Relacje z podróży - Azja

Tajlandia i Laos - listy z podróży

Poniżej przedstawiamy listy Malwiny i Artura Flaczyńskich z miesięcznej wyprawy, podczas której podróżowali przez 2 kraje Azji Południowo-Wschodniej poznając dalekie cywilizacje i zachwycających ludzi. Zapraszamy do fascynującej lektury, która na bieżąco budowała nasze strony internetowe oraz do galerii zdjęć z wyjazdu.

Warszawa, 30.06.2000
Bangkok, 6.07.2000
Bangkok_(2), 7.07.2000
Sukhothai, 8.07.2000
Chiang Rai, 10.07.2000
Chiang Rai (2), 11.07.2000
Vang Vieng, 22.07.2000
Bangkok, 25.07.2000
Ko Phangnan, 29.07.2000
Warszawa, 1.08.2000

Warszawa, 30.06.2000

Cześć.
Już w najbliższą środę, 5 lipca, wylatujemy z Frankfurtu Aerofłotem przez Moskwę do Bangkoku. Podczas naszej miesięcznej podróży zamierzamy odwiedzić kilka miejsc w Tajlandii oraz w Laosie. Jak zwykle podczas takich wypraw plany będą zmieniały się na bieżąco, jednakże zamierzamy podróżować następującą trasą:

Po jednodniowym pobycie w Bangkoku autobusem pojedziemy do Sukhothai. Sukhotai jest małym miasteczkiem, które było jednak pierwszą stolicą Tajlandii. Uważane jest za miejsce, gdzie narodził się naród tajski. Z Sukhothai będziemy przemieszczać się dalej na północ. Planujemy, że kolejnym punktem podróży będzie Chiang Mai, drugie pod względem liczby mieszkańców miasto Tajlandii. Chiang Mai zajmuje czołowe miejsce zaraz po wielomilionowym Bangokoku, pomimo zaledwie 100 tys. mieszkańców. Po krótkiej wizycie w Chiang Mai będziemy się przemieszczać w kierunku Chiang Khong, gdzie zamierzamy pokonać promem Mekong i przekroczyć granicę laotańską.

Po krótkim odpoczynku zamierzamy pieszo, przy pomocy lokalnego transportu lub na wypożyczonych rowerach (jeśli będzie taka możliwość) odwiedzić wioski zamieszkane przez ciekawe plemiona o nie poznanej jeszcze do końca kulturze i pochodzeniu.

Po krótkim zorientowaniu się w okolicach Ban Houei Xai zamierzamy spłynąć Mekongiem do Luang Prabang (około 2 dni). Mamy przy tym nadzieję na możliwość obserwacji życia, które toczy się nad tą największą z rzecz w Azji Południowo-Wschodniej. Luang Prabang jest najciekawszym miastem w Laosie. Można w nim zobaczyć najstarsze laotańskie świątynie, poranne procesje mnichów zbierających od mieszkańców pożywienie. W okolicy Luang Prabang znajdują się też interesujące wioski (przeważnie Hmongów), ciekawe wodospady oraz jaskinie, w których znajdują się tysiące posągów Buddy. Luang Prabang jest naszym głównym celem w Laosie.

Z Luang Prabang zamierzamy podróżować jedyną w Laosie drogą asfaltową na południe. Po zatrzymaniu się w Vang Vieng (również interesujące jaskinie, w których znajdują się posągi Buddy) będziemy kontynuować naszą podróż na południe i zatrzymać się ponownie w Vientiane, stolicy Laosu.

Potem już wiele zależy od tego, ile czasu zajmie nam podróż przez Laos. Przypuszczam jednak, że skończy nam się już 15-dniowa wiza laotańska i będziemy wracali do Tajlandii. Najprawdopodobniej tylko z przesiadką w Bangkoku przemieścimy się na południe Tajlandii, gdzie spędzimy ostatnie dni naszej podróży wypoczywając na plaży. Jeszcze nie znamy miejsca naszego wypoczynku. Myślimy o Ko Phang Ngan na wschodnim wybrzeżu lub o Krabi na wybrzeżu Morza Andamańskiego. Z południa wracamy ponownie do Bangkoku, skąd czekać będzie na nas samolot do Frankfurtu. 1 sierpnia, mam nadzieję, że cali i zdrowi, pojawimy się w Warszawie.

Podczas naszej podróży postaramy się przesyłać informacje o naszych osiągnięciach. Wszystko jednak będzie uzależnione od możliwości dostępu do internetu oraz od jego ceny. Podobno w Laosie dostęp do internetu jest tylko w Luang Prabang (w jednym jedynym punkcie), w którym 5 minut korzystania z internetu kosztuje 1U$D. Myślę, że jednak będziemy przesyłać listy i mamy nadzieję, że będą one wstawiane na strony internetowe Klubu Podróży JAREMA. Jeśli jednak w pewnym momencie kontakt urwałby się - nie martwcie się. Przecież w Laosie w większości miast prąd jest tylko przez kilka godzin dziennie, w większości wiosek elektryczności nie ma. Możemy po prostu nie mieć skąd napisać.

Serdecznie zapraszamy wszystkich do lektury przesyłanych przez nas listów. A wszystkim, którzy wybierają się w lipcu na urlop życzę ciepła i wiele słońca

Serdecznie pozdrawiamy

Malwina i Artur Flaczyńscy

 

Bangkok, 06.07.2000

Cześć!
Najpierw był pociąg i dworzec w Berlinie. Pełno dziwnych ludzików, ktoś siedział w holu głownym i medytował w pozycji lotosu. Ogólnie dość ciekawie. Potem był pociąg do Frankfurtu, w którym udało nam się trochę pospać. Tamtejszy dworzec mniej nam się podobał ( twarde, niewygodne siedzenia i troche menelstwa). Pojechaliśmy zatem na lotnisko, gdzie sobie jeszcze poczekaliśmy w nieco bardziej komfortowych warunkach, a następnie wsiedliśmy do samolotu do Moskwy.

Czekanie na samolot do Moskwy urozmaicaliśmy sobie obserwacją lotniska - we Frankfurcie co pięć minut startuje ponad 5 samolotów! Po drodze obserwowaliśmy towarzyszy naszej podróży. Dwóch pasażerów umilało sobie czas popijając flaszkę Sibirovskiej wódki, ktora wyciągnęli z reklamówki, podobnie, jak wielką kiełbasę, która zawinięta była w gazetę.

W Moskwie było nieco inaczej niż we Frankfurcie. Podczas naszego 4 godzinnego czekania przyleciały może raptem 4 samoloty. Było za to paru pijaczków i kilka sklepów wolnocłowych, w których ceny były niewiarygodnie wysokie. W końcu weszlismy na pokład Boeninga 777, który zabrał nas do Bangkoku. Jedzenie w Aeroflocie było nadspodziewanie dobre i smaczne. Po tragicznym lotnisku Szeriemietewo byliśmy tym mocno zaskoczeni. Po drodze pospaliśmy trochę, śniąc o wspaniałej egzotycznej Azji, którą zobaczymy w naszej podróży.

Do celu dotarliśmy w południe. Po dość długim załatwianiu formalności i wymianie pieniędzy opuściliśmy lotnisko bez żalu. W Bangkoku trasy autobusów nie zależą tylko od ich numerów (wszystko jest względne). Pierwszy pojazd linii 59 nie chciał nas zabrać (uśmiechnięta pani konduktor powiedziała, że nie). Dopiero drugi autobus o tym numerze pojechał w okolice Sanam Luang. Trwało to około 2 godziny. Po dość krótkim szukaniu znaleźliśmy hotel, do którego pójdziemy teraz, jak tylko przestanie padać. Ach, ten monsun...

W trzecim dniu naszej wyprawy marzyliśmy tylko o łazience, która jest typowo azjatycka i przyjemna. Podsumowując naszą dotychczasową podróż: składała się ona z 11 godzin w pociągu, 12 godzin w samolocie i 13 godzin czekania!

Pozdrawiamy - Malwina i Artur

Bangkok (2), 07.07.2000, Imieniny Miesiąca

Witajcie!
Kolejny dzień w Bangkoku był bardzo interesujący, bardzo ciepły i bardzo męczący. Po długim wypoczynku zdecydowaliśmy się na wstanie. Zmusił nas do tego żołądek. Pierwszy posiłek był całkiem europejski i dość drogi, jak na tutejsze warunki. Potem wyruszyliśmy na miasto.

Na początek powędrowaliśmy do świątyni City Pillar (Luang Muang), w której obserwować można prawdziwe życie religijne Tajów. Od razu trafiliśmy na odgrywany fragment eposu Ramajany (czyli Ramakieny po tajsku). Po raz kolejny przekonaliśmy się, że nie wszystkie tancerki tajskie są piękne i młode... Tym niemniej przedstawienie było ciekawe. Niestety, niewiele z tajskich zwyczajów rozumiemy. Na przykład bardzo zaintrygowała Malwinkę ceremonia zawiązywania kolorowych szarf materiału na dwóch złotych kolumienkach. Niestety nikt na terenie swiątyni nie znał angielskiego na tyle, żeby nam wyjaśnić, co to oznacza. Artur per analogiam domyślił się, że ogólne znaczenie polega na zyskiwaniu przychylności niebios w sprawach przyziemno-doczesnych.

Wat Po, dokąd się udaliśmy po godzinie zwiedzania Luang Muang, jest równie ciekawe, choć niestety bardziej turystyczne. W świątyni tej mieści się OGROMNY posąg Leżącego Buddy (największy na świecie) oraz około tuzina małych "Budzików" (jak skróciła Malwinka słowo "Buddzik", czyli mały Budda. Ładne zdrobnienie, prawda?).

Na terenie klasztoru znajduje się szkoła. Jej uczniowie oraz zwiedzający z innych wycieczek szkolnych przeprowadzali z nami wywiady w ramach odrabiania zadania domowego z angielskiego. Można było też obserwować szkolną orkiestrę podczas próby. Szkoda, że muzyki nie można uwiecznić na zdjęciach!

Po opuszczeniu Wat Po udaliśmy się w kierunku przystani, skad przepłynęliśmy na drugi brzeg rzeki Chiao Praya do Świątyni Brzasku, czyli Wat Arun. Artur ucieszył się, bo wreszcie mógł zobaczyć Wat Arun w pełnej krasie i okazałości (bez rusztowań) i wejść na jej teren. Świątynia rzeczywiście robi niezwykle wrażenie, choć jej uroda graniczy z kiczem. W każdym razie KICZEM byłaby w każdym innym miejscu poza Tajlandią. Na terenie świątyni znalazło schronienie wiele zwierząt, m.in. koty, psy i kury, ale KOTY to osobny temat (kto zna Malwinkę, ten wie, dlaczego).

Po delikatnym deszczyku udaliśmy sie do Chinatown. Tam zjedliśmy pyszny i taniutki obiadek (55 Bahtow za dwie zupy z wkładka i dwie Cole) i zwiedziliśmy stragany oraz kilka świątynek (w tej kolejności, bo do świątynek trafialiśmy w zasadzie przypadkiem). Jest to bardzo malownicza dzielnica, a świątynie są niesamowite - dużo spokojniejsze od tajskich, bardzo ciche i byliśmy w nich jedynymi turystami. Przy niektórych mieściły się szkoły mnichów, którzy byli b. sympatyczni, chętni do rozmowy, niektórzy nawet nam machali. Jest to przeciwieństwo pełnego dostojeństwa wizerunku mnicha, który pojawia się w naszych umysłach, kiedy wyobrażamy sobie osobę duchowną.

W Chinatown zrobiliśmy też trochę zakupów do domu. Bangkok jest bardzo tanim miejscem. Pierwszym zakupem był parasol za 12 zł. Później kupowaliśmy koszulki, spodenki, czareczki do domku. Wszystko to za pół ceny. Jeżeli chodzi o inne ceny : woda 40 gr, internet 8 gr na minute, prom przez Chiao Praya 16 gr, wstęp do świątyni 1,40 zł. Temat KOTÓW już poruszaliśmy - po prostu lubię takie stworzonka i Artur twierdzi, że zamast na świątynie patrzyłam na tłumnie zgromadzone na jej murze koty - czarne, białe, w ciapki, brązowe i jeden najprawdziwszy syjamski. Kota mamy też w naszym Guesthousie - jest przesympatyczny, ociera się o nogi, mruczy i domaga się pieszczot, kiedy tylko nas zobaczy.

Jutro zamierzamy jechać do Sukhothai, dawnej stolicy Tajlandii. Nie wiemy, jak tam jest z internetem, bo to mniej turystyczne miejsce. Odezwiemy sie, jak tylko będzie dostęp do komputera.

pozdrawiamy - Malwinka i Artur

 

Sukhothai, 08.07.2000

Cześć!
Jak dobrze wstać skoro świt! I zaraz popędzić w kierunku Khao San Rd. na śniadanie i w poszukiwaniu moskitiery, którą udało nam się kupić już w pierwszym sklepie za godziwą cenę. Sprawdziliśmy też autobusy na Dworzec Północny i udaliśmy się już z plecakami na przystanek autobusowy. Pomimo pewnych problemów językowych udało nam się znaleźć właściwy autobus i po prawie dwóch godzinach jazdy po Bangkoku dotarliśmy do dworca. Tam problemy językowe były jeszcze większe. Tym niemniej udało nam się odnaleźć nową część dworca, z której odjeżdżają autobusy do Sukhothai (ciekawe, że wg przewodnika nie ma bezpśrednich autobusów na nowy dworzec połnocny... Nie zauważyli drobnego szczegółu, że nowy terminal znajduje się w odleglości ok. 50 m od starego, tylko trzeba go znaleźć... Nam się to udało!).

Problemów językowych (i nie tylko) doświadczyliśmy, gdy próbowaliśmy porozumieć się z paniami w informacji i w kasach - ani rusz nie mogły zrozumieć, że chodzi nam o NORMALNY, NIEKLIMATYZOWANY autobus i w rezultacie, po wielu wysiłkach Artura wylądowaliśmy w klimatyzowanym drugiej klasy. Dobre i to. Potem usiłowaliśmy coś zjeść. Problemy były tego samego rodzaju, ale można było pokazać palcem, a jedna z bardziej wykształconych pań potrafiła powiedzieć, że coś jest "spicy" albo nie. Jej odczucie było b. subiektywne... Ale wyobrażamy sobie, że potraw, ktore ona określiła jako "spicy" nie potrafilibyśmy wziąć do ust!

Po znalezieniu naszego autobusu ruszyliśmy w drogę. Klimatyzacja nie dawała się za bardzo we znaki, siedzenia były rozkładane, a widoki za oknem przepiękne. Szkoda, że tak szybko zrobiło się ciemno...

Do Sukhothai dotarliśmy ok 8 wieczorem, tu odnaleźliśmy szybko hotel i wybraliśmy się na spacer w towarzystwie poznanej na dworcu autobusowym Japonki. Tutejszy nocny bazar jest całkiem ciekawy, głównie ze względu na rozmaitość gatunków i ilość zwierzątek, biegających wzdłuż straganów. Ale Malwince udało się wypatrzeć kilka kotów, tyle, że były dużo bardziej nieśmiałe niż ten z Bangkoku.

W małym parku nad brzegiem rzeki jest całkiem fajny plac zabaw, szczególnym powodzeniem cieszą się skrzypiące huśtawki w kształcie pociągu i zjeżdżalnie - żyrafa i helikopter.

Jutro zamierzamy zwiedzić stare Sukhothai i wyruszyć na północ. Chcielibyśmy pojutrze rano dotrzeć do Chiang Rai, ale nie wiemy, czy nam się to uda, gdyż nie ma nocnych autobusów. Więcej dowiemy się rano.

Na razie pozdrawiamy - Malwina i Artur

 

Chiang Rai, 10.07.2000

Cześć!
Po naszym ostatnim mailu nastąpił bardzo interesujący dzień, podczas którego zwiedzaliśmy królewskie Sukhothai. Jest to najwcześniejsza stolica Tajlandii. Można w niej podziwiać perełki architektury tajskiej sprzed wielu wieków. Znajduje się tam dobrze zachowany kompleks ruin świątyń buddyjskich i hinduistycznych przerobionych na buddyjskie. Położone są one na trawiastej równinie, która powstała po wycięciu rosnącego tu wcześniej lasu monsunowego.

Same świątynie robią niesamowite wrażenie - tajscy rzeźbiarze z tamtych czasów musieli być bardzo uzdolnieni! Szczególnie ładne są posągi idącego Buddy (bardzo rzadki sposób przedstawienia) i posągi słoni, ozdabiające niektóre budowle. Najlepszym przymiotnikiem na określenie tego kompleksu jest "monumentalny".

Zwiedzanie ruin jest jednak bardzo męczace. Zachodni turyści preferują przemieszczanie się wsród zabytków na rowerze lub w czymś w rodzaju tramwaju z przewodniczka. My jednak zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówke. Miało to swoje plusy - gdy wracaliśmy z dalej położonej świątyni, przejeżdżający kierowca zaproponowal nam podwiezienie do przystanku "saewthongowego".

Tu odpowiednie wyjaśnienie. Saewthong to rodzaj tutejszego minibusa do przewożenia osób - jest to półciężarówka z drewnianymi, podłużnymi ławami w środku i wiecznie otwartymi oknami. Bardzo przyjemny środek transportu, tym bardziej, żekorzystają z niego tubylcy na lokalnych trasach, zatrzymując pojazdy w dowolnym miejscu, a nawet na specjalne życzenie zmieniając jego trasę, żeby na przykład podwieźć do domu telewizor.

Po powrocie do nowego Sukhothai zjedliśmy porządny obiad w tajskim stylu i popiliśmy go dwoma shake'ami (czemu w Polsce shake'i sa tylko w McDonaldzie - i czemu te tajskie są 100 razy lepsze? Chciałoby się takie przysmaki mieć na codzień...), za co zapłaciliśmy nieco powyżej 10 zł. (za dwoje). Kraina wiecznej obfitości...

Potem zdecydowaliśmy się wyruszyć do Chiang Rai. Już na przystanku autobusowym zmieniliśmy plany dojazdowe. Przemiły tubylec poinformował nas o korzystniejszym połączeniu w innym punkcie przesiadkowym - Phitsanulok. Tam też, po odczekaniu 3 godzin, władowaliśmy się do lokalnego autobusu nocnego - bez klimatyzacji i z mniej wygodnymi siedzeniami.

Dziś rano dotarliśmy do Chiang Rai położonego w północnej części Tajlandii. Trochę niedospani, brudni i zmęczeni ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu wśród strug padającego deszczu. Dotarliśmy do wybranego przez nas Guesthouse'u około 7 rano, tam poczekaliśmy chwilkę na pobudkę wlaścicieli (pani, która pokazywała nam pokój, wyglądała na nieco przestraszoną naszym wyglądem...). Nie kaprysiliśmy przy wybieraniu pokoju (obejrzeliśmy tylko siatki w oknach - są OK) i już po chwili zapadliśmy w cudowny sen. Po przebudzeniu i kąpieli wyruszyliśmy na miasto.

Pierwszym miejscem, do którego skierowaliśmy kroki było miejscowe Muzeum Plemion Górskich. POLECAMY GORĄCO!!!! Znajduje się tam wspaniała kolekcja ubiorów i przedmiotów codziennego użytku grup etnicznych zamieszkujących pobliskie góry. Można zakupić rękodzieło miejscowych tkaczek, płyty i kasety z lokalną muzyką, a także obejrzeć krótki pokaz slajdów dotyczących życia plemion. Zdecydowaliśmy się też na skorzystanie z usług miejscowego przewodnika, który pomoże nam w odwiedzeniu kilku wiosek górskich.

Później poszliśmy na miejscowy bazar, gdzie zakupiliśmy fragment kobiecego stroju plemienia Yao, a także kilka innych drobiazgów ubraniowych, może mniej "etnicznych" (jak to się teraz nazywa w pismach kobiecych), ale b. ładnych i niewątpliwie tajskich.

Bazar jest bardzo ciekawy - w zasadzie nie było tam poza nami innych białych, choć Chiang Rai jest dość turystyczną miejscowością... Korzystają z niego chyba tylko miejscowi i dzięki temu ma wspaniały, niepowtarzalny "smaczek " miejsca nieskażonego masową turystyką. Na okładce naszego przewodnika napisane jest, że Tajlandia kipi kolorami - to za słabe okreslenie! A najbardziej kolorowe ze wszystkiego są właśnie bazary, które zwiedzamy namiętnie i z pasją. Ilość cudownie niepraktycznych, cudownie zdobionych i cudownie barwnych przedmiotow przechodzi ludzkie wyobrażenie!

Pozdrawiamy - odezwiemy sie najprawdopodobniej jutro lub pojutrze
- Malwina i Artur

 

Chiang Rai (2), 11.07.2000

Cześć!
Bezpośrednio po wysłaniu do Was poprzedniego maila poszliśmy na tutejszy nocny bazar. Miejsce turystyczne, bez wątpienia, ale ma w sobie jednak dużo uroku. Można na nim spotkać wiele pań w strojach plemiennych, nie jest to jednak typowa Cepelia. Te stroje i towary ciągle żyją, choć coraz częściej są wypierane przez wygodniejsze T-shirty... Niestety, chociaż tak mniej się niszczą te ładne ozdóbki i cudeńka.

Na straganach iście bizantyjski przepych, mnóstwo przedmiotów pamiątkowych, ale nie w stylu "Souvenir from..." - zatem ładnych. Ciekawych. Większość ręcznej roboty (chociaż na pewno niektóre ściegi są robione na maszynie, w takie bajki to my już nie uwierzymy. Ale hafty muszą być ręczne, są zbyt skomplikowane. Wydaliśmy majątek... (No, nie tak znowu - ale jak na tutejsze warunki jesteśmy nieopanowanie rozrzutni.)

Dziś rano pojechaliśmy na wycieczkę w góry, w celu odwiedzenia wiosek mniejszości etnicznych. Najpierw godzina łodzią, potem wysiadka w miejscu baaardzo turystycznym (przewodnik twierdzi, że większość białych, którzy tu przyjeżdżają, robi sobie kółko na słoniu wokół wioski i jedzie z powrotem do Chiang Rai, co jest wielce prawdopodobne, bo widzieliśmy pełne turystów łodzie, wracające w kierunku miasta w godzinach rannych...)

Po krótkiej obserwacji życia wioski i zachowania słoni, wsiedliśmy na grzbiet "elefana" (bo tak nazywał go nasz "słoniowniczy", czyli kierowca słonia) i ruszyliśmy do wioski Lahu. Droga zajęła nam ok. 1,5 godziny, czasem stromo pod górkę, czasem stromo w dół...

Słoń miewał dziwne kaprysy i np. bał się krów (raz na widok krowy na ścieżce poniósł nas w zarośla krokiem znacznie żwawszym, niż majestatyczny step, jakim nas wiózł...), robił nam prysznice (woda z kałuży...), zatrzymywał się na jedzenie. "Słoniowniczy" również był dość ciekawy, palił coś, co wcale nie pachniało jak papierosy i upodobał sobie robienie nam zdjęć na słoniu. Była to chyba najfajniejsza cześć podróży. Widzieliśmy ludzi pracujących na polach (głównie przy sadzeniu ryżu), same pola też są piękne, tarasowane i nawodnione. Widok okolicznych wzgórz porośniętych lasem i ryżem na przemian, był cudowny. Maku nie widzieliśmy, zresztą jest nielegalny, więc nikt zdrowy na umyśle nie pokazuje go obcym.

Nasza podróż na słoniu skończyła się w wiosce Lahu. Tam zjedliśmy obiad, przypatrując się igraszkom tutejszych kotów oraz dziecka w wieku ok. 2 lat - niestety, nasz przewodnik chyba je trochę przestraszył i uciekło do chaty zanim zdążyliśmy zrobić mu zdjęcie. Szkoda! Następnie wyszliśmy na spacer po wiosce - jest całkiem czysta, chaty stoją rozstawione dość nieregularnie, pełno świnek (śliczne malutkie prosiątka), psów, kur, piejących kogutów i kurczaków, a nawet kilka koni. Jest nawet szkoła, prowadzona przez fundację rozwoju tych okolic - w wiosce mieszka jeden nauczyciel. Szkoła składa się z dwóch oddziałów - dla 4-7 latków (gdzie akurat była lekcja i nie chcieliśmy przeszkadzać) i dla 8-12 latków, którzy mieli przerwę i wykorzystywali ją na rozłupywanie pnia bambusa, z którego potem coś mieli zrobić praktycznego. Praca organiczna, praca u podstaw...

Potem poszliśmy na krótki spacer po lesie (3 km.) i doszliśmy do kolejnej wioski. (Akha i Lahu). Niestety nie widzieliśmy w tych wioskach ludzi ubranych tradycyjnie, wszystko w zasadzie wygladało tak samo, jak w poprzedniej wiosce Lahu. Odwiedzilismy tamtejszą knajpę - akurat kilka osób raczyło się whisky (nawet chcieli nas poczęstować), prowadząc ożywioną rozmowę. Na daszku naszego "parasola" nad stolikiem (krytego strzechą) przyczepione były zasady zapobiegania malarii, która na tych terenach jest szczególnie częsta.

Obejrzeliśmy jeszcze wodospad - niewysoki, ale całkiem ładny i wokół wspanialą roślinność, a na brzegu muszelki takie jak u nas nad morzem; nie wiemy, czy to możliwe, żeby były autentyczne, czy tylko ktoś je rozrzucił dla uciechy gawiedzi. I trzeba było wracać do Chiang Rai - wynajętym saewthongiem. Po drodze widzieliśmy trochę malowniczych dzieciaków wracających ze szkoły i znowu ludzie na polach i znowu widoki, ale za bardzo trzęsło nami na robienie zdjęć... Szkoda!!!! A jutro jedziemy do Laosu, zatem, żegnaj Internecie i do napisania skądś... Internet na pewno będzie w Luang Prabang, skąd się odezwiemy, ale krótko, bo drogo! Piszcie do nas przez ten czas!

Pozdrawiamy - Malwinka i Artur

 

Vang Vieng, 22.07.2000, Święto Czekolady

Sabajdi,
pozdrawiamy właśnie z najbardziej deszczowego miejsca, do którego jak dotąd trafiliśmy! Laos jest przepiękny, bardziej tradycyjny i kolorowy od Tajlandii. Panie w tradycyjnych spódnicach, zdarzają się nawet panowie z plemion górskich ubrani tradycyjnie, i to nie tylko na jarmarkach. Śliczne dzieciaki, też b. kolorowe i przyjazne, cały czas krzyczą za nami "Sabajdi", czyli tutejsze dzień dobry.
Przyroda - egzotyczna i wspaniała, jaskinie (mroczne, wspaniale nacieki, stalaktyty, stalagmity, stalagnaty, draperie i inne cudenka), wodospady wysokie na setki metrów (przy których co poniektórzy się przeziębiają), wspaniałe lasy pełne kwiatów i kolorowych motyli.
Cudowne świątynie (zwłaszcza w Luang Prabang), bardzo bogate i kolorowe - chociaż nie służą im raczej remonty, bo robią się wtedy potwornie kiczowate!!!! Przyjaźni mnisi, którzy pierwszy raz rozmawiają z Europejczykami i są szczęśliwi, mogąc poćwiczyć swój angielski.
Wspaniałe święto z okazji rocznicy pierwszego kazania Buddy - kolorowa procesja mnichów, pięknie ubrane panie dające im ryż do koszyków, niestety trochę białych podglądających wraz z nami to wspaniałe widowisko.

Czuliśmy się trochę nie na miejscu - jakbyśmy przeszkadzali ludziom w ich praktykach religijnych, oni jednak byli otwarci i cieszyli się, że ich fotografowaliśmy. Mamy nadzieję, że zdjęcia i slajdy bedą piękne. Szczegółowo opiszemy wszystko z Tajlandii, jutro ruszamy do Vientiane, ale stamtąd na pewno nie będziemy pisać - w poniedziałek będziemy w Tajlandii.

Pozdrowienia - Malwina i Artur

 

Bangkok, 25.07.2000

Witajcie!
Po długich wojażach laotanskich jesteśmy znów w Bangkoku, w naszej ulubionej knajpce internetowej, w której internet jest tylko pół bahta za minutę... Po zwariowanych cenach laotańskich to istny cud. A oto opis naszej podróży:

Przekroczyliśmy granicę tajlandzko-laotańską w Chiang Khong/Huay Xai, przepływając Mekong malutką łódeczką motorową (mieliśmy dość niewyraźne miny...).

Laos powitał nas napisem informującym, iż jedynym środkiem płatniczym w tym kraju jest Kip laotański i że nielegalne jest płacenie w jakichkolwiek innych walutach czy wymienianie pieniędzy u osob prywatnych. Tym większe było nasze zdziwienie, że większość cen podawana była w bahtach...

Obejrzeliśmy nasz pokój w hotelu (niczym się specjalnie nie różnił od tajskich, zresztą tak było przez całą podróż, dementujemy niniejszym wszelkie plotki o dzikości i prymitywności Laosu) i wyruszyliśmy poobserwować życie miasteczka.

Pobliska świątynia (świeżo odremontowana za pieniądze powracających z USA uchodźców) nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia, zapewne dlatego właśnie, że była świeżo odremontowana i pomalowana na ohydne jaskrawe kolory. Za to wrażenie zrobił na nas wiek tamtejszych mnichów - najmłodszy mógł mieć około 10 lat i był mniej więcej wzrostu polskiego 6-letniego dziecka.

