Relacja z podróży - Afryka

Uganda - listy z podróży


Listy z podróży Iwony i Jurka Maronowskich do Ugandy
Zapraszamy do ciekawej relacji z  podróży.

Kampala, 10.06.2004
Kasese, Uganda, 21.06.2004
Kampala, Uganda, 25.06.2004
Kampala, Uganda, 2.07.2004
Ruwenzori - Góry Księżycowe - uzupełnienie wyprawy

 Kampala 10.06.2004

Po 1,5+ 8,15+1,05 godzinach lotu z przesiadka w Amsterdamie i Nairobi dotalismy Kenia Airwais do Entebbe. Odcinek Nairobi - Entebbe pokonywaliśmy z pięknymi widokami na Mount Kenia i Wielki Rów Afrykański, a potem bardzo rozlegle wody jeziora Wiktoria.

Z Entebbe do Kampali pojechaliśmy zatłoczonym, ale wesołym matatu czyli mikrobusem. Mieszkańcy Ugandy zaskakują bardzo ciemną karnacją, to chyba najczarniejsi ludzie na świecie. Mówią językiem Buganda, ale praktycznie wszyscy znają angielski.

Kampala bardzo przypomina nam miasta indyjskie, tylko po zamianie ludności na murzynów, po eliminacji krów i zamianie muzyki bazarowej na skoczną afrykańską. Są piękne kwiaty i wszędzie zielono, a ziemia w kolorze ceglano czerwonym. Nad głowami czasami krążą marabuty. Kampala leży na wzgórzach, jak San Francisco, wszystkie ulice są albo w górę albo w dół, albo okrężne wzdłuż poziomicy. Jechaliśmy raz na dwa bodo-bodo, tj. taksówkami motocyklami. Taki pojazd zabiera jednego pasażera. Wspaniała przygoda. Ludzie w Kampali się w ogóle nie narzucają, tylko raz spotkaliśmy żebraka przez cały dzień. Gdy zapytamy o drogę, chętnie pomagają i zawsze bezinteresownie, przy tym znają angielski, więc jest łatwo pomimo braku tabliczek z nazwami ulic itp.

Znaleźliśmy centrum handlowe Uchumi, gdzie był też gaz do kuchenek turystycznych. Dokonaliśmy rezerwacji na trekking w Ruwenzori od 14 do 20 czerwca i wykupiliśmy zezwolenie na odwiedzenie goryli górskich w parku Mgahinga 24 czerwca.

Mieszkamy w Backpakers Hostel, nad łóżkiem moskitiera a obok bezpłatny Internet cafe i wokoło ogród z małpami.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 Kasese, Uganda, 21.06.2004

Cześć!
Jesteśmy w miasteczku Kasese u podnóża Ruwenzori.

Wczoraj zeszliśmy z Ruwenzori po tygodniu przedzierania się przez dziewiczą dżunglę, wraz z przewodnikiem, rengersem z bronią oraz z 6 tragarzami. Weszliśmy na Mt Baker 4843 m. Bardzo ciężka trasa, po kilka km dziennie i cały czas zwalone drzewa, skały, korzenie, bagno po kolana i bardzo stroma, błotnista ścieżka. Niezwykła roślinność. Opiszemy więcej później.

Przed Ruwenzori pojechaliśmy na jeden dzień do parku narodowego Kibale, gdzie przez 5 godzin z przewodnikiem tropiliśmy szympansy w lesie deszczowym. Ciągłe przedzieranie się i wspaniała przygoda. W końcu przez godzinę patrzyliśmy na rodzinę dzikich szympansów na drzewach z kilku, czasem kilkunastu metrów. Szympansy często wydają bardzo głośne krzyki albo się kłócą.

Za chwilę jedziemy do parku Mburo Lake, gdzie mamy wędrować pieszo z rangersem wśród zebr, antylop, małp i ptaków, a nocą mamy spać w namiocie nad jeziorem i podobno po biwaku będą chodzić hipopotamy.

W czwartek będziemy tropić górskie goryle w parku Mgahinga na granicy z Rwandą i Kongiem.

Pozdrawiamy serdecznie,
Iwona i Jurek

Kampala, Uganda, 25 czerwca 2004

Witamy wszystkich ponownie!
Po ostatnim mailu z Kasese udaliśmy się przeładowanym matatu, czyli mikrobusem na 14 osób, w którym zmieściło się 20 osób, 18 murzynów i my we dwójkę, do Lake Mburo National Park. Jest to park sawannowy z olbrzymia liczba zwierząt. Jadąc przez park do biwaku co kilkaset metrów napotykaliśmy kolejne zwierzęta (zebry, bawoły, guźce, antylopy eland, antylopy tipo, antylopy impala, małpy babuny i inne zwierzaki. Przez 2 noce spaliśmy w namiocie nad jeziorem, w którym całą dobę buszowały hipopotamy. Najciekawiej było wieczorem, gdy paliliśmy ognisko nad brzegiem, a hipcie zbierały się w kilka sztuk w wodzie niemal przy samym ognisku i też chciały uczestniczyć. Wydawały przy tym donośne pomruki, ziewały, albo nagle zaczynały się głośno pluskać. Gdy szliśmy spać, a ognisko gasło, one wychodziły na brzeg, jadły trawkę i tupały. To były dwie wspaniale nieprzespane noce.

W dzień wybraliśmy się na poranną i wieczorną wędrówkę po parku pieszo z uzbrojonym przewodnikiem. Pokazał nam przeróżne ptaki, a także hieny, i miejsca pełne zwierząt jak wodopój lub pokład soli. Z żalem opuszczaliśmy Lake Mburo National Park, lecz czekały goryle.

Ponownie przepełnionym matatu dojechaliśmy w góry Virunga. Tu na granicy Ugandy, Rwandy i Kongo jest kilka wulkanów pokrytych lasem deszczowym. W Ugandzie jest Mgahinga Gorilla National Park, z 3 wulkanami o wysokości do 4200 m. W dolnej części wulkanów Virunga, tam gdzie jest las bambusowy, mieszka polowa spośród 600 górskich goryli, które żyją na świecie. Goryl górski jest najbardziej podobnym do człowieka zwierzęciem żyjącym na ziemi, choć to podobno szympans jest trochę inteligentniejszy.

24 czerwca musieliśmy wstać rano, i przed godz. 8.00 dotarliśmy motocyklami boda-boda do granic parku. Tu zebrała się grupa 6 turystów - tylko tylu dziennie jest dopuszczanych do oglądania goryli. Para z Nowej Zelandii i dwie Australijki oraz my, a poprowadziła nas grupa dwóch przewodników i 4 żołnierzy, po 2 godzinach wędrówki przez las doszliśmy do miejsca, gdzie wczoraj były goryle. Potem ich śladami, obserwując odchody i nasłuchując, dotarliśmy do żerujących goryli. To rodzina, która składa się z 11 osobników, w tym 2 wielkie samce. Goryle wydają się znudzone turystami, którzy za nimi łażą po jarach i krzakach, wieszają się na lianach i starają się robić zdjęcia. Goryle zachowują się bardzo podobnie jak ludzie. Wydają rożne odgłosy, ale raczej ciche, drapią się, odpoczywają itd. Mają bardzo ludzkie spojrzenie, niemal można domyślać się, co o nas sobie myślą. Przewodnik jednak nakazał nam unikać kontaktu wzrokowego z dorosłymi samcami.

Spotkanie z gorylami trwało tylko godzinę, taki jest limit czasu. Zrobiliśmy 3 filmy zdjęć, ale nie zdążyliśmy się w pełni nasycić i nacieszyć tym spotkaniem, gdy przewodnicy ogłosili koniec. Gdy wyszliśmy z lasu, znów trudno nam było uwierzyć, że te niezwykle zwierzęta naprawdę tam żyją.

Dzisiaj powróciliśmy autobusem do Kampali, a jutro jedziemy do wschodniej Ugandy, by wspiąć się na wulkan Mt. Elgon, 4300m, na granicy z Kenia. To 5-dniowa wędrówka po górach.

