakanki. Tak, to naprawdę pociąga facetów. Tak sobie myślałem o dziewczynach w Dniepropietrowsku, w kawiarni „Mafia”. Ładnej, drogiej, i z beznadziejną obsługą w ładnych strojach. Ale ta klientela!
Dniepropietrowsk
Zawsze chciałem, aby Sylwia przyjęła zaproszenie z Dniepropiertowska i pojechała tam na jakąś naukową konferencję, ale mówiła coś o dymach i fabrykach. Faktem jest, że te konferencje na wschodzie są droższe od tych na zachodzie, a tak na oko powinno być nieco inaczej. W końcu ją tam zawlokłem (to ja jestem facetem i rządzę, a co?), zahaczając po drodze o niezły skansen w Kijowie. I było warto. I były Audi, BMW i Mercedesy i fabryki srogo dymiące i bardzo chciałem jakąś odwiedzić, bo to tam przecież budowano cudowne radzieckie rakiety do niszczenia agresorów zza żelaznej kurtyny, ale nie udało się. Jest tam jednak ładny bulwar, na który wychodzi wieczorem całe miasto podziwiać industrialne krajobrazy z lewej i sympatyczne „stare” miasto z prawej strony Dniepru. Jest i „Amsterdam” – osiedle w ruskim wydaniu i skali pasującej do okolicy, i jeszcze coś.
Bo oczywiście kiedyś nie było Dniepropietrowska. To było w czasach, gdy pewien rosyjski inżynier jeszcze nie potwierdził potulnie swemu nowemu, radzieckiemu panu, że elektryfikacja Rosji jest możliwa, zapominając dodać, że rosyjskie rzeki mają bardzo mały spadek, że po zbudowaniu tych zapór na Dnieprze trzeba będzie przesiedlić pół kraju, a to samo można załatwić z mniejszymi stratami energii węglem z Donbasu. Wtedy jeszcze na Dnieprze były porohy i tam właśnie, w najlepiej wybranym miejscu poniżej ujścia Samary, Władysław IV kazał wznieść Kudak – klucz do Zaporoża. Zaskakująco wielu ludzi tam zastaliśmy – szczątki dwóch bastionów są bardzo popularnym miejscem dla tubylców, ulubionym, emanującym tchnieniem wieków jakby czakramem, gdzie przychodzą całować się kochankowie.
Pomników tam jest bez liku, a jeden zaprzecza drugiemu. No, ale Ukraińcy muszą budować naród, trochę kłamstw nie zaszkodzi. Czytając „Ogniem i Mieczem” zawsze mnie zastanawiało, co się stało z Kudakiem i pułkownikiem Grodzkim po Żółtych Wodach. Kudak kapitulował w 1648 po 7 miesiącach oblężenia, prochów miał na dwa tygodnie, jak pisze Sienkiewicz (wara od Sieniewicza bo ugryzę!).

Historia
Czasem miałem wrażenia jak z Afryki, z tych zakamarków, gdzie jedyne wieści przychodzą wraz z powracającym po latach synem, który dorobił się w mieście na tyle, aby wziąć ślub.
Trochę podobnie pisze niejaka Buba na portalu rosja.info.pl. (polecam!) Niby główne wątki się zgadzają, ale wychodzi jakby na odwrót. Często zbaczaliśmy z głównych dróg by rozbić namiot wśród jakichś burzanów - szczególnie piękny był ranek koło Bałakławy, gdy okazało się, że to białe, cudownie wonne kwiecie to plaga ślimaków szczelnie otulających rośliny – więc było nieco okazji by wymknąć się radzieckiej geografii pełnej nazw typu Pierwomiajsk, Lenino, Czerwono-cośtam czy zaczynających się od Nowo-… I nic. Żadnych śladów przeszłości. Ruin cerkwi, kościołów, dworów, studni. Nic. Drogi zaorane. Drzewa wycięte. Koniec świata nastąpił. Kilka tygodni wcześniej, w Raciszewie, zajrzała do nas hrabina von Schatze. Z nostalgią wspomniała, że da się odczytać już tylko kilka nagrobków. Szanowna Pani! Tam, na Warmię, przyszli chłopi, i żyją. A na wchód od Bugu, odbywa się chamskie zawłaszczanie historii. To nie przypadek, że po wsiach ciągle stoją Leniny (im bardziej na południe, tym bardziej rozebrane z czapek i płaszczy:-). Kiedyś myślałem, że rozwalenie cmentarza Orląt Lwowskich w czasach trwania przyjaźni polsko-radzieckiej albo zasłaniający tenże cmentarz pomnik ku czci UPA z bliższych nam czasów to jakiś wyskok kretynów nacjonalistów ze znanej światu rady miasta Lwowa. Nie. Ci ukraińscy patrioci, to po prostu ludzie radzieccy, pilni uczniowie Lenina, malutcy ludkowie, którzy nie dorośli, by tak jak przed dziesięcioleciami harcerze, jeździć w Bieszczady śpiewając łemkowskie piosenki i czyścić z chwastów cmentarze.
To nie przypadek, że w Brześciu nad Bugiem stoi pomnik obrońców, którzy niczego nie obronili, że nad Oleskiem, gniazdem rodowym Sobieskich wiszą podkowy Budionowców, którzy najechali Polskę, że tuż obok Tynnego na Polesiu jest pomnik MIGa a o Polakach ani słowa. To samo było w Rumunii, gdzie Geniusz Karpat chciał wszystkich ludzi przeprowadzić ze wsi do miast, by mieć ich pod kontrolą i odebrać możliwość uprawiania własnej, niezależnej od władzy pietruszki. Geniusz nie dał rady, ale władza radziecka tak. I tym się chyba różni Ukraina Wschodnia od Zachodniej, ale doprawdy, dziś nie wiem, która bardziej mi się podoba.

Pierwomajsk
No tak, powinna być piękna Winnica, zupełnie Galicyjskie miasto i cały Krym, ale na razie bardziej pasuje dowództwo 43 Armii Rakiet Strategicznych, bo tam, w miejscu bezwzględnie zasługującym na obejrzenie (jedna dywizja rakietowa mogła porazić obszar wielkości Polski) spotkaliśmy pana przewodnika, który ewidentnie był przekonany, że Zimna Wojna skończyła się po myśli CCCP. „Wszystko jest kwestią równowagi. Nic się nie zmieniło. Kto ma prawo rządzić światem? Izraelczycy? Nie wiadomo czego chcą. Nie daliśmy się Amerykanom”. Zwiedzający kiwają głowami. Pan ciągle żyje we własnym świecie, jeszcze nie opuścił tego starego, i pewnie tak zostanie. Miał pradziadka Polaka, zdaje się, że budował kolej transsyberyjską czy prowadził jakieś interesy na wschodzie. Wnuczek miał pod palcem guzik od dziesięciu rakiet. 45 metrów pod ziemią siedzimy w siermiężnie wykończonym, ciasnym wnętrzu i robimy zdjęcia dzieciakom, nieświadomym całej tej historii, życia w strachu i wiecznym szantażu. Kiedyś myślałem, że będę żył pod Breżniewem i Gierkiem. Oni byli tacy długowieczni – Chruszczow, Mao... Patrzę na radziecką technikę – plastikowe telefony, bakelitowe przyciski, prymitywne dzwonki, a obok tego samowar - dziesięć pięter pod ziemią przy wymuszonej wentylacji – widać człowiek radziecki wszystko potrafi. Jednak sporo się świat posuną od czasów Nalewajki i Chmielnickiego.