Reszta miasteczka wyglądała dość wioskowato - kury, koguty, krówki i inna żywiołka, znana nam z polskich wsi. Wymieniliśmy gotówkę w banku, który był duuużo ładniejszy niż polskie i znacznie bardziej skomputeryzowany od tajskich (i były tam panie w białych bluzkach i tradycyjnych laotańskich spódnicach, które do pracy przyjechały na rowerach/motorach, pan w kurtce adidasa zamiast krawata i dziecko bawiące się otwartymi drzwiami od sejfu). Otrzymaliśmy spory plik banknotów (kurs 1$ to niecałe 8.000 kipów, natomiast największy nominał banknotu w Laosie to 5.000 kipów... Przydałaby im się jakaś reforma.)

Posiadając już pieniądze pojechaliśmy na bazar, bardzo kolorowy i zajmujący. Trochę nieznanych owoców, tradycyjnie ubrane panie (Laotanki, jak również panie z plemion górskich), malownicze dzieci i mnóstwo wspaniałych i mniej wspaniałych towarów. Stamtąd ruszyliśmy do reklamowanej w przewodniku wioski, nie wiemy jednak, czy dotarliśmy do wlaściwej z powodów pewnych trudności językowych. W każdym razie wioska była piękna, ludzie ubrani w tradycyjne stroje, błoto i zwierzaki. Po powrocie do Huay Xai załatwialiśmy sobie wstęp na slowboata (czyli lódkę pasażersko-towarowa) do Luang Prabang.

Następnego dnia obudziły nas piejące koguty, śpiewający mnisi i propagandowa szczekaczka, która odezwała się równocześnie z mnichami. Po polowaniu z aparatami na mnichów (nielicznych) i panie ofiarujące im datki ruszyliśmy w długą podróż po Mekongu.

Na łódce byliśmy jako pierwsi z białych, przed nami były tylko 4 miłe Laotanki, siedzące na bambusowym podeście. Po nas zjawiło się jeszcze około 20 białych, w tym b. sympatyczna Holenderka oraz równie sympatyczny Australijczyk, który był w Polsce i potrafi nawet powiedzieć "dzień dobra".

W rejs wypłynęliśmy z niejakim opóźnieniem, ale nie mogliśmy się doczekać wspaniałych widoków za oknem i nie przeszkadzały nam nawet twarde i wąskie siedzonka i mało miejsca na nogi. Płyneliśmy, podziwialiśmy góry, wspaniałą dziką przyrodę i gospodarkę zarowo-odłogową, spódnice Laotanek oraz siłę małego, 10-letniego na oko Laotanczyka (okazało się później, że miał 14 lat), który dźwigał i ustawiał wszystkie plecaki Europejczyków.

Po pewnym czasie zaczęliśmy odczuwać niewygody naszej podróży i tu wypadałoby przypomnieć kawał o rabinie, pobożnym Żydzie i kozie. (Żyd skarżył się rabinowi, że mu ciasno w domu z rodziną i teściową, na to rabin - weź do domu jeszcze kozę. Po tygodniu Żyd przyszedł po raz drugi i mówił, że teraz jest nie do wytrzymania - i rabin poradził mu, żeby wyprowadził z domu kozę. Dopiero zrobiło się luźno!). Do naszej lodki doładowała się przeprowadzająca się laotańska rodzina z całym dobytkiem oraz kilkoma wujkami do pomocy. Czegóż oni nie mieli! Kosze, worki, silnik, akumulatory, stare kolumny (głośniki), nowy dach z blachy falistej, suszarka do naczyn, ogromne puszki, ogromny karton z płynami do mycia naczyń, duże sito i mnóstwo innych dóbr. Wszystkie plecaki Europejczyków zajmowały mniej więcej 1/4 miejsca bagażowego w łodzi (UWAGA : miejsce bagażowe mogło być wszędzie: pod podestem Laotanek, na dachu, w przejściu do toalety, pod naszymi nogami i wszędzie, gdzie tylko dało się coś postawić.) Sprawny załadunek trwał ponad godzinę. Na początku nasze miny wyglądaly dość dziwnie, ale potem niektórzy zaczęli na tych kartonach grać w karty, inni coś jedli, jeszcze inni wyciągneli nogi i udawali, że im wszystko jedno. NAM nie było wszystko jedno. Siedzieliśmy najbliżej Laotanczyków, co nie byłoby takie złe, gdyby nie UCIĄŻLIWY ojciec rodziny, którego zauważyliśmy już przy załadunku jako największego lesera, który wysługiwał się cały czas żona i reszta rodziny. Otóż okazało się, że jest on typem lenia-kierownika, który najciężej pracuje własnym językiem i to właśnie była jego największa wada. Znacznie zwiększyło się nasze zanurzenie, przy czym ciężar na łodzi był rozłożony dość nierównomiernie, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami...Mekong jest bardzo trudną w żegludze rzeką, mnóstwo w niej wirów i skałek podwodnych.

Po dwóch dniach podróży (z przerwa na absolutnie nieciekawy nocleg) dotarliśmy do Luang Prabang. Okazało się, że warto było znosić wszelkie trudy podróży. Miasto olśniewa świątyniami - b. starymi, okazałymi, majestatycznymi... Tego się po prostu nie da opisać. Trzeba zobaczyć (polecamy nasz pokaz slajdow). Zachowały sie też liczne przykłady architektury kolonialnej - dość zaniedbane, ale ładnie ozdobione roślinami doniczkowymi przed wejściami.

Od razu pierwszego dnia trafiliśmy na wielkie świeto buddyjskie (rocznica pierwszego kazania Buddy) - wspaniała, ogromna procesja mnichow (o 6 rano), zbierających do koszów jedzenie, kleczace przed nimi panie w pięknych, odświętnych strojach, biegnący za nimi chłopcy z dużymi koszykami, do których mnisi co jakiś czas wysypywali zawartość swoich. Było pięknie.

Po zwiedzeniu kolejnych świątynek pojechalismy tuk-tukiem do pobliskiego wodospadu (UWAGA - tutejsi tuktukowcy najwyraźniej uważają, że świętym OBOWIĄZKIEM każdego turysty w LP jest obejrzenie wodospadu i jaskiń Pak Ou - jaskinie widzieliśmy ze slowboata i zdaje się, że są przereklamowane). Wodospad za to był przepiękny, ogromny i czyściutki. Na szczyt prowadziła dość wąska, stroma scieżka trochę zalana przez wodę, która później poprowadziła nas krawędzia wodospadu. Widok zapierał dech w piersiach, chociaż stąpalo się dość niepewnie (b. silny prąd, ślisko i kilkadziesiąt, może sto metrów pod nami...). Później scieżka zaskakiwała nas jeszcze bardziej - biegła po kamieniach, po których przelewała się w dół woda. Schodziliśmy wśród skal i spadającej wody, byliśmy dość mokrzy, ale zachwyceni widokiem. Jadąc do wodospadu przejeżdżaliśmy przez malownicze wioski z ludźmi pracującymi na polach ryżowych, kolorowymi, roześmianymi, machającymi dzieciakami, domkami na palach i tym podobnymi atrakcjami oraz przez równie malownicze, walące się mosty (vide slajdy).

Jeszcze o budzeniu się - w całym Laosie znienawidziliśmy piejące koguty, które co rano uprzyjemniały nam zasłużony odpoczynek i sprawiedliwy sen. Gdyby one chociaż piały normalnie, a to było jakieś "kukury" ze zdechnięciem na końcu zamiast "kukuryku!" Jeszcze gdyby to był jeden - a mieliśmy pod oknami całe chóry i solistów, każdy piał około 10 razy, a było ich chyba 15-20. Piały przez całą dobę, ale największe koncerty odbywały się tuż przed mnichami, czyli około 5.30 rano!

Po kilkudniowym odpoczynku w LP wyruszyliśmy autobusem na południe do Vang Vieng. Droga prowadziła wśród gór i skał, widoki były przepiękne, mały przystanek na kolorowym targu z ludźmi w kolorowych strojach, lekkie opóźnienie. Vang Vieng to miejsce b. turystyczne, ale TANIE!!! (Co godne podkreślenia). Nas przywiodły tam wieści o jaskiniach, które chcieliśmy zobaczyć - i nie zawiedliśmy się. Najbliższa miasteczku jaskinia jest rzeczywiście przepiękna i przy tym tak duża, że nie przeszkadzają inni turyści. Przeszkadza za to beton, którym wylana zostala podłoga i część ścian groty (jaskinia w przeszłości służyła jako schron). Zachwycały jednak cudowne i różnorodne nacieki na ścianach - stalaktyty, stalagmity, stalagnaty, draperie i inne nienazwane.

Następnego dnia wyruszyliśmy do dalej położonych jaskiń - najpierw łódką przez rzekę, potem piechotą. Po marszu drogą przez wioskę i pola, a następnie wyschniętym korytem potoku dotarliśmy do pierwszej, która reklamowała się jako nowo odkryta (i dlatego nie ma o niej nic w przewodniku). Nie była jednak zbyt interesująca - nacieków było niewiele, a korytarze wąskie i niskie, większość docierających tam Westmenów nabierała się na wycieczkę z przewodnikiem, po której byli całkowicie mokrzy i brudni wskutek czołgania się. My weszliśmy do środka bez przewodnika i pewnie dlatego wyszliśmy czyści. Przeczekaliśmy mały deszczyk (VV było najmokrzejszym miejscem podczas naszej podróży) i poszliśmy dalej. Po drodze złapał nas kolejny deszcz, a my złapaliśmy traktor, którym dojechaliśmy do rzeczki oraz przydrożnej jadłodajni. Dalej wyruszyliśmy już pieszo. Czasem trzeba było brodzić w brudnej wodzie po kolana (to bylo błoto - przypisek Mal.), która przelewała się pomiędzy nawadnianymi polami ryżowymi przez drogę.

Po godzinnym marszu i krótkiej, stromej wspinaczce dotarliśmy do najpiękniejszej z jaskiń. W środku, poza wspaniałymi naciekami, znajduje się złoty posąg leżącego Buddy i mała kapliczka. Na niektórych draperiach oraz stalaktytach można było pograć jak na bebenkach! (wydawały dość podobne dźwięki o różnym natężeniu przy uderzeniu reką). Było wspaniale, również dzięki temu, że byliśmy w tej pięknej grocie sami. Zmęczeni i potwornie brudni wróciliśmy do guesthousu.

A następnego dnia wyruszyliśmy do Vientiane - I TO BYŁ BŁĄD!!! Wspominamy o tym mieście tylko z kronikarskiego obowiązku, ponieważ nie bylo tam dosłownie NIC godnego uwagi, z wyjątkiem kilku zagubionych wśród brudu świątynek. Potwornie drogo, ceny w dolarach, brzydko, brudno, rozwalające się domy... Stwierdziliśmy, że jak najszybciej wracamy do Tajlandii . Wracając spotkaliśmy EWENEMENT - jedynego Laotanczyka, który wiedział, gdzie leży Polska.

Granice przekraczaliśmy drugim i ostatnim mostem na Mekongu - Mostem Przyjaźni Tajlandzko-Laotanskiej - fajna jest zmiana organizacji ruchu z prawostronnego w Laosie na lewostronny w Tajlandii. Całonocnym autobusem o 4 rano dotarliśmy do Bangkoku, a dziś wieczorem planujemy jechać na Ko Pha Ngan, gdzie wreszcie mamy zamiar się wyspać i odpocząć.

Pozdrowienia!
Malwina i Artur

 

Ko Phangnan, 29.07.2000

Kochani - jesteśmy od 4 dni na Ko Phanganie i relaksujemy się na całego, nawet trochę się nam udało przybrać kolory naszej flagi narodowej - słonko pali! Plaża, sklaki, rafa koralowa, ciepłe morze, ale pływać się za bardzo nie da, ze względu na wyżej wymiebioną rafę i małą głębokość.
Za to widok piękny!

Jutro jedziemy do Bangkoku, będziemy tam ok. 18.00 i nie wiemy, czy uda się skorzystać z internetu, w każdym razie wylatujemy jutro nocą o 00.15 do Moskwy. Jak dotrzemy do Warszawy, to się odezwiemy. Pozdrawiamy, dziękujemy za liczną korespondencję - wszystko opowiemy już po powrocie (i zamieścimy relacje końcową w internecie, nie martwcie się.)
Malwina i Artur

 

Warszawa, 1.08.2000

Witajcie.

To była trudna podróż. Najpierw płynęliśmy 7 godzin nocnym promem z Ko Phanganu do Surathani. Tam przesiedliśmy się w autobus, który zawiósł nas do Bangkoku.

Nie było to jednak takie proste. W Surathani działa lokalna mafia starająca się uniemożliwić turystom korzystanie z państwowych autobusów.Jej działalność polega na totalnej blokadzie informacji o możliwości jazdy do Bangkoku w sposób inny niż prywatnym autobusem turystycznym. Riksiarze, a nawet naganiacze z innych autobusów dostają prawdopodobnie prowizję za to, aby skierować turystów do odpowiedniego biura podróży, które za usługę pobiera dwukrotnie wyższą kwotę od normalnej (600 bahtów zamiast 343 za autobus klasy VIP).
Problem powiększa fakt, że od niedawna w Surathani funkcjonuje nowy dworzec autobusowy, którego położenie nie jest opisane w przewodnikach. Z gromady około 50 osób tylko nam i jeszcze jednej parze udało się ten dworzec odnaleźć.

Tak więc zmęczeni i niewyspani dotarliśmy do Bangkoku, w którym czas poświęciliśmy na przyspieszone zakupy oraz obiadokolację. Jadąc na lotnisko byliśmy jeszcze świadkami manifestacji postulującej oczyszczanie kanałów Bangkoku zagrożonych katastrofą ekologiczną. Na lotnisku konieczne było właściwe podzielenie bagaży, aby waga plecaków nie przekraczała 20 kilogramów. W ten sposób pojawił się 3 plecaczek - podręczny, którego waga jednak i tak przekraczała dozwolony limit. Bagaż podręczny jednak rzadko jest kontrolowany pod względem wagi. Ponadto nie wyglądał on na swój ciężar.

Podróż do Moskwy była bardzo malownicza pod względem otaczających krajobrazów. Niestety, w samej Moskwie nie było już tak malowniczo. Zetknęliśmy się z tradycyjnym surrealizmem będącym reliktem poprzedniego systemu. Czasem był on śmieszny, tymczasem nam nie było do śmiechu. Zwłaszcza, gdy odlatywał samolot do Warszawy, a my czekaliśmy kolejne godziny na ten do Frankfurtu. Na szczęście podróż z Frankfurtu była błyskawiczna. Bieg na pociąg do Berlina, zaledwie trzydzieści minut na dworcu w Berlinie i nadjechał pociąg. Pociąg miał jechać zgodnie z rozkładem do Poznania, gdzie mieliśmy czekać prawie 4 godziny na połączenie do Warszawy. Jakież było więc nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy na wagonach tabliczki z Warszawą Wschodnią.
Niestety, radość była przedwczesna. Po prostu ktoś nie zmienił tabliczek. Tak więc po 2 dniach i 3 nocach jazdy dojechaliśmy wreszcie do domu, gdzie odsypiamy. Wszystkim Wam życzymy tak pasjonujących podróży.
Malwina i Artur Flaczyńscy

 

 

 

Chiny, Nepal, Indie - Listy z podróży do Tybetu cz.2

25.10.2002 - Lhasa
29.10.2002 - Lhasa
30.10.2002 - Shigatse
20.11.2002 - Zangmu
23.11.2002 - Kathmandu
01.12.2002 - Goa, plaża Anjuna
05.12.2002 - Goa, plaża Palolem

Lhasa, Tybet, 25.10.2002
Internet Cafe w Yak Hotel, 2,5 zł za godzinę.

Cześć!
W Chengdu Southwest China Airlines podstawiła najnowszy model Airbus A340-300, który wypełnił się do ostatniego miejsca Chińczykami, mniejszą grupką Tybetańczyków i garstką obcokrajowców, wśród których było też 2 Polaków, informatyków z Katowic na miesięcznym urlopie.

Samolot wzniósł się szybko, i zaraz pod nami skończyła się nizina a zaczęły góry. Początkowo mokre, zalesione wierzchołki, wkrótce śnieżne pasma gór Sino-Tybetańskich. Za tymi górami zaczął się "płaskowyż", ale słowo "płasko" jest mylące, ponieważ były to cały czas góry, tylko trochę łagodniejsze. Północne stoki porośnięte lasami, południowe suche, trawiaste. Co pewien czas głębsze doliny rzek. Jedna z rzek, bardzo duża, z woda w żółtym kolorze, wcinała się bardzo głęboko, tworząc zieloną, lesistą dolinę. W dolinie było nieco pól uprawnych. Myślimy, że była to Jangcy lub Mekong. Potem nastały dość suche góry, które z każdą chwilą stawały się coraz wyższe i znów coraz bardziej mokre. Pojawiło się sporo chmur. Daleko z lewej, może 100 km dalej ujrzeliśmy olbrzymi, świetlisty, śnieżny szczyt, który przebijał się wysoko ponad chmury. To Namcha Barwa 7700m! Tajemniczy szczyt na wschodnim krańcu Himalajów. Najbardziej mokry Himalajski szczyt, góra magiczna, bo nie da się do niej dojechać, do niedawna była niezdobyta, w spornym rejonie indyjsko-chińskim. Nawet nie marzyliśmy, ze kiedykolwiek uda się nam ją zobaczyć, a tu proszę, seria zdjęć lotniczych!

Nasz samolot przelatywał teraz nad sześciotysięcznymi wierzchołkami, bez śladów bytności człowieka nawet w dolinach, a góry te miały tak wiele pięknych, ogromnych białych lodowców i jezior wysokogórskich, że marzyliśmy by znaleźć się wśród nich. Teraz rozumiemy już, dlaczego tak trudno dotrzeć droga lądową z Chengdu do Lhasy i dlaczego taka podróż jeepem zajmuje 12 dni.

Za śnieżnymi górami zaczęło się wypłaszczać w górę, tzn. doliny stawały się coraz płytsze i wszystko zaczęło przybierać wygląd suchego płaskowyżu Tybetańskiego. Pogoda zrobiła się bezchmurna. Po prawie 2 godzinach lotu samolot wylądował na lotnisku w Gonkar, 97 km od Lhasy, na brzegu Bramaputry.

Malutkie lotnisko, obecnie rozbudowywane. Wysokościomierz, który w Chengdu pokazywał 460m, tu pokazał 3550m. Ale było słońce, suche powietrze, wiec było ciepło. Wokoło niewysokie, skaliste szczyty, porośnięte trawą bądź krzaczkami. Wyżej lekko przyprószone śniegiem.

Wsiedliśmy do autobusu, który dobrą asfaltową drogą, najpierw wzdłuż Bramaputry, później przez długi most i wzdłuż innej rzeki dowiózł nas do Lhasy. Mijaliśmy niewielkie tybetańskie wioski i chińskie budynki obłożone kafelkami.

Jako pierwszy w oddali pokazał się pałac Potala, piękny, jakby z bajki, góruje nad okolicą. Potem wjechaliśmy do miasta. Zachodnia część Lhasy to nowowybudowana część chińska. Kilka wieżowców, szerokie ulice, wielkie bilboardy reklamowe. Nie przypomina to Tybetu jaki można sobie wyobrazić.

Autobus przejechał u stop pałacu Potala i dowiózł nas do tybetańskiej części Lhasy.

Znaleźliśmy hotel, i zrobiło się późno, wiec zwiedzanie odłożyliśmy na dzisiaj.

Dziś rano powędrowaliśmy uliczkami Lhasy.
Przez całe miasto przebita jest szeroka ulica z dużym ruchem samochodowym. W części tybetańskiej odchodzą od niej wąskie uliczki pełne życia i ludzi w ludowych strojach. W środku tybetańskiego starego miasta jest świątynia Jokang, wokoło której zgodnie z ruchem wskazówek zegara płynie uliczkami nieprzerwany tłum pielgrzymów ze wszystkich stron Tybetu, a więc w najprzeróżniejszych ludowych strojach. Raj dla fotografów, pożeracz filmów, można dostać zawrotów głowy. Idąc wraz z tym tłumem dotarliśmy przed wejście do świątyni, gdzie pielgrzymi modlą się padając na kolana a potem kładąc się, wstając i tak w kolko.

Wędrując za pielgrzymami można też natknąć się na przeróżne poukrywane świątynki i klasztory z wielkimi młynami modlitewnymi, mnichami modlącymi się bądź grającymi na bębnach.

W jednej ze świątyń mnich polewał głowy pielgrzymów święconą wodą. Niektórzy pielgrzymi niosą wielkie młynki modlitewne zaczepione na ramieniu.

Wokoło jest bardzo dużo stoisk bazarowych i sklepików z pamiątkami, dewocjonaliami a także całkiem zwykłym towarem jak buty czy ubrania.

Wędrując uliczkami widzieliśmy też kilka klasztorów odżywających po złych latach chińskiej rewolucji kulturalnej. Malowidła i rzeźby odrestaurowuje się, bez wsparcia finansowego rządu. W jednym z klasztorów mnisi pokazali nam jeszcze nie odnowioną salę klasztorną, gdzie malowidła były obstrzelane z karabinu, a złocone statuy buddyjskich świętych skradzione. Podczas rewolucji malowidła na ścianach klasztorów zamalowano białą farbą, a budynki klasztorne wykorzystywano celach gospodarczych. Widzieliśmy jeden klasztor w ruinie, płakać się chce jak deszcz rozmywa malowidła. W innym na dziedzińcu klasztornym pobudowano brzydkie magazyny. Jeszcze inny miał zamienione dormitoria mnichów na mieszkania prywatne, obecnie w opłakanym stanie, a dzisiejsi mnisi musieli pobudować sobie nowe dormitoria na klasztornym dziedzińcu. 

Po południu wybraliśmy się okrążyć pałac Potala. Jest tam ścieżka pielgrzymów, cala z młynkami modlitewnymi. Okrążenie pałacu zajęło nam godzinę marszu.

Pałac Potala wygląda przepięknie, jest odnowiony, biało brązowo żółty. Wygląda niezwykle. Może jutro wybierzemy się do wnętrza.
Za to teren przed pałacem Potala to najsmutniejszy obraz jaki widzieliśmy. Wielki, martwy plac wyłożony płytami. Jakby plac Tiananmen w Pekinie. Na środku flaga chińska, szeroko otoczona łańcuchem, której pilnuje 3 policjantów by jej ktoś nie ściągnął. Na drugim końcu placu pomnik, też otoczony szeroko łańcuchami i pilnowany przez wojsko. Czuć, że jest się nie w pięknym Tybecie, lecz w okupowanym przez najeźdźcę kraju.

Ciekawe kiedy to się zmieni, a przecież wiecznie trwać nie może, choć zchińszczenie Lhasy wydaje się nieodwracalne.

Chcemy teraz pozwiedzać okolice Lhasy, jeszcze kilka wielkich i ważnych klasztorów.

Pozdrawiamy Serdecznie,
Iwona i Jurek

 

Lhasa, 29.10.2002

Cześć!
Dzisiaj ostatni nasz dzień w Lhasie i czas opisać te wszystkie niezwykłości, które tu można zobaczyć.

Lhasa to duże miasto, ok. 250 tys. ludzi. Położone jest na zupełnie płaskim terenie nad rzeką, otoczona suchymi, żółto brązowymi górami, które na oko mogą wznosić się ok. 1000 m wyżej. W wielu kierunkach w oddali widać przyprószone śniegiem szczyty, zapewne pięciotysięczniki. Stare miasto w stylu Tybetańskim zajmuje zaledwie ok. 5% powierzchni współczesnej Lhasy. Reszta to szerokie ulice w kratkę i nowe domy, banki, hotele, domy handlowe. Zwykle te nowe domy maja 2-3 pietra, ale jest kilka może 10 albo kilkunasto piętrowych wieżowców. W 1950 roku Lhasa miała tylko ok. 20 tys. mieszkańców i wszystkie te tereny, gdzie teraz rozbudowało się chińskie miasto, to były pola uprawne lub pastwiska. Jedynie obszar przed Potalą zabudowany był tybetańskimi domami, które zostały wyburzone i powstał wielki plac oraz nowoczesne chińskie budynki. Obecnie Chińczycy stanowią w Lhasie większość mieszkańców, nie wiadomo dokładnie ile, bo brak takowych statystyk.

Na środku Lhasy wznosi się pałac Potala na wzgórzu wysokości ponad 100 m. Dawniej była to siedziba rządu Tybetu i Dalai Lamy. Dziś można go zwiedzać jako muzeum. Wewnątrz oglądaliśmy przeróżne pomieszczenia związane z poprzednimi dziewięcioma Dalai Lamami. Są to pięknie zdobione komnaty, sale i kaplice. Najbardziej imponujące są grobowce kolejnych Dalai Lamów. Wielkie złocone i wyłożone szlachetnymi kamieniami stupy, wysokości kilku albo kilkunastu metrów. Prawie w każdym pomieszczeniu jest tron, na którym siadywał któryś z Dalai Lamów. Są też tu dwie olbrzymie sale kolumnowe, w jednej z nich odbywały się koronacje kolejnych władców. To czego tak naprawdę nie da się opisać, to niezliczone ilości pięknych malowideł, posągów, rzeźb, detali i intensywna kolorystyka.
Na dachu tzw. Białego Pałacu są apartamenty współczesnego Dalai Lamy, który żyje na wygnaniu. W sali przyjęć, z tronem, zapytaliśmy dyżurującego mnicha, dlaczego jest portret 13 Dalai Lamy a brak portretu 14, współczesnego Dalai Lamy. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, mnich udzielił nam błogosławieństwa zakładając nam na szyję białe szale, które kazał zachować sobie na pamiątkę.

Najświętsza kapliczka w Potali jest z 7 wieku i jest w litej skale, na której zbudowano pałac. Znajduje się w niej posag Avalokiteswary, na którego szyi zobaczyliśmy medal "pokojowa nagroda Nobla dla 14 Dalai Lamy". Jest to o tyle ciekawe, ze w Tybecie nie ma żadnych wizerunków obecnego Dalai Lamy, są one zakazane. Oficjalnie wolno wieszać wizerunek Panczen Lamy, i tych wizerunków jest wszędzie bardzo dużo.

W Potali mieliśmy tez przygodę. Wyszliśmy do toalety z głównego budynku, przedtem upewniwszy się u pana sprawdzającego bilety, że pozwoli nam powrócić. Wracając 2 minuty później okazało się, że zmienił się strażnik, a ten nie chce nas wpuścić. Bardzo się zezłościliśmy, zrobiliśmy awanturę, przybiegł policjant, wysłali umyślnego by znalazł poprzedniego strażnika i ostatecznie wpuścili nas z powrotem. Dzięki temu spędziliśmy w Potali ponad 4 godziny.   

Najbardziej żywym miejscem w Lhasie jest świątynia Jhokang, gdzie prawie zawsze trwa modlitwa z udziałem mnichów grających na przeróżnych instrumentach, w tym na kilkumetrowej długości trąbach. Wewnątrz świątyni jest najważniejsza kaplica Buddyzmu Tybetańskiego, ze złotym posągiem Buddy. Budda ubrany jest w jedwabne szaty i drogocenną biżuterię. Dzisiaj byliśmy świadkami niezwykłej ceremonii rozebrania Buddy do nagiej, złotej klatki piersiowej, którą pokryto nową warstwą złota przy modlitwie grupy mnichów. Następnie przez pół godziny nakładano na Buddę kolejne warstwy pięknych szat, ostatnia warstwa to ciężka od kamieni szlachetnych kolia, kolczyki i zwisające ozdoby.

W świątyni jest bardzo wielu pielgrzymów którzy modlą się odbywając "korę" czyli wędrówkę wokół głównej kaplicy, palą lampki oliwne, składają pokłony w kolejnych kapliczkach z buddyjskimi świętymi, padają na kolana i na twarz by powstać, zrobić 3 kroki i znowu.

Na zboczach górskich w pobliżu Lhasy są dwa wielkie klasztory Sera i Drepung. Drepung to największy na świecie klasztor, w 1950 roku miał 6000 mnichów, dziś jest ich 600. Niestety klasztor sprawia wrażenie bardzo zaniedbanego, spośród kilkudziesięciu pięknych zabudowań klasztornych na zboczu góry część jest w ruinie a te odbudowane wydają się niedoinwestowane. W klasztorze Sera obserwowaliśmy tzw. debatę mnichów, gdzie na zadrzewionym dziedzińcu ponad setka mnichów równocześnie głośno rozmawia, stojący zadają pytania siedzącym. Jeśli odpowiedz jest zła, stojący mnich głośno klaszcze. Klaskania było tak wiele, że chyba ciągle były błędne odpowiedzi. Debata trwała ze 2 godziny, klaskanie i pokrzykiwanie było słychać setki metrów wokoło.

W klasztorze Sera w jednym z pomieszczeń obserwowaliśmy, jak mnisi tworzą księgi. Najpierw ręcznie rzeźbią dłutkiem tekst na matrycy z drewna, później ta matryca maczana jest w atramencie i tekst stemplowany jest na paskach papieru później owijanych materiałem.