Dziękujemy bardzo za wszystkie maile i pozdrawiamy gorąco,
Iwona i Jurek

Kampala, 2 lipca 2004

Cześć!
Przed chwilą powróciliśmy do Kampali z trekkingu na Mt Elgon 4321m. A było to tak:

Pojechaliśmy autobusem do miasteczka Mbale. Widać już z niego masyw wielkiego, starego wulkanu Mt Elgon, który wznosi się ponad 3000 metrów ponad równinę płaskowyżu Wschodnioafrykańskiego. W Mbale wsiedliśmy do 14-osobowego matatu, które okazało się naszym rekordem, gdyż zmieściło się w nim 26 osób, a także nasze plecaki. Nadmieńmy tylko, że nie było nic na dachu, tylna klapa domknęła się, a 25 z 26 osób było w całości w środku (tylko jeden pasażer wystawał polową ciała przez okno). Oczywiście 24 z tych pasażerów to murzyni. Tak przejechaliśmy ponad 30 km do wioski Budadiri, gdzie w biurze parku narodowego Mt Elgon zgłosiliśmy chęć rozpoczęcia trekkingu nazajutrz.

Rano stawiliśmy się w biurze parku, a tam czekał na nas przewodnik z kałasznikowem oraz jeden tragarz. Tragarz zabrał plecak Iwonki doładowany dodatkowo większością sprzętu z plecaka Jurka. Pierwszego dnia wędrowaliśmy tzw. ścieżką Sasa długo przez wioski robiąc dużo zdjęć. Ludzie bardzo życzliwi, chętni do fotografii, wręcz czasem nalegający, aby fotografować ich bambusowo gliniane chatki. Dzieci często krzyczą "How are you, Mzungu", a w Ugandzie mzungu znaczy "białas" w wymiarze pozytywnym. Pierwszy nocleg na biwaku w lesie deszczowym, 2850 m. Drugiego dnia wyszliśmy na hale, trochę podobne do Bieszczadów, ale porośnięte dziwacznymi lobeliami i starcami. Nocleg na biwaku w lesie wrzosowym 3500m, czyli wśród wrzosów kilkumetrowej wysokości. Trzeciego dnia wymarsz przed wschodem słońca i przy pięknej, bezchmurnej pogodzie dotarliśmy na szczyt Wagagai 4321m, najwyższy szczyt Mt Elgon. Jest to niezwykłe miejsce, gdyż krater Mt Elgon ma 8 km średnicy, więc jest największym na świecie kraterem wulkanicznym po dużo niższym i mniej spektakularnym, choć szerszym kraterze Ngorongoro.

Krater Mt Elgon to niecka na wysokości ok. 3800m otoczona łańcuszkiem szczytów o przewyższeniu ok. 500 m. We wnętrzu krateru rosną przedziwne rośliny, jest trochę bagien i wygląda to zupełnie nieziemsko. Widzieliśmy tu kilka razy niewielkie górskie antylopy, a czasami można podobno spotkać bawoła.

Kolejny dzień, to wędrówka inną ścieżką, tzw. Sipi trail, najpierw do wnętrza krateru, a później w dół po halach i dziwacznych wrzosowiskach, przekraczając kolejne strumienie i doliny. W jedną stronę widok na łańcuszek szczytów otaczających krater, z drugiej kilometry niżej równina północnej i środkowej Ugandy. W końcu weszliśmy do lasu deszczowego z wielkimi drzewami i olbrzymią ilością lian. Różne dziwne ptaki, mchy i porosty na drzewach, paprocie i kolorowe kwiaty. Na nocleg dotarliśmy do groty Tutum. Nie spodziewaliśmy się zbyt wiele, więc przeżyliśmy szok!

Grota Tutum to olbrzymia jaskinia. Komora wstępna ma może 50x80 metrów, wysoka na kilka metrów, w środku biwak, a wejście częściowo zasłania spadający z góry wodospad. Rozbija się więc namiot za wodospadem w wielkiej jaskini. Przed jaskinią jest gęsty, nieprzebyty las deszczowy, oprócz nas tylko jeden turysta z namiotem, a do najbliższych innych ludzi kilkanaście kilometrów i niemal tysiąc metrów zejścia przez nieprzebyty, gęsty las cały tętniący życiem. Mało tego, jaskinia to dalej wąskie przejście do kolejnej wielkiej sali, i dalej jeszcze kolejnej, a tam tysiące, tysiące nietoperzy. Weszliśmy z latarkami, a tam nietoperze wydają niezwykłe dźwięki, łatają nad głową, gdzie nie spojrzeć setki czerwonych oczu. A jak się błyśnie lampa błyskową, to cała jaskinia to tysiące święcących się oczu! Cos niesamowitego!

Nietoperze ok. 19-stej zaczęły przemieszczać się do wejściowej sali jaskini, i po trochu wylatywać w las. Od 20-stej już była w jaskini cisza, nie było nietoperzy. Potem miedzy piątą a szóstą rano znów zrobił się wielki rwetes, jak tysiące nietoperzy wisiało sobie z sufitu i opowiadały o nocnych łowach. Później, wszystkie przemieściły się w głąb jaskini, aby uniknąć promieni słońca. Weszliśmy jeszcze raz rano do wnętrza ich komnaty, aby ponownie posłuchać i popatrzeć, jak spędzają dzień. Zrobić jeszcze kilka zdjęć tysięcy święcących oczu.

Kolejnego dnia zeszliśmy na dół, do wioski Sipi. Ostatnie dwie godziny znów schodziliśmy wśród wiosek z pięknymi okrągłymi, afrykańskimi chatami. Nasz przewodnik i tragarz byli z innego plemienia, więc nie można było porozumieć się z mieszkańcami. W wiosce Sipi jest wodospad, opisywany jako najbardziej romantyczny wodospad w Afryce. Kilkudziesięciometrowy wodospad spada pionowo ze skalnej przewieszki wśród pięknej tropikalnej roślinności. Wszystkie skały są w kolorze czerwonym i wszystko wspaniale wygląda w promieniach popołudniowego słońca. Nocowaliśmy tu w bambusowym domku na wzgórzu z widokiem na wodospad i szczyty Mt Elgon z jednej strony, a afrykańskie równiny z zachodzącym słońcem z drugiej.

Dzisiaj powróciliśmy najpierw na pace ciężarówki, później matatu i w końcu autobusem do Kampali.

Jutro nasz ostatni dzień w Ugandzie, chcemy odwiedzić ogród botaniczny w Entebbe, na brzegu jeziora Wiktorii.

Te trzy tygodnie w Ugandzie obfitowało w wiele wydarzeń i coś nas wciąż zaskakiwało. Wydaje się nam, że spędziliśmy tu dużo więcej czasu. Najdłuższy wydawał się nam pierwszy tydzień w Ruwenzori, gdyż roślinność która tam jest, powoduje, że wkracza się jakby w zupełnie inny świat, a czas płynie jakby wolniej. Ruwenzori jeszcze opiszemy w oddzielnym liście.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

Ruwenzori - Góry Księżycowe

Wędrówka po górach Ruwenzori wymaga oddzielnego opisu, gdyż wiele osób jest zainteresowanych, tym trzecim, co do wysokości masywem górskim Afryki. Ruwenzori, zwane w Ugandzie Rwenzori, co oznacza w językach Bantu góry deszczowe, były po raz pierwszy wzmiankowane przez Ptolemeusza 1800 lat temu, jako śnieżne góry, z których wypływa Nil. Ptolemeusz nazwał je Górami Księżycowymi, co dobrze odzwierciedla fakt, że szczyty łatwiej dojrzeć w świetle księżyca, niż w dzień, gdy masyw prawie zawsze skrywa się w chmurach. Istnienie gór Ruwenzori pozostawało legendą przez wiele wieków. Pierwszy Europejczyk zobaczył w oddali śnieżne szczyty Ruwenzori dopiero w 1888 roku. Ruwenzori to nie wulkany, jak Kilimandżaro, Mt Kenya i Mt Elgon, lecz góry zrębowe ze wspaniałymi, głębokimi dolinami i licznymi górskimi graniami, swoją rozległością porównywalne z Tatrami. Pada tu bardzo często deszcz, a chmury otulające szczyty i mgła aż po dno doliny to zjawiska prawie codzienne.