Hortyca
A właściwie Zaporoże. To chyba jedyne miejsce, gdzie pod potężną zaporą hydroelektrowni można poczuć klimat dawnego Dniepru. Na tej wyspie Tatarzy pojmali Skrzetuskiego. Z początku jestem zaskoczony, gdzie te oczerety, gdzie oni te łodzie wyciągali, ale są, zgadza się, Sienkiewicz górą!
Wyspa jest wielka. Właściwie krążyć po krzakach można godzinami, jest świetne muzeum – w ogóle wystawy to mocna strona Ukrainy – i jest pan, który na nas krzyczy, bo chcemy ugotować obiad, a przecież byle iskra, pożary. Po chwili gotujemy u pana w domu rozmawiając o jego BMW na gaz. ”Zamówiłem w Niemczech, przywieźli”. Głupi Polak, wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że cieć w muzeum czy kierowca kamaza tyle zarabia. Za oknem widać scytyjskie kurhany.
„Uważajcie na węże. Buty macie – patrzy na pantofelki Sylwii – może być”.

Kamianna Mohiła
Właściwie mogiła, bo „tu ludzie po rosyjsku mówią”.
Szukamy już od godziny, upał jak cholera, mapa kłamie a ludzie jak zwykle. Dzieciakom tłumaczę, że im się tylko tak wydaje, że to nie prawda, że tu tak nic nie ma, bo tędy wędrowały niezliczone ludy i każde ze ściernisk kryje wielkie, niepoznane tajemnice. Stasiek lekko ziewając udaje zainteresowanie, Wojtek ma łatwiej - nie widzę drania w lusterku, pewnie czyta „Dowódcę Sophie”. W końcu ze środka jakiegoś pola widzimy coś naprawdę niezwykłego.

A teraz idę spać.
Saturator

Czeski Raj - w krainie bajek (2005)

W niedzielę 4 września wyruszyliśmy z Wrocławia do Czech. Granicę przekroczyliśmy w Lubawce, po czym skierowaliśmy się na południowy zachód do Jiczyna. Po znalezieniu przyjemnej kwaterki, zaczęliśmy zwiedzanie okolic. A jest co zwiedzać.

* Jiczyn - niewielkie miasteczko z bardzo ładnym ryneczkiem, kilkoma interesującymi kościołami, fontanną, renesansowym pałacem Wallensteinów i - co najważniejsze Rumcajsową sevcovną, czyli warsztatem szewskim rozbójnika Rumcajsa z czasów, gdy jeszcze nie był zbójnikiem. Pamiątek po Rumcajsie jest w mieście całkiem sporo; wiele pamiątek, zabawek, izba pamięci Radka Pilara, twórcy postaci Rumcajsa. Szlachetny zbójnik został wymyślony w XX wieku i nie ma nic wspólnego z lokalnymi legendami. Pilar wplótł po prostu jego postać w już istniejące przekazy ludowe, np. o hrabim Albrechcie Wallensteinie, czyli "jiczyńskim księciu panie", naczelnym czarnym charakterze z bajki.
W dawnym pałacu księcia pana jest dziś interesujące muzeum prezentujące historię, kulturę i przyrodę regionu - można w niej cofnąć się aż do średniowiecza. Ekspozycja jest "dziecioodporna" i odpowiednio ciekawa: można tkać, mleć na żarnach, pobawić się kukiełkami, zapoznać się z działaniem barakowego "fotoplatikonu" (czy może wcześniejszej wersji "latarni magicznej"). itp. Aga i Piotruś byli zachwyceni żarnami!
Powodem, dla którego wybraliśmy się do Jiczyna w tym właśnie terminie był Jiczyński Festiwal Bajek (Jiczyn - Mesto Pahadky, czyli Miasto Bajek. Na rynku, zamienionym w jeden wielki plac zabaw, odbywały się koncerty i przedstawienia teatralne - to, co widzieliśmy i słyszeliśmy nie było nadzwyczajne. Najciekawsza była otwierająca festiwal parada, w której większość mieszkańców miasta (zwłaszcza dzieci, ale dorośli również) przebrała się za bajkowe postacie i przeszła barwnym korowodem główną ulicą miasta na rynek. Kogóż tam nie było! Księżniczki i piraci, żołnierze i czarownice, kilku Cypisków, dwóch Żwirków i dwóch Muchomorków , Harry Potter, a nawet Pocahontas wierzchem na koniu. Było wspaniale!

* Prachowskie Skały - bardzo ciekawe formacje skalne, prawdziwy raj dla wspinaczy. Dość duże skalne miasto z wysokimi skałkami i ciekawych kształtach, wiele punktów widokowych (vyhlidek), wąwozy, wąskie przejścia między skałami.... Spędziliśmy tu cały dzień, przeszliśmy ponad 10 km (Piotruś w całości na własnych nogach, musieliśmy tylko kilka razy opowiedzieć bajkę o Olbrzymie z Prachowskich Skał, którego sprytnie pokonał Rumcajs).

* Bożkowska Jaskinia - największa regionie, dość ciekawa, choć przewodnik strasznie przynudzał (po czesku), ponadto grupy, w których się wchodzi do jaskini, są za duże.

* Maloskalsko - znowu trochę interesujących skałek w północnej części Czeskiego Raju z ciekawym labiryntem skalnym, w centrum którego znajduje się kamienny ołtarz. W labiryncie zbierali się na modłach miejscowi husyci i inni bracia czescy w czasach prześladowań. Rzeczywiście, świetne miejsce na konspiracje!

* Hruboskalsko - kolejna 10-kilometrowa trasa: od zamku Hruba Skała (obecnie hotel), przez ładną grupę skalną, potem spory kawałek lasu, kilka ładnych źródełek, znowu skałki i ruiny zamku Waldstein. świetne ruiny! Najpierw kamienny most z barokowymi figurami świętych, potem mury obronne całkiem średniowieczne, potem pałac XVIII, czy XIX wieczny, w którym nadal ktoś mieszka, potem kapliczka i kościół (odrestaurowane), zagroda z kozami, które rozmawiają z właścicielem, znowu kamienny most i faktyczne ruiny zamczyska, pokryte dachem, a w środku kilka komnat umeblowanych sprzętami z epoki. Rewelacja, bardzo nam się tu podobało. Wracaliśmy ścieżką rowerową zbaczając do tzw. Kopicowej Zagrody ("zagroda" to po czesku "staten"). Mieszkał tam od początku XX wieku aż do lat 70-tych mężczyzna, którego hobby było wykuwanie płaskorzeźb w okolicznych skałach. Fantastyczna sztuka naiwna: wizerunki świętych i bohaterów narodowych, scenki rodzajowe, zwierzęta, anioły... Coś pięknego! Wracaliśmy już po zmierzchu, spotykając po drodze śliczną sarenkę - dosłownie kilka metrów od nas.

* Zamek Trosky - to już zupełnie z innej bajki tzn. z "Bożych bojowników" Sapkowskiego (tu znajdują się Panna i Baba, których ma się wystrzegać Reynewan z Bielawy, tu również mieszka pewien specjalista od bytów astralnych, wędrujących perispiritów i innych Samsonów Miodków i tu miał siedzibę Otto de Bergow, katolicki wielmoża ogromnie cięty na husytów). Zamek jest zrujnowany, ale robi ogromne wrażenie: na dwóch bazaltowych iglicach wznoszą się dwie wieże (Panna i Baba - tak wyobrażamy sobie Rogaty Gród u Tolkiena, brakuje tylko Helmowego Jaru). Trosky górują nad okolicą i widać je prawie zewsząd. Zamek przez długie lata był praktycznie nie do zdobycia, a jak już go zdobyto, został kompletnie zniszczony w odwecie za stawiany opór.

* Zamek Kost, czyli Kość - o nim miał się wyrazić Ziżka, że jest twardy jak kość, a kości zostawia psom. Też ważna warownia katolicka, uniknęła jednak ruiny i obecnie znajduje się w rękach dawnych właścicieli. Można tu obejrzeć dwie trasy turystyczne; my wybraliśmy tę prezentującą salę tortur (ze względu na dzieci nie był to najszczęśliwszy wybór). Jednak sam zamek całkiem się nam podobał.