W Lhasie dużo łatwiej porozumieć się w języku angielskim. Tybetańczycy starają się jak najszybciej nauczyć angielskiego. Znajomość nie jest oczywiście tak powszechna jak w Nepalu czy Indiach, lecz w hotelu, restauracji czy na straganach można się porozumieć, a w Chinach było to niemożliwe. W Lhasie jest kilkanaście restauracji dla turystów z ładnym wystrojem, muzyka i menu jak w Kathmandu, ale my znaleźliśmy kilka chińskich restauracyjek, gdzie można zjeść bardzo tanio, dużo i smaczniej. Szczególnie upodobaliśmy sobie knajpkę prowadzona przez muzułmanów, gdzie żywią się i Tybetańczycy i Chińczycy. Wielka miska zupy z lazankami, ziemniakami i warzywami kosztuje 2,5 zł.

W Lhasie od 17 wieku jest grupa muzułmanów, którzy mają swoje meczety i zamieszkują wschodnią część starego miasta w Lhasie. W wielu miejscach widać więc mężczyzn w białych muzułmańskich czepkach bądź kobiety w czarnych chustach, ale w spodniach.

Lhasa ma tak wciągający urok, że można cały dzień wędrować uliczkami, obserwować życie Tybetańczyków, odkrywać kolejne małe klasztory i świątyńki, słuchać modlitw mnichów i pielgrzymów, odwzajemniać uśmiechy ludzi ubranych niezwykle, ozdobionych biżuterią, mających spalone słońcem policzki. Pomimo, ze Lhasa to miasto, a my nie lubimy miast tylko lubimy góry, wielki żal nam stąd wyjeżdżać.

Jutro jedziemy do Shigatse, stamtąd chcemy dostać się pod Everest. Naszym głównym celem jest dolina Kangshung pod wschodnią ścianą Everestu. Podobno na każde 100 osób wybierających się obejrzeć Everest 90 robi to od południa, z Nepalu, 9 od północy a tylko 1 osoba od wschodniej ściany. A właśnie wschodnia ściana jest najbardziej imponująca, 4 kilometry wysoka, niczym nie przysłonięta. Potem pójdziemy pod Everest od północy do bazy pierwszych wypraw z lat 20-stych. 

Do Kathmandu chcemy dotrzeć 22 listopada.

Pozdrawiamy i do usłyszenia.
Iwona i Jurek

 

Shigatse, 250 km na zachód od Lhasy, 30.10.2002
jedyne w mieście Internet cafe przy poczcie za 5 zł za godzinę i bardzo powolne.
Tu jest 3900 m. Może to najwyższe internet cafe na świecie?

Cześć!
Podróż z Lhasy do Shigatse zajęła nam 6 godzin. Droga w 70% jest asfaltowa, często z dziurami. Reszta to szutrówka.

Początkowo jechaliśmy szeroką doliną wzdłuż Bramaputry mijając niewielkie wioski. W wielu miejscach szkoły i mnóstwo dzieci uczących się najczęściej na zewnątrz w słonku.

Potem droga weszła w wąski przełom Bramaputry. To nowa droga, do niedawna tu się nie dało przejechać. W wielu miejscach wykuto pionową skałę. W dole olbrzymia ilość zielonej wody tworzyła wiry i katarakty. W końcu przełom się skończył i ukazał się płaskowyż tybetański z niskimi górami na horyzoncie. Zrobiło sie bardzo sucho, i pojawiły się piaszczyste wydmy, czasami tworzące niewielkie, identyczne barhany jak na marokańskiej Saharze, czasami wydmy pokrywały górskie zbocza.

Gdzieś w oddali na zachodzie zamajaczyły bardzo dalekie wielkie śnieżne góry.

Gdy przekraczaliśmy most na Bramaputrze, kilkunastu Tybetańskich pasażerów równocześnie wyrzuciło za okna autobusu kolorowe karteczki z modlitwami, które rozsypały się jak konfetti i powpadały do wody.

Shigatse to drugie co do wielkości miasto w Tybecie. Jednak to niewielkie miasteczko. Już z oddali zobaczyliśmy złocone dachy monastyru Tashilumpo, górującego nad miastem, w którym jest siedziba Panczen Lamy, drugiego najważniejszego lamy Tybetu (po Dalai Lamie). Obecny Panczen Lama ma kilkanaście lat, jest oficjalnie nadzorowany przez Chińczyków i większość czasu spędza w Pekinie. Dlatego Tybetańczycy nie uznają jego podobizn i wszędzie wiszą portrety X Panczen Lamy, który zmarł w 1989 roku.

Od 16.00 do 18.00 zwiedzaliśmy klasztor Tashilumpo. Jest on pięknie zachowany, nie ucierpiał w czasie rewolucji kulturalnej. W wielkich świątyniach są złocone grobowce Panczen Lamów, podobne do tych z pałacu Potala. W jednej, bardzo wysokiej świątyni jest 26 metrowy posag Buddy siedzącego na wielkim kwiecie lotosu, pokryty 300 kg złota. Klasztor Tashilumpo został założony przez I Dalaj Lamę w XV wieku.

Zafascynowało nas stare miasto w Shigatse. Położone na zboczu górskim u podnóża ruin wielkiego zamku, z labiryntem wąskich uliczek i przejść, zamknięte dla ruchu samochodowego, pięknie wybielone domy z dziedzińcami, czortenami na dachach i mnóstwem modlitewnych flag.

Do jednego z domów zostaliśmy zaproszeni i poczęstowani słodyczami. Otrzymaliśmy tez lekcje wymowy podstawowych zwrotów w języku tybetańskim.

Jutro zdążamy kolejne 150 km na zachód do Lhatse, wioski na 4050m przewianej przez wiatr i tam na pewno nie będzie już internetu.

Pozdrawiamy więc serdecznie.
Iwona i Jurek

Zangmu, Tybet, 20 11 2002

Cześć Kochani!
Jesteśmy w Zangmu, 8 km od granicy nepalskiej. Jutro wędrujemy do granicy i jedziemy do Kathmandu!
Wszystko się udało, szczęśliwie obeszliśmy rejon Everestu. Internet w Zangmu tak wolno działa, że nie możemy odczytać żadnych listów od Was, ale już pojutrze albo w dobrych układach jutro będziemy pisać z Kathmandu.
 
Pozdrawiamy serdecznie,
Iwona i Jurek

Kathmandu, Nepal, 23.11.2002

Cześć!
A było to wszystko tak:
Z Shigatse wyszliśmy na autobus, aby dowiedzieć się, że takowy już nie jeździ i trzeba jechać okazja. Po godzinie czekania zatrzymał się jeep, którym dojechaliśmy 160 km do Lhatse. Droga wyboista, jeep sunął z zawrotną prędkością przez pustynne krajobrazy. W Lhatse zjedliśmy obiad w przydrożnej restauracji. Wczesnym popołudniem znów jechaliśmy, tym razem ciężarówką w szoferce z przyjaznym chińskim kierowcą. Pokonaliśmy przełęcz 5220m, krajobrazy na dużych wysokościach trochę się zazieleniły - łąki, strumyki. Widzieliśmy sporo pasących się jaków. Przy zjeździe z przełęczy ujrzeliśmy po raz pierwszy w oddali Everest, z mało znanej, północno wschodniej perspektywy.
Przed zmrokiem byliśmy w Tingri, po pokonaniu autostopem 325 km, wielkości rekordowej jak na "bezdroża" Tybetu.

Trzeba tu nadmienić, ze autostop w Tybecie jest płatny, trzeba płacić tyle co za bilet autobusowy lub nawet więcej. Alternatywą jest jedynie wynajęcie jeepa, co prócz tego że droższe zmusza do jazdy szybko i wytyczoną przez agencję trasą.

Tingri to wioska na 4400 m, jest tu bardzo zimno. Wokoło rozciąga się płaski płaskowyż od południa zamknięty potężnym szczytem ośmiotysięcznym Cho Oyu, wyrastającym z płaskowyżu jak andyjskie Cerro Torre z traw Patagonii. Widać tez czubek Mt Everest. Wiatr hula od południa do wczesnego wieczoru. Kilka hotelików i sklepów przycupnęło u stop małego wzgórza na środku tegoż płaskowyżu.

Zamieszkaliśmy w kamienno glinianym hotelu Everest Veo, w spartańskich warunkach. Nocą temperatura w pokoju spadła do zera, ale ciepłe kołdry na śpiworze zapewniały komfort.

Rano pozostawiliśmy zbędny bagaż u Tybetańskiej gospodyni, wyjaśniliśmy wskazując na kalendarz, że wrócimy za 15-20 dni i w drogę. Wędrowaliśmy Tybetańskim płaskowyżem. Po godzinie dotarliśmy do pierwszej wioski, gdzie wykupiliśmy wstęp do Rezerwatu Qomolungma za 8 USD. Przez następne 3 tygodnie nikt nas już o żadne wstępy, paszporty, wizy i pozwolenia nie pytał.

Wędrówka przez płaskowyż tybetański to coś unikalnego. Trzeba się śpieszyć, by zdążyć jak najwięcej przejść przed popołudniowym mroźnym wiatrem. Dystans trudno oceniać, bo nie ma żadnych punktów odniesienia prócz niewiele zmieniających się obrazów dalekich śnieżnych szczytów. Bliższe otoczenie trochę przypomina Saharę - suche góry, piachy, praktycznie brak roślin, choć czasami płyną strumienie.

Wieczorem dotarliśmy do kolejnej wioski, latem żyjącej z uprawy jęczmienia i wypasu jaków, zaś teraz wyglądającej jak malutkie skupisko tybetańskich kamiennych domów na pustyni. Tybetańczyk na koniu zaprosił nas oferując nocleg. Zajrzeliśmy do jego domu. To typowy kamienny budynek z płaskim dachem, pobielonymi ścianami, ozdobiony flagami modlitewnymi. Na dole stajnia, na piętrze mieszkanie. Wszystko wyglądało bardzo biednie. Gospodarze mieli tylko jedną izbę. Zostaliśmy poczęstowani herbatą, ale podziękowaliśmy za nocleg wybierając opcję rozbicia namiotu na wypłaszczeniu nad strumieniem pół godziny drogi dalej, na 4650m. Było zimno.

Rano kontynuowaliśmy wędrówkę przez pustynne tereny na przełęcz 4880m (Tingri Lamma La) ozdobiona flagami modlitewnymi i zaczęliśmy schodzić w bezpośrednie dorzecze strumienia odwadniającego Mt. Everest. Dolina miała nieco inny charakter niż płaskowyż Tingri. Na zboczach rozsiane były gdzieniegdzie ruiny starych domostw i twierdz, podobno zniszczonych podczas inwazji Nepalskiej w 18 wieku. Do 18 wieku te tereny były dużo gęściej zaludnione, działała irygacja a ludzie mieszkali w obronnych budynkach i wioskach. Dziś to w większości pustynia wysokogórska.

Spotkaliśmy kilka namiotów nomadów, a na nocleg wybraliśmy stary taras uprawny obok ruin klasztoru zniszczonego przez Chińczyków w latach 60-tych. Mnisi odbudowali z ruin tylko jedno pomieszczenie, które pozostaje otwarte dla każdego przybysza. Jest w nim prycza a na ścianach wizerunki Buddy i buddyjskich świętych. Można tu przyjść, przenocować i medytować. My wybraliśmy nocleg w namiocie.

Kolejnego dnia dotarliśmy do wioski Gara i po raz pierwszy skorzystaliśmy w pełni z dobrodziejstw tybetańskiej komunikacji - wynajęliśmy konna bryczkę, która za 25 zł w ciągu 3,5 godzin zawiozła nas 15 km po ledwo przejezdnej wyboistej dróżce do najważniejszej wioski w dolinie - Taszi Dzom, wioski która będzie się w tej opowieści jeszcze przewijać nie raz.
Tybetańczycy używają malutkich zwrotnych wozów ciągnionych przez konia jako podstawowego środka transportu na płaskowyżu tybetańskim. Konie są przepięknie udekorowane kolorowymi flagami, pomponami, dzwonkami i kolorowa uprzężą. Wozy tez pięknie pomalowane, na kołach ze szprychami (najczęściej części szprych brak) i oponami, które wciąż trzeba dopompowywać.

Taszi Dzom to wioska na rozdrożu, z kilkoma spartańskimi hotelikami, w jednym z których zamieszkaliśmy. Na wschód wędruje się pod Everest wschodni, na południe pod Everest północny. Codziennie przejeżdża tędy kilka dżipów z turystami zdążającymi do klasztoru Rongbuk u podnóża Everestu północnego. My chcieliśmy najpierw dostać się pod Everest wschodni. Kursują tam ciężarówki, ale pierwszego dnia nic nie jechało. Szybko poinformowano nas jednak, ze drugiego dnia o 10.00 będzie ciężarówka. Spacerowaliśmy więc spokojnie po wiosce zaprzyjaźniając się z dzieciarnia, fotografując wioskę i okoliczne góry.

Następnego dnia o 10.00 wsiedliśmy na tył ciężarówki, która szykowała się do 90 km drogi do wioski Kharta pod wschodni Everest. Ciężarówka ku naszemu zaskoczeniu zapełniła się jeszcze kilkudziesięcioma workami ze słomą, kilkunastu Tybetańczykami ale przede wszystkim dwudziestu kilkoma młodymi jakami. Następnie była walka na zakrętach, aby jaki rogami nie wbiły się w bagaż bądź w nas samych. Tybetańczycy pilnowali, aby podnieść za rogi każdego jaka, który się przewrócił pod nogi sąsiada. Było wesoło i egzotycznie. Mężczyźni popijali rakszi (tybetańskie mocne wino), a my przez to wszystko niewiele widzieliśmy z przejechanej trasy. Ale potem mieliśmy to sobie odbić z nawiązką.

Po 5 godzinach byliśmy w Kharta. Tu było tylko 3750m, czyli nisko?, ciepło?, dużo tlenu? Kharta to miejsce niezwykle, ponieważ wielka rzeka Arun odwadniająca północny Everest, Cho Oyu, Shishe Pangme kończy tu bieg przez Tybet i wpada tu do kanionu przełomowego przez Himalaje. Nad kanionem nagle pojawia się las! Na płaskowyżu Tybetańskim nie ma lasów, a tu nagle rośnie prawdziwy las! W Kharta są też szczególnie silne wiatry wiejące popołudniu od Nepalu.

Wysiedliśmy z ciężarówki, i zobaczyliśmy, ze jeden z wiejskich domów ozdobiony jest nalepkami wypraw himalajskich. Zapukaliśmy i okazało się, że właściciele rzeczywiście mają pokój do wynajęcia. Tak też zakosztowaliśmy agroturystyki w wydaniu Tybetańskim. Smaczna kuchnia, pokój wokoło pieca, wieczór z wieloosobową rodziną tybetańską, bez znajomości języka, ale z bezproblemowym komunikowaniem się na migi.

Następnego dnia mieliśmy wyruszyć na trekking pod wschodni Everest, "najdzikszy trekking w centralnym Tybecie" jak opisuje przewodnik.

Z Kharta rozpoczęliśmy wędrówkę doliną w kierunku wschodniej ściany Everestu. Ścieżka przez pierwszy dzień prowadzi przez tybetańskie wioski. Są to wioski nietypowe, gdyż domy zwykle nie są bielone tylko w kolorze skały zlewają się z otoczeniem. Bardzo rzadko docierają tu obcokrajowcy, nie ma też Chińczyków. Wszystko wygląda zapewne tak samo jak od setek lat. Flagi modlitewne powiewają na 4 rogach każdego budynku. Wioski to zbite skupiska budynków, co chroni przed wiatrem. Wąskie, kręte przejścia, przyjaźni mieszkańcy. Wokoło pola jęczmienia i ziemniaków o tej porze roku już puste, zaorane. Pola pooddzielane są kamiennymi murkami, gdzieniegdzie rośnie krzak jałowca, brzoza czy wierzba czerpiąca wodę ze zbudowanej przez człowieka irygacji. Na budynkach namalowane pionowe kolorowe pasy oznaczają, do którego klasztoru buddyjskiego przynależy dany region.

Na zboczu, 150m ponad wioskami zobaczyliśmy buddyjski klasztor. Poszliśmy go obejrzeć, zachęceni przez wzmiankę w przewodniku, ze pierwszym obcokrajowcem co tam zajrzał był Sir George Mallory w 1921 roku. Dziś klasztor jest w opłakanym stanie. Zniszczony w czasie rewolucji kulturalnej, odbudowany przy bardzo skromnych środkach. Wewnątrz ubogi, rezyduje tu kilkunastu mnichów. Prosili nas o pieniądze, za opłatą zgodzili się na jedno zdjęcie wnętrza. Zapewne bardzo rzadko zaglądają tu turyści, komu by się chciało zbaczać ze ścieżki i włazić 150m na przeciwlegle zbocze? A przez całą wielodniową wędrówkę pod wschodni Everest nie widzieliśmy żadnych innych turystów.

Noc spędziliśmy na lace, 4350m. Szum strumyka umilał nam noc.

Kolejnego dnia wspinaliśmy się coraz węższa doliną aż na 4850m. Dookoła widzieliśmy już tylko góry, alpejskie łąki i karłowate krzaczki jałowca i różanecznika. Głazowiska kamienne, lodowcowe moreny.

Nastepny dzień, 8 listopada był dniem wspięcia się na przełęcz Langma La 5330m. Ścieżka coraz częściej przechodziła przez płaty śniegu. Było też coraz zimniej. Minęliśmy lodowcowe jezioro i wspięliśmy się po olbrzymich kamienistych morenach. Po południu wyszliśmy na śnieżną przełęcz. A widok zapierał dech w piersiach!!!

U naszych stop rozciągała się tysiąc metrów niżej wysokogórska dolina, na dnie której porastał las, a w zagłębieniach lśniło kilka górskich turkusowych jezior. Nad nami, zaraz za dolina górował grzebień najwyższych gór świata! Od lewej ośmiotysięcznik Makalu, siedmiotysięcznik Czomolonzo, potem obniżenie i dwa kolejne siedmiotysięczniki w prawo przechodzące w trzyszczytowy ośmiotysięcznik Lhotse, obniżenie przełęczy południowej i wreszcie wschodnia ściana Everestu, pionowa i śnieżna. Nie warto tu nawet wspominać o kilkunastu sześciotysięcznikach, które dopełniały panoramę.

Zeszliśmy poniżej przełęczy i na pierwszym możliwym wypłaszczeniu rozbiliśmy namiot na 5300m, aby obserwować niezwykły spektakl wschodu słońca następnego dnia rano.

Ale najpierw musieliśmy przetrwać noc w namiocie na 5300m w połowie listopada. Wieczorem zagrzaliśmy sobie butelki z gorącą wodą do wsadzenia do śpiworów. Szybko zrobiło się bardzo zimno. Powietrze było tak zimne, że trudno było oddychać, a nosy pozostawały jedynymi częściami ciała poza śpiworem. O 2 w nocy woda w butelkach w śpiworze już wystygła, tropik przymarzał do śpiworów, było strasznie zimno. Musieliśmy zagrzać sobie herbaty, zagotować nową wodę do butelek w śpiworach. O 7 rano przed wschodem słońca operacje musieliśmy powtórzyć. Cały namiot był oszroniony od środka, a woda w butelce co miała służyć na śniadanie i była ukryta w namiocie, w środku plecaka, owinięta w ubrania zwyczajnie zamarzła. To była najwyższa i najzimniejsza noc w naszej historii.

Ale rano wszystko zostało wynagrodzone. Jedna mała chmurka na niebie, nad Everestem, o ciągle zmieniającym się kształcie, cudowna panorama, najwyższe góry świata w pełnym słońcu. Podziwialiśmy ten spektakl aż do popołudnia. Rozkosz i szczęście.

W ciągu 2 dni powróciliśmy do wioski Kharta do naszej agroturystyki w nadziei, że uda nam się złapać ciężarówkę powrotną, która jeździ do Tashi Dzom średnio raz na 3 dni. Ale o ciężarówce nic nikt nie słyszał.

Od rana wiec wędrowaliśmy pieszo, mając przed sobą 90 km drogi, w nadziei, ze ktoś będzie czymś jechał. Wędrowaliśmy tak 2 dni, pokonaliśmy pieszo 60km. Mijaliśmy bardzo nieliczne domostwa tybetańskie, nocowaliśmy nad strumieniem. Po drodze w jednym z domów był nawet maluteńki sklepik, gdzie napiliśmy sie napoju pomarańczowego. Rozmawialiśmy z drwalami, którzy z rosnących krzaków wycinają fragmenty drewna opalowego. Przez te 2 dni mijaliśmy karawany osiołków, widzieliśmy jeden jeep i jedną ciężarówkę ale jadące w przeciwnym kierunku. Spotkaliśmy również 3 konne bryczki.

W pustynnym krajobrazie zaskoczeniem były dwa małe skrawki lasu na nawodnionym brzegu strumienia. Droga biegła to po starym rzecznym tarasie, to wycięta w skale brzegiem stromego kanionu. Teraz wszystko mogliśmy zobaczyć, bo poprzednio, walcząc z jakami w ciężarówce, widoki nam zupełnie umknęły.

Spotykaliśmy pieszo wędrujących Tybetańczyków, przyjaznych, wesołych choć nie znających nawet słowa w obcych językach. Jedna Tybetanka miała medalion z wizerunkiem Dalai Lamy, wizerunkiem, który jest zakazany w przez władze chińskie.

W końcu jak już nikt nie pomoże, to zawsze można liczyć na armię chińską. Drugiego dnia przed zmrokiem, gdy rozglądaliśmy się za miejscem pod namiot pojawiła się ciężarówka wojskowa z dostawą drewna opalowego dla garnizonu chińskiej armii, zabrała nas i w 1,5 godziny dowiozła do Tashi Dzom. Żołnierze bardzo sympatyczni, rozmawiali z nami na migi nie znając ani słowa angielskiego. Ciężarówka starej daty, kupa żelastwa, rozpalana na korbę, ale jechała!

Tak oto znaleźliśmy się ponownie w Tashi Dzom, w niewielkim spartańskim hoteliku Qomolungma. Można było najeść się ryżu w restauracji i ogrzać w ciepłym pokoju z kominkiem. A w sypialni nocą temperatura nie spadała poniżej plus 4 stopni! Jak na Tybet w listopadzie to upal.

Hotelik Qomolungma to wogóle ciekawe miejsce. Na ścianach w restauracji ma zarówno wizerunki Buddy i Panchen Lamy jak i portrety Mao, Deng-a i Jiang Zemin-a. Jest tu generator i telewizor. Jeżeli są turyści, włącza się generator (brak elektryfikacji w promieniu kilkuset kilometrów), a w telewizorze puszczają z wideo filmy, na które przychodzi cała wioska. Tak więc jest to centralne miejsce wieczorami w wiosce, miejsce kwitnącej kultury, kinematografii, miejsce, gdzie każdy szanujący się mieszkaniec powinien wieczorami bywać.

Hotelik Qomolangma jest też położony w samym środku wioski, na skrzyżowaniu 3 dróg które stąd się rozchodzą. Cały dzień można obserwować ruch konnych bryczek, które zjeżdżają się tu z okolicznych wiosek. W Tashi Dzom jest kilka sklepów, jak na okolice zaopatrzonych doskonale. Jest tez apteka sprzedająca nie zwykłe medykamenty lecz tybetańskie zioła w postaci brązowych kulek o różnym składzie.

Kolejny dzień przesiedzieliśmy, czekając na transport do klasztoru Rongbuk pod północną ścianę Everestu. Przyjechał na rowerze Bask z Hiszpanii, który już od 5 lat jedzie przez świat rowerem. Przejechał już całą Amerykę i prawie całą Azję. Do Tybetu wjechał przez chińską prowincje Yunnan, co jest zabronione, więc pokonywał kilka posterunków policji nocą. Nikt go nie zatrzymał. Na wiosnę, gdy puszcza lody, chce pedałować przez Kazachstan i wschodnia Europę i po 6 latach dotrzeć do domu.....

Znów pieszo ruszamy 14 listopada, tym razem pod północny Everest... ach ten transport tybetański...

Zmierzamy wiec pieszo z Tashi Dzom pod północny Everest. Mamy do pokonania 42 kilometry do klasztoru Rongbuk. Po kilometrze zatrzymujemy Tybetańczyka w przejeżdżającej bryczce, który za 20 zł podwozi nas pierwsze 10 km do wioski Pasum. Po drodze wyprzedzamy zdążającego tą samą trasą, ale rowerem Baska. Już przed Pasum pierwszy widok jeszcze odległego Everestu. Kolejne 12 km wędrujemy pieszo. Wyprzedza nas Bask na rowerze. Szeroka dolina w złotych kolorach suchych gór. W oddali świetliste śnieżne szczyty. Spory strumień, nad którym łąki o tej porze roku wyglądają sucho i jałowo.

W ostatniej wiosce, ChoDzom 4600m, jednej z najwyższych wiosek świata, zjadamy zupkę chińską zalaną wrzątkiem w jedynej w wiosce knajpce, a młody Tybetańczyk szykuje bryczkę, aby nas wywieźć do klasztoru Rongbuk na 5000m. Jest godzina 17, do zmroku pozostało 3 godziny, jednak Tybetańczyk przekonuje nas, że zdążymy. Tybetańczyk jest bardzo religijny, zatrzymuje się przy kilku buddyjskich czortenach dekorując je nowymi flagami i rozrzuca ziarna zboża wymawiając słowa modlitwy.

Podróż trwała 4 godziny. Ostatnią godzinę już przy świetle księżyca. Było bardzo zimno, wiał wiatr. Tybetańczyk użycza Iwonie kożuch, a raczej kurtkę ze skory barana i poi nas gorącą herbatą tybetańską z termosu. Klacz, która wcześniej żwawo ciągnęła na 5000m zwalnia do tępa żółwia. Co ciekawe za klaczą podąża źrebak, w jeszcze gorszym stanie niż my wszyscy. Tybetańczyk i Jurek idą pieszo by ulżyć klaczy. Iwona straszliwie przemarznięta wymawia pamiętne słowa "Nienawidzę tego Everestu!" Tybetańczyk śpiewa na cale gardło, co dodaje otuchy nam i klaczy. Śpiew niesie się po okolicznych górach.

W końcu godzina 21.00, ujrzeliśmy światełka klasztoru Rongbuk, najwyższego na świecie klasztoru. Weszliśmy do ciepłego, zadymionego pomieszczenia przy hoteliku klasztornym. Byli już tam obcokrajowcy z czterech jeepów, które nas mijały. Jak się jechało bryczką - zapytali się. Byli bardzo zdziwieni jak można podróżować w ten sposób. A macie jakieś specjalne zezwolenia? To wolno tak podróżować? Najbardziej sympatyczna była w tej grupie francuska para, małżeństwo które po stracie pracy kupiło sobie 16 miesięczny bilet lotniczy dookoła świata z 19 przelotami. Zaczęli od Rosji, Mongolii, Chin, Tybetu a mieli kontynuować przez Nepal, Indie, Tajlandie, Wietnam, Malezje, Indonezje, Australie, Nowa Zelandie, Oceanie i ostatnie miesiące spędzić w kilku krajach Ameryki Południowej.

Otrzymaliśmy zimne pokoje w hoteliku, bez ogrzewania ale z bardzo ciepłymi kołdrami. W Klasztorze Rongbuk brak restauracji, można jedynie kupić od mnichów chińską zupkę i zalać ją wrzątkiem.

Następny dzień to uczta dla oka i obiektywu. Klasztor Rongbuk to skupisko kilku budynków z widocznym w tle Everestem, górującym teraz już nad wszystkim. Dawniej klasztor był dużo większy, było ponad 200 mniszek i mnichów. Dzisiaj dużą część budynków pozostaje w ruinie. Te odbudowane po rewolucji kulturalnej nie zachwycają ani rozmachem ani wystrojem. Nie widzieliśmy żadnych modlitw, główne pomieszczenia pozostawały zamknięte.

Powędrowaliśmy 7 km do bazy pod północnym Everestem. Skręciliśmy z utartych szlaków na dawną półkę moreny nad doliną i dotarliśmy nią na 5415m. Ale cóż mieliśmy za widoki! Olbrzymi lodowiec Rongbuk z wieloma jeziorkami na powierzchni rozciągał się u naszych stop. W oddali na lodowcu pojawił się las lodowych seraków. Widać było szczyty Nuptse i Pumori już po nepalskiej stronie granicy. Nad tym wszystkim górował Everest, jego 3-kilometrowa północna ściana. Można było prześledzić klasyczną trasę północną, śladami Mallorego i późniejszych chińskich wypraw.

Już po zmroku dotarliśmy z powrotem do klasztoru Rongbuk. Tym razem byliśmy jedynymi turystami, wraz z nami w klasztorze nocowali jedynie mnisi i pielgrzymi.

Kolejnego dnia, gdy już mieliśmy pieszo wędrować w dół, zauważyliśmy, że formuje się karawana 3 bryczek z tybetańskimi pielgrzymami. Po krótkich negocjacjach pielgrzymi przesiedli się do 2 bryczek, zaś trzecia była do naszej dyspozycji. Pielgrzymi byli ubrani w futrzane kurtki i czapy, kobiety miały tradycyjne wełniane buty, wełniane suknie i piękną biżuterię. Mężczyźni śpiewali tybetańskie pieśni. Konie zadbane i pięknie udekorowane flagami w 5 kolorach buddyzmu były poganiane batami. My obserwowaliśmy pielgrzymów, a pielgrzymi nas, komentując i podśmiewając się z naszego zapewne dziwacznego wyglądu i zachowania.