Do dziś góry pozostają bardzo trudno dostępne, trzeba się wiele dni przedzierać przez lasy i bagna, by dotrzeć do partii szczytowych, niewiele osób się tu wybiera, a jedyna istniejąca ścieżka jest bardzo skromna. My w czasie siedmiodniowej wędrówki spotkaliśmy tylko dwójkę innych turystów.

Po przyjeździe do Ugandy rozpoczęliśmy szukanie butli z gazem do naszej kuchenki turystycznej. Wcześniej wszyscy twierdzili, że w Ugandzie gazu nie dostaniemy. Wędrując od sklepu do sklepu w Kampali, wszystko znaleźliśmy. Kuchenki gazowe można kupić w sklepach sportowych w pobliżu Ambassador House przy Kampala Road w centrum miasta. Gaz do bleuet-a jest dostępny w dwóch supermarketach Shoprite oraz w supermarkecie Uchumi w kompleksie handlowym Garden City. Mając już butle z gazem udaliśmy się do głównego biura Uganda Wildlife Authority w Kampali, aby wykupić wstęp do parku narodowego.

Wstęp do Rwenzori Mountains National Park jest drogi, 480 USD od osoby za 7 dniowy trekking główną trasą Bujuku-Mubuku. Daje to prawo do spania w górskich chatkach, dostaje się przewodnika, rangersa z karabinem i radiostacją oraz po dwóch tragarzy na osobę. Nam w ramach zapłaconej kwoty, dano 6 tragarzy, pomimo, że bagażu mieliśmy łącznie na półtora tragarza (jeden tragarz może nieść max 20 kg), więc nasza wyprawa liczyła 10 osób i nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Dwóch tragarzy niosło nasze rzeczy, a pozostali tragarze nieśli węgiel i żywność, które częściowo zostawiali w chatkach dla kolejnych wypraw. Wędrówka po Ruwenzori bez oficjalnego przewodnika jest nielegalna, niemożliwa na głównej trasie Bujuku-Mubuku, zaś na innych trasach, jest to przedzieranie się przez dziewiczy las bez ścieżki i przecinanie sobie drogi maczetą. Dowiedzieliśmy się, że można wybrać się na inne trasy, lecz jest to bardzo trudne, czasochłonne, mozolne i raczej droższe. Bardzo rzadko ktokolwiek się na to decyduje. My nikogo takiego nie spotkaliśmy ani nawet nie znaleźliśmy takiej relacji w internecie. Ruwenzori leży na granicy z Kongo, do 2001 roku park był zamknięty ze względu na ukrywających się w lasach rebeliantów, których teraz już podobno nie ma, ale jak twierdzą miejscowi, nigdy żadnemu turyście nic się tu złego ze strony miejscowych nie stało.

Dotarliśmy do Kasese u podnóża gór. Miasteczko jak z dzikiego zachodu, szerokie prostopadłe uliczki pokryte czerwoną ziemią i parterowe domy. Tani i wygodny nocleg w hoteliku Virina Garden. Właściciel hotelu bardzo się ucieszył, gdy dostał od nas majowy numer miesięcznika Góry, gdzie hotel Virina Garden jest rekomendowany przez księdza Krzysztofa Gardynę w artykule o Ruwenzori. Szkoda tylko, że po Polsku, więc nie mogli nic zrozumieć. To była niedziela, 13 czerwca, dzień meczu Anglia-Francja w ME w piłce nożnej, a relacja na żywo w telewizji wywoływała olbrzymie emocje wśród zgromadzonych w hotelowym pubie kilkudziesięciu Ugandyjczyków. Dopiero po zakończeniu meczu można było spokojnie pójść spać.

Rano przejechaliśmy taksówką kilkanaście kilometrów do wioski Nyakalengija 1650m. Tu kończy się droga i zaczyna szlak pieszy. Znajdują się tu również budynki parku narodowego, miejsce gdzie spotykamy się z przewodnikiem i resztą grupy. Rozdzielone zostały nasze bagaże, Jurek zostawił sobie plecak ze sprzętem fotograficznym, a Iwona wędrowała bez obciążenia. Zanim wyruszyliśmy odbyliśmy 3 krótkie rozmowy podczas, których poinformowano nas o trasie, konieczności zabrania kaloszy i zostaliśmy zapoznani ze wszystkimi zasadami trekkingu. Tragarzy zwykle w ciągu dnia nie widzieliśmy, rano zabierali bagaż i wędrowali swoim tempem do następnego noclegu. Przewodnik Fred Bosco i rangers nie odstępowali nas za to ani na krok. Wędrowali z nami przez wszystkie dni, przy czym rangers zawsze chodził za nami. Ciekawe było to, że rangers odbywał wędrówkę w Ruwenzori pierwszy raz, bo wcześniej obsługiwał turystów w Queen Elizabeth National Park (park sawannowy, gdzie żyją słonie, lwy, antylopy itp.), dzięki czemu dowiedzieliśmy się dużo ciekawych informacji o samym parku, pracy rangersa i życiu zwierząt. Na szczęście Fred w przeciwieństwie do rangersa był doświadczonym przewodnikiem, pokazywał nam różne rośliny i podawał ich nazwy, z łatwością pokonywał bagna i z dużą cierpliwością znosił wszystkie nasze postoje, podczas których robiliśmy dużo zdjęć. Był też bardzo pomocny dla Iwony przy pokonywaniu stromych podejść i stromych zejść. Wieczorami tragarze rozpalali ognisko i gotowali posiłek dla siebie, przewodnika i rangersa. Podstawę posiłku stanowiła kasawa w postaci białego proszku, który był mieszany z gorącą wodą i z tego tworzyła się pożywna papka.

Dzień pierwszy
Pierwszą godzinę wędruje się przez wioskę wśród pól, a potem wchodzi się w wiecznie zielony, równikowy las. Ścieżka wznosi się głęboką doliną, której zbocza porośnięte są lasem wysoko, wysoko, aż po same chmury. Co pewien czas naszą ścieżkę przecinają szerokie ścieżki mrówek safari, albo mrówek czerwonych. Za każdym razem więc, gdy chcemy się zatrzymać musimy spojrzeć pod nogi. W kilku miejscach przewodnik wskazuje nam szerokie przecinki wygniecione w podszyciu leśnym przez słonie. Podszycie jest tak gęste, że bez maczety nie da się zejść ze ścieżki. Drzewa pokryte są mnóstwem pnączy i lian. Fragment ścieżki pokonujemy przez zagajnik wielkich paproci, w którym z powodzeniem można się ukryć. Ciekawym zwierzakiem, którego można tu zobaczyć jest kameleon, ale trzeba poprosić przewodnika, aby nam go pokazał, bo nasze niewprawne oko nie wyśledzi dobrze zamaskowanego kameleona. Przekraczamy kilka strumyków, a potem wspinamy się granią pomiędzy dolinami dwóch strumieni do chatki Nyabitaba 2650m. Chatka jest malutka, pokryta blachą, drewniane prycze, brak okna, więc decydujemy się na nocleg w namiocie. Trzy metry od namiotu rozłożył się na noc, ukryty w krzakach z bronią w ręku, nasz rangers. W nocy towarzyszyły nam odgłosy świerszczy i cykad. Rano był słoneczna pogoda i rozpościerał się ładny widok na szczyty Portal.