* Ruiny zamku Rotstein - również interesującej warowni, zbudowanej tak, by wykorzystać naturalne skupisko skał jako ściany. Całkiem ciekawy.

* Rowensko pod Troskami - kościół z kolekcją szopek i dzwonnica cokolwiek nietypowa. Wiszą tu "rebelianckie dzwony" - odwrócone do góry nogami za karę, że dzwoniły husytom. Ale sprytni mieszkańcy Rowenska nauczyli się dzwonić i takimi dzwonami, rozkołysując je nogami! Całkiem niezły sport ekstremalny wymagający kondycji.

* Z myślą o naszych dzieciach zwiedziliśmy jeszcze Muzeum Lalek i Misiów, prezentujące zabawki - od XIX wiecznych po dzisiejsze. Całkiem ładne, ale trochę smutno: te wszystkie śliczne lale, którymi nikt się nie bawi.

Zwiedziliśmy w ten sposób najpopularniejsze zabytki i trasy turystyczne, ale Czeski Raj to o wiele, wiele więcej - jeszcze kilka skalnych labiryntów w pięknych lasach, sporo zamków i pałacyków, sporo pamiątek po przetaczających się w okolicy wojnach (muzea, pomniki, cmentarze), a 90 km od Jiczyna jest Praga...

Pozdrawiamy
Malwinka, Artur, Piotruś i Agusia

Rumunia (2003)

21 czerwca - 6 lipca 2003

W roku 2003 postanowiliśmy zorganizować wyprawę do Rumunii. Chcieliśmy zwiedzić część Bukowiny, wraz z jej Malowanymi Monastyrami i wsiami, gdzie nadal mieszkają Polacy. Następnie zawitać w Branie i Rasnovie, by choć trochę otrzeć się o legendę Drakuli oraz poczuć klimat Transylwanii w jednym z jej najsłynniejszych miast - Brasovie. Dalej zaplanowaliśmy trekking po najwyższym paśmie Karpat Południowych Muntii Fagaras zwanych również Alpami Transylwańskimi. Na koniec zaś postanowiliśmy przejść główną granią Muntii Retezat, słynących z wielu przepięknych jezior i niezwykle urozmaiconej rzeźby terenu. 
Zainteresowanie przeszło nasze oczekiwania i w 13-osobowej grupie wyruszyliśmy na spotkanie przygody w kraju, który nadal wzbudza mieszane uczucia - od zachwytu po głębokie obawy. Kraju, w którym burzliwa historia splata się z niesamowitą przyrodą. Monumentalne góry i niezliczona ilość zabytków sprawiają, że każdy znajdzie w Rumunii miejsce dla siebie, by rozwijać zainteresowania i napawać się niezapomnianymi wrażeniami. 
Przeżyjmy wiec raz jeszcze, dzień po dniu, tę niezapomnianą wyprawę, w której udział wzięli: Magda, Monika, Maja, Monika zwana Dragonem, Ela (naczelny lekarz wyprawy), Monika OK, Joanna, Ewa, Adam, Krzysiek i Zbyszek oraz my - Iza i Radek, czyli główni sprawcy. 



Dzień 1 - Podróż

Zbiórka została ustalona o godzinie 5:45 w Hali Głównej Dworca Centralnego w Warszawie. Komplet uczestników zjawił się o czasie, więc już o 6:15 wyruszyliśmy pociągiem relacji Warszawa - Rawa Ruska do Bełżca. W Bełżcu czekały umówione busy z Biura Turystycznego "Quand", które zgodziło się naszą wycieczkę zawieźć do Rumunii. Podróż minęła bardzo szybko i sprawnie. Jechaliśmy trasą przez Lwów, Czortków, Tarnopol, Zaleszczyki do Czerniowiec i dalej przez granicę do Putnej - punktu startu naszego przejścia po Bukowinie. Na granicy ukrainsko-rumuńskiej ciekawostka - opłata za dezynfekcję pojazdu. Po jej uiszczeniu nasze busy dostąpiły zaszczytu przejechania przez coś na kształt polowej myjni samochodowej, gdzie zostały potraktowane jakimś płynem i wodą. 
Zdezynfekowani zostaliśmy powitani przez rumuńskie służby graniczne. Granicę przekroczyliśmy w miłej atmosferze i po wymienieniu pieniędzy udaliśmy się na ostatni etap podróży do Putnej, gdzie dotarliśmy około północy. Zatem nasza podróż na rumuńską Bukowinę trwała niespełna 18 godzin. Pożegnaliśmy się z kierowcami i obszczekiwani przez wszystkie psy we wsi, ruszyliśmy na poszukiwanie łączki nad strumolem, gdzie rozbiliśmy namioty i około 1:00 zalegliśmy w spokojny sen aż do rana.

Dzień 2 - Putna - wkraczamy na Bukowinę

Pobudka o 8:00, dobrze że nie wcześniej bo kropił deszczyk. Brudasy poszły się myć (ludzie czyści, rzecz jasna, myć się nie potrzebują). Śniadanko - i pełni oczekiwań ruszyliśmy na zwiedzanie pierwszego, na naszej trasie, monastyru. 
Zanim jednak tam doszliśmy zwiedziliśmy najstarszą w północnej Rumunii, drewnianą cerkiew z XIV w. Cerkiew pierwotnie wzniesiona została przez pierwszego władcę Mołdawii Dragosza w miejscowości Wołowiec. Podobno na rozkaz Stefana Wielkiego, w obawie przed spaleniem przez wojska tureckie, została w jedną noc rozebrana i ukryta w lesie, a następnie postawiona na nowo w Putnej. Dookoła cerkwi cmentarz, na którym można doszukać się również polskich nazwisk. 
Obok cerkiew parafialna z XIX w., w której na ołtarzu złożono cudowny pień drzewa, na którego przekroju widnieje Krzyż. Miejscowa ludność czci go jako cudowne objawienie. 
Wreszcie doszliśmy do monastyru. Budowla ma charakter obronny, jak wszystkie zresztą monastyry bukowińskie. Ufundowany został przez samego Stefana Wielkiego, władcę Mołdawii, w drugiej połowie XV w. Stefan Wielki chciał uczynić z Putnej miejsce pochówku władców Mołdawii, świadczące o jej wielkości i potędze.
Dobrze utrzymany czynny klasztor z obiektami muzealnymi, robi wrażenie formą architektoniczną. W cerkwi klasztornej (nie posiada ona malowideł na zewnętrznych ścianach jak pozostałe cerkwie bukowińskie) trwała msza, więc pojedynczo i dyskretnie wchodziliśmy do środka, aby rzucić okiem na wnętrze, którego ściany pokryte są freskami. W cerkwi znajduje się wykonany z marmuru grobowiec Stefana Wielkiego i jego najbliższej rodziny. 
Po ponad godzinie wyruszyliśmy w drogę, obierając kierunek na kolejny Monastyr- Sucevitę. Droga z początku szeroka i utwardzona zamieniła się w potoczek. Był to znak, że niezwłocznie należy wspiąć na grzbiet, by po drugiej stronie odnaleźć drogę prowadzącą wprost do Sucevity. 
Grzbietas okazał się stromy i gliniasty, wysoki na ponad 300 m. Ponieważ było to pierwsze podejście na wyjeździe, a plecaki pełne były wiktuałów z domu, trochę to trwało zanim osiągnęliśmy szczyt. Pierwsze koty za płoty. Dalej szybciutko w dół i około 17:30 stanęliśmy pod bramą monastyru w Sucevicy. 
Monastyr uchodzi za jeden z najpiękniejszych, zachowanych w pierwotnej formie, klasztorów nie tylko w Rumunii, ale i w Europie. Wzniesiony w drugiej połowie XVI w. w latach świetności Mołdawii wywalczonej przez Stefana Wielkiego i jego syna. Historycy sztuki nazywają klasztor "testamentem starej sztuki mołdawskiej".
Mury obronne i baszty są bardziej okazałe niż w Putnej. Wewnątrz warowni cerkiew klasztorna, której ściany pokryte są zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz malowidłami przedstawiającymi sceny z Pisma Świętego. Zwiedzanie i sesje zdjęciowe trwały godzinę. Nieopodal murów klasztoru zlokalizowana jest cerkiew parafialna i cmentarz, pięknie prezentujące się w silnych promieniach zachodzącego słońca. 
Po zakończeniu zwiedzania, stromą drogą pod górę, udaliśmy się na nocleg, który tym razem zlokalizowany był na polance, jakieś 100 m ponad wsią, z pięknym widokiem na charakterystyczną panoramę Bukowiny (pejzaż podobny do jakże swojskiego Beskidu Niskiego). W wąwozie szemrał strumolek, więc w wszyscy z radością zabrali się do mycia i gotowania obiadku, bo brzuszki dopominały się głośno o swe prawa.