Już po 3 godzinach dotarliśmy do ChoDzom i kontynuowaliśmy piesza wędrówkę w dół. Ostatnie 10 km do TashiDzom znów udało nam się załapać na transport bryczką, tym razem wraz z transportem worków z sianem. Ta bryczka podwiozła nas pod sam hotel Qomolangma w Tashi Dzom wywołując radość mieszkańców wioski, jako że byliśmy jedynymi turystami, a oznaczało to, że zostanie włączony generator i będzie tego wieczoru film! A był "Klasztor Szaolin!"

Kolejny dzień to już myśl o dotarciu do ciepła Nepalu. Z Tashi Dzom co jakiś czas jest ciężarówka zdążająca do głównej drogi Lhasa-Kathmandu. Tym razem pojawiła się dopiero o 16.00 po południu, przewożąc nas przez przełęcz Pang La 5150m. Jadąc na tyle ciężarówki było zimno, lecz jakie nas czekały widoki! Z Pang La widać jest 5 ośmiotysięczników równocześnie! Od lewej jest to Makalu, Lhotse, Everest, Cho Oyu, Shisha Pangma.

Dotarliśmy do głównej drogi i po kilkunastu minutach inna ciężarówka z sympatycznym Chińczykiem jako kierowcą dowiozła nas do hoteliku Everest Veo w Tingri.

Wydawało się, że to koniec przygód, lecz kolejny dzień zakończył się całodniowym bezskutecznym czekaniem na transport do Nepalskiej granicy. Przejechało jedynie 4 wyładowane ciężarówki i kilka turystycznych jeepów, lecz nikt nie był skłonny nas zabrać. Byliśmy zdegustowani po wielu godzinach w słońcu przy drodze.

Nadszedł kolejny dzień, byliśmy już zdesperowani. Znów przyszła z pomocą chińska armia. Ciężarówka poborowych i sprzętu zdążająca pod nepalską granicę do miasteczka Nyalam ochoczo nas zabrała. 150km po wyboistej, szutrowej drodze, przez dwie pięciotysięczne przełęcze dało nam w kość. Siedzieliśmy z tylu ciężarówki i było bardzo zimno. Poborowi na początku śpiewali, lecz potem skryli się już tylko pod kocami i futrzanymi płaszczami. Iwona namówiła jednego poborowego do oddania jej polowy futrzanego płaszcza. Na przełęczach były cudowne widoki śnieżnych Himalajów w dali, a odcinek pomiędzy przełęczami to niebywały płaski płaskowyż o wysokości 5000m, z płatami śniegu i wichura.

Po 4 godzinach byliśmy w Nyalam, 3700m, na skraju tybetańskiego płaskowyżu. Wiatr hulał jak każdego popołudnia więc zdecydowaliśmy się na nocleg w jednym z przyjaznych hotelików. Przypadkiem udało nam się zamieszkać w pokoju z widokiem, który jak się potem dowiedzieliśmy Lonely Planet opisuje jako najprzyjemniejszy pokój hotelowy w całym Nyalam. Do granicy nepalskiej jest stad 38 km.

Kolejnego dnia udało nam się przewędrować może półtora kilometra, gdy zabrał nas jedyny prawdziwy, bo bezpłatny autostop na naszej trasie. Był to szef celników chińskich z Zangmu, który jeepem wracał ze spotkania w Nyalam. Ćwiczył na nas swój angielski nauczony w szkole lecz zapomniany z braku praktyki. Droga na przestrzeni 30 km z suchego krajobrazu wchodzi w głęboki wąwóz porośnięty lasem, robi się zielono. Zangmu leży na 2200m, to już prawie tropik.

Zangmu to najmniej tybetańskie miasteczko Tybetu. Nie ma tu Tybetańskiej architektury, mieszkają tu Chińczycy, Nepalczycy, Hindusi a Tybetańczycy jedynie gdzieniegdzie się przewijają. Wokoło las, drzewa, szklarnie z uprawami warzyw. Zangmu leży na stromym zboczu, a jedyna ulica w mieście to droga z kilkoma serpentynami. W Zangmu znaleźliśmy dwie kafejki internetowe na kilka komputerów każda.

Z Zangmu powędrowaliśmy pieszo 7 km do nepalskiej granicy po drodze wchłaniając zapach drzew, wilgotnego, ciepłego powietrza i wsłuchując się w śpiew ptaków. Granica chińsko-nepalska to most na rzece. Po obu stronach mostu mnóstwo straganów z przeróżnymi dobrami, kolejka ciężarówek z obu stron, gęste sito celników. Celnicy chińscy zaopatrzeni as w prześwietlarkę dla wykrywania przemytu. Nepalczycy musza zdać się na własny nos.

Już w Nepalu wykupiliśmy nepalska wizę, wsiedliśmy do autobusu i wieczorem byliśmy w Kathmandu. Teraz od 3 dni leniuchujemy, objadamy się, wygrzewamy i zwiedzamy sklepy.

Następnym etapem naszej podroży ma być podróż do Goa, oazy tropikalnych plaż w zachodnich Indiach.

Pozdrawiamy.
Iwona i Jurek

Goa, plaza Anjuna, 1.12.2002

Cześć!
Na początek musimy jeszcze opisać kilka rzeczy, które umknęły nam do tej pory.

W Kathmandu spotkaliśmy dwójkę Polaków, w restauracji Blue Sky. Jednym z nich był wracający z wyprawy na Ama Dablam prowadzonej przez Pawłowskiego Jurek Kostrzewa, zwycięzca w konkursie Podróży na podróżnika roku w kategorii świat. Możecie o nim przeczytać w czerwcowym numerze Podróży. W nagrodę otrzymał bilet dookoła świata, który zamienił na 4 bilety powrotne w różne miejsca, bo jak powiedział "aby się wybrać dookoła świata trzeba mieć z półtora roku czasu, a mi łatwiej wygospodarować czterokrotnie po 3-4 miesiące". Z Jurkiem Kostrzewą spotykaliśmy się w tej samej restauracji przez kolejne wieczory na kolacji. Później on poleciał samolotem do Varanasi, by dalej pociągiem przez Kalkutę i Bangalore dotrzeć do słynnego indyjskiego uzdrowiciela z bujna czupryna - Sai Baby, który urzęduje niedaleko Bangalore, i wręczyć mu list...

Drugą spotkaną osobą był Piotr Poznański, dawniej znany w środowisku SKG, znajomy Stasia Białynickiego Biruli, znający też klub Jarema. Piotr Poznański bardzo dużo podróżował, był długo w Australii, a w Polsce nie było go 3 lata.

Wracamy teraz do opisu naszych przygód. Dwie ciekawostki z Delhi.
1) Próbowaliśmy wejść na internet w jednej z kafejek. Właściciel zapytał nas ile potrzebujemy komputerów. Wyjaśniliśmy, że jeden, a będą pocztę czytać dwie osoby. Kazał nam zapłacić albo podwójną stawkę, albo jedna osoba ma siedzieć w poczekalni.
2) Wybraliśmy się na dworzec kolejowy New Delhi do biura rezerwacji biletów dla turystów na 1 piętrze. Miejsce to jest kiepsko oznaczone i znane jest z naganiaczy. Ale to co nas spotkało przerosło wszelkie nasze wyobrażenia. Przed budynkiem stacji różne osoby próbują skierować turystę do sąsiedniego budynku. W tym sąsiednim budynku kolejny naganiacz informuje, ze biuro jest w remoncie i tymczasowo przeniesiono je na przeciwko. Jak się mówi, że tamto jest prywatnym biurem, naganiacze udają obrażonych i pytają, dlaczego im się nie wierzy, przecież chcą nam pomóc. Robią to z takim przekonaniem, ze nawet my, wiedząc o fałszywości tych ludzi przez chwilę zaczęliśmy im wierzyć.

Z Delhi do Bombaju jechaliśmy 22 godziny, zgodnie z rozkładem, a za współpasażerów mieliśmy grupę słynnych indyjskich artystów muzyków, którzy nie dostali miejsc w klasie z klimatyzacją i w związku z tym wbrew woli jechali pociągiem bez klimatyzacji. Artyści byli czasem rozpoznawani przez innych współpasażerów bo często występują w telewizji. Cały czas gadali o muzyce i nie dało się nawiązać dyskusji na inne tematy, ale byli bardzo sympatyczni.

Do Bombaju dotarliśmy o 6 rano, wynajęliśmy hotel, wzięliśmy drzemkę i kąpiel, po czym poszliśmy na wędrówkę kolonialnymi ulicami miasta. Miasto ma zupełnie inny charakter od Delhi. Tu da się żyć! Przyjemne ulice, bardzo dużo zabytkowych domów, trochę jak Wiedeń choć zupełnie inaczej. Dużo zieleni. Morze ze wszystkich stron, jako ze centrum Bombaju leży na półwyspie. Jednym z najsłynniejszych zabytków jest Gate of India, luk triumfalny na wybrzeżu, witający w porcie przybyszów z morza.

W południe wsiedliśmy na statek i popłynęliśmy przez godzinę do jaskiń na wyspę Elefanta, wysepce porośniętej lasem, ze wzgórzem, w którym w 7 wieku zostało wyrzeźbionych 5 jaskiń, dużych jaskiń ze świątyniami Siwy. Są tam przepiękne rzeźby, a sala z wieloma grubymi, zdobionymi kolumnami robi ogromne wrażenie.

W jaskiniach Elefanta spotkała nas też najdziwniejsza z przygód fotograficznych. Wolno tam robić zdjęcia, także z fleszem, lecz ochrona nie pozwala korzystać ze statywu zgodnie z zarządzeniem Archeological Survey of India. Kiedy zobaczyli nasz malutki trójnóg, oświadczyli, że nie wolno go używać. Początkowo ignorowaliśmy zakaz powodując awanturę, ale w końcu wymyśliliśmy metodę legalną także z punktu widzenia rządu Indii - stawialiśmy aparat na plecaczku. To było już ok.

Na zachód słońca zaszliśmy na Marine Drive podziwiać światła Bombaju nocą. Potem kolacja, znów drzemka i do pociągu do Goa.

Dziś o 10 rano wysiedliśmy w Goa i autobusem dotarliśmy na plażę Anjuna. Jest pełno palm wszędzie, nawet weranda naszego pokoju obsadzona jest palmami. Dojrzewają orzechy kokosowe i wszędzie jest ich bardzo dużo. Plaża jest ciekawa, ma ok 2 km, trochę skałek a resztę piasek i otoczona na skrajach skalistymi wzgórzami. Nad plażą stoją palmy, wśród których ukryły się restauracje a za nimi hoteliki. Bardzo fotogenicznie.

Jutro planujemy wędrówkę wzdłuż kolejnych plaż pooddzielanych wzgórzami na południe i powrót autobusem. Pojutrze ma być wielkie święto - imieniny Św. Franciszka Ksawerego, którego relikwie są w katedrze w Starym Goa i ma być niezła fiesta. W środę 4 grudnia ma być market w naszej wiosce Anjuna, jest tu spore targowisko, dziś było pusto, a co środa spływają tu na pięknych łodziach z całego Goa handlarze by zrobić kolorowy market.

Pozdrawiamy z gorącego Goa (jest ok 25 stopni o 10 wieczorem) i przesyłamy błękit nieba oraz szum fal ciepłego morza i te piękne zachody słońca, za horyzont, bo nie ma tu chmur.

Iwonka i Jurek

Goa, plaża Palolem, 5 12 2002

Cześć!
Po 4 dniach na plaży Anjuna w północnym Goa przenieśliśmy się o 100 km na południe na plażę Palolem. Jest to plaża w kształcie podkowy długości ok 1 km zakończona na obu końcach zalesionymi wzgórzami i do tego jest tu spora bezludna wysepka dostępna przy odpływie po piaszczystej lasze. Wioska Palolem jest nietypowa, bo mieszkańcy zakazali budowania murowanych domów.

Mieszkamy więc w bambusowym domku na palach w gaju palmowym, z widokiem na morze, z szumem fal, bo do miejsca, gdzie fale się załamują jest może 50 metrów! 10 metrów od naszego domku jest internet cafe na 2 komputery. Tak powinien wyglądać modelowy raj. W domku mamy łoże małżeńskie z wielką moskitierą, a przed drzwiami werandę z siedzeniami, z której można obserwować zachód słońca na morzu. Nad domkiem stoi piękna palma kokosowa z wielka ilością dużych kokosów. Zastanawiamy się jak to będzie, gdy któryś z nich spadnie nam na nasz słomiany dach.

Iwona i Jurek Maronowscy

Erytrea i Jemen - listy z podróży


Listy z podróży Mariusza Jachimczuka do Basenu Morza Czerwonego.
Zapraszamy do ciekawej relacji z  podróży.

Asmara, Erytrea, 4.10.2005
Massawa, 6.10.2005
Keren, 12.10.2005
Sana, Jemen, 13.10.2005
Warszawa, 21.10.2005

Asmara, 4.10.2005

Cześc
To bardzo fajny kraj. Dolecieliśmy tu w niedziele o 5 rano, przez Mediolan i Kair. W tym drugim spędziliśmy pół dnia, ale o Kairze napiszę później - w drodze powrotnej będziemy tam 2 dni.

Asmara - stolica Erytrei to zaskakujące miasto - zupełnie nieafrykańskie. Zbudowane zostało przez Włochów i mimo 30 letniej wojny wyzwoleńczej (z Etiopią) zachowało się w nienaruszonym stanie. Jest tu mnóstwo fantastycznej architektury, wysadzane palmami aleje, stare fiaty i setki kafejek. Ponieważ Asmara położona jest na wysokości 2300 m nie jest tu za gorąco, cały czas świeci przyjemne słońce a wieczorem jest nawet chłodno.

Co jest wyjątkiem w Afryce nie widać tu biedy, praktycznie nikt nie zaczepia na ulicy, nie prosi o pieniądze, nawet w nocy można bez obaw spacerować. W niedzielę zwiedzaliśmy miasto, odwiedziliśmy kilka kawiarni, oglądaliśmy erytrejski film w kinie i spacerowaliśmy ulicami. Ludzie są tutaj schludnie ubrani i czyści, bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów, którzy tu praktycznie nie docierają (przez 2 dni widzieliśmy może 120 białych). Zwiedzając miasto byliśmy też w katedrze, widzieliśmy synagogę i meczet - wyznawcy różnych religii żyją w zgodzie.

Prawie cały poniedziałek załatwialiśmy przeróżne permity. Erytrea jest w stanie wojny z Etiopią - praktycznie nie ma teraz działań zbrojnych, ale wszyscy poborowi są skoszarowani - każdy obywatel służy w wojsku - kobiety również. Panuje uciążliwa biurokracja, gdy obcokrajowiec chce wyjechać poza największe miasta musi załatwić permit. Nie jest to duży problem, ale wymaga odwiedzenia kilku miejsc. Podobnie jest z odwiedzaniem ruin antycznych miast (państwa Aksum) i klasztorów.

Wieczorem pojechaliśmy do Massawy - starego portu tureckiego nad morzem czerwonym. Droga z Asmary to tylko 130 km, ale to też 2300 m różnicy poziomów i zupełnie inny klimat. Massawa to straszny upał i duża wilgotność powietrza. Sama droga dostarcza dużo wrażeń. Prowadzi ona przez malownicze góry z przerażającymi przepaściami. Nadal leży w nich wiele pojazdów, niektóre są w pełni zardzewiale, inne zupełnie nowe. Nasz kierowca zatrzymał się po drodze przy kapliczce i zostawił pieniądze na modlitwę za nas.

Pozdrawiamy z gorącej Massawy
Mariusz

Massawa, 6.10.2005

Cześć
Massawa wykończyła nas - straszny upał, pomiędzy 11 a 15 nie sposób cokolwiek robić. Życie w mieście zamiera, nie jeżdżą busiki, sklepy pozamykane, a w hotelu jest pełno drzemiących ludzi (wiele osób śpi tutaj na łóżkach wystawionych na ulice:-).

Najstarsza część miasta jest położona na wyspie, która w całości ma zabytkową zabudowę (miasto zbudowali Turcy), trochę przypomina Zanzibar, ale jest bardzo zniszczone. Jak na miasto portowe przystało Massawa żyje nocą, knajpy są pełne ludzi, muzyka do 3 nad ranem a piwo (1,6 zł) kosztuje praktycznie tyle co woda mineralna.

W okolicy można nurkować na rafach (wyspy Dhalak), odwiedzić Rashaidow (ciekawa mniejszość etniczna) lub pojechać na depresje Danakilska (niezwykle krajobrazy). Wszystkie te atrakcje są niestety bardzo drogie:-( Podczas podróży do Massawy poznaliśmy kapitana jednego ze statków, bardzo sympatyczny i wesoły człowiek, pochodzi z Czarnogóry i już 6 lat pracuje dla żeglugi Erytrejskiej. I taki jest cały wyjazd, codziennie kogoś się poznaje, siedzi się z nim do późna w nocy itd. W pierwszym mailu zapomniałem napisać, że w niedzielę obserwowaliśmy wesele w Asmarze, ktoś nas zaprosił do stołu, było piwo i indżera (lokalny placek, który zastępuje zarówno chleb jak i ziemniaki). Wczoraj siedzieliśmy z poznanym Erytryjczykiem, a dziś byłem u mnichów w klasztorze Debre Bizen. Czasem już ciężko się wykręcić i np. nie jeść czegoś, chcą Cię ugościć wyjmują placek (indżerę) z niezbyt czystej torby, dostajesz herbatę w jakiejś brudnej szklance. Na szczęście mimo totalnego braku higieny nie dopadła nas jeszcze zemsta faraona.

Dzisiejsza wycieczka do klasztoru wymaga osobnego komentarza. Klasztor założony został ok. 800 lat temu na szczycie góry (ok. 2400, 2,5 godz. wejścia, super widoki). Wejść do niego mogą tylko mężczyźni. Co ciekawe również samice zwierząt nie mają tam wstępu (zaopatrzenie jest dowożone osłami). Same zabudowania to kilkanaście budynków z kamienia. Mieszka tam ok. 200 mnichów i studentów. Ci ostatni są niesamowicie gościnni (z nimi jadłem śniadanie). Niestety nie zostałem wpuszczony do biblioteki w które są przeróżne manuskrypty. Sama historia kościoła chrzescjańskiego Erytrei jest bardzo długa i wiąże się nierozerwalnie z Etiopią (której Erytrea była częścią). Sięga ona III wieku, gdy w Etiopii przyjęto chrześcijaństwo jako oficjalną religię.

Dziś wieczorem korzystamy z uroków Asmary - wreszcie będzie można się wykąpać - w ostatnim hotelu nie było wody...

Pozdrawiamy
Mariusz

Keren, 12.10.2005

Cześć

Siedzimy w Keren super miasteczku na północy Erytrei. Trochę tutaj jak w Sudanie, większość mężczyzn chodzi w galabijach, czytają Koran i nic nie jedzą (ramadan). Jest bardzo sympatycznie, dziś byliśmy na targu wielbłądów. Słońce w środku dnia jest tak męczące, że bez 2 godz. sjesty nie da rady wytrzymać. Z Internetem tu krucho, na kompa czekałem pół godziny, a w dodatku nie działa spacja.

Jutro napiszę z Asmary, tymczasem lecimy w odwiedziny do dziewczyn z Polski. Są tu same na misji od kilku lat. Niesamowita sprawa!

Mariusz

Sana, Jemen, 13.10.2005

Cześć
Planowałem napisać maila o ostatnich dniach w Erytrei, ale od rana jesteśmy w Sanie - stolicy Jemenu. Tak dużo się dzieje, że relację z przygód w Erytrei zostawiam na następne dni.

Po przygodach z samolotem, postoju w Chartumie, do Jemenu przylecieliśmy rano, od razu zaskoczyło nas opustoszale miasto. Wszystkie sklepy pozamykane, na ulicach pusto. Wiedzieliśmy, że jest ramadan ale o 10 rano myśleliśmy, że choć część sklepów będzie otwarta.

Pojedynczy spotkani mężczyźni zwracają naszą uwagę - noszą za pasem duży zakrzywiony nóż (dżajmbija), Około południa z nadzieją zjedzenia śniadania poszliśmy w kierunku starego miasta. Nadal prawie wszystkie sklepy i biura były zamknięte, udało nam się kupić jednak owoce, które później (nie drażniąc Jemeńczyków) zjedliśmy w hotelu.

Stare miasto ma niespotykaną architekturę - są to wysokie budynki zbudowane z kamienia i błota z białymi zdobieniami i alabastrowymi oknami. Wszystkie domy są pozornie podobne do siebie, mają dużo detali, piękne okiennice i drzwi z kołatkami. Chodząc wąskimi uliczkami czuliśmy się jak bohaterowie baśni z 1001 nocy. Starówka jest bardzo rozległa można godzinami chodzić i nie natknąć się na nowe budynki. Całości wrażeń dopełniają nawoływania muezzinów do modlitwy z licznych minaretów.

Miasto budzi się ok. 13, ale prawdziwy ruch zaczyna się po zapadnięciu zmroku. Najpierw wszyscy jędzą! W hotelu nasz recepcjonista siedział na podłodze z pełnymi ustami - ręką dawał znak zaproszenia do jedzenia. Po godzinie na ulicach są już otwarte wszystkie sklepy, a tłum rusza na zakupy. Trwa to do 3-5 nad ranem. Przed chwilą, gdy wędrowaliśmy po mieście widzieliśmy pracujące piekarnie, warsztaty samochodowe i korki na ulicach.

Ludzie są bardzo uprzejmi i zapraszają np. na herbatę. Niezwykły jest też bazar - na mnie zrobił on większe wrażenie niż bazar w Damaszku. Zwracają uwagę sklepy z lokalnym rękodziełem - szczególnie noże, lampy i piękne tanie wyroby ze srebra (jak ja to wszystko przywiozę!).

Niesamowity jest też czat (halucynogenne liście, z którymi spotkałem się już w Etiopii). Prawie każdy mężczyzna ma policzek nienaturalnie wypchany przeżutymi liśćmi. Z początku odbieram to jak deformacje twarzy po strasznej chorobie, ale gdy widzi się 80% mężczyzn z takimi policzkami przestaje to dziwić. Żują wszyscy: kierowcy, fryzjerzy, sprzedawcy...
Gdzieś czytałem, ze żucie czatu przez Jemeńczyków powoduje zmniejszenie wyników gospodarki o co najmniej 10%.

Pozdrawiamy
Mariusz

Warszawa, 21.10.2005

Witam!
Ramadan to miesiąc postu, wstrzemięźliwości i modlitwy. Jeszcze przed wyruszeniem na wyprawę zastanawialiśmy się jak będzie w tym szczególnym dla muzułmanów okresie. Pocieszaliśmy się że Erytrea to tylko ok. 50 % muzułmanów ale Jemen to praktycznie 100%. W samej Erytrei nie dostrzegaliśmy większych zmian w życiu ludzi, zdecydowanie dominują ortodoksyjni chrześcijanie. Również w rejonach bardziej muzułmańskich, przy granicy z Sudanem i portowej Massawie restauracje, sklepy i biura funkcjonowały normalnie. W wielu miejscach zauważało się jednak okolicznościowe stoiska, np. z daktylami (ulubiony przysmak muzułmanów) oraz większą liczbę osób studiujących Koran.

Jemen zaskoczył nas zupełnie. Można powiedzieć - wszystko na odwrót - dzień zamieniony z nocą. Pozamykane sklepy, puste ulice, skrócone godziny pracy. Oficjalnie ramadanowy Jemen pracuje od 11 do 15, i po przerwie od 21 do 23. W praktyce życie trwa przez klika godzin w okolicach południa oraz cała noc, przynajmniej do 3 nad ranem. Tutaj zupełnie normalne jest kupno lodówki o 2 w nocy:-) Muzułmanie przez cały dzień poszczą, nie pala też papierosów a nawet nie pija wody! Wielu z nich po 15 jest już trochę podenerwowanych, szczególnie gdy tego dnia pracują lub coś może spowodować spóźnienie na 'śniadanie'. Czuliśmy wtedy pewne przyśpieszenie, większy ruch a na ulicach pojawiały się nawet korki.

Po 17 meczety są pełne, słychać nawoływanie do modlitwy a w niektórych miastach wystrzały armatnie, gdzieniegdzie spóźnialscy biegną do meczetu. Po modlitwie zaczyna się śniadanie. Jemeńczycy zasiadają do posiłku zazwyczaj z najbliższymi. Jeżeli tylko to możliwe, na ten okres zamieszkują razem - gospodarz naszego hotelu oznajmił nam, że jest bardzo szczęśliwy - teraz mieszka z nim cała jego rodzina.

Nie każdy może spędzać ten miesiąc w domu, na starym mieście w Sanie wielu sprzedawców wspólnie organizowało sobie uroczyste śniadania. Jednego dnia penetrując starówkę zostaliśmy do takiego posiłku zaproszeni. W jednym z niewielu otwartych o tej porze stoisk siedzieliśmy wspólnie na podłodze i jedliśmy rękoma. Dania są bardzo różne i bardzo smaczne, ale oprócz placków chapati, kurczaka i ryżu wszystkie jadłem pierwszy raz. Nasi dobrodzieje co lepsze kawałki podsuwają w naszym kierunku, na migi pokazując, że to najlepsze i dla nas:-) Cała ta atmosfera trochę przypominała naszą Wigilię...

Po zjedzeniu posiłku wszyscy są bardzo radośni i szczęśliwi, uśmiechają się na około. W tym właśnie momencie wielu mężczyzn może wreszcie sięgnąć po czat - halucynogenne liście. Wiele osób udaje się też na zakupy a niektórzy do pracy.

Obserwowaliśmy też Ramadan w Kairze, w tym czasie przestrojonym lampionami. Egiptczycy pracują krócej ale w bardziej normalnych godzinach, od 8 do 15. Nie dotyczy to oczywiście miejsc bardzo turystycznych. W niedziele penetrowaliśmy Gizę, tuż przy bramce wejściowej na teren piramid znajduje się wiele sklepów i restauracji, m.in. Pizza Hut i KFC. Blisko 20 milionowe miasto zabiera każdy skrawek pustyni i z KFC do Sfinksa jest niewiele ponad sto metrów! O zmierzchu weszliśmy do restauracji, chłopcy w uniformach korporacyjnych zerwali się od stolika, od swojego śniadania ramadanowego. Po chwili zreflektowali się i zaprosili nas. Wspólnie zjedliśmy bardzo smaczna rybę (całą pieczoną w ogniu) z plackami chapati i frytkami.

To już koniec wyjazdu, maila piszę z pracy. Pokrótce co widzieliśmy a z różnych przyczyn nie opisałem w listach.

W Erytrei pojechaliśmy do miasteczka Senafe - za zachodzie kraju tuż przy granicy z Etiopia. Tam chodziliśmy po górzystej okolicy i penetrowaliśmy ruiny 2,5 tysiącletniego miasta Metera (Axum). Przeżyliśmy tam duża przygodę, spotkany patrol UN zabrał nas do swojego obozu który znajduję się na wierzchołku góry, miejscu praktycznie na granicy z Etiopia, zupełnie niedostępnym dla turystów. Żołnierze przygotowali dla nas wyborna kolację indyjską (stacjonuje tam batalion z Indii), dowiedzieliśmy się też dużo ciekawych rzeczy związanych z misja pokojową i szansami na zakończenie wojny.

Odwiedziliśmy też Keren i Agordat, miasta na północy Erytrei. Tam podziwialiśmy zupełnie inny, bardziej północno-afrykański krajobraz, okrągłe chatki, wyschnięte rzeki, karawany i meczety. Tam też odwiedziliśmy misje sióstr zakonnych z Polski. Niezwykła sprawa - dziewczyny pojechały praktycznie w ciemno, zmagają się z niesamowitą biurokracja ale maja już działkę i planują zbudować dom misyjny - ponieważ w Erytrei nie ma huty, stal sprowadzają z Włoch.

Erytrea to kraj praktycznie nie odwiedzany przez turystów - w przeciągu 10 dni spotkaliśmy tylko 5 podróżników oraz kilkunastu pracowników organizacji międzynarodowych. Kraj bardzo ładny, gościnny i bezpieczny ale sparaliżowany przez biurokracje, wiele ciekawych miejsc (Nakfa, Debre Libanos) jest nieosiągalnych ze względu nie wydawanie permitów przez rząd.

W Jemenie - teoretycznie oddalonym tylko o kilka godzin łodzią z Massawy - spędziliśmy 4 dni. Częściowo z powodu Ramadanu który utrudnia przemieszczanie się a częściowo z założenia ze trzeba tam pojechać na dłużej, na 2-3 tygodnie. Dwa dni spędziliśmy w stolicy, później pojechaliśmy oglądać piękne stare wioski w górach. Udaliśmy się też na jednodniowy trekking w górach Haraz (blisko 3000 metrów n.p.m). W drodze powrotnej, w Kairze zobaczyliśmy piramidy i kilka meczetów. Asia wyskoczyła jeszcze na 2 dni nad morze czerwone a ja wróciłem do pracy.