Drugi dzień to przejście mostem wiszącym nad rzeką Bujuku, a następnie wędrówka przez las bambusowy w górę doliny. Do rzeki schodziliśmy bardzo stromo wśród gęstej roślinności, czasami po drewnianych drabinkach, które umożliwiały pokonanie najtrudniejszych odcinków. Las bambusowy się po pewnym czasie kończy, a zaczyna las wrzoścowy. To są wrzosowiska, tyle że w formie kilkumetrowej wysokości drzew całkiem pokrytych delikatnymi kremowo - zielonymi porostami i grubą warstwą mchów. Coś nieprawdopodobnego! Wśród wrzośców coraz częściej pojawiają się lobelie i starce. Roślinność bardzo dziwnie wygląda i jest niepodobna do jakiejkolwiek innej strefy roślinnej na świecie. Zaczyna padać deszcz. Docieramy do John Matte hut 3380m, sympatyczna chatka na polanie wśród przedziwnych roślin. Gdy deszcz ustaje, przejaśnia się, a nad nami widzimy strome, skaliste turnie w różnych kierunkach. W oddali na chwilę pojawia się widok na lodowiec płaskowyżu Stanley'a. Poniżej chatki płynie malownicza rzeka.

Dzień trzeci. Zakładamy już nie buty górskie, lecz rybackie wodery, czyli gumowce do pachwin i wkraczamy w świat bagien -bagna Lower Bigo Bog i Upper Bigo Bog. Bagna pokryte są kożuchem roślin, grubą warstwą mchów i są na nim wysokie kępy traw. Zwykle albo staje się na roślinach, albo noga zapada się do kostek w wodę, ale czasem wpada się do łydki albo za kolano w lepkie błoto. Gdy wpadnie jedna noga, pół biedy. Kiedy wpadną obydwie, trudno się wydostać. Często pod kożuchem roślin płynie strumień. Trzeba uważać, gdzie się stawia nogę. Lower i Upper Bigo Bog to przedziwne rośliny i mozolna wędrówka. Lobelie i senecje tworzą tu niezwykłe krajobrazy. Potem, 3 dni później przekonamy się jednak, że bagna w sąsiedniej dolinie Mubuku są jeszcze głębsze i trudniejsze do pokonania. Bagno wypełnia całą dolinę i wspina się na zbocza, gdzie jest tzw. wiszącym bagnem. Na zboczach jest mniej bagniście i rośnie przepiękny las, lecz trzeba pokonywać leżące pnie drzew, strome skały i śliskie
 korzenie i kamienie, na których bardzo łatwo się poślizgnąć i upaść, więc wędrówka jest równie trudna. Nie ma łatwej drogi. Po pokonaniu obu bagien wspinamy się na wzgórze, z którego rozpościera się widok na Upper Bigo Bog i całą dolinę Bujuku. Wreszcie  docieramy do górskiego jeziora Bujuku. Przepiękne widoki, nad jeziorem górujące strome ściany górskie, wyżej lodowce grupy Mt Speke i Mt Stanley. Roślinność to głównie las starców, czyli kilkumetrowej wysokości maczugi zakończone pióropuszem liści. To już strefa afro - alpejska. Za jeziorem jeszcze trochę bagien i wreszcie chatka Bujuku 3977m. Ból głowy związany z chorobą górską ustępuje po dwóch godzinach. Nocujemy w namiocie, gdyż chatka lichutka, dziurawa i przewiewna. W nocy już może łapać mróz.

Dzień czwarty rozpoczynamy też w woderach, ale umawiamy się z tragarzami, że jak skończą się bagna zaczekają na nas i będziemy mogli wtedy zmienić kalosze na buty górskie. Znowu wspinamy się bardzo stromo wśród przepięknych starców i żeby wydostać się na niewielką przełączkę, która jest doskonałym punktem widokowym na jezioro Bujuku w dole i śnieżne szyty nad głowami, ostatni odcinek pokonujemy po metalowej drabinie kilkumetrowej wysokości.  Po godzinie wspinaczki jesteśmy ponad pasem bagien i kolejne dwa dni będziemy chodzić po wysokogórskich ścieżkach i skałach. Wspinamy się stromo do stóp najwyższego masywu Mt Stanley ze szczytem Margherita 5109m. Niestety szczyty chowają się w chmurach. Miejsce senecji i lobeli zajmują krzaki nieśmiertelników, a wyżej już tylko wędrówka wśród skał porośniętych czarnymi porostami. Docieramy do Elena hut 4540m. To jest baza dla wyjść na główny wierzchołek. Wokoło już tylko mchy i porosty, duże głazy - krajobraz polodowcowy. Nagle chmury się rozstępują i widać dwa lodowce powyżej chatki. Strzeliste skalne turnie we wszystkie strony. Nie nocujemy w Elena hut, schodzimy do przełęczy Scott Elliot i do doliny Kitandara, której zbocze to kilkusetmetrowa pionowa ściana. Dolina Kitandara schodzi do Kongo, nie ma tu zasięgu radiostacja naszego rengersa. W dali toną we mgle równikowe lasy Kongo. Docieramy do jezior Kitandara, okolica znów porośnięta wspaniałą roślinnością, wielkie starce i lobelie, wśród których fruwają kolorowe ptaszki. Nad brzegiem jeziora chatka Kitandara 4027m. Chatka jest na tyle duża, że we wnętrzu rozbijamy namiot. Ze względu na bliskość Kongo nasz rangers znowu śpi tuż przy namiocie z karabinem gotowym do wystrzału.

Dzień piąty jest najważniejszy, gdyż wybieramy się na szczyt Mt Baker 4843m, doskonały punkt widokowy na większość szczytów Ruwenzori, położony w środku masywu. Towarzyszy nam tylko przewodnik Fred, a rangers i tragarze mają dzień odpoczynku. Poranek dość pogodny, ale po dwóch godzinach gęsta chmura wchodzi z nizin Kongo. Resztę dnia wędrujemy w gęstej mgle. Pierwsze 1,5 godziny to wspinaczka po niemalże pionowej ścieżce, która wyprowadza od jeziora Kitandara na Freshfield Pass 4280m. Im wyżej wchodzimy, tym jest mniej roślin, krajobraz polodowcowy. Wygładzone skały, mchy i porosty. Musimy skakać z jednej skały na drugą, pokonywać śliskie, skalne kominy. Wędrówka jest trudna i mozolna a dodatkowo wysokość daje się nam we znaki. Brak tchu. Wspinamy się ponad lodowiec Edwarda w masywie Mt Baker. W końcu szczyt z tabliczką. Niestety mgła. Na szczycie resztki śniegu, jest dość ciepło. Czekamy godzinę, ale chmura nawet gdy się jakby rozwiewa, pozwala spojrzeć co najwyżej kilkaset metrów. Musimy schodzić. Godzinę przed zmierzchem, gdy jesteśmy już na 4300m i docieramy z powrotem na przełęcz nagle chmura rozstępuje się i w świetle czerwonego, zachodzącego słońca, możemy podziwiać wspaniałe szczyty i przyczepione do nich lodowczyki. Senecje porastające całą przełęcz w kolorze ciepłej zieleni wyglądały bajkowo, a nektarniki siadały na kwitnące senecje i piły z nich nektar.  Schodzimy już o zmierzchu ponownie do chatki Kitandara. Rangers i tragarze zaniepokojeni naszą długą nieobecnością wychodzą nam na przeciw. Witają nas z wielką radością.