Dzień 3 - Poiana Mikuli, czyli jak daleko trzeba zajść by pogadać po polsku

Pobudka o 8:00, wspólne śniadanko, zwijanie namiotów. Ruszyliśmy ostro pod górę, by grzbietem dojść do Pojany Mikuli - jednej z kilku wsi w Rumunii zamieszkałych przez Polaków. Marsz utrudniały chaszcze (widać mało kto tu chodzi) oraz znaczne różnice wysokości i głębokie siodełka pomiędzy pipantami na grzbiecie. Po drodze spotykamy dwóch Polaków z rowerami. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy na przełęcz, skąd roztaczał się przepiękny widok na dolinę Pojany Mikuli i okoliczne grzbiety Bukowiny. Na nocleg postanowiliśmy udać się do Pleszy, kolejnej polskiej wsi, zamieszkałej przez górali, położonej jednak nie w dolinie, ale na zboczu góry. Krzysztof miał tam znajomego gospodarza. Przeprowadziliśmy wiele miłych i ciekawych rozmów z mieszkańcami - oczywiście po polsku. 

Dzień 4 - Monastyr w Humorze i Gura Humorouli, czyli pożegnanie z Bukowiną

Rano zebraliśmy się i po pokonaniu ok. 6 km drogi stanęliśmy przed Monastyrią Humorouli. 
Klasztor i cerkiew wzniesiono w połowie XVI w. Z dawnych murów obronnych zachowała się tylko dzwonnica, na którą jest wejście po szalenie wąskich i stromych schodach. Cerkiew również przyozdobiona jest wspaniałymi malowidłami zewnętrznymi i wewnętrznymi, gdzie dominującym jest kolor czerwony. Obok nowe, ale utrzymane w "stylu bukowińskim" zabudowania klasztoru żeńskiego, bardzo zadbane i pełne kwiatów.
Po ponad godzinnym zwiedzaniu opuszczamy za pomocą rozkładowego busa Humor i zjeżdżamy do Gury Humorouli - pierwszej na naszej trasie większej miejscowości w Rumunii. Tu zaskoczenie: ogromny gmach ekskluzywnego hotelu Best Western, obok inne okazałe zabudowania, sklepy, bary i kawiarnie internetowe. Na latarniach powiewają flagi Rumunii i Unii Europejskiej.... 
Bagaże zostawiamy w Hotelu i idziemy obejrzeć miasto. Tu po raz pierwszy zmierzyliśmy się z koniecznością zakupu biletów. 
Rzecz ciekawa, we wsiach nietrudno spotkać osoby mówiące po angielsku, niemiecku lub francusku. Co innego stacja kolejowa - Pani w kasie, bardzo miła i uprzejma, mówi wyłącznie po rumuńsku (ten klimat ćwiczyliśmy regularnie do końca naszej wyprawy). Cóż począć, wyciągamy z Izą nasze notatki i tłumaczymy pani, że chcemy jechać do Brasova z przesiadką w Dej. Pani rozkłada ręce tłumacząc, że takiego pociągu nie ma, ale my nie kapitulujemy, zabieramy Pani książkowy Rozkład Jazdy i wyszukujemy nasze połączenie. Tu jednak okazuje się, że pociąg z Dej do Brasova jest międzynarodowy i bilet z miejscówką możemy na niego kupić w Suceavie w biurze CFR. Po godzinie dochodzimy, ku wielkiemu entuzjazmowi Pani Kasjerki, do porozumienia i dostajemy bilety na całą trasę, z tym że w Dej musimy pójść do kasy i kupić miejscówki wraz z suplementem do Brasova. 
Hurra możemy iść zjeść obiad!!! 
Sympatyczna restauracja Moldova z miłą obsługą, pozawala nam poznać nieco tajników kuchni regionalnej. Do tego piwo. W Rumunii dostępnych jest wiele gatunków w tym takie znane jak Beck, Scoll, Tuborg i wiele miejscowych. Nam jednak najbardziej przypadł do gustu Ursus i z czystym sumieniem go polecamy. 
Potem udaliśmy się na stację kolejową, aby rozpocząć naszą pierwszą podróż pociągiem po Rumunii. Stacja czysta, odnowiona, z bardzo przyzwoitym barem. 
Wreszcie przyjechał pociąg. Cóż - standard jak na PKP, ale podróż pociągiem po Rumunii to możliwość obserwacji niezwykłych krajobrazów. Linie prowadzone są przez góry rozlicznymi tunelami i mostami przerzuconymi wysoko nad górskimi dolinami. W oddali miejscowości jak sprzed 200 lat. Malutkie domki kryte czerwoną dachówką, cerkwie i kościoły, głównie protestanckie, wkomponowane w zieleń drzew. 
Tę sielankę zakłóca gdzieniegdzie koszmarny zakład przemysłowy lub jego ruiny. Jechaliśmy więc wzdłuż Muntii Calimani i Alp Rodniańskich, aż zapadła noc. Przesiadka w Dej nastąpiła bez przygód. Tylko Pani w kasie zażądała okazania gotówki zanim wypisała numerki na miejscówkach. Trochę się z Izą zaniepokoiliśmy, że już czwartego dnia wyprawy wyglądamy coś nietęgo.... 
Do pociągu wsiedliśmy ok. 2:00 i zapadliśmy w sen aż do Brasova.