Pozdrawiamy
Mariusz

Chiny, Nepal, Indie - Listy z podróży do Tybetu

23.09.2002 - Pekin
27.09.2002 - Xian
29.09.2002 - Xian
01.10.2002 - Czat z Chengdu
02.10.2002 - Chengdu - relacja
02.10.2002 - Chengdu - czat
11.10.2002 - Kangding
15.10.2002 - Kangding
23.10.2002 - Chengdu po Leshan i Emei Shan

Część 2: Tybet, Nepa, Goa
25.10.2002 - Lhasa
29.10.2002 - Lhasa
30.10.2002 - Shigatse
20.11.2002 - Zangmu
23.11.2002 - Kathmandu
01.12.2002 - Goa, plaża Anjuna
05.12.2002 - Goa, plaża Palolem

Pekin, 23.09.2002
Internet Cafe w Qiao Yuan Hotel (5zl za godz.)

Cześć!
Tak oto od 9 godzin jesteśmy w Chinach. Lot przebiegł bezproblemowo. Z Moskwy do Pekinu Aeroflot Boeing 777. Wschód słońca zastał nas w okolicach Bajkału, ale było pochmurno. Dopiero za Ulan Bator rozpogodziło się. Mogliśmy podziwiać bezkresną pustkę Pustyni Gobi. Im bardziej na południe, szczególnie gdy wylecieliśmy znad Mongolii i lecieliśmy nad Chinami tym robiło się więcej pojedynczych domów czy tez jurt. W końcu pojawiły się góry porośnięte krzakami a później mocno przerzedzonym lasem, po grzbietach których prowadził Wielki Mur Chiński. Za Wielkim Murem każdy skrawek ziemi już zagospodarowany, siec dróg, autostrady z widocznymi tunelami pod górami.

Pekin z lotu ptaka to bardzo rozległy obszar z wieloma skupiskami wieżowców i blokowisk. Na lotnisku wymiana pieniędzy w automatycznej maszynie a nie w kantorze. Lotnisko olbrzymie i wyjątkowo czyste i nowoczesne. Po wyjściu z terminalu wcale nie obstąpił nas typowy azjatycki tłum, lecz spokojnie wsiedliśmy do autobusu do Placu Tiananmen (25 km).

Zupełne zaskoczenie, czyściutko, szeroka autostrada do centrum, a w centrum widoki raczej jak w Toronto a nie w Delhi. Szerokie, ładnie utrzymane i pomalowane jezdnie, dużo zieleni, mało trąbienia, chodniki, całkiem spokojnie jak na 10 milionowe miasto, nie czuć tłoku, nie odczuwa się hałasu, nikt nie zaczepia, można spokojnie spacerować. Rowerzystów wcale nie tak wielu jak sobie to wyobrażaliśmy, samochody często nowe, drogie, autobusy w miarę luksusowe, nieprzepełnione.

Pekin to wielki plac budowy. Wszędzie powstają nowe kilkunasto lub dwudziestokilku piętrowe domy.

Zakwaterowaliśmy się w hotelu Qiao Yuan, który jest schroniskiem młodzieżowym, pokój 4-osobowy (tzn. my i dwóch Irlandczyków, ok. 16 zł od osoby) Poszliśmy na spacer i okazało się, ze w bocznych, wązkich uliczkach napotkaliśmy ta Azje którą znamy z Indii, tzn. stragany z wszelkim dobrem, więcej śmieci, ale wśród tego także nowe domy. Pekin wygląda jakby pełną para szykował się do igrzysk olimpijskich 2008 roku.

Przygody do tej pory były takie:

  1. Zamówiliśmy obiad w barze za 15 zł dla dwóch osób, przynieśli dwie wielkie zupy i dwie ogromne porcje ryżu, tak wielkie, że nikt by tego nie zjadł i cole. 
  2. Chcieliśmy zamówić małą kolację, ale menu mieli po chińsku i po 10 minutach pertraktacji, bez szans dogadania się pomimo niezwykle milej obsługi i 3 kelnerów do pomocy poszliśmy do KFC na kurczaczka z frytkami. Oni w ogóle chyba lepiej rozumieją, gdy mówimy do nich po polsku niż po angielsku.

Powoli wychodzimy z szoku kulturowego.
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 

Xi'an 27 wrzesnia 2002
Uliczne internet cafe za 2,5 zł za godz.

Cześć!
Xian to takie "małe miasteczko wojewódzkie" w środkowo północnych Chinach, tylko 6,5 mln mieszkańców, 14 godzin pociągiem od Pekinu. Ale po kolei.

W Pekinie zwiedziliśmy Zakazane Miasto. To ogromny kompleks budynków z wielkimi placami. Wszystko drewniane. Tu rządzili cesarze Ming i Qing od średniowiecza aż do 1911 roku. Razem z nami zwiedzało wiele tysięcy turystów, głównie chińskich. Chcieli się koniecznie z Iwona fotografować. Część reprezentacyjna to bardzo rozlegle place, pałace w stylu pagód z tronami itd. itp. Z tylu jest część mieszkalna z ogrodami, ładnymi dziedzińcami porośniętymi średniowiecznymi cyprysami. Przyjemnie.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Chiński Mur. Jadąc 3,5 godziny 3 autobusami dojechaliśmy prawie 100 km na północ do pasma gór otaczającego Pekin. Góry są bardzo strome, skaliste, dość suche, porośnięte krzaczkami. Po grani wspina się mur. Byliśmy w pobliżu Huanghua, dzikiej części muru, gdzie krzaki porastają także sam mur i wszystko jest bardzo autentyczne. Bliżej doliny mur jest w złym stanie, rozbierany przez wieśniaków na cegły już od średniowiecza. Wyzej, po kilkunastu minutach wspinaczki stan się poprawił, a na szczytach stan jest doskonały - wieże strażnicze, murki z otworami do strzelania, bramy wejściowe itd. Oficjalnie ten odcinek muru można zwiedzać bezpłatnie, lecz wieśniacy pozakładali bramki, gdzie płaci się 2 Y (ok. 1 zł) za prawo korzystania z drabinki, wejścia na więżę, przejście przez sad. Pokonaliśmy 4 takie bramki. 

Ogólnie Wielki Mur robi wspaniale wrażenia, niezwykle jest to jak stromo wspina się na ostre granie, położony w pięknych dzikich górach, zarośnięty zapomniany. Wysoki na 4-7 metrów, szeroki na 3-4 metry, zbudowany z wielkich głazów i cegieł.

Kolejny dzień spędziliśmy zwiedzając Pekin. Piękne reprezentacyjne bulwary, ale na tyłach często tzw. hutongi, czyli to co normalne w Azji, ceglane niskie budynki, wąskie uliczki, tłok, brudno. Jednak głównie widać nowoczesne  centrum, gdzie wyburzono slamsowate hutongi i pobudowano wielkie gmachy, centra handlowe, wieżowce mieszkalne. Ulice szerokie, kilkupasmowe, bardziej przypominają zachód niż Azje. Pełno autobusów i trolejbusów, szerokie ścieżki dla rowerów i dużo rowerzystów. Ruch drogowy typowo azjatycki, kto pierwszy ten lepszy, pomimo  sygnalizacji świetlnej. Ulice wysprzątane. Jeżdżą polewaczki i odkurzacze. W Pekinie mieliśmy smog i upal ok. 30 stopni.

Środek Pekinu to bardzo rozległy plac Tiananmen. Na nim mnóstwo ludzi, mnóstwo też policji. Wiele osób puszczało latawce.

O 19.30 poszliśmy do Opery Pekińskiej. Spektakl trwał 70 minut, piękne kolorowe stroje, maski, piskliwy śpiew, tańce akrobatyczne, atrakcje świetlne. Było warto.

Kilka spostrzeżeń:

  • W Chinach jest nadmiar ludzi. W restauracji po kilka kelnerek, w sklepach za dużo ekspedientek. W autobusie 1 lub 2 konduktorów. Przed przystankiem konduktor naciska guzik uruchamiający tekst z głośników "Przystanek ......, następny przystanek......" 
  • W hotelu zawsze dostępna gorąca woda w termosie, wiec łatwo robić sobie herbatę.
  • Jedzenie bardzo tanie, bardzo smaczne i dostaje się bardzo dużo - jedna porcja starcza na 2 osoby. Przykładowo zamawiając pierogi za 18 Y czyli 9 zł dostaliśmy wielki talerz z 50 sztuk pierogów. Zawsze podają tez bezpłatną herbatę.
  • Często jest problem z porozumieniem się co chcemy jeść, bo brak menu w językach obcych, nikt zwykle nie mówi inaczej niż po chińsku. Porozumiewamy się na migi bądź kartka i długopisem, nawet rysując co się chce.

W schronisku wyprowadzili się od nas Irlandczycy, a zakwaterowali nam Japończyka. Japończyk w nocy przemawiał przez sen i kiepsko się spało, bo obawialiśmy się, ze za chwile wyskoczy z łóżka z mieczem. W Xian mamy wiec już pokój 2-osobowy.

W końcu wczoraj wsiedliśmy do pociągu do Xian, 14 godzin, kuszetka. Ponad 1000 km. Luksusowo. Elektroniczny napis ścienny w wagonie informował o  szybkości pociągu i nazwie kolejnej stacji. 6 osób w przedziale bez drzwi.

Xian do 10 wieku przez ponad 1000 lat było stolica Chin. W 8 wieku miało 2 mln mieszkańców i było największym miastem świata. Pozostały mury miejskie 14 km długie i trochę zabytków. Dzisiaj zwiedzaliśmy dzielnice muzułmańską, gdzie tacy sami Chińczycy jak wszędzie chodzą w strojach muzułmanów. Wielki meczet podobny do pagody z zakrzywionymi ku górze dachami. Wokoło bazar z pamiątkami.

Jutro jedziemy obejrzeć grobowiec z 200 p.n.e. ze słynną armia terakotowych żołnierzy. W Xian jest troszeczkę chłodniej niż w Pekinie, może dlatego ze jest tu nie 50 lecz 450 m npm. lecz w dzień nadal dochodzi do 30 stopni. W Xian jest tez mniejszy smog niż w Pekinie, choć spaliny i kurz nadal się czuje. Krajobrazy z pociągu wskazują, że poza górami wszystkie lasy w Chinach zamieniono na pola uprawne. 

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 

Xi'an, 29.09.2002

Cześć!
Wczoraj spędziliśmy 3 godziny oglądając muzeum terakotowych żołnierzy 40 km od Xian. Jest to cos niezwykłego. Pierwszy cesarz Chin w 3 wieku p.n.e. wybudował sobie grobowiec który obecnie jest wielkim kopcem i kazał wyrzeźbić swoją armie, którą ustawił 1,5 km dalej by strzegła grobowca. Armie ustawiono w szyku bojowym. Armia postawiona była w wykopanych w ziemi korytarzach i przykryta drewnianym stropem, potem matami i ziemia. Historia tak się potoczyła, że miejsce zostało zapomniane i dopiero w 1974 roku rolnicy kopiąc studnie natknęli się na rzeźbę na głębokości ok. 5 metrów. Wokoło były od wieków pola uprawne, kukurydza, zboże.

Archeolodzy odkopali wiele tysięcy żołnierzy z terakoty (wypalona glina), każdy żołnierz jest inny, ma inny wyraz twarzy, trochę inny strój, różne szczegóły jak fryzura, pasek, zapięcie paska, buty, wąsy itd. Rzeźby są rozmiaru rzeczywistego, współcześni Chińczycy wydają się nawet ciutkę niżsi. Cała armia była uzbrojona w prawdziwą broń, luki, miecze kopie, kusze itd. Wśród wojska były tez prawdziwe rydwany, lecz te z drewna całkiem się rozpadły, jedynie pozostały elementy z brązu, np. piasty kół. Rydwany były ciągnięte przez konie, z terakoty, też prawdziwej wielkości, które zachowały się znakomicie.

Żołnierze w armii mają różną rangę: żołnierz, oficer, generał, łucznik, woźnica, kiedyś wszyscy byli pomalowani, kolorowi, zupełnie jak prawdziwi. Teraz tej farby pozostały tylko resztki.

Dzisiejszy dzień poświęciliśmy na spacerowanie po Xian. Mury obronne są kilkanaście metrów wysokie i tyleż szerokie i maja 14 km długości. Ciągną się na prawie całej długości, większość ulic przechodzi przez dawne bramy miejskie, tylko niektóre, najszersze prowadza przez wyłomy w murze.

Natknęliśmy się na wąską uliczkę w stylu Ming, gdzie chyba wszystkie budynki mają dachy jak pagody. Część domów jest zaniedbana, ale większość ładnie odnowiona. Kilka godzin byliśmy w parku miejskim, gdzie dzięki drogim biletom wstępu jest dużo mniej ludzi. Jest tam ładnie, stawy, pagody, fontanny, kwietniki itd. itp.

Xian ma dużo nowoczesnych budynków, lecz spore fragmenty miasta zachowały styl dawnych azjatyckich uliczek z nagromadzeniem sklepików, ciasnota, straganami z jedzeniem itd.

Dziś o 22.18 wyruszamy w 16 godzinna podróż do Chengdu. Mamy bilety na miejsca siedzące, bo zabrakło kuszetek. Zaczął się długi weekend z okazji święta narodowego Chin. Do 6 października będziemy mieli kłopoty z transportem i noclegami.

Kilka spostrzeżeń:

  • W Chinach jada się pałeczkami. Początkowo nosiliśmy ze sobą plastikowe widelce, lecz wszyscy się na nas gapili i się uśmiechali, więc obecnie jadamy już pałeczkami jak rodowici Chińczycy tyle ze nam czasem kiepsko idzie, zwłaszcza przy spaghetti.
  • Praktycznie wszystkie Chinki chodzą w spodniach, czyżby miały krzywe nogi?
  • W hotelu nie dostaliśmy klucza do pokoju, lecz kartę. Każdorazowo po przyjściu pokazuje się kartę z numerem pokoju i pokojowa z pękiem kilkudziesięciu kluczy otworzy nam nasze drzwi. Pokojowa czeka na każdym piętrze przez 24 godziny na dobę, wiec nie ma problemu z wejściem do pokoju.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 

Chengdu, 1.10.2002 - zapis czatu z Jaremowiczami

Iwona i Jurek Maronowscy - Uwaga!
Jest u Was wtorek godz. 15.00 U nas jest 21.00. Przez godzinę będziemy on-line. Czekamy na korespondencję.

Zbyszek Henning - Cześć Wędrowcy, Zmartwiła mnie wiadomość ze udajecie się za południowy-zachód. Od wieków Rosjanie wędrowali na wschód, bo tam jest mityczna kraina mlekiem i miodem pachnąca zwana APONIA. Można też tam dotrzeć idąc na zachód, ale wtedy trzeba okrążyć ziemie. To wędrówka-pielgrzymka na wschód  wyjaśnia kolonizacje Syberii i niezwykłość ludzi tam mieszkających. No ale Wy nie jesteście Rosjanami, inna jest naznaczona destynacja i wiatr gna Was na południe, ku wznoszącym się do nieba górom.
Wracając od marzeń-symboli do Waszej wędrówki zabrakło mi sztandaru  Chin - niedźwiedzia Pandy (tej olbrzymiej) - może na swym szlaku ja spotkacie, choćby w ZOO. Ale jak nie spotkacie to chyba jeszcze można ją obslajdować w Maskwie. Dzięki za komputerową wymianę myśli, relacje z Pekinu, Wlk Muru, Xian i armii terakotowej.

Iwona i Jurek Maronowscy - Jak wiadomo, na wschodzie jest już tylko Szanghaj, Korea i Japonia. Czy warto tam jechać? Ta mityczna kraina leży na wschód od zachodu i na zachód od wschodu, gdzieś tak jak Tybet czy Syberia. Właśnie tam zdążamy. Amerykanie jadą na dziki zachód przecież? 
Misia pandę w ilości kilkunastu sztuk widzieliśmy dziś w stacji rozmnażania misi pod Chengdu. Góry wokoło Chengdu to ich kraj, mieszka tam ok. 1000 dzikich pand olbrzymich.
Raduje nas internetowy czat z Tobą, chcemy jeszcze.

Zbyszek Henning - HURAAAAAAA. Jurki upolowali Pandy. Iwonka musi być zachwycona. A mogliście je pogłaskać?

Iwona i Jurek Maronowscy - Głaskać nie, wszystkie dorosłe spały na wybiegach, dwa roczne baraszkowały na drzewie w odległości 4-5 metrów od nas. Mogliśmy tez przez szybę z odległości 50 cm obejrzeć 4 miesięczne pandki w inkubatorach!!!!!! Skąd Zbyszku wiesz, ze Iwonka była zachwycona? Była bardzo!

Zbyszek Henning - Ja to sobie pomyślałem ze Aponia jest gdzieś koło Kamczatki - może się z Kawerskim tam wybierzemy. Tylko Piotrek obawia się podróży rosyjskimi liniami podniebnymi. 

Iwona i Jurek Maronowscy - Irlandczycy co z nami w Pekinie w pokoju spali przyjechali z Petersburga pociągiem w 4 dni do Irkucka, załatwili wizę mongolską, pojechali pociągiem do Ułan Bator, załatwili wizę chińską i byli w Pekinie. Rosję chwalili, pomimo braku znajomości języka i braku umiejętności czytania nawet nazw stacji cyrylicą. Nawet my się z ich opowieści zachęciliśmy i pomyśleliśmy ze błędem było lecenie do Pekinu, gdy mieliśmy tyle czasu trzeba było jechać koleją......

Artur Flaczyński - Cześć, U nas jest ciepło, miło i słonecznie. Aż chciałoby się pojechać w góry. Czy z Chengdu widać już góry? Pewnie tak. Jaka jest panorama okolicy? Czy zauważacie zmianę w klimacie po przejechaniu kolejnych setek km na południowy zachód? 

Iwona i Jurek Maronowscy - Z Chengdu nie widać niestety gór. Jest do nich ze 200 km, pomimo że na globusie to chyba blisko. Jest trochę smog, wczoraj było pochmurno i nawet popadał deszczyk, dziś znów słońce i upal pewnie 27 stopni. Klimat się bardziej utropikalnił, pojawiły się kwiaty i bananowce. Jadąc z Xian do Chengdu przejeżdżaliśmy przez wielkie góry. Pociąg wspiął się z 450 m na 1350 m i znów zjechał na 490 m w Chengdu (odczyty wysokościomierza) Wokoło góry bardzo wielkie, doliny niezwykle głębokie, wąskie. Kilkadziesiąt tuneli kolejowych.

Zbyszek Henning - Pytanie w stylu Towarzystwa Eksploracyjnego: czytałem kiedyś, ze tam są takie wielkie lokomotywy parowe - ciągnące i pchające jeszcze pociągi towarowe. Czy takie widzieliście? Jeśli nie to wytężajcie wzrok. U nas w Psich kiszkach również przyjechał parowóz z Wolsztyna zwany "Piękna Helena" i ciągnął podobno pociągi do Otwocka.

Iwona i Jurek Maronowscy - Widzieliśmy tylko zelektryfikowane linie kolejowe, żadnych parowozów, pociągi jeżdżące 135 km/h i nijak to się ma do PKP (poza magistralą rzecz jasna)

Zbyszek Henning - Elektrowozy niestety nie maja duszy - podobno parowozy zachowują się jak myślące stworzenia..... Niestety 21 wiek.

Marcin Kulik - Cześć !! A jak Wam się jechało na miejscach siedzących razem z Chińczykami ?? Pewnie niepowtarzalna przygoda ;)))

Iwona i Jurek Maronowscy - Chińczycy są zupełnie spokojni. Nie gapią się, nie zaczepiają. Z panami siedzącymi na przeciwko jedynie wymieniliśmy ukłony powitalny i pożegnalny, a potem oni na nas nie patrzyli. 16 godzin w pociągu to dużo na tyle, by przelotnymi spojrzeniami zapoznać się z wyglądem wszystkich okolicznych pasażerów (cały wagon otwarty bez przedziałów). Wagon był klimatyzowany i ok. Co 2-3 godz przechodził ktoś z obsługi i ścierał na mokro podłogę. Co 15 minut również w nocy jechał pan z Warsu z jedzeniem i piciem i wrzeszczał "piwo jasne!!!!!" lub cos w tym stylu.

Marcin Kulik - Dzięki za list! Przywieźcie koniecznie pałeczki z Chin, to może zaprezentujecie w Jaremie sztukę jedzenia tymi narzędziami :))). 
Czy znacie może w Necie jakąś stronę z sensowną mapą Chin (żeby wiedzieć, gdzie jesteście!) ?
PS1 Myślałem, że długie weekendy to tylko polska specjalność. A tu w Chinach też szykuje się tygodniowy weekend :)))
PS2 Jak się kupuje w Chinach bilety kolejowe ? Czy jest tak jak w Rosji, że za łapówkę miejsce zawsze się znajdzie?

Iwona i Jurek Maronowscy - Cześć! 1. Pałeczki chętnie przywieziemy i zaprezentujemy.
2. Strony z mapa Chin żadnej w pomyśle nie mamy.
3. Długie weekendy to fikcja. Wszystko wygląda tu jakby był dzień powszedni, nawet banki są czynne a korki jak co dzień. Niedziela zresztą tez tak wyglądała. Może to dlatego, ze jak polowa Chińczyków weźmie urlop to reszta jest w stanie stworzyć pozory pełnego obsadzenia wszystkich stanowisk. W pociągach na pewno więcej biletów wykupili.
4. Bilety to ciągła walka. Kolejki do okienka maja czasem pól godziny, a jak się dojdzie to nie wiadomo, czy zechcą sprzedać i czy będzie w ogóle miejsce. Można korzystać z biur turystycznych lub hotelu, ale wtedy płaci się słoną prowizje. My póki co zawsze walczyliśmy na stacjach. Raz pani odmówiła nam sprzedania, innymi razy albo nie było miejsc albo nam sprzedano bez problemu.

Marcin Kulik - Eeee, to jednak Polacy bardziej lubią i świętują długie weekendy ;)). Przynajmniej warszawiacy.
Wagon klimatyzowany - to cos w rodzaju naszego InterCity :))). A czy bilet na taki pociąg jest też tak diabelnie drogi jak u nas ? Czy byliście jedynymi białymi pasażerami w wagonie ?

Iwona i Jurek Maronowscy - Klimatyzacja rzeczywiście jak u nas w intercity, ale tu w lato są takie upały, że bez klimatyzacji można podobno odparować. Bilet na kuszetkę Pekin - Xian (14 godz. ale do 135 km/h przynajmniej pół trasy) kosztował ok. 130 zł, Xian-Chengdu (16 godz.) siedzenie ok. 50 zł. To raczej znacznie taniej niż w Polsce. W wagonie Pek-Xian było kilku zagranicznych. Xian-Chen byliśmy jedyni, lecz w innym wagonie widzieliśmy jeszcze 2 plecakowiczów bladotwarzowych.

Artur Flaczyński - Mapka Chin jest już na Waszej stronie z listami. 
Słyszałem, że z kupnem biletów są spore problemy. A jak udaje się Wam trafić do właściwego okienka? To ponoć też jest trudne. Kiedyś chłopak na liście dyskusyjnej opisywał, jak zwrócił się o pomoc do milicjanta, co ponoć jest ryzykowne, a ten po 10 minutach tłumaczenia "rozstąpił" tłum i zaprowadził bez kolejki do właściwego okienka.

Iwona i Jurek Maronowscy - Z tym właściwym okienkiem do zakupu biletów kolejowych, to jest tak, że mamy napisana nazwę stacji docelowej na kartce po chińsku (Jurek sam przepisuje krzaki z przewodnika) następnie zajmujemy kolejkę i pytamy wszystkich dookoła pokazując kartkę, czy dobrze stoimy. Zawsze działa.

Marcin Kulik - To chyba Jurek ma duże zdolności artystyczne :)))) A po jakiemu pytacie ?? Czy macie jakieś rozmówki polsko-chińskie ? :)))
Napiszcie coś w liście o tej stacji rozmnażania misi ;))
Jak na złość, pogoda się poprawiła, jak przerwałem urlop. Dziś w Wawie jest słonecznie i 17 stopni. Jednak na Kasprowym nadal leży śnieg. Weekend znów ma być wszędzie chłodny. A u Was nadal ciepło ??

Iwona i Jurek Maronowscy - U nas wczoraj był deszczyk i 22 stopnie, dziś słonko i 27 stopni. Obsługa pałeczek jest na trójkę. Polskie litery w mailach wyglądają normalnie, ale my nie możemy żadnej polskiej litery napisać, bo gdy spróbujemy to albo wyskoczy krzak albo w ogóle coś się złego wydarzy, np. musimy od nowa pisać maila.
Współczujemy zlej pogody. Musi ktoś mieć złą pogodę aby dobrą miał ktoś.... 

 

Chengdu, 02.10.2002
Internet Cafe w Akademii Medycznej, 1 zl za godzine!!!!

Cześć!

Pociąg z Xian do Chengdu jechał dokladnie według rozkładu. Musimy jednak opowiedzieć, jak kupowaliśmy na niego bilety. Kilkakrotnie odwiedzaliśmy kasy biletowe na stacji, ponieważ chcieliśmy zakupić kuszetki. Za pierwszym razem powiedziano nam, ze musimy startować w przeddzień odjazdu lub w dniu odjazdu. W biurze turystycznym w hotelu powiadomiono nas, że prowadzą przedsprzedaż biletów, ale z powodu świąt wszystkie kuszetki są sprzedane do 2 października, ale mogą nam załatwić za dużą prowizją. My prowizji nie lubimy płacić, więc w przeddzień wyjazdu poszliśmy na stację. A tu wielka kolejka przed długim weekendem (od 1 października do 6 października z okazji 53 rocznicy proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej...) Właściwe okienko zawsze wybieramy pokazując innym pasażerom z kolejki kartkę z nazwą stacji docelowej przepisaną z przewodnika krzaczkami . Rozmawiamy na migi, kierują nas zawsze do właściwego okienka.

Tym razem kolejka była na pół godziny, pomimo, ze działały wszystkie 30 okienek z kasami. Zaskoczeni odeszliśmy z okienka z kwitkiem, bo pani była rasistka i odmówiła sprzedaży białym. Kolejna próba następnego dnia rano, o ósmej była sporo krótsza kolejka, udany zakup biletu, ale na miejsca siedzące. Kasjerce też oczywiście pokazujemy kartkę, bo ustnie trudno właściwie wymówić nazwy.

Pociąg był ok. klimatyzowany, bez przedziałów, siedzenia średnio wygodne ale czyste. Chińczycy przyjaźni, nienarzucający się. Sprzedawcy całą dobę roznosili napoje, jedzenie, gazety. Bardzo popularne są zupki w dużych kubkach, ostatnio tez dostępne w supermarketach w Polsce. Zalewa się wrzątkiem, a w pociągu jak i w każdym hotelu wrzątek jest bezpłatny i zawsze dostępny.

Chengdu, 10 milionowe, największe miasto Chińskie poza wybrzeżem i Pekinem, okazało się najprzyjemniejszym z dotąd odwiedzonych miast. Wielkomiejskie ale bez zbędnego rozmachu. Kolorowe, zielone. Dużo ryksz rowerowych, miejscami tłok i korki lecz wiele ulic całkiem spokojnych.

Zamieszkaliśmy w hoteliku polecanym przez Lonely Planet - Sam's Backpackers, troche na uboczu, na terenie Akademii Medycznej. Ale wybór wyśmienity!! Wielki czysty pokój z łazienką, w stylu hoteli pięciogwiazdkowych, telewizja kablowa z 25 kanałami po chińsku i jednym po angielsku (Central China TV program 9 !!!!!) Kosztuje nas
ten pokój aż 50 zł za noc, ale czujemy, ze to tanio. 

Pierwszy dzień w Chengdu odsypialiśmy podróż. Drugiego dnia wybraliśmy się do centrum badania i rozmnażania Pandy Olbrzymiej. Jest to duży teren porośnięty lasem bambusowym, wielkie wybiegi sprawiają wrażenie naturalności. Wszystkie dorosłe Pandy spały, jedne na drzewach, inne pod murkiem lub w skalnych jamkach. Tylko dwa roczne pandziątka baraszkowały to włażąc na drzewo, to z niego spadając. Bardzo zabawne i fotogeniczne, a mogliśmy to obserwować z 5 metrów.

Inną niezwykłą sprawą są malutkie, miesięczne pandy. W tym roku urodziło się ich pod koniec sierpnia 4 szt. Jedna jest pod opieka matki, którą również można oglądać przez szybę. Pozostałe 3, odrzucone przez matki, znajdują się w inkubatorach. Inkubatory ustawiono przy szybie, zza której można to wszystko obserwować. Pani doktor w maseczce i rękawiczkach cały czas nadzoruje małe pandki. Obok zagrody pand olbrzymich, które rozmiarem przypominają niedźwiedzia czarnego, są zagrody pand czerwonych. Te są dużo mniejsze, mają piękne długie, puszyste ogony i ciągle śpią na drzewach. Wycieczka do Pand bardzo nam się podobała, a w mieszczącym się obok
muzeum dowiedzieliśmy się dużo ciekawych szczegółów. Pand olbrzymich na wolności jest ok. 1000 sztuk w 30 odizolowanych rezerwatach, wszystkie w górach otaczających Chengdu, na wysokości 2500-3500 m npm. Pandy w niewoli bardzo niechętnie się rozmnażają, muszą mieć olbrzymie wybiegi i poczucie wolności. Inaczej można jedynie stosować sztuczne zapłodnienie.