Dzień szósty zaczyna się ładnie. Ponownie wspinamy się na Freshfield Pass. Nasz rangers łączy się radiostacją, informuje, że wszystko w porządku i zgodnie z planem. Zakładamy wodery i rozpoczynamy zejście stromo w dolinę Mubuku. Zaczyna padać deszcz i leje intensywnie przez cztery godziny. Najpierw ześlizgujemy się po mokrych, pionowych skałach, a dalej zjeżdżamy razem z błotem wiszących bagien wśród wspaniałej roślinności. Wielokrotnie wpadamy w błoto za kolana. Docieramy pod nawis skalny i postanawiamy przeczekać, aż mgła się rozstąpi. Po godzinie pogoda się poprawia i możemy podziwiać strome ściany otaczające nas ze wszystkich stron. Wędrujemy wzdłuż pionowej, skalnej ściany. Mijamy schron skalny Bujongolo, wykorzystywany jako baza przez wyprawę księcia Abruzji w 1906 roku, wyprawę pierwszych zdobywców Ruwenzori. Dalej ścieżka jest jeszcze bardziej błotnista i bardzo stroma. Momentami by uniknąć wędrówki po grząskim bagnie wędrujemy dnem wartko płynących strumieni. Czasami zjeżdżamy razem z wodospadem po stromych skałach, czasami zjeżdżamy z błotem trzymając się lian i gałęzi lub zsuwamy się po drewnianych drabinkach, balach, poręczach, które były ustawione w miejscach gdzie "brakowało ścieżki". Roślinność coraz bardziej bujna, pojawia się znów las wrzoścowy. Docieramy do podmokłej, trawiastej polany na końcu której jest Guy Yeoman hut 3260m. Nieopodal chatki płynie duża już w tym miejscu rzeka Mubuku. Przyjemna chatka i nasz ostatni nocleg. Dolina Mubuku okazała się dużo bardziej bagnista i bardziej stroma od doliny Bujuku.

Dzień siódmy to strome zejście po bagnistych zboczach i  po śliskich skalnych płytach o niemal pionowym spadku, aż do dużego nawisu skalnego Kichuchu Rock Shelter. Potem wielogodzinna wędrówka po kolejnych bagnach i strumieniach, cały czas w woderach. Po południu docieramy do Nyabitaba hut 2650m, i nasza pętelka po górach Ruwenzori zamyka się. Możemy zdjąć wodery, założyć buty górskie. Jeszcze trzy godziny zejścia już normalniejszą ścieżką i jesteśmy na dole. Dopłacamy w biurze parku 14 dolarów za to, że przewodnik wprowadził nas na Mt. Baker, żegnamy naszego przewodnika i rangersa oraz tragarzy, robimy wspólne pożegnalne zdjęcie, wręczamy im napiwki i wsiadamy do matatu, by wrócić do Kasese. Przez te 7 dni zapomnieliśmy jak wygląda reszta świata. To były góry z najwspanialszą i najdziwniejszą roślinnością jaką można sobie tylko wyobrazić. Wędrówka zaś była najbardziej mozolna i trudna z tych co kiedykolwiek odbyliśmy.

W Ruwenzori wybiera się niewielu turystów. Z wpisów w księgach wygląda, że jest to przeciętnie dwie grupki turystów tygodniowo. Nasz przewodnik twierdził, że jest zarejestrowanych ponad 50 przewodników i każdy dostaje grupę do prowadzenia dwa do trzech razy w roku. Spotkaliśmy kilka wpisów Polaków, na Ruwenozri byli w ciągu ostatnich dwóch lat:
1) Janusz Kafarski z Ostrowa Wlkp. - relacja
2) Grzegorz Serówka z Gdańska - relacja
3) ksiądz Krzysztof Gardyna z Pogwizdowa, Wincenty Dończyk z Bydgoszczy, Janusz Gniadek z Tych - relacja
4) Kinga Ciukta z Warszawy i Kamil Targosz z Krakowa - galeria
Co ciekawe, na Mt Elgon jest dużo więcej turystów, przeciętnie codziennie jedna grupa, ale nie znaleźliśmy wpisanego żadnego Polaka od 2000 roku.
 
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

Uganda i Rwanda - listy z podróży


Listy z podróży Mariusza Jachimczuka do Ugandy i Rwandy
Zapraszamy do ciekawej relacji z  podróży.

Kampala, 29.01.2005
Ruwenzori, 07.02.2005
Virungas, 11.02.2005
Kampala, 14.02.2005
Jinja, 17.02.2005

 Kampala, 29.01.2005

cześć
Z opuszczeniem Europy mieliśmy problem. Najpierw zamarzł samolot Lot'u, później samolot do Amsterdamu spóźnił się... Nocowaliśmy i dopiero dziś w południe opuściliśmy Europę, dolecieliśmy do Nairobi a później do Kampali. Jest bardzo ciepło i wszyscy dziwnie patrzą się na nas, gdy nosimy polary i chodzimy w butach górskich.

Teraz jesteśmy w Backpakers hostel w Kampali - to ten ze slajdów Iwonki i Jurka :-) Pijemy piwo i szykujemy sie do podróży w interior. Pierwsze wrażenia z Ugandy bardzo pozytywne - nikt tu się nie spieszy, wszyscy żyją na luzie i są bardzo mili:-)

Pozdrawiam
Mariusz

 Ruwenzori, 07.02.2005

Cześć

Dziś zeszliśmy z gór. Przez 8 dni byliśmy w zupełnie innym świecie, jak w bajce. Góry Ruwenzori są niesamowite:-) Krajobrazy przepiękne i niespotykane nigdzie indziej. Roślinność niewyobrażalna - każdego dnia inna, piękna, zielona - bardzo dużo porostów, olbrzymie starce i lobelie.

Pogoda dała w kość - przez pierwszy dzień mieliśmy straszny skwar - szliśmy przez las deszczowy, drugiego dnia 7 godzin deszczu zmoczyło nas tak bardzo, że spałem w mokrym śpiworze, trzeciego dnia juz nie padało, ale szliśmy w woderach przez bagna - nocowaliśmy na 4000 m z widokiem na ośnieżone szczyty Ruwenzori, a wieczorem grad... Udało nam się zdobyć najwyższy wierzchołek - Margeritę - 5100 m. Była to duża przygoda, pierwszy raz w rakach, z czekanem i na linie:-) Strasznie wiało, cały czas niesamowite widoki. Jak na Góry Księżycowe - deszczowe - mieliśmy b. dobrą pogodę - było sporo słońca. Żal je opuszczać... To zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie - i jeszcze niezadeptane...

Teraz już czas na inne atrakcje - czas poczuć klimat Afryki :-) Dziś wieczorem przejechaliśmy do Fort Portal - małego miasteczka na zachodzie Ugandy. Jechaliśmy matatu (busik) które zabiera 14 osób ale pomieściło się ponad 20:-) Pokręcimy się tu jakieś 2 dni i jedziemy dalej...

Pozdrawiam
Mariusz

ps. wszędzie znajduję ślady Iwony i Jurka i ks. Gardyny :-)

 Virungas, 11.02.2005

Witam!!
Jesteśmy w Ruhengeri, małym miasteczku na północy Rwandy. Tutaj rozgrywała się akcja filmu Goryle we mgle :-)

Po opuszczeniu gór Ruwenzori pojechaliśmy do lasu deszczowego Kibale - tam szukaliśmy szympansów. Na początku musieliśmy użyć wyobraźni - szympansy siedziały sobie w koronach drzew, a my widzieliśmy tylko czarne obiekty. Na szczęście jeden zszedł na ziemie i rozłożył się jakieś 10 metrów od nas. Przeciągał się i wylegiwał, zupełnie ignorując 5 podnieconych białasów. Przyglądanie się jego twarzy przez teleobiektyw było dużym przeżyciem.

Następnego dnia odwiedziliśmy lokalny market i najpierw matatu a później przeładowanym do granic możliwości autobusem jechaliśmy w kierunku granicy z Rwandą. Podróż była ciężka, gorąco i strasznie ciasno, dodatkowo autobus zgubił czyjś bagaż i wszystko to trwało w nieskończoność.

Po dojechaniu do Kabale, rano, przed przekroczeniem granicy pojechaliśmy nad jezioro Bunyoni - Pierwsze wrażenia średnie - po prostu jezioro, z lokalesami pływającymi w fajnych dłubankach. Jednak gdy wjechaliśmy na jedno ze wzgórz widok był jak z bajki. Olbrzymie jezioro wypełniające kilka dolin, z licznymi wyspami, a w oddali widok na wulkany Virungas. Piękne miejsce.