Dzień 5 - Brasov, Bran, Rasnov i znowu Brasov, czyli ekspresem po zabytkach

Poranek był pochmurny. Nocna burza przetaczająca się nad środkową Rumunią nie dawała za wygraną i co chwila kropił deszczyk. 
Wreszcie stacja w Brasovie i możemy wysiąść z pociągu. Niektórzy marzą o prysznicu. Standard dworcowego baru nie zachwyca, ale wszyscy ze smakiem pochłaniają śniadanko popijając poranną kawę. Rzecz ciekawa: Rumuni nie piją normalnej herbaty, tylko ewentualnie jakieś owocowe, dlatego poza dużymi restauracjami nie ma co liczyć, że zamawiając "czaj" otrzymamy herbatę do jakiej przywykliśmy w kraju.
Po ulokowaniu bagaży w przechowalni i opędzeniu się od naganiaczy proponujących nam taksówki i zwiedzanie zamku w Branie, trolejbusem, jedziemy na dworzec autobusowy Gara 2, skąd odjeżdżają autobusy do Branu i Rasnova. Tabor miejski w Brasovie jest bardzo wysłużony. Nielicznie przemykają nieco nowsze konstrukcje. Ogólnie miasto jest niedoinwestowane, ruch spory.
Po niespełna godzinie już mknęliśmy całkiem przyzwoitym autobusem podmiejskim do Branu.
Zamek w Branie wznieśli w XV w. kupcy z Brasova. Jego głównym przeznaczeniem była kontrola traktu z Siedmiogrodu na Wołoszczyznę i pobieranie stosownych opłat. Zbudowany na wysokiej skale zamek uderza niezwykle skomplikowaną bryłą i wygląda nieco groteskowo. Wewnątrz zwiedzamy komnaty, wyposażone w eksponaty związane z epoką. Bardzo ciekawie wyglądają krużganki i studnia zamkowa. Zamek posiada niezliczoną liczbę korytarzy, przejść i innych zakamarków. Oczami wyobraźni widzimy jak po nocy ukrywają się tam przeróżne wampiry i strzygi, czyhając na nieostrożnych gości. 
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie ciągłe upominanie obsługi "no foto", co jest jeszcze zrozumiałe jeśli schodzi o zabytkowe wnętrza (negatywny wpływ fleszy), ale całkowicie bez sensu na dziedzińcu.
U podnóża góry zamkowej zlokalizowano mały skansen wsi siedmiogrodzkiej. Zwiedzamy dość szybko. Największe zainteresowanie wzbudza gospodarstwo o obronnym charakterze, które stało poza wsią. Wewnątrz pełen zestaw narzędzi i sprzętów gospodarstwa.
Ponieważ czas naglił, wsiadamy do autobusu i udajemy się do Rasnova. Wejście na górę zamkową zostało sprytnie ukryte w bramie miejscowego domu kultury. Stroma ścieżka prowadzi do zamczyska, które założono w XIV w. Ma wybitnie obronny charakter, jest posadowiony na wierzchołku góry. Na zamku prowadzone są prace rekonstrukcyjne. W planach jest stworzenie czynnej atrakcji turystycznej z barami, muzeum. Ruiny stracą surowy obraz dawnej historii, ale poprawi się z pewnością komfort zwiedzania i rozwinie biznes turystyczny.
Niemal biegiem wracamy do autobusu, by wrócić do Brasova.
W Brasovie docieramy na otoczoną wzgórzami starówkę. Rynek z ratuszem, Czarny Kościół, oglądamy stylowe kamieniczki. Czasu zbyt mało by spokojnie obejść i poszukać dawnego ducha tych murów, ale cóż - Fogarasze (a właściwie pociąg do nich) czekają. 
Jeszcze trzeba coś zjeść, mijamy bar Mc Donalds, zakupy robimy w centrum handlowym, przypominającym nasze hipermarkety. Zaopatrzenie bez zarzutu, ceny także. Wreszcie docieramy na dworzec i już po 20 minutach odjeżdżamy pociągiem do miejscowości Fagaras.
Podróż pociągiem nie trwała długo. W Fagarasu dowiadujemy się o autobus do podgórskiej miejscowości Dejani. Tubylcy mówią, że będzie o 19:00, więc idziemy na piwo, niektórzy biorą prysznic w pobliskim hoteliku.
Przyjeżdża autobus, ale jedzie do Breazy. Wsiadamy, to też pasuje, wejdziemy sąsiednią doliną przez Cabanę Urlea. W autobusie pasażerowie życzliwi, pytają skąd i dokąd zmierzamy. 
Wysiadamy w małej miejscowości i zdecydowanym krokiem kierujemy się w stronę bardzo już bliskich gór. Jedna z nich przypomina kształtem Giewont.
Po ponad godzinie marszu udaje się nam opuścić znamiona cywilizacji i nad rwącym potokiem zakładamy obóz. A potem wiadomo: kąpiele, obiad, impreza i zalegamy do snu.

Dzień 6 - Wkraczamy w Fagarasze

Rano po zebraniu się wyruszamy w górę. Zrazu dość szeroką doliną wzdłuż górskiej rzeki, potem coraz węższą z licznymi skałami i przeprawami. Ciągle jednak nie zyskujemy wysokości. Sprawa wyjaśniła się po godzinie, gdy szlak gwałtownie skręcił pod górę i stromymi zakosami rozpoczęliśmy 300 m wspinaczkę na siodełko gdzie zlokalizowana jest Cabana Urlea. Towarzyszyła nam grupa Rumunów w niezwykle radosnych nastrojach. Tajemnica wyjaśniła się pod Cabaną do której zmierzali. Jedna flaszeczka Scandii była już prawie opróżniona i zabierali się za kolejną. Mieli nadzieję, że zostaniemy.
My jednakże po przegryzce udaliśmy się stromo w górę w kierunku masywu Vf (Verful-szczyt) Urlea 2473 m n.p.m. Po drodze pojawiały się coraz piękniejsze widoki. Był również mrożący krew w żyłach incydent. Za pagórkiem natknęliśmy się na stado owiec. Natychmiast nadbiegły wielkie pasterskie psy. Nie były nastawione przyjaźnie. Cztery brytany oskrzydliły grupę. My wolno w zwartym szyku pod wodzą Aśki-Myśliwej posuwaliśmy się naprzód. Ujadające psy postępowały krok w krok, jakieś 2,5 m za moimi łydkami. Wreszcie nadszedł pasterz i zabrał psy, które dość niechętnie zrezygnowały z obiadu.
Dalej bez przeszkód, choć stromo pod górę szliśmy w kierunku Urlei. 
Nocleg wypadł przy strumyczku na poziomie ok. 2.000 m. Było zimno, ok. 2-5 stopni C, dlatego dość szybko ok. 21:00 rozeszliśmy się do namiotów.

Dzień 7 - Fagarasze powoli odkrywają karty

Ponieważ na ten dzień zaplanowaliśmy dłuższą trasę wstaliśmy o 7:00 rano. Słonko powoli przygrzewało, ale już z północy zaczęły nadciągać niegroźne chmurki. Po śniadaniu i zwinięciu namiotów wyruszyliśmy na pierwszy poważny szczyt - Vf Urlea 2473 m n.p.m. Z niego wreszcie zobaczyliśmy Moldoveanu - najwyższy szczyt Karpat Południowych i zarazem całej Rumunii. Krajobraz z każdym krokiem stawał się surowszy, choć poza sporymi różnicami wysokości nie było żadnych trudności technicznych. Góry w tej części Fagaraszy przypominają Tatry Zachodnie, z tym, że niemal zupełnie zanikło piętro kosodrzewiny. Za to niemal po samą grań rośnie trawa i to w ilości nadającej się do wypasu owiec. Dlatego nie należy się zatem dziwić, że czymś normalnym jest stado na wysokości 2.300 m n.p.m. i wyżej.
Grzbiet posiada przekrój zbliżony do trójkąta prostokątnego. Stosunkowo łagodne trawiaste, gdzieniegdzie poprzecinane żlebkami i skałkami południowe zbocza i ostre niemal pionowe skały po stronie północnej. 
Obserwujemy coraz większy udział skał krystalicznych i przeobrażonych. Osobliwością jest wielka ilość miki oraz kwarcu. 
Pogoda nadal nam sprzyja: temperatura ok. 16 stopni szybko przemieszczające się roztrzepane chmury i co jakiś czas słoneczko. Nieustannie zmieniają się widoki, gdyż wiatr szybko przegania chmury, co chwile pokazując nam inny kawałek grzbietu lub odsłaniając piękną dolinę. Doliny stają się coraz większe i głębsze, grań główna rozgałęzia się na szereg prostopadłych grzbietów bocznych.
Trawersując część szczytów dochodzimy na przełęcz Portita Vistei, tuż pod Vf. Moldoveanu. Obóz rozbijamy na niewielkiej półeczce względnie płaskiego terenu ok. 50 m. poniżej grani. 
Na przełęczy znajduje się co prawda refugiul (schron) murowany, ale musielibyśmy być strasznie zdeterminowani, aby do niego wejść. Dookoła śmieci, a poniżej na małej półce całe wysypisko. Może kiedyś ktoś to wyniesie...
Woda kolejne 50 m niżej, ale za to prosto ze źródła. 
Poniżej urokliwe jeziorko i potok drążący dolinę. Powyżej Moldoveanu, po którym spacerowała sobie kozica. Tego wieczoru obserwowaliśmy jak daleko na południu przetacza się burza, poza tym znowu szybko robiło się zimno. 
Nazajutrz zdobywamy Moldoveanu, z tej okazji pobudkę zgodnie ustaliliśmy na 6:00.