Po południu odwiedziliśmy świątynię buddystów chińskich w Chengdu. Bardzo żywa świątynia, kilkudziesięciu mnichów odprawiało modły pięknie śpiewając i grając na rożnych instrumentach. Ludzie zapalali kadzidełka i modlili się. Na terenie klasztoru jest też herbaciarnia i setki osób piją herbatę wśród drzew. Jest też restauracja wegetariańska, gdzie z soi i innych warzyw tworzą dania imitujące wyglądem i smakiem potrawy mięsne.

Wieczorem spacer po centrum Chengdu to wyprawa w inny świat. Tłumy ludzi wśród lasu kolorowych neonów, luksusowych butików i centr handlowych, restauracji. Tak wyobrażaliśmy sobie Hongkong. Tylko na centralnym placu niespodzianka - wielki posag Mao spoglądający z uniesiona ręką na swój lud i jego kolorowe reklamy.

Dzisiaj rano wypoczywaliśmy, a potem badaliśmy rynek pod względem dalszej trasy. Wyjazd do Tybetu kosztuje 1850Y tj. ok. 225 dolarów, w tym zezwolenie i bilet lotniczy w jedną stronę Chengdu-Lhasa. Być może wiec zamiast jechać północną drogą do Tybetu lądem, autobusami (co podobno kosztuje 200 USD, czyli prawie tyle samo), wsiądziemy jednak do samolotu.

Odwiedziliśmy 6 sklepów ze sprzętem trekkingowym. Buty górskie, namioty, plecaki, pełne zaopatrzenie. Znaleźliśmy nawet kurtki Campus z polskimi metkami!!!!. Butle gazowe niestety są tylko do EPI-gaz. My mamy blueta i chyba będziemy musieli niestety kupić nowa kuchenkę. Jutro kupimy.

Odwiedziliśmy też wielką księgarnię, 3 pietra, w środku schody ruchome itd. Pełno ludzi na podłogach czytających książki. Wybór map górskich okazał się znikomy. Okolice Gonga Shan 7556m, pod którą pojutrze chcemy jechać, znaleźliśmy tylko w miarę porządną mapę w wielkim atlasie prowincji Sichuan. Jurek przerysował. Zakupiliśmy za
to mapę Polski, z wszystkimi nazwami po chińsku. Fajna lektura.

Pojutrze rano o 6.30 chcemy wyruszyć autobusem w masyw Gonga Shan, w Górach Sino-Tybetańskich 400 km na południowy zachód od Chengdu. Potem powrócimy do Chengdu.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek



Chengdu, 2.10.2002 - zapis czatu z Jaremowiczami

Iwona i Jurek Maronowscy - Wczoraj internet nam nagle tak spowolnił, ze nic już się nie dało napisać i poszliśmy spać. Dlatego czat nagle padł.

Zbyszek Henning - Super! Wiadomość doszła. Obawiam się tylko tego, że z butlami z epi może być problem w samolocie. Fajnie że żyjecie jak zachodni turyści, opływacie w luxusy wypracowane przez chińską klasę robotniczą. Spadek cen za internet jest dramatyczny. Sądząc z poprzedniego czata jest w Chinach wieczór, jesteście po kolacji, oczy Wam się kleją - ale piszecie do wiernych jaremowiczów. 

Iwona i Jurek Maronowscy - U nas jest 22.20 Jutro śpimy długo, a więc rusza czat!!!!!!!

Marcin Kulik - No to super :))). Miałem już wyjść z pracy, ale w takim razie chyba jeszcze nie wyjdę :))
U nas jest 16.25. Jak tempo netu w Akademii Medycznej ? Czy nie grozi nam przerwanie dzisiejszego czata ?

Iwona i Jurek Maronowscy - Butli z EPI nie chcemy zabierać nigdzie samolotem. Jak są w Chengdu to i będą w Lhasie. Teraz chcemy kupić butle na wędrówkę górami Sino Tybetańskimi pod Gonga Shan! Internet jest tu dramatycznie tani, ale obok nas siedzi kilkudziesięciu (Iwonka doliczyła 30-stu) studentów chińskich i surfuje lub gra w gry. Jak na 22.26 to chyba nieźle...

Iwona i Jurek Maronowscy - Internet tu działa jak rakieta, nie ustępuje jakością szwajcarskiemu łączu jakie miałem w Polsce w pracy. A wczoraj rzeczywiście nagle spowolniło. Dziś zapewne tez może się tak stać. Jak ucichniemy to znaczy ze się zepsuło.....

Zbyszek Henning - Czy nie odczuwacie wrażenia - że te neony, wieżowce, miasta powstały, bo Chińczycy mieli dość łagru, obozu pracy - że nie chcieli domagać się wyższych pensji, praw pracowniczych, przywilejów. Ważna dla nich jest zwyczajna egzystencja na poziomie minimum - i dzięki temu powstaje to wszystko co w kraju komunistycznym jest tak zastanawiające: potężne budowle, skomplikowane produkty. 
Słyszałem o cenzurze internetowej w Chinach: czy ja odczuwamy tym nagłym spowolnieniem.

Marcin Kulik - Może Internet nie jest dostępny w mieszkaniach prywatnych ? A właśnie, czy w Necie w Chinach jest jakaś cenzura - blokada dostępu do stron krytykujących ustrój Chińskiej Republiki Ludowej :))) albo zakaz wchodzenia na te strony ?? 
Czyżby wykryto, że są wysyłane listy do wrogiego kraju imperialistycznego, jakim jest Polska :))??
Ale przecież Internet to też wymysł wstrętnych imperialistów ;)))

Iwona i Jurek Maronowscy - Wczoraj w CCTV9 pokazywali obchody święta narodowego. Czuć wielkomocarstwowość. Śpiewa się pieśni patriotyczne o nadchodzących w 2008 roku Igrzyskach Olimpijskich. Pokazują tylko te najpiękniejsze, ekskluzywne fragmenty wielkich miast, wszyscy są ładnie ubrani i uśmiechnięci. Aż chce się żyć. Chiny są piękne. Chiny od 1978 roku miały nieprzerwany wzrost gospodarczy średnio po 9,5 procenta rocznie. Co tam Nowy Jork czy Paryż w porównaniu z nowoczesnością Pekinu i Szanghaju. Takie mamy wrażenia z oglądania telewizji.

Zbyszek Henning - Jak tam jest tak dobrze - to do Chin niedługo będziemy jeździć na saksy. jak oceniacie szanse Polaków na rynku pracy? Czy są tam dźwigi na budowach - czy wszystko wnosi się ręcznie?

Piotr Piegat - Polacy to już tam jeżą na saksy, od ładnych paru lat ... ostatnio głównie piłkarze (np. Czereszewski) i trenerzy (np. Strejlau) - to nic, że do chińskiej II ligi ... ;))

Marcin Kulik - A po jakiemu w TV chińskiej mówią ? Czy wrażenia są tylko  z oglądania, czy ze słuchania też ;)))

Zbyszek Henning - Co to znaczy prawdziwe Chiny - to także wieżowce, autostrady, fabryki - to nie polski zaścianek ale 21 wiek. Precz ze starodawnymi stereotypami o Chinach.

W tym momencie połączenie internetowe z Iwoną i Jurkiem się urwało. Czekamy na kolejne wieści z Chin.

 

Tuż przed listem Iwonki i Jurka, 11.10.2002

Marek Kulczyk:PAP 2002-10-11 (14:45) 
Przepisy zabraniające nieletnim korzystania z kawiarni internetowych opublikowano w piątek w Chinach. W opinii państwowych mediów, kawiarnie te "są trucizną dla umysłów młodych ludzi". Zakaz wchodzi w życie 15 listopada.

Piotr Piegat: na szczęście Jurki skończyli już 18 lat ...

Artur Flaczyński: Chińczycy mylą datę urodzenia z numerem paszportu. No i nie zgadza im się;-((((((((

Marcin Kulik: A czy żyją jeszcze ??

Artur Flaczyński: Ale nie piszą: więc może Jurki się w tej kawiarni zatruły i teraz bolą ich brzuchy i głowy..........

Piotr Piegat: albo wchodzą właśnie na Gonga Shan ...

Iwona i Jurek Maronowscy: Wbrew pozorom policyjnych Chin nikt jeszcze od przyjazdu do Pekinu nie zaglądał nam do paszportu...... Martwimy się troszkę o ciągle prześwietlanie naszych filmów na dworcach kolejowych i autobusowych. Co prawda wszędzie jest "Filmsafe" ale Chińczycy już chyba wszystkie dworce zaopatrzyli w prześwietlarki by kontrolować bagaż, i cały bagaż trzeba prześwietlać.

Piotr Piegat WŁAŚNIE NAPISALI :)) 

Marcin Kulik: oooo, to ciekawe :)) Napiszcie coś więcej, jak to funkcjonuje ? Tak jak u nas na lotniskach ?

Iwona i Jurek Maronowscy: Dokładnie tak jak na świecie na lotniskach. Tyle, ze nie robią kontroli małego bagażu ręcznego.

Iwona i Jurek Maronowscy: Żyjemy! Żyjemy!!!!! Brzuchy nie bolą! Na CNN.COM tez da się wejść!!!
Właśnie zeszliśmy z Gonga Shan ...!!!! A wszyscy robotnicy i wieśniacy są przekonani, że byliśmy na 
szczycie!!! Pokazywali w trakcie naszego powrotu znak wzniesionego kciuka, zwycięstwo, jako ze 5 dni wcześniej szliśmy w kierunku Gonga Shan.

Piotr Piegat: a my ruszamy jutro ze slajdami, pełna gotowość bojowa !!! są nowe pokazy i nowi prelegenci, nowe talenty polecam [www.fotopodroze.pl] przygotowujemy grunt na Wasz przyjazd i Wasze nowe pokazy ...

Kangding, 400km na zachod od Chengdu, 2600m npm, 11.10.2002,
Internet cafe w bocznej uliczce od potoku za 1,5 zl za godzinę.

Cześć!
Ostatni raz byliśmy w Chengdu. Wiele się od tego czasu wydarzylo. W Chengdu robiąc zakupy w Carrefour zafascynowało nas stoisko z żywymi zwierzętami (do jedzenia oczywiście). Oto cennik (1USD = 8,2 Y):

  • ropucha - 6,80 Y
  • żółw - 45 Y
  • mały ślimak - 4,5 Y
  • duży ślimak - 7 Y
  • krab - 32,90 Y

Najfajniejsze było obserwowanie jak kupowali kraby, bo trzeba było wyłowić sobie samemu z wielkiego akwarium, a kraby dzielnie szczypcami się broniły. My kupiliśmy głównie importowana żywność na trekking, np. niemieckie musli, duńskie mleko, nowozelandzkie serki i włoski makaron. A wiec importowane towary można w Chinach wbrew obawom kupić.

Następnego dnia pojechaliśmy 300 km w 10 godzin autobusem w góry. Pierwsze 140 km to autostrada, następne 116 km to porządna droga pnąca się w bardzo strome góry porośnięte dżunglą, 4 km to tunel 2200 m npm., ostatnie 40 km to droga w budowie, same dziury i roboty. 

Przenocowaliśmy w małym hoteliku i rano taksówką 50 km do wioski Moxi u podnóża Gonga Shan 7556m, najwyższego szczytu gór SinoTybetanskich. Tu jest punkt wejścia do parku narodowego Hailugou, z 14 km lodowcem. (wstęp 10 USD, potem autobusik za 5 USD dowozi do kolejki linowej, która za 9 USD przewozi nad lodowcem, do punktu widokowego, pełnego chińskich turystów!!!!)
Ci co nas znają, wiedzą, że musieliśmy cos wymyśleć innego. Nie mieliśmy mapy, bo nie ma map, ale skapowaliśmy się, ze po sąsiedzku od północy jest tajemnicza dolina rezerwat Jancygou.  Dowiedzieliśmy się tylko w luksusowym hotelu, ze wstęp tam wzbroniony. Wędrowaliśmy więc 5 km drogą na północ pytając po drodze 
wieśniaków. Ci z entuzjazmem wskazywali drogę.

Kiedy mijaliśmy ostatni dom w wiosce u wejścia do doliny, chińska babcia wybiegła z pismem po chińsku z czerwona pieczątką i usiłowała nas zatrzymać. Dyskutowaliśmy kilka minut, ona po chińsku, my po polsku. Zebrało się kilku wieśniaków, którzy o dziwo poparli nasze zdanie, babcia spasowała i wędrowaliśmy dalej. Okazało się, że dalej na odcinku 10 km w głąb doliny trwa budowa drogi, a babcia zapewne miała pismo "roboty drogowe, nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Mijaliśmy dziesiątki robotników budujących drogę, bardzo przyjaźnie nastawionych. Przed zmrokiem dotarliśmy wreszcie do dziewiczej części doliny i rozbiliśmy namiot.

Ale jaki to był nocleg!!! Jest tu bardzo mokro, tzw. wiszące bagna, czyli podmokły teren nawet na zboczach. Namiot rozbiliśmy na suchym kawałku gruntu, lecz wystarczyło wyjść 2 kroki by wpaść w błoto po łydkę. Wokoło dżungla, 
śpiewające ptaki, groźne odgłosy lasu.

Przez kolejne 3 dni widzieliśmy tylko raz dwie chińskie turystki na koniach, z trzema przewodnikami. Dolina jest bardzo dzika. Jedynie stara ścieżka, od bardzo wielu lat zasypywana przez lawiny, zawalona pniami drzew i zarośnięta prowadzi wędrowców. 

Wspinaliśmy się zarośniętą ścieżką przez mokry las (różanecznikowo sosnowo modrzewiowo cisowo bambusowo różnoraki), później pokonującą kolejne zarośnięte, lodowcowe moreny, by wydostać się na piękne alpejskie ląki. Kolory jesieni, drzewa liściaste mają liście żółto czerwone. Piękna słoneczna pogoda. Wokoło głębokiej leśnej doliny wysokie granitowe iglice i śnieżne szczyty. Bajka. Mnóstwo strumieni i wodospadów.

Już na halach okazało się, że musimy przekroczyć główny lodowcowy strumień. Wybraliśmy szerokie rozlewisko, zimna woda po kolana. Ale było warto. Dotarliśmy grzbietem moreny na 4000 m do kotła lodowcowego, gdzie wszędzie dookoła wznosiły się śnieżne sześciotysięczniki, a najwyżej wznosiła się Gonga Shan. Teren wybitnie wysokogórski, podobny do Himalajów lecz bardziej mokry.

Ale tu dopiero nieprzewidziane przygody zaczęły się. Przy ponownym przejściu rzeki wpadł Jurkowi do wody kijek teleskopowy i odpłynął... W drodze powrotnej na noclegu w dżungli jakiś zwierz ukradł nam kosmetyczkę z mydłem, dezodorantem, sunblokiem, obcinaczem do paznokci. Szczęśliwie ocalały szczoteczki do zębów i pasta. Kompletnie nie wiemy w którym to się stało momencie, i jaki był to zwierz. Zapewne mogła to być małpa, ewentualnie wiewióra. Przeszukaliśmy kijkiem wszystkie nory w promieniu kilkudziesięciu metrów i nic. Zagadka dla Szerloka Holmsa.

Po zejściu z gór zaczął padać deszcz. Postanowiliśmy go przeczekać w Moxi, lecz po 36 godzinach nadal padało. Dzisiaj rano wsiedliśmy w taksówkę, a tu 5 km od Moxi właśnie lawina zabrała drogę. Czy ugrzęźliśmy? Wróciliśmy do Moxi.

Z Moxi jest jeszcze jedna droga, przez czterotysięczną przełęcz do Kangdingu. Niezwłocznie wsiedliśmy w kolejną taksówkę, której kierowca był zdesperowany za niską cenę uciekać do Kangdingu zanim Moxi stanie się odcięta od świata przez lawiny. W padającym deszczu wspinaliśmy się serpentynami gruntową drogą. Od 3300 m leżał już śnieg. Na 3800 m zakopaliśmy się w 20 cm śniegu, w chmurze, w zadymce. Na szczęście jechały też inne pojazdy, które zresztą też się pozakopywały. Było wesoło. Nasz kierowca miał łańcuchy, po założeniu których z pomocą wypychania przez nas i innych kierowców lub pasażerów, wydostaliśmy się jakoś na przełęcz. Potem było już z górki. Przed 13.00 dotarliśmy do Kangding, do którego jeszcze rano wcale nie zamierzaliśmy jechać. 

Kangding to miasteczko w stromej dolinie, wokoło widać śnieżne góry. Mieszka tu sporo Tybetańczyków i zdążyliśmy już szybko obejrzeć 3 klasztory, które są gruntownie odnawiane po złych latach i zamieszkują je spore grupy mnichów tybetańskich.

Na jutro kupiliśmy bilet do wioski TaGong, 100 km na zachód, gdzie już na płaskowyżu tybetańskim jest przepiękny klasztor. Potem wrócimy do Kangdingu. Takie mamy plany.

Pozdrawiamy Serdecznie,
Iwona i Jurek 

Artur Flaczyński: Jakie zwierzątka kupiliście na targu????? Gratulujemy świetnych pertraktacji z babcią. Znajomość chińskiego widać jest zbędna, a wręcz niepożądana. Ciekawe, czy można w Chinach kupić jakieś sensowne kosmetyki? Gratulujemy dotarcia do Tybetu, śniegu i zimy w środku jesieni. U nas pod Elblągiem też przysypało...

Iwona i Jurek Maronowscy: Nie kupiliśmy żadnych zwierząt. Język polski zwykle wystarcza. Kosmetyków jest sporo, nawet w wioskach są sklepiki kosmetyczne, tyle ze brak dezodorantów.

Marek Kulczyk: Kosmetyczkę zakosiła małpa Jurek, bo nie chciał dźwigać, albo odkuwał się za kijek.
Rety, ta technika to wielka sprawa! niech żyje internet! Wiecie, że w Chinach żyje Leśny człowiek? - szybko kupcie większy kijek. A że towarzystwo tropicieli UFO ma 40000 członków? I że to Chińczycy pierwsi latali UFO? I zrobili pierwsze zdjęcie w 1940?

Iwona i Jurek Maronowscy: Na przykład podobno jest tu gdzieś pod Kangdingiem jezioro zwane Jeziorem Dzikich Ludzi. Być może tam kosmetyczki giną jeszcze częściej. Prawie całą zawartość kosmetyczki już odkupiliśmy, nie ma tylko dezodorantów (żółta rasa nie śmierdzi) oraz maszynki do golenia (żółta rasa używa żyletek a nie maszynek jednorazowych). Liczymy na zaopatrzenie Carrefour Chengdu za parę dni.

Artur Flaczyński: Wow. Tu jestem zaskoczony!!!! Carrefour w Chengdu??? Nawet w Tajlandii ani w Malezji nie było znajomych nazw supermarketów!!! A czy dostrzegacie różnice pomiędzy przyjaznością wobec Was Chińczyków i Tybetańczyków? Czy okolice, w których jesteście zamieszkuje już większość, czy jeszcze mniejszość chińska? Na ile "inni" są Tybetańczycy?

Iwona i Jurek Maronowscy: Tybetańczycy i Chińczycy wydają się równie przyjaźni. Tu w Kangding jest już sporo Tybetańczyków.

Piotr Piegat: Ile razy jeszcze planujecie przedłużyć Wasze wizy? ;)))

Iwona i Jurek Maronowscy: Wizy jeszcze nie przedłużaliśmy. Będziemy to robić w ciągu kilku dni, ale jesteśmy pewni, że nie będzie problemu. Wizę mamy do 22 października i przedłużymy do 21 listopada.

Marcin Kulik: A potem ?? :))))

Iwona i Jurek Maronowscy: Potem nadejdzie zima a my zjedziemy do Nepalu.

Marcin Kulik: A kiedy zjedziecie do Polski ? :)))

Zbyszek Henning: A U NAS W POLSZCZE w Wwie SĄ DEMONSTRACJE . A GLOBTROTTER LEPPER WYBIERA SIĘ DO IRAKU: CIEKAWE CZY ROBI SLAJDY?

Piotr Piegat: No to zaprośmy go na pokaz - może do kina? Frekwencja gwarantowana ... przyjedzie autokarami ;))

Zbyszek Henning: Dziś PP zapędził nas do sprzątania wieży. Pomożecie? 

Artur Flaczyński: A na jutro zapraszamy do nas!!!!! Wpadniecie??????????????? 

Iwona i Jurek Maronowscy: Chętnie za rok albo w styczniu! Jesteśmy duchem ze sprzątającymi. Wiemy, ze jest pełno kurzu bo odwiedziliśmy Jaremę w czasie Targów Podróży. Pamiętajcie, że kable i głośniki są w klubie, sprawne, gotowe.

Marcin Kulik: Kurz jest, ale poza tym nie jest tak najgorzej ;))

Piotr Piegat: eee nie przesadzajmy, nie jest tak brudno w naszym klubiku.

Iwona i Jurek Maronowscy: A jak to jest z pokazem jutrzejszym Bonikowskich. Czy pokażą w magazynku kołowym? Rozrzucaliście ulotki? Czy TE poinformowane by babcie ściągnąć?

Artur Flaczyński: Zadbałem, zadbałem.

Piotr Piegat: Pokażą, dlatego dzisiaj jadę do rodziców ....Ulotki, do Jaremy? Co Wy chcecie nas pozabijać???
Jeśli babcie mają internet to na pewno coś wiedzą :)) 

Marcin Kulik: Tym razem skupiliśmy się na informacji mailowej. Porozsyłałem info na listy dyskusyjne klubów uczelnianych. Od tygodnia wisi plakat przy wejściu do Wieży.

Artur Flaczyński: A Wasz dzisiejszy list jest już na stroniczce Jaremy (jeszcze bez polskich znaków)

Piotr Piegat: wow, Arturro, jesteś po prostu niesamowity ...

Iwona i Jurek Maronowscy: Dzięki, Super szybkość!!!.

Marcin Kulik: :))) No to jeszcze zostaje trwający właśnie czat :)))))

Artur Flaczyński: Czat na stronach będzie w poniedziałek. Ale nie wiem, jak ja dojdę do ładu z 79 wiadomościami plus kilkoma, które do mnie nie dotarły.

Zbyszek Hennnig: Czy kosztowaliście chińskich wyrobów spirytusowych a także piwa? Czy ładne są Chinki (to pytanie od koleżanek z biura)?

Iwona i Jurek Maronowscy: Piwko non stop pijemy do obiadków i kolacyjek, bo butelka 625 ml kosztuje od 1 do 2,5 zł. Piwko bardzo smaczne, prawdziwe. Innych alkoholi (np. Whiskey The Great Wall itd) jest duży wybór, lecz nie próbowaliśmy. 
Chinki są ładne, maja małe biusty ale to kwestia gustu, natomiast dużo i ładnie się uśmiechają. Są zadbane, nawet na wsi chodzą ładnie ubrane, zwykle nowocześnie a nie ludowo. Często noszą obciśle wąskie spodnie.

Piotr Piegat: Ty cwaniaczku, daj coś napisać Iwonce o Chińczykach :))

Zbyszek Henning: Mam pytanie do Iwonki, która się gdzieś ukrywa za Jurkiem: Jak przystojni są Chińczycy?

Iwonka Maronowska: Niestety Chińczycy kiepscy, tylko ci z reklam i telewizji przystojni.

Piotr Piegat: OK przekażę wszystkim naszym dziewczynom :)))

Zbyszek Henning: Czy dzieci chińskie mają z tyłu w spodniach rozporki - aby łatwo mogły załatwiać potrzeby fizjologiczne?

Iwona i Jurek Maronowscy: Tak, maja rozporki.

Artur Flaczyński: Eeee. Chyba tylko dziurę, żeby wszystko mogło od razu wypadać. Szkoda, ze Chinki nie są ubrane na ludowo. Ale i tak je obfotografujcie. Kiedyś podobały mi się Chinki :-)

Zbyszek Henning: A ja słyszałem ze oni nie mają zarostu na rękach - i jak ktoś ma to bardzo im się podoba.
Czy tego doświadczyliście?

Iwona i Jurek Maronowscy: Iwonka zarostu nie zaobserwowała, teraz wszyscy internauci w kurtkach bo tu 2500 m, ale w Chengdu maja krótkie rękawki to Iwonka sie przyjrzy.

Piotr Kawerski: Oni - jak ich znam to się depilują...

Piotr Piegat: czyżbyś Zbyszku planował jakiś wyjazd do Chin? ;))))

Zbyszek Henning: No pewnie jak tam w supermarketach można dostać żaby. Ja bym je skonsumował na terenie sklepu.

Piotr Piegat: no i jakie powodzenie u Chinek !!! ;))))

Iwona i Jurek Maronowscy: Kochani, u nas 22.06. Jutro o 6.30 mamy kupiony bilecik do TaGong. Dobranoc wiec.

Piotr Piegat: nieeeeeeee ....

Iwona i Jurek Maronowscy: Co nieeeeee...Juz zrobila sie 22.11 !!!!!!!

Piotr Piegat: no to młoda godzinka, walnijcie jeszcze jakieś piwko i pisać ;)))

Marcin Kulik: No i prawidłowo ...U nas dopiero 16.13 :)) Wyśpicie się w autobusie czy w czym tam ! Zostańcie jeszcze !!

Iwona i Jurek Maronowscy: Tu nie chodzi o wyspanie się, tylko aby w ogóle na ten jedyny autobus jutro do TaGong zdążyć!!!

Piotr Piegat: Iwonko, Jureczku, Szczęśliwej podróży !!! pa

Piotr Kawerski: To Kochani Bon Voyage ! et Bonne Nuit !

Artur Flaczyński: Trzymajcie się ciepło i czekamy na kolejne maile. Do zmailowania

Marcin Kulik: Arturo, a Ty się tak łatwo godzisz na koniec czata ;)) ?

 

Kangding, 15.10.2002 po powrocie z TaGong

Cześć!
Trzy dni temu pojechaliśmy o 6.30 rano autobusem do TaGong. Autobus w półtorej godziny wspiął się stromą zalesioną doliną, piękną drogą po serpentynach z Kangding (2600 m) na przełęcz (4298 m). Na przełęczy już rosła tylko trawa, i leżało trochę śniegu. Po drugiej stronie ujrzeliśmy łagodne stoki płaskowyżu Tybetańskiego. W dali widać było śnieżne pięcio i sześciotysięczniki.

Zjechaliśmy w szeroką dolinę porośniętą trawą, i okazało się, ze tu budynki są zupełnie inne, kamienne, tybetańskie, ze zdobionymi oknami i płaskimi dachami. Wokoło na stokach pasły się stada jaków, a gdzieniegdzie były białe, buddyjskie stupy. Droga asfaltowa, lecz wyboista obsadzona była topolami, a obok spokojnie płynął strumień.

Po dwóch godzinach od przełęczy dotarliśmy do TaGong. Jest to wioska położona wśród trawiastych wzgórz na
3800 m. Jest tu zimne powietrze, a słońce świeci bardzo intensywnie. Mieszkańcy mają szerokie twarze spalone słońcem. To już Tybet, nie ma tu Chińczyków. Wokoło na lakach rozstawione są namioty nomadów wypasających jaki. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy tylu jaków na raz. Namioty są czarne, wełniane, w środku jest palenisko, w każdym namiocie nocuje kilkunastu Tybetańczyków. Nomadzi są bardzo przyjacielscy, zapraszali nas do środka, częstowali herbatą.

Stroje i wygląd tu mieszkających Tybetańczyków zapiera dech w piersiach. Mężczyźni noszą długie czarne włosy, rozpuszczane lub w warkoczu, na to zakładają kowbojski kapelusz na bakier. Twarze niektórych przypominają czarne charaktery z filmów, ale uśmiechnięte. Długie czarne lub brązowe płaszcze od środka wełniane, przepasane są kolorową szarfą. Jeden rękaw zamiast założony na rękę zwisa do samej ziemi. Za pazucha obowiązkowy wielki
nóż w zdobionej pochwie. Wielu jeździło konno. Kobiety maja długie czarne włosy splecione w warkocze. Do tych warkoczy dopleciony jest warkocz z różowo czerwono czarnej wełny ozdobiony srebrnymi ozdobami z kamieniami szlachetnymi. Długie czarne suknie przepasane są wielkimi ozdobnymi pasami. W uszach duże kolczyki, kolorowe pierścionki na palcach. Pod spodem wystaje długa spódnica. To wszystko trudno opisać, staraliśmy się więc wszystko sfotografować, a wszyscy chętni do pozowania, tylko niektóre dziewczyny lekko nieśmiałe odwracały
głowę.

W środku TaGong stoi piękny, średniowieczny klasztor Buddyjski. Wokoło muru klasztoru prowadzi ścieżka z młynkami modlitewnymi, którą wędrują rzesze wiernych. Klasztor jest drewniany, pięknie zachowany, bogato
zdobiony, wewnątrz mnisi odprawiają modły. Za klasztorem ogród klasztorny a w nim 140 białych lub kamiennych buddyjskich stup.

Nad TaGong wznoszą się trzy trawiaste wzgórza których zbocza udekorowane są wielkimi modlitewnymi flagami
ustawione we wzory symbolizujące rożne buddyjskie motywy. 