Później granica - a tu niespodzianka - widzimy 2 białasów w wieku ok. 50 lat. Po chwili jeden z nich pyta się po polsku która to kolejka dla wyjeżdżających. Była to para Polaków z Warszawy :-)

Po załatwieniu formalności wizowych i 2 godzinnym oczekiwaniu aż matatu będzie pełne ruszyliśmy do stolicy - Kigali. Pierwsze wrażenia z Ruandy bardzo pozytywne - kraj niekończących się gór. Są one porośnięte lasem lub rozciągają się na nich uprawy m.in. herbaty. Drogi jak na Afrykę bardzo dobre - ruch w przeciwieństwie do Ugandy prawostronny. Kolejne dni pokażą więcej pozostałości po Belgii, na każdym, kroku będziemy słyszeć bonjoure (nie wiem jak się pisze!!!), a do frytek podadzą mi majonez:-)

Sama stolica to nieduże miasto, położone na wzgórzach, z kilkoma nowoczesnymi budynkami. Spędzamy tam kilka godzin załatwiając formalności, później ruszamy do Ruhengeri. Droga podobna do tej z granicy, bardzo dobra, z widokami na zielone góry.

W Ruhengeri i okolicach spędzamy 3 dni. W niedziel wybieramy się na tropienie goryli górskich, jutro planujemy pojechać nad jezioro Kiwu - czyli tuż pod granice z Kongo. Dziś cały dzień leczyliśmy się z wczorajszego obiadu ;-) Chodziłem też trochę po miasteczku, pięknie położone, wokół 5 wulkanów o wysokości powyżej 3000 m. Ludzie w Ruandzie chyba rzadziej widzą turystów, częściej zaczepiają - mniej panikują na widok aparatu fotograficznego. Problemem jest komunikowanie się - prawie nikt nie mówi po angielsku, ale jakoś dajemy sobie rade:-) Na razie też nie widać śladów ludobójstwa, które było tutaj dokładnie 10 lat temu. Jedynie rolnicy idący na pole z motykami przypominają mi tę straszną tragedię.

Pozdrawiam
Mariusz

 Kampala, 14.02.2005

hej
Na gorylach było niesamowicie. baby gorylki chodziły nawet 2 metry od nas - musieliśmy wycofywać się. Samiec był gigantyczny (200 kg), walił się w piersi i bawił się z małymi. Później położył się spać, ale co chwile czujnie otwierał oczy i sprawdzał czy rodzince nic się nie stało... Matka karmiła małego, później przytulała go, bawiła się z nim. Niesamowite przeżycie. No i siedzący silverback z zamyślonym wzrokiem. Czym mija więcej czasu tym bardziej jest to dla mnie niezwykle.
Nie ma teraz czasu pisać zaraz jedziemy do Murchinson Falls.

pozdrawiam
Mariusz

ps. trochę czuje się jakbym spotkał krasnoludki.

 Jinja, 17.02.2005

Cześć
Jesteśmy w Jinja, jest to miasto nad Jeziorem Wictorii, tutaj rozpoczyna swój bieg Nil, stąd płynie 6500 kilometrów aż do Morza Śródziemnego.

W Ruandzie zobaczyliśmy goryle, nadal myślimy o tym spotkaniu, to było coś niesamowitego. Wieczorem wróciliśmy do Ugandy, do Kampali. Z Ruandą rozstawałem się ze smutkiem - to piękny i ciekawy kraj - dużo jeszcze zostało do zobaczenia...

W poniedziałek rano ruszyliśmy do Murchison Falls - to park narodowy otaczający słynny wodospad na Nilu. Wodospad jest imponujący, cała rzeka wpada do gardzieli o 6 metrowej szerokości. Wspaniale miejsce do penetrowania - niezliczone punkty widokowe - to jedno z najfajniejszych miejsc w Afryce.

Następnego dnia pojechaliśmy na safari, 4 godziny jeździliśmy po parku samochodem. Głównie jeździ się po terenie delty czyli pomiędzy Victoria Nil a Albert Nil. Widzieliśmy słonie, antylopy, żyrafy, hipcie, jednego lwa i sporo ptaków. Co mnie zaskoczyło nie ma tu zebr. W porównaniu do Serengeti (w którym byłem 5 lat temu) Murchison wypada słabo ale i tak nam się podobało. Po poludniu byliśmy na wycieczce łodzią do wodospadu. Zbliżając się do wodospadu czuje się coraz silniejszy prąd i coraz głośniejszy huk z wodospadu... Najfajniejsze jest jednak obserwowanie zwierząt nad brzegiem, jest ich sporo, najwięcej krokodyli i hipopotamów, czasem spragnione słonie i dużo ptaków.

Dziś od rana wracaliśmy z Murchison Falls, najpierw wstąpiliśmy do rezerwatu szukać szympansów (ponownie ale w innych warunkach i za darmo:-), pozniej do Kampali i wreszcie do Jinja. Praktycznie cały dzień w samochodzie. Jutro ostatnia duża przygoda, rano wyruszamy na rafting po Nilu. Ponad 30 kilometrów pontonami. Podobno to jedno z najlepszych miejsca na świecie na rafting - z miejscami o 5 - najwyższej skali trudności.

Pozdrawiam serdecznie
Mariusz

Maroko - listy z podróży

Listy z podróży Grzegorza Baltazara Kajdrowicza i Grzegorza Karnasa z rowerowej wyprawy po Maroku

 

Allah akbar,
1 marca 2008 wyruszam razem z Grześkiem Karnasem w pierwszą wyprawę rowerową do Afryki - "Maroko Trans Atlas". Plan wyprawy to przelot z Warszawy do Malagi w Hiszpanii, następnie promem do Mellili i w końcu ponad 1000km przez góry Atlas i tereny Berberów do Marrakeszu. Atlas to najwyższe pasmo górskie w Afryce. Rozciąga się na przestrzeni ponad 2000 km od wybrzeży Oceanu Atlantyckiego po Zatokę Gabes na Morzu Śródziemnym. Najwyższym szczytem jest Dżabal Tubkal (4165 m n.p.m) natomiast drogi prowadzą przez przełęcze nawet powyżej 2500 m.
W miarę możliwości, będę starał się pisać, co dzieje się na szlaku.
Życz nam powodzenia.
Baltazar

03.03
Szczęśliwie udało nam się bez żadnych problemów przekroczyć granice pomiędzy enklawa hiszpańską w Maroku - Melilą a Marokiem. Przejście przypomina granice w Medyce. Tłum ludzi, głównie ze strony marokańskiej. My przejechaliśmy w 15 min. Wypełniliśmy karteczki i w drogę w nieznane.

Na promie poznaliśmy Bashira, to Marokańczyk pracujący od 15 lat w Niemczech i w Szwecji. Jego brat ożenił się w Sztokholmie z Polką. Jest 13 ichniego czasu. Czas na sjestę. Gorąco, 25 st. kierowcy jeżdżą jak w krajach muzułmańskich, ale mają przynajmniej na razie odrobinę kultury. Zaobserwowaliśmy czujność policji. Kiedy zatrzymaliśmy się przy znaku stop po arabsku aby robaczkom zrobić fotkę, a obok był posterunek policji, pan policjant zapytał się nas co robimy, czy aby nie policjantów. Po pokazaniu fotki, poklepał nas po ramieniu i poszedł do budki. Na drodze spotkaliśmy kilka takich posterunków.

Po 3 tygodniach deszczu w Norwegii, wreszcie na wyprawie mam słoneczko. Obiecałem sobie, ze moje 38 urodziny spędzę w ciepłym klimacie. Mam nadzieje, że tak będzie. Zapowiada się dobrze.