Dzień 8 - Fagarasze- o jeden szczyt za blisko

Poranek jest piękny. Wschodzące słońce powoli wspina się na okoliczne szczyty. Moldoveanu oświetlony zachęca do wspinaczki. Zebraliśmy się nieco sprawniej niż zwykle i już po 20 minutach ostrego marszu pod górę osiągamy wysokość 2527 m. Tu trzeba skręcić w boczny grzbiet na którym góruje Vf. Moldoveanu.
Trochę się spieszymy, bo tradycyjnie pojawiają się pierzaste chmury. Musimy zdążyć zanim zasłonią idealny dotychczas widok. Udało się. Na Vf. Moldoveanu idzie się stromą granią, trochę po skałkach. Sam szczyt jest przyjazny, dość szeroki z przepięknym widokiem na całe niemal Fagarasze. 
Jesteśmy na Vf. Moldoveanu 2544 m n.p.m., najwyższym szczycie Karpat Południowych i zarazem najwyższej górze w Rumunii. Robimy wiele zdjęć, między innymi na tle masztu z tablicą i flagą rumuńską. Iza i ja na ten uroczysty dzień założyliśmy tradycyjne koszulki Jaremy. 
Idylla nie trwała długo. Przed nami kawał drogi, a dookoła coraz więcej chmur, które stopniowo zasłaniają widok. 
Ścieżka idzie stromo w dół, co daje się we znaki naszym kolanom, na głęboką przełęcz, a potem w górę pod Vf Corabia 2406 m n.p.m., dalej trawersem coraz bardziej wąskim i skalistym. 
Z daleka widzimy jeziorko pod Vf Podgradu 2461 m n.p.m. Wychylamy się na północną stronę grzbietu, by z góry podziwiać rozległą, usianą głazami, dolinę z kilkoma stawami, widzimy także Cabanę (schronisko) Podgradu. Nad jeziorkiem zatrzymujemy się na popas. Drugie śniadanie i odpoczynek poprawiają nam humory, pomimo że właśnie zrobiło się trochę chłodno. Nic dziwnego, że dookoła jeziorka leży śnieg.
Wyruszamy stromo, w zasadzie na czworakach, pod górę na Vf Arpasu 2468 m n.p.m. Tuż poniżej szczytu skręcamy w trawers, który dostarczył pierwszych poważnych emocji. Był to sygnał, że wkraczamy w alpejską część Fagaraszy. Za Arpasu trawersujemy grań po śniegu, a następnie bardzo wąską ścieżką wśród głazów. Ponieważ chmury zeszły bardzo nisko, oczom naszym ukazało się szare i ponure rumowisko skalne doliny Piscul Podgradului. Skręcamy w górę na grań główną, by natychmiast zejść niezwykle stromą ścieżką skalną, ubezpieczoną łańcuchem. Po chwili naszym oczom ukazała się wielka, stroma skała. Wspinaczka i zejście ubezpieczone liną stalową (na wejściu niestety urwaną). Bez plecaków chodzenie w tym terenie byłoby czystą przyjemnością. My jednak dźwigaliśmy wyprawowe plecaki z całym wyposażeniem. Skałkowanie w tych warunkach nie jest łatwe. Schodzimy bardzo stromo po usuwających się kamieniach na Portita Arpasului. W dole strażnica Salvamontu (rumuński TOPR). W rozległych kamienistych dolinach co chwila rozlegają się gwizdy świstaków. Jeden nawet przez chwilę nam towarzyszył. 
Dochodzi 18:00, a więc 12 godzin od pobudki i do tego ze sporą dawką adrenaliny na skałkach, co powoduje, że idziemy coraz wolniej. Do Saua Caprej, nad jezioro ciągle daleko i mamy z Izą wątpliwości, czy damy radę dzisiaj tam dojść. Wypatrujemy dogodnej miejscówki na nocleg w ogromnej niecce dolinki zawieszonej pod Vf Fantana 2375 m. Niestety, póki co zbocza są strome i usiane głazami. Z progu dolinki spada z szumem wodospad w rozległą dolinę Capra. Trawersujemy strome zbocze tuż pod urwiskami, po piargach i płatach śniegu. Dalej trasa znowu pnie się ostro w górę i na bocznym grzbiecie zakręca, by spaść nad jezioro Capra. Widzimy, że wejście będzie wyczerpujące, a do tego nie wiemy, co jest po drugiej stronie - może znowu jakieś łańcuchy. Jesteśmy już przekonani, że dalej nie powinniśmy dziś już iść - ryzyko jest zbyt duże. Na szczęście nieopodal źródeł potoku wypatrujemy małą półkę. Dajemy hasło na nocleg i zakładamy obóz. 
Grupa jest zmęczona, ale nielimitowane ilości wody w potoku tuż obok namiotów, a potem uczciwy obiadek, szybko przywracają wiarę we własne siły. Wieczorem tradycyjne spotkanie przy herbatce z prądem. Znowu robi się zimno, a jak zwykle w Fagaraszach, nie ma z czego zrobić ogniska.
Humory dobre, ale z nutką żalu, że jutro będziemy żegnać się z Fagaraszami.