W oddali widać świętą śnieżną górę, pod którą jest podobno 15 gorących źródeł, lecz tam nie wybraliśmy się. Po południu poszliśmy na spacer wzdłuż strumienia, który po godzinie zaprowadził nas do ruin klasztoru, dziko położonego na odludziu. Zupełnie zaginiony i zapomniany świat. Wewnątrz odrestaurowano trzy ogromne młyny modlitewne, a wokoło niszczejące stupy pokryto kamiennymi daszkami. Bardzo ciekawe były skórzane młynki modlitewne, uszkodzone w wielu miejscach, dzięki czemu można było zobaczyć zwoje papieru zapisane mantrami, gdy kreci się młynkiem modlitwa odprawia się tyle razy ile razy napisana jest mantra.

Atmosfera w TaGong jest podobno bardziej tybetańska niż w niejednym miejscu w samym Tybecie.

Rano wsiedliśmy do busiku wyjeżdżającego z klasztoru, obsługiwanego przez mnichów, który zawiózł nas z powrotem w 3,5 godziny do Kangding. Podróżowaliśmy tym razem wśród Tybetańczyków i mnichów. Mnisi w trakcie
jazdy odprawiali mantry, a Tybetańczycy w ludowych strojach uśmiechali się. TaGong był dla nas niezwykłym przeżyciem.

W Kangding udało nam się przedłużyć wizę chińską o kolejny miesiąc, do 21 listopada. W Kangding, w górnej części miasteczka są dwa buddyjskie klasztory, w tym jeden bardzo żywy, z niezwykłą kaplicą demonów, gdzie na ścianach są bardzo groźne malowidła, stoją straszliwe posagi wielorękich demonów z okrutnymi twarzami i wieloma oczami i rękami. Do tego mnich odprawia modlitwę jakby był w transie nieustannie bijąc w basowy bęben. W głównym klasztorze mnisi modlili się pod przewodnictwem lamy siedzącego na wysokim tronie, grając na przeróżnych instrumentach.

W centrum Kangding jest niewielki klasztor, gdzie na dziedzińcu grupy rzeźbiarzy tworzą miedziane rzeźby Buddy i świętych buddyjskich, które potem zapewne posłużą do odtworzenia wnętrz licznych okolicznych klasztorów.

W Kangding jest tez kościół Katolicki! Na parterze są sklepy, na 1 piętrze pomieszczenia kościelne, a na 2 piętrze całkiem pokaźny kościół z bardzo dużą liczbą ławek. Na ołtarzu krzyż, z boku Matka Boska, wystrój ubogi.

Dzisiaj, za godzinę, zmierzamy do Leshan, podroż autobusami powinna nam zając 18-20 godzin. Leshan leży na nizinie u podnóża gór, 200km na południe od Chengdu i jest tam największy na świecie, kamienny posag Buddy
spoglądającego na rzekę.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

Chengdu, 23.10.2002 po Leshan i Emei Shan

Cześć!
Nasza podróż z Kangding do Leshan trwała 16 godzin, w tym pierwsze 50 km 7 godzin ze względu na roboty drogowe i godzinne postoje co parę kilometrów, zaś pozostałe 500 km w 7 godzin, większość autostradami. 2 godziny czekaliśmy na przesiadce na bezpośredni autobus do Leshan.

Leshan to 3 milionowe miasto u zbiegu dwóch dużych rzek, a w miejscu gdzie te rzeki się łącza jest wysoki skalisty brzeg. W skale z czerwonego piaskowca jest wyrzeźbiony Budda wielkości dwudziestopiętrowego wieżowca (71m), siedzący na krzesełku i spoglądający spokojnym wzrokiem na rzekę. Budda został wyrzeźbiony 1200 lat temu aby nie było powodzi i aby łódki nie tonęły w wirach łączących się rzek. Na początku XX wieku porośnięty był dżunglą, ze starych fotografii widać jak niesamowicie to wyglądało. Teraz jest odrestaurowany, a wokoło kłębi się wielotysięczny tłum chińskich turystów, a na rzece często jest równocześnie kilka statków wycieczkowych.

Wokoło Buddy jest kompleks ciekawych świątyń w leśnym otoczeniu. Rozmiary Buddy można docenić, gdy idzie się wąską ścieżką w skale od głowy do stop. Buddę w całości najlepiej widać gdy dopłynie się na kamienista łachę na środku rzeki. My mieliśmy niestety dość mglistą pogodę, i jak widać było wielką stopę Buddy, to głowa niknęła we mgle i na odwrót.

Z Leshan pojechaliśmy do świętej góry buddystów chińskich Emei Shan. To skalisty, postrzępiony szczyt porośnięty tropikalną dżunglą, wyrastający z równiny 500 m npm, a sięgający 3099 m npm. W wielu miejscach rozrzucone są niewielkie klasztory buddyjskie, jest ich kilkanaście. Wędruje się ścieżką, po tysiącach schodów, przez mokrą dżunglę i nagle wychodzi się na piękny klasztor. Wokoło śpiewają ptaki, biegają wiewiórki i małpy, nad skalistymi wierzchołkami przewijają się chmury. Jest to góra bardzo mokra i deszczowa. Podobno szczyt przez 95% czasu ukryty jest w chmurze. My też mieliśmy deszcz i chmurę.

Najpierw 1 dzień przeczekiwaliśmy deszcz, zwiedziliśmy więc ciekawy klasztor Fuhu, z salą z posągami 500 mnichów, każdy o innym wyrazie twarzy, nawet kilku ciemnoskórych.

Następnego dnia wyruszyliśmy rano z wioski Baoguo u podnóża, przypominającej mały kurort, i dotarliśmy do punktu poboru opłat (wstęp 10 USD od osoby). Tu zamiast kupować bilet, powędrowaliśmy boczną ścieżką upatrzona dnia poprzedniego, wraz z ludźmi zmierzającymi do źródła górskiego 200 m wyżej po wódę. Odbiliśmy na małą przełączkę, wśród wiejskich chat, i przedostaliśmy się do kolejnej doliny. W dolinie tej są 2 klasztory, i wkrótce dołączyliśmy do głównej ścieżki. Ścieżka prowadziła przez kolejną przełączkę, gdzie niespodzianka - punkt kontroli biletów. Obeszliśmy go przedzierając się przez mokrą dżunglę (10 minut, kilka pajęczyn, krótki dupozjazd w błocie i już).

Dalej trasa prowadziła pięknym wapiennym przełomem, koło świątyni na wodzie, wieloma mostkami aż do miejsca obserwacji małp. Małpy (makaki) chętnie przychodzą do ludzi po żywność, widzieliśmy ich kilkadziesiąt. Dalej zrobiło się zupełnie dziko, a ścieżka pięła się w gorę przez piękny las. Przeróżne gatunki drzew, odgłosy dżungli, zielone ściany roślinności otaczające nas zewsząd a w dole niewidoczne, szumiące strumienie. Nagle piękny klasztor Honchuping. Wędrujemy dalej. Przed zmrokiem znajdujemy malutką restauracyjkę nad potokiem, na 1500 m npm. Właścicielka udostępnia nam strych z pryczami na nocleg. Szum strumienia, nocne odgłosy zwierząt.

Rano kontynuujemy wędrówkę, ścieżką pnie się zakosami w góre, trawersujemy pod pionowymi ścianami, z których zwisają liany, wszystko porastają mchy. Docieramy do Klasztoru Magicznego Szczytu, nad którym wznosi się strzelisty skalny wierzchołek. Doszliśmy dalej tylko do 1900 m npm. Wyżej była już tylko chmura, zaczął mżyć deszcz. Postanowiliśmy zejść inną ścieżką oglądając kolejne ukryte w dżungli klasztory. Przed zmrokiem dotarliśmy na dół, akurat w porę, bo rozpadał się ulewny deszcz.

Wczoraj wróciliśmy do Chengdu, gdzie wciąż padał deszcz, poszliśmy do biura turystycznego i zakupiliśmy bileciki lotnicze Chngdu-Lhasa na 24 października. 
Dobra wiadomość dla podróżników. Opłaty za wjazd do Tybetu zmalały w tym roku. Samolot z Chengdu kosztuje teraz ok. 210 USD zaś autobus z Golmud tylko ok. 100 USD.

Wczoraj wieczorem udało nam się jeszcze zaliczyć Operę Syczuańską. Jest to zupełnie cos innego niż Opera Pekińska, składa się z występów rożnych artystów: magików zmieniających maski na twarzy, teatru kukieł, teatru cieni, zespołów muzycznych i tancerzy akrobatów w kolorowych strojach.

Dziś przygotowujemy się i robimy zakupy przed wjazdem do Tybetu, i mamy nadzieje, ze internet przynajmniej w Lhasie będzie działał jak należy.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek        

 

Część 2: Tybet, Nepa, Goa

Wietnam - listy z podróży


Listy z podróży Malwiny, Artura, Piotrusia (4 lata) i Agusi (1,5 roku) Flaczyńskich do Wietnamu
Zapraszamy do ciekawej relacji z podróży.

1.04.2005 - Hanoi
3.04.2005 - Hue
5.04.2005 - Hoi An
7.04.2005 - Hoi An
10.04.2005 - Nha Trang
13.04.2005 - Hue
18.04.2005 - Bac Ha
21.04.2005 - Hanoi
22.04.2005 - Hanoi - !OSPA!
25.04.2005 - Hanoi
27.04.2005 - Warszawa
27.04.2005 - Warszawa

 Hanoi, 1 kwietnia 2005

Hej,

A więc dolecieliśmy wreszcie do Wietnamu. Jest gorąco i bardzo wilgotno. Niby deszcz nie pada, ale wilgotność sięga 100%. Z lotniska dotarliśmy po burżujsku taksówką (10 dolarów - prawie 30 km), zamieszkaliśmy w ładnym hoteliku w centrum Hanoi (klima, wiatraczek, czysta łazienka, piękne podwójne łóżko plus jedynka, czysta pościel, kolonialne meble). To wszystko za 14,5 dolara za noc. Jednym słowem po burżujsku. A teraz właśnie zjedliśmy sobie obiadek (2 dolary) - kulki wieprzowe z ryżem i warzywami.

Sam lot był spokojny. Tupolew 154M był troszkę głośny, ale całkiem wygodny. 7 godzin czekania na lotnisku Szeremietiewo spędziliśmy wspólnie z kilkoma rodzinami irańskimi, którzy wracali z podroży do Chin i raczyli się ostatnimi chwilami z alkoholowym trunkiem. Ale byli przemili, było z nimi sporo dzieci bawiących się z naszymi, czyli było łatwo, milo i przyjemnie. Lot do Hanoi Iłem 96 też bez problemów. Jedyne, co warto podkreślić, to w obu przypadkach perfekcyjne lądowanie.

No i jak zwykle ludzie. W Moskwie na 12 godzin przed odlotem pani nie potrafiła nam znaleźć trzech miejsc obok siebie. Nie dało się. W samolocie, gdy o to poprosiliśmy, nie było najmniejszego problemu. Mało tego, po chwili przesadzono nas ponownie i mieliśmy 6 miejsc obok siebie. Dzieci wyspały się wiec wygodnie, a my tylko trochę gorzej.

Mimo wszystko jesteśmy trochę zmęczeni. Ponieważ pogoda nie pozwala na fotografowanie, dziś właściwie tylko odpoczywamy. Hanoi będziemy zwiedzać jutro. No i może już jutro wyruszymy w podroż nocnym pociągiem do Hue. Wszystko zależy od naszego samopoczucia i możliwości kupna biletów.

Na razie Wietnam jest dla nas nowością, którą obserwujemy każdą cząstką ciała. Ale i tak wydaje mi się, że to Wietnamczycy jeszcze bardziej obserwują nas!

Trzymajcie się ciepło i do napisania wkrótce.

Pozdrawiamy

Malwinka, Artur, Piotruś i Agusia

 Hue, 3 kwietnia 2005 17:36 

Cześć, to my!!!!

Zgodnie z zapowiedziami nocnym pociągiem dojechaliśmy do Hue. Podroż minęła całkiem komfortowo, dzieci się wyspały, my trochę mniej, ale też może być. Mieliśmy 2 kuszetki na czworo i w przedziale obok nas jechało 14 miesięczne maleństwo ze Szwecji!!!

W Hanoi czas spędziliśmy głównie spacerując po uliczkach starego kwartału miasta, odwiedziliśmy też świątynię Zwróconego Miecza na Jeziorze Małym. Dokonaliśmy też zakupu najświeższego Lonely Planet po Wietnamie. Dzieciom podobał się park, kadzidełka w świątyni, rybki w akwarium w knajpce, łódki i czarne wiewiórki z wyliniałymi ogonami.

Hue przywitało nas kiepską pogodą, tzn. było i jest pochmurno, trochę mżawka, niespecjalna pogoda na zdjęcia... A szkoda, bo jest pięknie, zwiedziliśmy Zakazane Miasto - spory kompleks pałacyków, pawilonów, krużganków, dziedzińców i świątyń, trochę zniszczone, część się wali, ale w sumie interesująco. Jutro w zależności od pogody popłyniemy łodzią do grobowców cesarskich lub ruszymy na zwiedzanie kolejnych świątyń. Potem jeszcze nie wiemy, ale lepsza pogoda jest na południu.

Dowiedzieliśmy się już o śmierci Papieża, była to pierwsza wiadomość, jaką usłyszeliśmy w Hue. Smutno, bo odszedł Ktoś Wielki - ale Jemu tam chyba lepiej...

Pozdrawiamy
MAPA

 Hoi An, 5 kwietnia 2005 16:57

Cześć,

Wreszcie nie pada, wreszcie jest słonce i ciepło. Wczorajszy dzień spędziliśmy w Hue uzupełniając dokumentację fotograficzną. Niestety, cały czas była mżawka. Zrezygnowaliśmy więc z wycieczki do grobowców cesarskich. Jeszcze raz poszliśmy do "purpurowego miasta", gdzie znaleźliśmy kolejne wspaniałe budowle. Byliśmy też na krótkim spektaklu prezentującym muzykę i tańce dworskie.

Po analizie stosunków klimatycznych wsiedliśmy dziś rano do autobusu, który zawiózł nas do Hoi An. Po drodze zatrzymaliśmy się w kilku miejscach. Szczególnie chwalę sobie Góry Marmurowe. Są to bardzo interesujące górki zbudowane z margli o fantastycznych cukrowych kształtach. W górach wydrążone są jaskinie, które zostały zaanektowane przez Wietnamczyków, a jeszcze wcześniej przez Czamów na świątynie. Genialne widoki i piękna przygoda. Już wtedy nie padało. Malwinka została na dole w autobusie. Może i dobrze, bo i tak spóźniłem się na autobus (dzięki Niej poczekał), a z dziećmi nie zdążylibyśmy zrobić 20% wbiegu na wapienny szczyt.

Hoi An jest dość tłoczną, turystyczna miejscowością, której urok tymczasowo nas nie podbił. Na pewno uzupełnimy tutaj ekwipunek. Ładne koszulki t-shirty są tutaj po 5 zł, dla Agusi kupiliśmy już ao dai, czyli miejscowy strój kobiecy. Hoi An traktujemy jak supermarket. Jutro jedziemy do My Son, najważniejszego miejsca w Królestwie Czampa. Pojutrze kolejne zakupy i najprawdopodobniej krotki odpoczynek na plaży. Pojutrze wykroczymy poza plan minimum i pojedziemy do Nha Trang. Z uwagi na pogodę, chyba jednak nastawimy się bardziej na południe. Staramy się być na bieżąco.

Więcej wkrótce, może już po My Son.

Pozdrawiamy

Mal, Art, Pio, Aga

 HoiAn, 7 kwietnia 2005 17:13

Hej,

Ciągle jesteśmy w supermarkecie HoiAn i robimy zakupy (opinia A.). Miasteczko ma w sobie sporo uroku, ale żałuję, że nie możemy cofnąć czasu o jakieś 10 lat (opinia M.).

Wczoraj byliśmy w ruinach czamskich w My Son. Ruiny są bardzo ciekawe, niestety mocno zniszczone. W czasach wojny wietnamskiej kompleks zabytkowy został zamieniony na bazę VietCongu i podlegał bombardowaniom. Do szeregu zniszczeń wojennych dopisała swoje trzy grosze przyroda. Z ruin zostało niewiele, ale gdzieniegdzie widać ich wielka przeszłość. Niestety, pojechaliśmy tam z grupą innych turystów, a czas zwiedzania był dostosowany dla znudzonych westmenów. Wracaliśmy łodzią do Hoi An, co było wydarzeniem dla naszych dzieci, zwłaszcza Piotrusia.

Poza tym zwiedzamy Hoi An. Widzieliśmy już kilka świątyń, kościół, japoński most itp. Za mostem japońskim HoiAn wygląda tak, jak mogło wyglądać kilka lat temu. Tam jest już dużo spokojniej, tam turyści nie docierają tak masowo. Mniej sklepów, mniej naganiaczy, za to klatki z ptakami na drzewach.

Hoi An jest jednak dużo bardziej tradycyjnym miastem od wielu innych. Tu powszechnych widokiem są dziewczęta jeżdżące do szkoły na rowerach w tradycyjnym ao dai, a ludzie nie są jeszcze zepsuci masową turystyką i bardzo życzliwi.

Religia w Wietnamie jest tematem delikatnym. Większość świątyń jest zamknięta, zupełnie nie widać mnichów (do tej pory widzieliśmy czworo, przy czym do dwóch mniszek nie jestem przekonany, czy były mniszkami). Otwarte świątynie są właściwie miejscami turystycznymi, a nie miejscami kultu. Jedynym przypadkiem otwartej świątyni pełnej młodzieży był kościół katolicki w Hue (w dniu śmierci Papieża). Natomiast na bazarach, ulicach, przy domach często widać zapalone kadzidełka, małe ołtarzyki pełne ofiarnych datków. Kadzidełka wtyka się w ziemię, dekoruje się nimi drzewa i inne mało "świątynne" miejsca.

Jaka była reakcja Wietnamczyków na śmierć Papieża? Właściwie jej nie zaobserwowaliśmy. Gdy dojechaliśmy do Hue, recepcjonista pokazał nam telewizor z BBC wyświetlającą tę smutną wiadomość. Wiedział też, że Papież pochodził z Polski. W kościele nadal był napis Alleluja (mamy przecież okres wielkanocny - ale też widzieliśmy w innym miejscu w Hue merry Christmas and Happy New Year), młodzież nie wyglądała na przygnębioną. Reakcja jest więc niezauważalna.

Jutro robimy kolejne zakupy w Hoi An. Może trochę poplażujemy, albo popływamy łódką (wielka atrakcja dla Piotrusia).

Pozdrawiamy gorąco z upalnego HoiAn (u nas tylko ok. 30 stopni, bywa goręcej - LaoCai - 40, Sajgon też dużo)

Malwinka, Arturek, Piotruś i Agusia

 Nha Trang, 10 kwietnia 2005 16:37

Cześć,

Dziś rano dojechaliśmy nocnym autobusem do Nha Trang. Dzieci przespały noc dobrze, my trochę gorzej, choć mieliśmy cztery siedzenia dla naszej rodzinki. Autobus (jak zwykle w Wietnamie) podwiózł nas pod sam hotel, z którego skorzystaliśmy (7 USD za pokój trzyosobowy z łazienką, czysty, choć nie tak ładny jak poprzednie). Wczoraj leniuchowaliśmy nad morzem w okolicy Hoi An i kontynuowaliśmy zakupy, (Malwinka kupiła sobie kolejna górę do ao dai, kupiliśmy kolejne koszulki oraz szafę na plecy dla Malwinki (tak chyba należy określić wielki trzyczęściowy plecak, który nabyliśmy za niecałe 40 zł - jakość 1 klasa!).

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania sanktuarium czamskiego Po Nagar. Czamowie to lud pochodzenia malajskiego, który niegdyś zamieszkiwał m.in. terytorium środkowego Wietnamu. Obecnie Czamowie żyją na południu kraju oraz w Kambodży, gdzie 80% społeczności czamskiej zostało wymordowanych przez reżim Czerwonych Khmerów. Samo sanktuarium to kompleks wysokich wież przypominających nieco Prambanan na Jawie, albo niektóre świątynie w tajskim Sukhothai.

W czamskim sanktuarium (hinduistycznym) spotkaliśmy fotografa, który miał w klapie przypięte zdjęcie Papieża przewiązane czarną kokardką! To pierwszy przypadek, kiedy zauważyliśmy żałobę po śmierci Papieża w Wietnamie. Dziś katedra w Nha Trang udekorowana jest fioletowymi flagami.

Nha Trang to najbardziej na południe wysunięty punkt naszej wyprawy (chyba). Spędzimy tu jeszcze dwa dni, po czym nocnym pociągiem wracamy do Hue. Planujemy podroż w taki sposób, aby w niedzielę rano trafić na bazar w Bac Ha w północnym Wietnamie, kiedy to na targ schodzą się okoliczne plemiona górskie.

Samo Nha Trang jest sporym kurortem nadmorskim, jednakże na plaży widać jest przede wszystkim Wietnamczyków. Sama plaża jest przyjemna. Nadmorski pas plaży oddzielony jest od bulwaru malutkim parkiem z palm kokosowych, gdzie rano widzieliśmy wielu Wietnamczyków uprawiających sport (niestety tylko z autobusu, zdjęcia będą później).

Uff. Wreszcie otworzyła się poczta i czytamy Wasze maile.

Czujemy się dobrze, dzieci są w miarę grzeczne i zadowolone z życia (no, chyba, że zbieramy się z plaży lub nie pozwalamy Agusi w ubraniu wskakiwać do wody). Agusia nauczyła się mówić "ibki", bowiem w wielu hotelach, restauracjach są akwaria z pięknymi rybami i jest nimi zachwycona.

Pozdrawiamy z upalnego Wietnamu

Malwinka, Artur, Piotruś i Agusia

 Hue, 13 kwietnia 2005 11:50

Cześć,

Jesteśmy już w Hue. Niestety, po przebyciu przełęczy Hay Van pogoda znowu się popsuła. Niebo jest zachmurzone, choć podobno wczoraj było tu ładnie. Nie będzie słonecznych zdjęć z Hue...

Przedwczoraj byliśmy w Oceanarium w Nha Trang. Dzieciom się bardzo podobało. Mnóstwo pięknych dużych ryb, niestety w nie najczystszych akwariach. Wiele ryb było też zbyt mocno stłoczonych. Poza tym muzeum prezentuje bogatą kolekcję łodzi i sieci rybackich, sprzęt badawczy itp.

Wieczorem pojechaliśmy ponownie do ruin czamskich Po Nagar. Czekało nas rozczarowanie. Pomimo, iż wiele budynków w Nha Trang (bulwar nadmorski, dworzec kolejowy, hotele, budynki użyteczności publicznej) była oświetlona, czamskie sanktuarium tonęło w ciemności. Pojechaliśmy więc na zakupy uzupełnić zapas pieluszek. :-)

Wczoraj popłynęliśmy łódką na turystyczny rejs. Frajda dla dzieciaków, dla nas nieco mniej. Wieczorem pojechaliśmy do Pagody Long Son, jednej z nielicznych, w której mieszkają mnisi (Marcinie: może trochę więcej na temat swobód religijnych po powrocie. Ogólnie nie jest z tym najlepiej).

Wiadomości o Papieżu mamy nieliczne. Czasem napotkani ludzie dowiadując się, iż jesteśmy z Polski mówią nam rożne rzeczy. Np. że 4 mln Polaków pojechało na pogrzeb Papieża do Watykanu, a cala Polska pogrążona jest w żałobie. Podobno są to informacje z telewizji. Czy rzeczywiście? Wiele osób (katolicy) podkreśla nam, jak wielkim autorytetem był Papież. Na pewno jednak nie ma tu żałoby, czy rozpaczy. Inna sprawa, ze taka rozpacz jest zrozumiała w Polsce, gdzie Papież był nie tylko Papieżem, Rodakiem, ale przede wszystkim wielkim Symbolem. Tutaj był bardziej odległy, choć na pewno był uważany za autorytet i lubiany (przez ludzi, pewnie niekoniecznie przez władzę).

Dziś jeszcze zobaczymy iluminacje pałacu cesarskiego w Hue, a jutro płyniemy łodzią oglądać grobowce cesarskie. Mamy nadzieje, ze nie będzie deszczu. Wieczorem nocnym autobusem jedziemy do Hanoi, gdzie spędzimy nockę i zgodnie z planem w sobotę pojedziemy dalej na północ.

Dziękujemy za relacje z kraju. Miło się czyta nowe wieści. Dziękujemy wszystkim, którzy o nas pamiętają.

Pozdrawiamy gorąco z chłodniejszego Hue (25 stopni)

Malwinka, Artur, Agusia i Piotruś

Bac Ha, 18 kwietnia 2005 12:46

Witajcie,

Nie odzywaliśmy się przez kilka dni, ale zwiedzaliśmy dość szybko.

Następnego dnia po ostatnim mailu popłynęliśmy wynajętą łodzią do grobowców cesarskich pod Hue. Grobowce okazały się interesujące. Są one oazą spokoju, miejscem, w którym można odpocząć od codziennego w Wietnamie zgiełku. O samych grobowcach może opowiemy dopiero przy slajdach.

Wieczorem pojechaliśmy pociągiem do Hanoi. Tym razem Hanoi było pochmurne, ale bezdeszczowe. Dzień potraktowaliśmy wyjątkowo zakupowo. Kupiliśmy 2 plecaki (60 litrów), 2 kurtki dla mnie, 1 dla Malwinki, nie wiem już ile par spodni, koszul, koszulek etc. Potem pojechaliśmy do ogrodu zoologicznego. Raczej smutne przeżycie. Widzieliśmy dziesiątki głodnych małp dokarmianych przez Wietnamczyków chipsami i innymi wspaniałościami, całość stanowi wielki plac zabaw z płatnymi atrakcjami w rodzaju przejazd pociągiem, karuzela itp. Po spacerze zoologicznym odwiedziliśmy salon fryzjerski. Malwinka wygląda teraz jak prawdziwa Azjatka ;-). Ale nadal nie ma tak długich włosów ;-(.

Tego samego dnia pojechaliśmy pociągiem (znowu nocnym) na północ, bezpośrednio do Bac Ha, aby zobaczyć niedzielny market. Wysiedliśmy na stacji przed Lao Cai, gdzie minęliśmy kierowców motorów zapewniających, że jedynie oni mogą nas zawieźć do Bac Ha i łatwo znaleźliśmy autobus, który po 2 minutach odjechał w pożądanym celu.

Bac Ha, malutkie i senne miasteczko, zauroczyło nas do tego stopnia, że postanowiliśmy spędzić tu dwie noce. Sam bazar był niesamowity. Przywieziono tu kilkoro turystów, podniosły się nieco ceny, ale targowaliśmy się ostro. Znowu kupiliśmy sporo ciuchów. Ciekawe ile kilogramów będą stanowić pamiątki ;-)

Dziś przeszliśmy się do pobliskiej wioski. Trafiliśmy m.in. do szkoły, do której większość dzieci przychodzi w tradycyjnym ubraniu Kwietnych Hmongow. W Bac Ha stanowimy prawdziwą sensację. Często obok nas ustawia się kilku, nawet kilkunastoosobowy tłumek osób oglądających nas i nasze dzieci. Sennie uroczo i nie turystycznie. Lubimy takie miejsca. Szkoda, że nie ma czasu, żeby dłużej powłóczyć się po tutejszych wioskach. No i jeszcze dzieci musiałyby troszkę lepiej chodzić.

Jutro z samego rana jedziemy do Sapy. Podobno w Sapie pogoda się popsuła i ma być deszcz, ale może nie będzie tak źle. W Sapie spędzimy jedną noc, po czym nocnym pociągiem (tradycyjnie sypialnym) wracamy do Hanoi.

Może jeszcze trochę o ludziach, których spotykamy w podroży.

W Nha Trang, podczas wycieczki łodzią spotkaliśmy parę Czechów. Teresa mówiła całkiem dobrze po polsku (mieszkała m.in. w Ostrawie). Dobrze było porozmawiać w naszym języku nie tylko z dziećmi. Pociągiem do Hue jechaliśmy razem z Wietnamczykiem z Toronto, który po raz pierwszy od 1967 roku przyjechał do Wietnamu. Wymieniał doświadczenia z podroży, opowiadał jak wiele zmieniło się w Wietnamie i choć jest to nadal komunistyczny kraj, to jest całkiem rozwinięty i cieszy go wybór drogi chińskiej. Potem jeszcze spotkaliśmy Wietnamczyka amerykańskiego, ale to był człowiek już zupełnie innego wymiaru.

Robiąc zakupy w Hanoi w pewnym momencie zauważyliśmy przerażoną minę Piotrusia, który siedział jakby go zamurowało. Okazało się, że pracująca w sklepie Wietnamka bardzo dobrze mówi po polsku i zwróciła Piotrkowi uwagę na to, aby nie siedział na środku wejścia. Spotkaliśmy jeszcze taksówkarza, który rozmawiał z nami po czesku....

A teraz muszę już kończyć, bo przyszła po mnie rodzinka i zamykają kawiarenkę...

Do napisania

Malwinka, Arturek, Piotruś i Agusia

Hanoi, 21 kwietnia 2005 13:32

Cześć,

Po wojażach na północy wróciliśmy dziś nocnym pociągiem do Hanoi. Tym razem pociąg był nieco mniej komfortowy (bez klimatyzacji) i spaliśmy znacznie gorzej. Dlatego też dzisiejszy dzień w Hanoi będzie w zasadzie stracony.