Pod koniec dnia dotarliśmy do miejscowości Hassi-Berkane (pisze z pamięci, wiec mogą być przekłamania), Tam zjadłem potrawkę z jagnięcia (tylko ja, bo Gregor jest wegetarianinem), wypiliśmy miętową herbatę i ruszyliśmy dalej. Była już godzina 18.30 czasu miejscowego.
Chcieliśmy dostrzec nad jezioro Barrage - Muhamed V. Niestety nie udało się. Noc tu zapada bardzo szybko. Rozbiliśmy obóz w polu za krzakami. Niebo o 21 było tak rozgwieżdżone jak w planetarium. Wspaniale prezentowała się Droga Mleczna, Orion, Plejady, a Syriusz świecił jak wielka pochodnia.
Położyliśmy się spać ok. 22 i od razu usnęliśmy. Przez nikogo nie niepokojeni przespaliśmy bez problemu nasza 1 noc pod afrykańskim, niesamowitym niebem.

04.03

Pobudka o 7.30. Słońce zaczęło dopiero niemrawo gładzić szczyty wzniesień. Szybkie śniadanko, kisielek, herbatka. Słoneczko wyszło w pełnej krasie. Namiot schnie z rosy. My najedzeni składamy powoli obóz, by ruszyć dalej w nieznane. Nieznane to miasto Taourirt. Po drodze jechaliśmy nad sztuczne jezioro z elektrownią - Barrage Mohamed V. Wokoło puste przestrzenie poprzecinane niestety drutami wysokiego napięcia. Wszędzie są suche koryta rzek i potoków i dość sporo domostw Berberów. Udało nam się też odwiedzić szkołę. Na powitanie dzieci wyrecytowały arabskie powitanie, z którego zrozumieliśmy tylko koniec. Czyli Allah jest wielki. Dzieci recytowały te słowa z wielką pasją. Najważniejsze jednak jest to, że w Maroku jest kładziony nacisk na edukacje już od najmłodszych lat. Widać także inwestycje typu prąd czy woda. Młody król Hassan II jest mądrym władcą. Inwestuje w przyszłość kraju.

Od jeziora Mohamed V do krzyżówki dostaliśmy dość dobrze w kość. 38st i wyrypa pod górę. Ciężej miałem tylko w Kirgizji. Ale daliśmy radę. Okrążając jezioro dotarliśmy wykończeni na krzyżówkę z drogą N6. Wykończeni gorącem dotarliśmy do lokalu, gdzie wypiliśmy po butelce coli i zjedli ciasteczka. To dało nam kopa na następne 30 km. W końcu dotarliśmy do miasteczka Taourit, gdzie nocujemy w miejscowym hotelu. Pokój 2osobowy kosztuje 80 dirhamów, czyli 7 zł. Pokoj pozostawia sporo do życzenia. Mamy na szczęście swoje śpiwory. Po kąpieli w zimnej wodzie (uff, sama przyjemność) idziemy w poszukiwaniu jedzenia i składnika do marcoli. Kolacje jemy w knajpce za rogiem. Za 3 szaszłyki, 2 herbaty, wodę, warzywa zapłaciliśmy 53 dirhamy. Stół został przykryty chustami z papieru białego. Jedzenie świetne i smaczne.

05.03

Udało nam nie jakoś normalnie wstać, chyba za sprawa muazina, który nawoływał do modlitw od chyba 5 rano. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Misouri. Wiatr wiał w plecy, droga lekko się wznosiła i pokonaliśmy 50 km w 3 godzinki. Na krzyżówce przed Guercif zjedliśmy obiadek w przydrożnej knajpie. Niestety w tej knajpie do drzewa na chamskim drucie przywiązana była małpa. Drut wrzynał jej się w biodra. Miała chyba robić za atrakcje dla dzieci. Brrrr.

Po obfitym posiłku i wypiciu po raz kolejny marokańskiej whisky, ruszyliśmy dalej. Na początku było bardzo ciężko. Lekki wznios i wiatr w twarz. Ale po 10 km już się rozjechaliśmy, wiatr wiał z boku. Tak dojechaliśmy 20 km za miejscowość Maharija, gdzie za domkiem z gliny rozbiliśmy obóz. Temperatura spadła do 7 st. Nic nam nie pozostało, aby skosztować Markocoli. Jako, ze w Maroko to kraj muzułmański, alkohol ciężko jest zdobyć. Raz nam się udało piwko zakupić, ale i tak nie było to łatwe. Wypiliśmy małą buteleczkę Marokocoli i udaliśmy się w kimę oglądając wcześniej wspaniałe afrykańskie niebo. Ilekroć na nie spoglądam, mam wrażenie, że są tam miliony światów takich samych jak nasz, albo i lepszych. Ktoś kto to stworzył, jest, był nie lada geniuszem.

06.03

Obudziłem się w środku nocy, a w zasadzie obudziło mnie zimno w stopy. Noce są tu dość zimne. Następnym razem wlezę ze śpiworem w płachtę biwakową.

Pobudka ok. 7, czyli 8 naszego czasu. Śniadanie, składanie biwaku i wyjazd ok. 9. Droga wiedzie przez kamieniste pustkowia. Gdzieniegdzie widać domki, tubylców zakutanych w stroje przypominające mrocznego cesarza z Gwiezdnych wojen Lucasa. Gdzieniegdzie widać wschodzące zborze. Poletka zostały silą wydarte kamienistej pustyni. Ktoś wykonał tytaniczną pracę, czyszcząc je z kamieni. Czasami można zauważyć nawadniacze. Woda tu jest, ale trzeba się do niej dokopać. Ze studni napełnia się wielki kamienny zbiornik a z niego woda rozprowadzana jest po polach czy sadach oliwnych. Spotkany na trasie pasterz owiec poczęstował nas bardzo silną tabaka. Zakręciła w nosie dość ostro. Chwile dalej w miejscowości Fritissi zostaliśmy zaproszeni do miejscowego bogacza na herbatkę. Całkiem dobrze mówił po angielsku. Fritissi to miejscowość w oazie. Mają swoje źródło wody w centrum wsi. Woda płynie z niego cały czas. Rosną spore drzewa, kilka palm i oliwki. Spotykani na szlaku tubylcy zazwyczaj proszą o wodę. My zawsze mamy jej ok. 3-5 litrów każdy. Tu ludzie wiedza, że wody marnować nie można, zwłaszcza w porze suchej. Całość terenu przez który przejeżdżamy jest pocięta korytami suchych rzek. Widać, jaki maja one impet i siłę jak płynie w nich woda. Mosty i przesmyki pod droga wielokrotnie sa zrywane i wielokrotnie naprawiane. Widać dbałość młodego monarchy o swoich poddanych. Ok. 18 dojeżdżamy do miejscowości Outat-Oulad-El-Haj, gdzie nocujemy w przydrożnym hotelu. Nocleg dla 2 osób to koszt 150 dirhamów. Nocleg w czystym pokoju z gorącą wodą. Oczywiście gorąca była rano. Wieczorem wykąpałem się w lodowatej. Restauracja jest wyposażona w popielniczki z Polski z napisem wódka wyborowa. Wygląda to dla nas dość śmiesznie. W kraju muzułmańskim reklama, zapewne nieświadoma, mocnego polskiego alkoholu.

Pozdrawiam
Baltazar

08.03

Dzień jak każdy w Maroku. Śniadanko, zwijanie obozu, kupka i w drogę. Trochę nie chciało nam się wyjeżdżać z gaju oliwnego, ale trza było ruszać. Po drodze odwiedziliśmy Kazbę, czyli stare miasto w miejscowości Saida. Widzieliśmy też na minarecie wielkie i zamieszkałe gniazdo bocianie.

Droga szła nam całkiem nieźle, aż do momentu, kiedy jakieś 15 km przed krzyżówką dostaliśmy w mordę wind, czyli jedną z najgorszych rzeczy, jaka może spotkać rowerzystę. Silny wiatr w pysk jest koszmarem każdego rowerzysty. Wiatr był tak silny, że czasami brakowało siły i w nogach i w rękach.