Dzień 9 - Fagarasze - pożegnanie

Dziś idziemy na Saua Caprei obok pięknego jeziora, a następnie schodzimy do Bilea Lac - jedynego centrum turystycznego w Fagarszach. Po drodze wspinamy się na grzbiet pośród wielkich głazów noszących mnóstwo rudych i brązowych śladów obecności żelaza i jego związków. 
Bilea Lac to z jednej strony największe naturalne jezioro w Fagaraszach, z drugiej najbardziej ucywilizowana część tego pasma. Ekskluzywny hotel, restauracja, kolejka linowa i oczywiście szosa transfogarska, która wznosi się niezliczonymi serpentynami i właśnie w tym miejscu wpada w tunel pod granią gór. Dla porównania należy wyobrazić sobie szosę z Nowego Targu, która na wysokości Kasprowego Wierchu wpada w tunel - koszmar. Masa ludzi, jak z innej bajki: klapki, szpilki, wzorzyste ubranka. Atmosfera pikniku, głośna muzyka, stragany..... Jest nawet facet z nartami....
Plan wyjazdu nie pozwala na dłuższy trekking po Fagaraszach, gdyż chcemy jeszcze odwiedzić Muntii Retezat. Zdobycie Negoiu trzeba pozostawić na przyszłość. 
To jedno z tych pięknych uczuć niedosytu, które sprawia, że chcemy kiedyś wrócić i dokończyć to, co zostało do zrobienia.
Po krótkich negocjacjach z właścicielem furgonetki pakujemy się do środka i w dół. O stanie technicznym pojazdu lepiej nie pisać. Zjeżdżając widzimy jakiego dramatycznego gwałtu na naturze dokonano budując tę drogę. Miała ona połączyć rolniczą dolinę Rzeki Olt z przemysłowym południem. Służy jednak w zasadzie jako dojazd do Bilea Lac. Profil trasy i warunki atmosferyczne (w niektórych miejscach na poboczu nadal leżał śnieg) wyklucza ruch ciężkich samochodów i autobusów. Pomimo zabezpieczeń na poboczach leżą olbrzymie głazy - swoista zemsta Gór.
Mijamy dolną stację kolejki linowej (tu dojeżdża autokarami większość wycieczek i wsiada do kolejki) i po godzinie niezwykle emocjonującej jazdy (cały czas zastanawialiśmy się co z naszego pojazdu odpadnie pierwsze...) docieramy do międzynarodowej trasy Brasov - Sybin.
Do Sybina docieramy rejsowym busem. 
Jest to jedno z najważniejszych miast Siedmiogrodu, z wieloma zabytkami i swoistą atmosferą. Niestety jest bardzo gorąco i nie ma czasu na zwiedzanie. Tu też trzeba będzie kiedyś powrócić.
Do autobusu do Simerii mamy dwie i pół godziny, więc idziemy na obiad. Przyzwoite nowoczesne bistro i tylko język rumuński. Jest ryzyko jest zabawa: zamawiamy według zasady, która nazwa dania wydaje się ładniejsza...
Nakarmienie nas zabiera miłej obsłudze dwie godziny...
Jedziemy do Simerii. Z okien autobusu obserwujemy urokliwe miasteczka (nazwy po rumuńsku i niemiecku, gdyż ta część Siedmiogrodu jest nadal zamieszkała przez niemiecką mniejszość). Po drodze mijamy tabor cygański jakby żywcem przeniesiony sprzed 200 lat.
W Simierii wsiadamy do pociągu do Lupeni - punktu wyjścia w Muntii Retezat.
Podróż nie należy do przyjemnych. Jest gorąco, tłum ludzi i postindustrialne krajobrazy za oknem. Przed Petrosani wjeżdżamy w góry. Znane klimaty: mosty, tunele, ostre zakręty. 
Około 23:00 dojeżdżamy do Petrosani - centrum zagłębia węglowego. Pociąg skręca w kierunku Lupeni. Ponad doliną ciągnie się całkiem konkretny grzbiet górski, a tu ciągle kopalnie, fabryki i masa zrujnowanych, nigdy nie skończonych konstrukcji żelbetowych. Czas się zatrzymał na poziomie, gdy Geniusz Karpat budował w Rumunii drugą Japonię (skądś to znamy...)
Pociąg dojeżdża do Lupeni, a nam rzedną miny: ciemna noc, dookoła bloki i fabryki, do gór tak daleko i tak blisko zarazem.
Wysiadamy i kierujemy się w górę doliny. Wrażenia koszmarne, jest północ.... Zza zakrętu, jak widmo nadziei, wyłania się bus. Żyjemy - kierowca zgadza się zawieść nas do Chiele Buti - Turistic Complex. Po półgodzinie jazdy wysiadamy w innym świecie: utrzymany w górskim stylu kompleks pawilonów hotelowych, restauracja, altanki, światełka.
Nocujemy w pokojach (ok. 15 zł od osoby) na białej pościeli, a pod prysznicem ciepła woda. No cóż, kierownictwo rano obiecało nocleg w schronisku i z gorącą kąpielą...
Zapadamy w sen, nie do końca wierząc, że to łóżko jest naprawdę...

Dzień 10 - Retezat - pierwsze wrażenia

Rano śniadanko na tarasie restauracji: kawa, kakao, piwko, lody, pełna rozpusta. 
Grupa pościgowa idzie na zakupy. Lista jest długa, wiec wycieczka wyniosła ok. 7 km do trzech sklepów, gdzie wykupiliśmy większość jadalnych rzeczy. Niestety sera żółtego (caskawal) ani topionego nie było. Ze zdziwieniem konstatujemy, że na biednej Bukowinie, nawet we wsiach, półki uginały się pod ciężarem znajomych produktów. Na południu, zgodnie z przewodnikiem miało być lepiej...
Po południu ruszamy w górę do Cabany Buta (pole biwakowe La Fete). Odpoczynek i parę godzin lenistwa bardzo poprawiły humory i siły. Idziemy wygodną drogą leśną i po czterech godzinach docieramy na miejsce. Rozbijamy namioty, obiadek, a potem w grupach idziemy do cabany powyżej, na zwiady. W cabanie grupa Czechów, testujemy winko i pomagamy wykończyć im zapas piwa.
Wieczorem urządzamy ognisko, jest znacznie cieplej więc na śpiewaniu spędzamy pół nocy.

Dzień 11 - Retezat - zdobywamy szczyty

Rano wyruszamy na mozolną wspinaczkę da przełęcz Saua Planui Mic, z której dostajemy się na główny grzbiet. Naszym oczom ukazuje się najwyższa część Retezatu, ze szczytami Vf Papusa 2508 m n.p.m. i Vf Peleaga 2509 m n.p.m. Grzbiet jest tak ukształtowany, że widzimy niemal całą dzisiejszą trasę.
Góry mają zupełnie inny charakter niż Fagarasze. Wyglądają jakby wyrośnięte Karkonosze z gigantycznymi usypiskami kamiennymi i gołoborzami. W niektórych fragmentach łańcucha znajdują się jednak ostre turnie i skalne ściany, elementy krajobrazu tatrzańskiego. Rzeźba terenu jest niezwykle urozmaicona: głębokie doliny, nad nimi zawieszone dolinki boczne i kotły, w większości których znajdują się stawy. Z progów spływają wodospady. 
Trawersujemy po gołoborzu Vf. Custurę 2457 m n.p.m., aby znaleźć się na Saua Custurei 2205 m n.p.m.. Stąd ostro pod górę najpierw na skalisty Vf Papusa Mica, a potem po głazach na Vf Papusę 2508 m n. p. m. Zasadą tych gór są ok. 300 m przewyższenia, ale poza poruszaniem się niemal cały czas po głazach lub piargu, nie ma trudności technicznych. 
Z Papusy na Vf Peleagę 2509 m n.p.m. Po prawej stronie wznoszą się dwa skaliste, typowo tatrzańskie szczyty Colti Pelegii. Stajemy na szczycie. Widoki wspaniałe. 
Te góry z każdej strony wyglądają zupełnie inaczej. Papusa, która od strony naszego wejścia stanowiła regularny wysmukły stożek, z Peleagi przypomina wielką bambułę, w dodatku całą zbudowaną z gorganu. Z Peleagi widzimy jezioro Bucura 2041 m n.p.m., gdzie zaplanowaliśmy nocleg na polu biwakowym (w Retezat jest park narodowy więc biwakowanie poza wyznaczonymi miejscami jest zabronione) 
Wytracenie blisko 500 m wysokości po głazach i usypiskach kamiennych, zajmuje nam sporo czasu, bardzo łatwo o poślizg i bolesne potłuczenie.
Biwak nad Jeziorem Bucura to pierwsze miejsce w górach (poza Bilea Lac), gdzie natrafiamy na większą liczbę ludzi. Wybieramy miejsce i stawiamy namioty. Słoneczko zachęca do kąpieli w specjalnym baseniku utworzonym na potoku poniżej jeziora.
Przychodzi Salvamont (mają tu strażnicę oznaczoną wielkim czerwonym krzyżem) i prosi o wpis do książki.
Piękny, po raz pierwszy naprawdę ciepły wieczór spędzamy na rozmowach i podziwianiu krajobrazu.