Po wspaniałym Bac Ha, gdzie nikt nie potrafił rozmawiać po angielsku i nawet targować się trzeba było przy pomocy kartki i długopisu, Sapa zaskoczyła nas swoim rozwojem turystycznym. Samo miasteczko nie jest zbyt piękne. Tutejszą atrakcją są również okoliczne plemiona. O ile jednak panie z plemienia Kwietnych Hmongów były bardzo sympatyczne, uśmiechnięte i miłe, to panie z plemienia Czarnych Hmongów, czy też Czerwonych Dzao były również uśmiechnięte, ale jeszcze bardziej uciążliwe i natrętne. Nie było to aż tak nachalne traktowanie jak innych turystów, ale też uciążliwe wciskanie towarów. Przy najmniejszym zainteresowaniu kupnem towaru (zastosowaliśmy ten stary trick w celu zrobienia zdjęć), musiałem przerwać akcję fotograficzną i chronić dzieci przed stratowaniem przez przepychające się panie podtykające ich właśnie bransoletki. Krupówki, Zakopane? Chyba tak, może nawet jeszcze gorzej. Jeśli kiedykolwiek wrócimy do Sapy, to chyba tylko po to, aby potraktować ją jako noclegownię, czy punkt przesiadkowy.

Po Wietnamie podróżuje się bardzo łatwo. Ludzie są przyjaźni, jednakże potwierdzam informacje o różnych cenach dla Wietnamczyków i turystów. W wielu miejscach turyści płacą podwójnie, nawet za przejazdy lokalnymi minibusami. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie. Generalnie jednak jest zasada, żeby wykorzystać turystów. Oficjalnie agencje turystyczne za kupno biletu pobierają minimalne prowizje. Tak samo twierdzi Lonely Planet. Nie jest to prawda. Prowizja agencji sięga około 50%. To nie jest tylko kwestia targowania.

Wielu naszych znajomych przed wyjazdem obawiało się wszelkiego rodzaju brudu i robactwa w Wietnamie. Nasz wyjazd zbliża się ku końcowi i dotychczas nie widzieliśmy w Wietnamie ani jednego karalucha. Widzieliśmy jedynie 3 szczury (wieczorem - po jednym w Hanoi, Hue i Nha Trang - ale nie wiem, czy to był na pewno szczur).

Jeszcze trochę o ludziach....

Wracając z południa rozmawialiśmy z fanem piłki nożnej. Wspomniał m.in. nazwisko największej gwiazdy pierwszoligowego zespołu wietnamskiego z Danang - niejakiego Tomasza Cebulę. Żałował, że obecnie Cebula zmienił barwy klubowe i gra dla jednego z zespołów z Sajgonu. Pamiętam z wywiadu w polskiej gazecie, że przed Wietnamem Cebula grał w I lidze indonezyjskiej.

Wczoraj w Sapie spotkaliśmy też pierwszy raz turystkę, która zadeklarowała się jako Rosjanka. Niestety, od kilkunastu lat mieszka w Finlandii.

Jutro pogoda w Hanoi ma się nieco popsuć, planujemy więc luźniejszy dzień. Najprawdopodobniej pojutrze pojedziemy na dwudniową wycieczkę do Zatoki, Halong. Trochę obawiam się, że będzie to bardzo turystyczny trip, który nie będzie nam się podobał. Obym się mylił.

Czujemy już koniec wyprawy. Trochę smutno, wiemy, ze wielu wspaniałych miejsc nie zobaczyliśmy, wiemy, że pogoda była zdecydowanie niesprzyjająca dla fotografów. Wiemy, że te zdjęcia nie będą takie, jakie chcielibyśmy zrobić. Ale cóż, może jeszcze kiedyś uda się wrócić do Wietnamu.

A na razie Halong oraz najważniejsze miejsca w Hanoi czekają na nas.

Trzymajcie się ciepło.

Pozdrawiamy

Malwinka, Artur, Piotruś i Agusia

Hanoi - OSPA prośba do lekarzy, 22 kwietnia 2005 godz. 08:31

Cześć,

No to się narobiło.

Właśnie wróciliśmy z Kliniki Przyjaźni Koreańsko-Wietnamskiej, gdzie lekarz postawił dla Agusi diagnozę: ospa wietrzna. Ponieważ mam zastrzeżenia do diagnozy prosimy o konsultacje mailową naszych lekarzy (pytanie, kto w piątki czyta maile?).

Historia:

Na początku wyjazdu jeszcze w Hanoi (ok. 2 kwietnia) Piotrek dostał niewielkiej wysypki, którą wzięliśmy za potówki. Wysypka (małe czerwone pęcherzyki wypełnione płynem, które rosły i po 3 dniach pękały) pojawiła się na plecach i brzuchu (tylko). Piotrek nie miał żadnej gorączki. Przed wysypką zatrucie, które pojawiło się we Wrocławiu (wymioty od poniedziałku świątecznego). Nie powinno mieć to nic wspólnego z chorobą, bo Agusia zaczęła mieć te same problemy od Moskwy (przeszły po 3 dniach).

Wysypka ustąpiła w Nha Trang (ok. 10 kwietnia), pozostały tylko 3-4 strupki, które były maksymalnie rozdrapane. Raczej nie swędziało, a jeśli to niewiele. Zniknięcie wysypki nastąpiło po 2-3 kąpielach w roztworze nadmanganianu potasu oraz smarowaniu Pantenolem (2x dziennie).

U Agusi pęcherzyki pojawiły się najpierw pod pieluszką na pupie. Potem na plecach (bardzo dużo), brzuszku (mało) i buzi (na nogach i rękach nie ma wcale, ze dwa strupki na głowie, kilka na szyi). Dzień przed wysypką być może miała stan podgorączkowy (37, nie więcej, szybko dostała Panadol). Mała nie drapie ranek, ale widać, ze jej przeszkadzają, zwłaszcza te popękane na plecach. Na pewno nie drapie samych pęcherzyków, co najwyżej je ogląda.

Od lekarza z kliniki dostaliśmy sporządzone na miejscu lekarstwo, zdaje się, ze antybiotyk do stosowania 4x dziennie, 30 minut po posiłku - niestety bez jakiegokolwiek składu, nazwy itp. Z samymi krostkami mamy nic nie robić, unikać mycia ciała, jedynie często myć ręce, aby nie wprowadzić zarazków do pękniętych pęcherzyków/strupków.

Wydaje mi się, że jakoś jednak warto te ranki leczyć. Pytanie do braci medycznej: Jak postępować? Czy jak przy Piotrku - kąpiel w roztworze nadmanganianu potasu 1x dziennie plus smarowanie Pantenolem? Może inaczej? Co z buzią (sporo krostek Aga ma na buzi, jedna pod samym okiem)? Czy to aby na pewno wiatrówka? Lekarz strupy widział, ale z tego, co sam pamiętam, miałem wysoką gorączkę, a wysypka niemiłosiernie mnie swędziała. Dzieci chyba jednak nie, a na pewno nie w tej części pierwotnej. Może jednak przechodzą ją łagodniej.

Diagnozę ospy wietrznej potwierdziły też wszystkie osoby z poczekalni.

Dzięki za wszystkie miale i za pomoc.

Oj, sporo się działo podczas tego wyjazdu, ale ta wiatrówka to już przesada ;-(. Nie podłamujemy się jednak, Agusia jest w świetnym humorze, Piotrek w trochę gorszym, bo to Agusia ze mną pojechała do lekarza na motorze!

Pozdrawiamy cieplutko z Hanoi. Wreszcie wyszło słonce! Idziemy na spacer.

Malwinka, Arturek, Piotruś i zakrostkowana Agusia

    Dr Bonikowski (22 kwietnia 2005 godz.11:25):

Ospa jak nic. 

Dzieciakom nic nie będzie, gorzej jak wy nie chorowaliście. Krostki najlepiej smarować gencjaną albo jodyną. Kąpiel w nadmanganianie może być, raczej nie stosować tłustych kremów tylko osuszające jak na odparzenia od pieluszki. Generalnie nie powinno się ospy przeziębić, ale nie będziecie chyba siedzieć w hotelu (decyzja należy do was). Pamiętajcie jednak, że zakażacie wszystkich wokoło, co w stosunku do osób starszych i słabych wietnamskich dzieci jest trochę niehumanitarne.
pa

    Dr Walacik: (22 kwietnia 2005 godz. 16:16)

Hej, hej,
No cóż, trudno się wypowiedzieć, jeśli się nie widzi tej wysypki czy to ospa czy nie. W ospie wietrznej występują najpierw zaczerwienienia, następnie na ich miejscu rosną pęcherzyki wypełnione surowiczym, przezroczystym płynem. Mogą one występować na całej skórze, chociaż najwięcej na tułowiu i twarzy, ale są również na owłosionej skórze głowy i na śluzówkach (w buzi itp.). Strupki są zazwyczaj bardzo swędzące, chociaż u małych dzieci nie muszą być. Pęcherzyki same przysychają po kilku dniach i tworzą strupki, które później same odpadają. Rozdrapywanie pęcherzyków jest niewskazane gdyż może powodować nadkażenia bakteryjne a zdrapywanie strupków pozostawia blizny. Tak wiec najlepiej pozostawić pęcherzyki i strupki własnemu losowi i jak najmniej ich dotykać. Ospa wietrzna to choroba wirusowa wiec antybiotyki na nią nie działają. Antybiotyki mogą być pomocne, jeśli nastąpi nadkażenie bakteryjne zmian na skórze. Być może lekarz zapisał Wam antybiotyk profilaktycznie, aby takich nadkażen nie było (?) Nie wiem, u nas się tego nie robi. Leczenie jest objawowe, czyli przeciwgorączkowe, czasami przeciwswiadowe itp. Na skórę stosuje się rożne roztwory, aby odkazić i żeby mniej swędziało. Ja sama jak miałam ospę smarowałam się np. roztworem gencjany. Kąpiel w nadmanganianie pewnie nie zaszkodzi, ale nie przyspieszy wyzdrowienia, pęcherzyki musza same zejść. Ważne jest, aby skora była możliwie jak najbardziej czysta, właśnie żeby nie wprowadzić zarazków. Nie polecam smarowania żadnymi ciężkimi, tłustymi maściami, bo to może sprzyjać nadkażeniom. Ospa jest bardzo zaraźliwa, kto z Was jeszcze nie miał to pewnie też zachoruje. Uważa się, że okres zarażania kończy się wraz z przyschnięciem wszystkich strupków. I to by było na, tyle jeśli chodzi o moja wiedze na ten temat na gorąco. Jeśli byście potrzebowali więcej informacji to w ciągu weekendu będę dostępna pod mailem.

Pozdrawiam ciepło i życzę szybkiego powrotu do zdrowia dla Agusi,
Ewa.

Dr Karpińska: (22 kwietnia 2005 godz. 16:53)

No i nie ma co paćkać tego maściami, bo tylko zwiększa się szansę zakażenia. Odkażanie, wysuszenie i przeczekanie.
Ela

Hanoi, 22 kwietnia 2005 godz. 17:54

Hej,

Dzięki za szybkie odpowiedzi. Po lekturze Waszych maili jestem już pewny diagnozy i dalszego postępowania. Podobno w Wietnamie jest teraz epidemia ospy, ponoć mówiono o tym nawet w telewizji. Cóż, Piotrek musiał zarazić się jeszcze w Polsce. Myślę, że podczas naszego pobytu w Wietnamie zaraziliśmy mnóstwo dzieciaków. Jego choroba była prawie bezobjawowa, z Agą jest nieco gorzej, ale postaramy się jej ulżyć.

Rozumiem, ze nadmanganian tak, Pantenol raczej nie. W aptece dostaliśmy jeszcze jakąś maść przeciw swędzeniu, jeszcze przeanalizujemy ulotkę.

Swoich planów nie zmieniamy. Jutro rano jedziemy na dwudniowa wycieczkę do zatoki Halong. Jeśli będziemy zarażać, to tylko białasów :-). Jednak niewiele jest białych dzieci w Wietnamie (choć co najmniej kilkanaście widzieliśmy, najmłodsze było jeszcze w nosidełku na brzuchu). W poniedziałek zwiedzamy świątynie Hanoi, a wieczorem zarażamy załogę Aeroflotu.

Z Kliniki Koreańskiej wzięliśmy na wszelki wypadek zaświadczenie, że jest to ospa wietrzna i nie ma nic wspólnego z ptasią grypą. BTW - wiecie, ze wietrzna ospa po angielsku to chickenpox? ;-)

Jeszcze raz dziękujemy za super szybkie odpowiedzi. Jesteście wspaniali. Tylko skąd wziąć gencjanę, czy jodynę w Wietnamie?

Odezwiemy się zapewne w niedzielę wieczorem.

Pozdrawiamy

Malwina, Artur, Piotruś i całkiem wesoła Agusia

Hanoi, 25 kwietnia 2005 godz. 04:10

Cześć,

Dziś jest już ostatni dzień naszej podroży. Dwa ostatnie dni spędziliśmy bardzo leniwie na statku w Zatoce Halong. Zatoka jest bardzo ciekawa, mnóstwo ciekawych formacji skalnych, choć szata geomorfologiczna chyba nie tak skomplikowana jak Zatoki Phang Nga w Tajlandii. Samodzielna podroż po Zatoce Halong jest bardzo utrudniona z uwagi na problemy z władzą udzielającą koncesji na pływanie z turystami tylko przedsiębiorstwom turystycznym. Powoduje to, że konkurencja jest marna, a poziom organizacji wycieczki bardzo niski. Pierwszego dnia w pośpiechu zwiedziliśmy bardzo ciekawą jaskinię, by potem nudzić się stojąc na kotwicy w odległości kilkuset metrów od jaskini przy wyjątkowo dobrych warunkach pogodowych. Na najciekawszą część trasy wyruszyliśmy o godz. 5.30 rano, kiedy to słońce dopiero budziło się na horyzoncie, ale nie dawało zbyt dobrego światła ze względu na chmury, które tego dnia przykrywały szczelnie niebo.

Po powrocie z wycieczki poszliśmy do Teatru Lalek Wodnych. To już drugie nasze przedstawienie. Poprzednim razem siedzieliśmy w czwartym rzędzie, tym razem zadbaliśmy o miejsca w pierwszym rzędzie. Dzieci były zachwycone, nam również bardzo się podobało. Mam nadzieje, że zdjęcia wyjdą fajnie.

Podczas podroży łódką jechaliśmy z samymi westmenami. Wśród nich była jedna ciekawa osoba, Francuska, która przyjechała do Wietnamu w celu zaadoptowania dziecka. Od kilku miesięcy adopcja wietnamskich dzieci jest nie tylko możliwa, ale też stosunkowo prosta do przeprowadzenia. Przeraził nas tylko nieco wiek dziecka przeznaczonego do adopcji. Małe ma zaledwie 2 tygodnie. Za 2-3 tygodnie wszystkie formalności maja być już załatwione.

Wczoraj w Hanoi spotkaliśmy też poznanych w Nha Trang Czechów.

Agusi przestały się już pojawiać nowe ślady, stare powoli przesychają. Wygląda już zdecydowanie lepiej. Myślę, że za jakieś 2-3 dni pozostaną jedynie te duże, nieco rozdrapane strupki. Cały czas jest w dobrym humorku, nauczyła się też wiele nowych słów: kajka (co oznacza: konik, ale też krowa, bawół), statek i wiele innych. Udało się nam nie zaziębić malej, pomimo klimatyzacji w autobusie. Jest więc dobrze, nie ma powodów do obaw.

Dzieci są strasznie rozpieszczane przez Wietnamczyków, sami nie wiemy, co będzie po powrocie do domu. Jedyna nadzieja, że stęskniły się za zabawkami.

Dziękujemy za informacje o pogodzie. W Hanoi internet chodzi bardzo szybko, sprawdziliśmy już pogodę zarówno w Moskwie, jak i w Warszawie. Tak jak wcześniej wchodziliśmy na polskie serwisy medyczne, w celu rozpoznania choroby. Mamy naszykowane cieple ubrania (przydadzą się kupione kurtki), choć prognozy dla Hanoi na dziś przepowiadają 36 stopni w ciągu dnia (23 w nocy) i burze.

Dziękujemy Aniu i Przemku za informacje o na temat ospy wietrznej w samolocie. Będziemy się więc upierać, że to jest alergia, a zaświadczenie od lekarza zostawimy ewentualnie na Okęcie, w celu uniknięcia kwarantanny itp. Czy zaraziliśmy się od Was? Niewykluczone. Piotrek pierwsze objawy miał 2 kwietnia, a okres inkubacji choroby jest dość długi. Trzeba byłoby policzyć. Na pewno żniwo wiatrówki w Wietnamie będzie duże. Dobrze, ze tu w Wietnamie nikt się nie przejmował wiatrówką. Wszyscy stwierdzają, że to jest niegroźne i bierze się z powietrza. Ale Dagno i Eryku, wołałbym, aby nasze dzieci chorowały w domu, a nie podczas podróży.

Dziś jeszcze postaramy się odwiedzić najciekawsze świątynie Hanoi, zrobimy też ostatnie zakupy. Kolejnego dużego (60-70 l) plecaka już wieźć nie będziemy, bo po prostu nie uda nam się zabrać. W grę wchodzi ewentualnie jakiś mniejszy. Jeśli znajdziemy taki na jednym pasku (nie widziałem, ale też nie patrzeliśmy na takie), to kupimy.

Szkoda nam wyjeżdżać z Wietnamu, bardzo szkoda.

Pozdrawiamy gorąco
Malwinka, Artur, Piotruś i Agusia

Warszawa, 27 kwietnia 2005

Witajcie,
Potężne grzmoty i błyskawice towarzyszyły startowi naszego samolotu rosyjskich linii lotniczych Aerofłot z Hanoi. Już w trakcie odprawy, przebiegającej w wyjątkowo żółwim tempie, burza zaatakowała. Deszcze nieco ustał, gdy startowaliśmy, jednakże turbulencje związane z chmurami, deszczem i wyładowaniami atmosferycznymi odczuwaliśmy jeszcze godzinę po starcie. Miejsca mieliśmy bardzo wygodne. Był to pierwszy rząd, więc Agusia spała w malutkim łóżeczku przyczepionym do ściany tuż przed naszymi fotelami, Piotruś zajął 2 siedzenia i również spał w wyprostowanej pozycji.

Ostatni dzień w Wietnamie spędziliśmy bardzo pracowicie. Wstaliśmy o godz. 5.30 rano, aby zrobić zdjęcia ludziom gimnastykującym się tłumnie nad brzegiem Jeziora Zwróconego Miecza. Potem ostatnie pakowanie, kąpiel w misce z nadmanganianem potasu (ach te krostki!) i wyruszamy na miasto. Właśnie wczoraj odwiedziliśmy większość zabytków Hanoi, w tym najwspanialszą świątynię Literatury, najstarszy uniwersytet w Wietnamie, zobaczyliśmy też Mauzoleum Ho Chi Minha (bez kolejki, w poniedziałki i piątki mauzoleum jest zamknięte, ale za to ze zmianą warty honorowej) i kilka pagód. Potem był już tylko czas na ostatnie zakupy i pożegnanie się z Wietnamem.

Chyba jeszcze nigdy nie było mi tak bardzo żal wracać do kraju. Z krainy marzeń do krainy szarej rzeczywistości, z miłego ciepła do słonecznego, szarego chłodu. Zobaczyliśmy większość tych miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, ale upewniliśmy się też, że te 3 i pół tygodnia, to zdecydowanie za mało, żeby zwiedzić Wietnam. Już teraz chcemy tam wrócić, zwłaszcza aby dokładniej zwiedzić zamieszkałe przez ciekawe mniejszości etniczne góry na północy oraz południe przede wszystkim dla Sajgonu i delty Mekongu.

Warszawa powitała nas szarymi, burymi chmurami, niewielkim korkiem. Zimno, na lotnisku było 6 stopni, o 30 mniej niż w Hanoi.
Skończyła się bajka, zaczęła rzeczywistość.

Dziękujemy Wam wszystkim za ciepłe słowa, które pisaliście do nas, za myśli o nas. Dziękujemy Jurku za wstawianie na strony internetowe naszych listów z Wietnamu. Dziękujemy za konsultacje medyczne i diagnozę. Trochę wrażeń i refleksji napiszemy jeszcze po lekturze tego co napisaliśmy.

Pozdrawiamy
Artur

Warszawa, 27 kwietnia 2005

Dotychczasowe relacje z podróży pisał przeważnie Artur, ale sporo jeszcze zostało do opowiedzenia. Przede wszystkim WIELKIE DZIĘKI dla wszystkich, którzy pisali do nas, a największe dzięki dla tych, którzy ratowali nas przed wiatrówką. Tak w ogóle ten wyjazd pod względem zdrowotnym był ...wyczerpujący. Podsumowując: 5x problemy żołądkowe, 4x zapalenie spojówek, 3x ból gardła plus chrypka przechodząca w kaszel, 1x ból ucha no i 2x wiatrówka (my rodzice mamy tę chorobę na szczęście już za sobą, ale nic straconego, ten sam wirus może wywołać półpasiec ;-)). Mam nadzieję, że wyczerpaliśmy na dłuższy czas limit wakacyjnych dolegliwości i na następnych wyjazdach będziemy zdrowi jak rydze.

Mimo zdrowotnych komplikacji podróżowało się świetnie. Nasze dzieciaki były wprawdzie rozdrażnione i mniej grzeczne niż byśmy chcieli, ale mógł być to efekt infekcji, leków przeciwmalarycznych, ciągłych zmian miejsca i pogody. Mimo to spisywały się całkiem dzielnie, radośnie bawiły się ze spotykanymi po drodze Wietnamczykami i ładnie zwiedzały z nami, co było do zwiedzenia.

Na pewno dzięki dzieciakom łatwiej nam było przekroczyć barierę dzielącą turystę-białasa od zwykłych Wietnamczyków - nawet jeśli nie mówiliśmy w zrozumiałym dla siebie nawzajem języku. Spotkaliśmy się z ogromną życzliwością, ułatwianiem nam życia na wszelkie sposoby; bawiono się z naszymi dziećmi chętnie, dokarmiano je bardzo zdrowo owocami (mamy nadzieję, że mytymi), obdarowywano zabawkami... Chociaż też zdarzały się próby oszustwa (na zasadzie, że skoro z dziećmi, to zależy im na wygodzie i więcej zapłacą).

Z minusów podróżowania z dziećmi: na pewno bez nich podróżowałoby się szybciej, zobaczylibyśmy więcej miejsc. Ale też to "więcej" oznaczałoby też "bardziej pobieżnie".

Sam Wietnam jest inny niż jakiekolwiek miejsce, które dotąd widzieliśmy. Różni są ludzie, architektura, inaczej wyglądają zabytki i domy zwykłych ludzi.

Wietnam to kraj komunistyczny, który powolutku otwiera sięna świat kapitału i gospodarki rynkowej. Pełno świeżych plakatów propagandowych (30 lat od "zjednoczenia" kraju i zakończenia wojny), mnóstwo portretów Ho Chi Minha, np. w sklepach. Na każdej szkole obrazek z Wujkiem Ho tulącym dziateczki. W każdym hotelu wnikliwa kontrola paszportów, najpierw przez recepcję, później często przez mundurowych. W telewizji co chwilę pieśni patriotyczno-propagandowe w wykonaniu pani i panów w strojach pseudoludowych lub dla odmiany w mundurach (Pamiętacie festiwal w Kołobrzegu? Klimaty podobne). Wiele budynków ze znakiem "zakaz fotografowania".

Polityka rodzinna 2+2: nie tylko na plakatach. Ze słów miejscowych wynikało, że za trzecie dziecko trzeba płacić wysoką grzywnę. Sporo wojska i policji na ulicach, pomniki Lenina.

Czy trzeba się rozpisywać o wolnościach obywatelskich i prawach człowieka? Formalnie wszyscy są szczęśliwi w najlepszym z możliwych ustrojów, partia przewodnią siłą narodu itp. Znamy, znamy.. Jest dobrze o tyle, że kwitnie korupcja i wiele rzeczy można sobie "załatwić", no i Wietnam idzie drogą chińską i nie walczy z prywatną inicjatywą, wykorzystującą lud pracujący miast i wsi. Nie walczy do tego stopnia, że jeśli ktoś nie pracuje w instytucji rządowej, to nie ma prawa do urlopu i pracuje w świątek, piątek i niedzielę.

Ponieważ kwitnie prywatna inicjatywa, można odnieść wrażenie, że wszyscy Wietnamczycy czymś handlują (i najchętniej wcisnęliby to coś Bogu ducha winnemu turyście). Mnóstwo sklepów z pamiątkami, hoteli, knajpek, np. w Hoi An cały przemysł tekstylny pracujący dla turystów (można sobie uszyć co tylko sobie człowiek zamarzy). Ale na prawie wszystko potrzebna jest kosztowna licencja.

Obowiązek licencyjny ogranicza nieco możliwości podróżnika w Wietnamie. Do wyboru jest opcja makserską (podróżowanie lokalnymi autobusami i pociągami, z miejscowymi i kolorowo, ale długo, trudno i niewygodnie) i opcja turystyczna (Klima w autobusach i pociągach, drożej, za drogo dla miejscowych, no ale szybciej... A odległości w Wietnamie są spore!). większość osób wybiera oczywiście opcję turystyczną, porusza się szlakiem rekomendowanych przez Lonely Planet i przepłaca. Brakuje możliwości pośredniej, czegoś tańszego, ale wygodniejszego, czegoś typowo dla plecakowców. Miejmy nadzieję, że się jeszcze rozwinie.

Nie zobaczyliśmy w Wietnamie wielu rzeczy, które zobaczyć byłoby warto. Ogromnie żal wyjeżdżać.

Wietnamczycy - ogromnie przyjaźni, nienachalni (może z wyjątkiem ryksiarzy), sympatyczni, choć trudno się z nimi porozumieć.

Ci, którzy mówią po angielsku, mówią z dziwnym akcentem, nie wymawiają np. litery x. Dzieciaki kolorowe i wesołe; naszym dzieciom najbardziej podobały się właśnie wspólne zabawy w gronie małoletnim. Dorośli trochę za bardzo chcieli dotykać, brać na ręce itp.

Piękne stroje tradycyjne - zarówno wietnamskie ao dai (długa tunika rozcięta po bokach i spodnie, bardzo praktyczny strój na rower czy motor!), jak i wspaniałe stroje plemienne, stroje, które nie są kostiumami dla turystów, tylko normalnym ubraniem.

Niestety, im więcej turystów, tym więcej "cepeliady", taniego efekciarstwa, no i naciągania i prób oszustwa. Np. "ludzkie zoo", czyli wioska Cat Cat koło Sapy - tam NA PEWNO nie wrócimy! Ale też w tej samej Sapie trafiliśmy na ceremonię tańca z ogniem w świątyni taoistycznej. Przeżycie ciekawe i piękne! I przy tym byliśmy tam jedynymi białymi (inni pewnie targowali się z paniami Hmong i Dao, albo poszukiwali niepowtarzalnych wrażeń na typowych wycieczkach..). A gdzie jak gdzie, ale w turystycznej Sapie mogliby takie tańce organizować za pieniądze, na zasadzie przedstawienia dla turystów.

Co widzieliśmy? Hanoi - dość dokładnie przeszliśmy Starówkę, wzbudzając sensację (turyści poruszają się tam rykszami), obejrzeliśmy kilka świątyń, teatr marionetek i zoo. Hue - miasto cesarskie, wietnamski Kraków z pałacem cesarskim i grobowcami dawnych władców. Gdyby nie brzydka pogoda, byłoby to chyba najwspanialsze miejsce w ciągu całej podróży (według Malwinki). Hoi An - to miasteczko musiało być kiedyś cudowne, piękne stare domki, rzeka, świątynie... Teraz bilety wstępu, wszędzie sklepy, pełno turystów, którzy po prostu zadeptują całe to piękno! Pozostałości imperium Czamów w My Son i Nha Trang - ciekawe hinduistyczne świątynie, odmienny nieco typ urody. Morze w Nha Trang (rafa kolorowa, ale nie najciekawsza) i Zatoka Ha Long (za mało czasu, albo raczej źle wykorzystany!!! Gdybyśmy mogli sami to zorganizować, zobaczylibyśmy 3 razy więcej i bylibyśmy bardziej zadowoleni). Góry i plemiona górskie w Bac Ha, gdzie jest pięknie, zwłaszcza po niedzielnym targu i w Sapie, gdzie niestety przestaje być pięknie....

Niestety Wietnam nie jest już tak cudownie "nieskażony turystycznie" jak Laos 5 lat temu. Wszystko ma swoją cenę.

Nie widzieliśmy: Sajgonu i delty Mekongu, świątyni Cao Dai (wietnamskiej sekty czczącej Joannę d'Arc, Pasteura, Victora Hugo, Konfucjusza i Lenina), więcej pozostałości królestwa Czamów, jak np. muzeum w Da Nang, czy wieże Po Klong Garai, polecanych przez Asię i Mariusza plaż w Mui Ne, atrakcji "powojennych" (typu tunele, umocnienia, rzucanie granatem - nie żałujemy). No i gdyby była bardziej sprzyjająca pogoda, to cudownie byłoby powłóczyć siępo górach. Nie widzieliśmy też kolejki do Ho Chi Minha. Mamy zatem materiał na cały następny długi wyjazd. Sporo jeszcze zostało do napisania i opowiedzenia, ale to już może dopiero na pokazie...

Pozdrawiamy
Malwina, Artur, Piotruś i Agusia Flaczyńscy