Dzień 12 - Retezat - inne oblicze tych gór

Po śniadaniu wyruszamy w kierunku zachodniej części łańcucha, nad którym góruje Vf Retezat 2482 m n.p.m. W drodze mijamy kolejne jeziorka. Z każdym metrem wysokości nowe perspektywy. Okolica przypomina trochę Stawy Gąsienicowe w Tatrach. Dookoła klimaty tatrzańskie. Nie bez przygód wspinamy się na Poarta Bucurei 2280 m n.p.m., a stamtąd trawersem na przełęcz Saua Retezatului 2251 m n.p.m. Stąd prowadzi szlak na Vf Retezat oraz zejście w dół doliny Culmea Stanisoara, na której końcu leży Cabana Pietrele - ostatni nocleg w Retezacie.
Na Vf Retezat 2482 m n.p.m. wchodzimy bez plecaków. Z góry jeden z piękniejszych widoków w Retezacie. 
Żegnani gwizdami świstaków, bardzo ostrym zejściem po osypujących się (to standard tutaj) kamieniach i głazach, schodzimy na dno doliny. Mijamy torfowisko wysokie, z którego wypływa duży potok. Jeszcze dwie godziny po kosówie, potem stromo, po wielkich głazach w lesie i dochodzimy do Cabany Pietrele. 
Jest to w zasadzie kompleks schronisk i domków wraz ze strażnicą Salvamontu. Obok miejsce biwakowe z miejscami na ognisko, ławeczkami itp. Ogólnie standard bardzo niski, ale jest bufet z niezbędnym zaopatrzeniem.
Wieczorem pożegnalne ognisko. Jest to nasz ostatni nocleg w górach i właściwie ostatni nocleg na wyprawie, gdyż pozostałe dwie noce mieliśmy spędzić w drodze. Było bardzo miło, podziękowania, winko. Trochę żal, że to już koniec. 
Zdania na temat urody gór są podzielone: Fagaras to prawdziwie alpejskie klimaty, zimne i dostojne. W Retezacie jest znacznie więcej światła i finezji natury. Co do jednego jednak wszyscy są zgodni: na pewno warto było tu przyjechać. Straszne wrażenie robi Lupeni. Aż w głowie się nie mieści, jak w taki sposób można zniszczyć przyrodę nieopodal jednego z nielicznych Parków Narodowych. Ze względów estetycznych na pewno nie warto jechać w Retezat od tej strony, choć logistycznie jest to najkorzystniejsze.

Dzień 13 - Powrót 

Z Pietrele w dół prowadzi szeroka droga leśna. Schodząc obserwujemy skutki gigantycznej powodzi. Z oględzin wynika, że woda musiała sięgać ok. 3 m (potok ma normalnie ok. 40 cm), porywała wielkie głazy, drzewa, obrywała zbocza. Dochodzimy do Cabany Carnik Cascada. Jest tam bar, sklep, pole biwakowe i jakiś ośrodek kolonijny. Powoli wdziera się cywilizacja. 
Za cabaną spotykamy małą ciężarówkę, której kierowca pyta, czy nie chcemy z nim jechać. Oczywiście, że chcemy, bo do pociągu jest jakieś 30 km. Negocjuję miejsce i cenę dostawy naszej grupy i po chwili już jedziemy.
Mała stacyjka pod miastem Hateg. Zwyczajem tutejszym, większość stacji kolejowych jest daleko od centrum miasta lub od miasta w ogóle. 
Wreszcie jest pociąg do Simerii, gdzie wyjadamy w dworcowej restauracji cały zapas mięsa (sznycle i gratary). Jedziemy pociągiem do Kluż Napoki, tam przesiadka niemal w biegu do Oradei, gdzie w dworcowym barze spędzamy 3 nocne godziny. O 3 z minutami odjeżdża pociąg do Valea Lui Michai, stacji granicznej, skąd jest już tylko 30 km do Debreczyna na Węgrzech.

Dzień 15 - Powrotu ciąg dalszy

Wysiadamy o 4 nad ranem. Pogranicznik postanowił urozmaicić sobie dyżur sprawdzając nam paszporty. Zagadnęliśmy go więc o restaurację, a on nas zaprowadził do oddalonego jakiś 1 km od dworca, motelu. Były jajka sadzone i omlety z sałatką, gorąca kawa. Miło i przytulnie. Po 7 wracamy na stację, za ostatnie leje robiąc zakupy na drogę. Granica węgierska minęła niezwykle sympatycznie i po europejsku.
W Debreczynie największym problemem była wymiana waluty (tylko w banku lub biurze podróży). Do Miszkolca jedziemy autobusem przesypiając konsekwentnie całą drogę. 
Ponieważ autobusy na Słowację już pojechały pędzimy na dworzec kolejowy. Położony na przedmieściu dworzec jest przepięknym zabytkiem gatunku. Węgrzy realizują program odrestaurowania zabytkowych dworców pamiętających lata świetności CK Kolei Franciszka Józefa. 
Sprawnie kupujemy bilety do Koszyc i jedziemy. Resztę forintów bez trudu wydajemy na drobne jedzenie i picie, gdyż Węgry są bardzo drogim krajem.
Na granicy miła niespodzianka - i Węgrzy i Słowacy witają nas po polsku, uśmiechają się i jest sympatycznie.
W Koszycach wyruszmy na starówkę. Jesteśmy mile zaskoczeni wyglądem odnowionych kamieniczek i ulic. Wzdłuż głównej ulicy starego miasta deptak z niezliczoną ilością knajpek i pubów. Jest podświetlana fontanna działająca w takt muzyki. Idziemy na dobry obiad, piwo potem desery. Wieczorem nadciąga burza, ale na czas naszego dojścia na dworzec kolejowy przestaje padać. No cóż - konsekwentnie i tym razem nie zmokliśmy, jak przez cały wyjazd.
O 23:25 odjeżdża pociąg do Polski. Jedziemy przez Plavec i Muszynę (dobrze że kupiliśmy bilety na odcinek graniczny- bo sprawdzili).

Dzień 16 - Nareszcie w Polsce

Rano lądujemy w Krakowie. Krótka toaleta, kawa i połączenie do Warszawy. Część grupy wybiera pociąg pospieszny o 7:20 (prawie o połowę taniej), ale większości się spieszy (Ela ma na przykład wesele po południu) i wybiera IC o 7:00 (2,5 godz. zamiast 5).
Już Warszawa, długa kąpiel, pranie i powrót do codzienności. 

Tak więc zakończyła się wyprawa do Rumunii. Zmęczeni, ale szczęśliwi zwiedziliśmy cztery regiony tego pięknego kraju: Bukowinę, Brasov i okolice, Munti Fagaras i Munti Retezat. Przejechaliśmy 2.600 km, przeszliśmy blisko 120 km. Suma pokonanych wysokości 7.160 m. Kraj jest dość bezpieczny, nie spotkaliśmy się z żadnym przejawem agresji w stosunku do naszej grupy. Ludzie mili i życzliwi, starają się pomóc, pomimo barier językowych. 
Zaopatrzenie sklepów w dużych ośrodkach miejskich jest podobne jak w Polsce. Na prowincji jest różnie, ale zawsze można kupić produkty żywnościowe i oczywiście chleb. Ceny na produkty rumuńskie ok. 25 % niższe niż w Polsce, artykuły importowane są nieco droższe. Taniej jest w restauracjach i barach, nawet o 50 %. Alkohol bardzo tani (0,5l. wódki ok. 5 zł). Komunikacja również tańsza, z tym że poza IC standard jest jak w Polsce na liniach lokalnych. 
Denerwują śmieci, wyrzucane gdzie popadnie. Miasta są względnie czyste, ale rzeki i okolice dróg i torów kolejowych strasznie zaśmiecone. Woda w strumieniu górskim po przepłynięciu koło pierwszego domu nie nadaje się do picia. Poniżej większej wsi nie nadaje się nawet do mycia. Do tego niedokończone zrujnowane inwestycje przemysłowe, zdewastowane, zlikwidowane fabryki i nikomu niepotrzebna infrastruktura techniczna. Ale w Polsce wycieczka na Śląsk lub do Wałbrzycha przyniesie podobnie wstrząsające obserwacje.
W górach pusto, poza okolicami caban spotykaliśmy pojedyncze osoby. W Rumunii jest wiele niezwykle ciekawych zabytków, wręcz całych zabytkowych założeń miejskich. 
Celem naszej wyprawy były góry, toteż siłą rzeczy, nie starczyło czasu na zwiedzanie miast. Rozbudowany program wyprawy wymusił wysokie tempo i pewien brak czasu na refleksje. Jak po każdej wyprawie pozostał twórczy niedosyt. Kraj jest tak bogaty w atrakcje turystyczne, że warto tu z pewnością wrócić, zarówno w celu zwiedzania perełek architektonicznych jak i połażenia po górach. Pozostała jeszcze Delta Dunaju i plaże Morza Czarnego.

Do zobaczenia na szlaku.

JAREMA