Po ok. 30 km takiego gówna, dotarliśmy do miejscowości Midelt. W Midelcie znaleźliśmy, po oczywiście kilku próbach, hotel za 120 dirhamów za 2 osoby (hotel Bougafer). Trochę pomógł nam namolny Marokańczyk. Przed hotelem pojawił się inny i pomógł nam w zwiedzaniu miasta. Oczywiście zaprowadził nas do knajpki brata, ale wcześniej zakupiliśmy piwo. Tak tak, najprawdziwsze marokańskie piwo. Obsługa tego przybytku zręcznie i z szybkością karabinu maszynowego pakowała alkohol w gazetę. Widząc to odnieśliśmy wrażenie, ze pomimo iż jesteśmy w kraju arabskim, spora część narodu pije. Wcześniej na drodze przy mnie zatrzymał się marokański lowelas i podzielił się ze mną puszką z piwem. To miał być dobry znak na resztę dnia. No i był.

Po zakupach piwa i zjedzeniu tadżinu i kawałka kurczaka w knajpie brata naszego towarzysza odwiedziliśmy przybytek dywanowy. W pewnym sensie zostaliśmy wmanewrowani w te odwiedziny. Ale przecież oni z tego żyją. Tam rozegrały się sceny jak z filmu. Pokój z kilimami, herbatka i pokaz produktów. Ceny oczywiście z kosmosu. Trwało to przedstawienie ok. 2 godzin. Urabiali nas po swojemu. My jednak nie daliśmy się. Oczywiście nabyliśmy co nieco, ale za 10% ceny. Ręczna robota kosztuje. Nasi sprzedawcy niezbyt dobrze ukrywali swoje emocje i łatwo można ich było odkryć. Z drugiej strony, gdyby im się ten biznes z nami nie opłacał, to by nie sprzedali za taka cenę. Później dowiedzieliśmy się, ze kupiliśmy towar poniżej ceny, za jaką oni sprzedają go na Saharę do innych handlarzy. Otrzymali od nas także odpowiedni wpis w księdze gości. Kilim, który zakupiłem będzie się dobrze prezentował u moich rodziców, wśród innych pamiątek z moich podróży.

09.03

Najgorsze, co może się przytrafić rowerzyście z sakwami to:
1. wiatr w ryj,
2. jazda cały czas pod górę,
3. deszcz.
My dziś mieliśmy 2 pierwsze punkty razem i cały czas. 50 km w górę i pod wiatr. Maksymalne nachylenie 12%, minimalna prędkość 4,5 km/godz, średnia 10 km/godz. Więcej pisać chyba nie trzeba. Nocleg pod przekaźnikiem gsm na wysokości 1700m. Jesteśmy skatowani drogą i wiatrem.

10.03

Wczorajszy wysiłek został nam dziś 100kroc wynagrodzony. W nocy wiało niemiłosiernie i myśleliśmy, że zaraz kawałki przekaźnika pospadają nam na głowy. Tak świszczało, że strach było wyjść na siku z namiotu. Wiatr wiał chyba z prędkością dobrej 8 w skali bouforta. Namiotem trzepało straszelnie. Ucichł dopiero nad ranem. To dało nam przewagę i ok. 9 ruszyliśmy wartko pod górę. Wyrypa była spora. Zaraz za zakrętem znów zaczęło wiać. Na szczęście z boku i nie tak strasznie jak wczoraj. Po drodze mijaliśmy wioski i domostwa Berberów. A z lewej strony mieliśmy cały czas pasmo zaśnieżonego Atlasu Wysokiego. Niebo słoneczne i bezchmurne. Wiatr to cichł, to znów się wzmagał. Ale to nam już nie przeszkadzało. Całość została wynagradzana na bieżąco przez widoki jakie mieliśmy dookoła.

Po ok. 30 km dotarliśmy do Arhbalou-n-Serdane. Panowała tam niesamowita atmosfera miasteczka nieskażonego turystyką zachodu. Zapewne jacyś turyści tam docierają, ale chyba niewielu z nich się w nim zatrzymuje. Atmosfera iście z filmów o życiu arabskiego miasteczka. Sklepiki ze wszystkim, stragany z wiszącymi tuszami cielaków, baranów czy drobiu. Na bieżąco odcinane kawałki mięsa są przyrządzane z genialną sałatką z pomidorów i cebuli. Oczywiście nie może zabraknąć tzw. berber-whisky, czyli słodkiej herbaty. Na budynku poczty kilka gniazd bocianów białych. Ciekawe, być może nie byliśmy tam jedynymi przybyszami z Polski.

Tam zjedliśmy sowity posiłek, zakupiliśmy znaczki na kartki i po ok. 1.5 godzinie, ruszyliśmy w dalszą drogę ku najwyższemu punktowi na naszym szlaku, ku przełęczy przycinającej Atlas Wysoki na wysokości 2070 m npm. Nie było łatwo. Po drodze trafiliśmy na sejmik bociani. Być może boćki szykowały się do podróży właśnie o Polski. Jeśli tak, to znaczy, że za 2-3 tygodnie w Polsce będzie wiosna.

Zjeżdżając do miejscowości Azazurt trafiliśmy na coś, co można określić naprawianiem pojazdu wszechstronnego, czyli naprawianie osła, czyli wymianę podkowy. Ubaw mieliśmy po pachy. Ja w swoim życiu, z racji profesji Ojca widywałem wiele napraw zwierzaków, ale podkuwanie osła widziałem po raz 1. Kowal widząc nasze zainteresowanie i naszą radość, zaprosił nas na poczęstunek do swojego domu. Był to dla nas wieki zaszczyt. Zostawiliśmy buty przed drzwiami izby i weszliśmy, by zasiąść na ziemi na dywanach do posiłku. Zostaliśmy poczęstowani chlebem własnego wypieku, jajkami na twardo i oczywiście berberyjską whysky. Dla tej chwili warto było ponieść trudy jazdy w wietrze. To jest niesamowite przeżycie, jedziesz i nagle, niespodziewając się, zostajesz zaproszony i ugoszczony przez zupełnie przypadkowe osoby z zupełnie innego kręgu kultury, ba przez osoby, z którymi werbalnie nie możesz się porozumieć. Jednak porozumienie pozawerbalne jest wszystkim doskonale znane. Nie trzeba umieć się dogadać, by się zrozumieć.

Po pożegnaniu z miłym kowalem, ruszyliśmy dalej ku przełęczy. Dzielilo nas od niej zaledwie 8 km. Pod koniec dnia zdobyliśmy swoją 1 afrykańską przełęcz. Uff. Nocleg na przełęczy w lasku, 2 godzinki rozmowy przy marokocoli i kimka. Jutro przecież też jest dzień...

11.03

Nocleg na przełęczy i zjazd przez malowniczą dolinkę z 2070 do ok. 850m npm. Podczas zjazdu zostaliśmy poczęstowani przy sklepiku w jednej z małych wiosek. Widać było świeże inwestycje króla Muhamada VI. Elektryczność została doprowadzona do każdego domostwa a teraz trwało kopanie rowów na wodociągi. Król inwestuje w swoich poddanych. Wszyscy Marokańczycy chwalą króla, za to co robi, a robi dla poddanych wiele dobrego. Naszym włodarzom przydałaby się taka nauka. Może za jakiś czas lepiej i taniej będzie wynająć takiego króla, żeby zadbał o swoich obywateli.

Na zjeździe mijaliśmy jakiś chyba wyścig kolarski Francuzów. Wyglądało to dość zabawnie. My objuczeni jak osły jadący w dól, a kolarki i kolarze na wyścigówkach pnący się powoli w gore. Trochę im współczuliśmy. Podjazd dla nich nie był łatwy. Zjechaliśmy do drogi łączącej Marrakesz z Fezem. Na krzyżowce obiadek. Niestety ceny już turystyczne. Później dalej w dół. Znaczy w dół i w górę. Pomimo, że miało być w dół, było też i pod górkę. Suma zjazdów była tylko nieco ponad połowę większa od sumy podjazdów. Zjechaliśmy o 1500 m, a wyjechaliśmy o 670 m.

Późnym wieczorem, już po zapadnięciu nocy dojechaliśmy do miejscowości Kasba Tadla. Nocleg w miłym hotelu z wielkimi łóżkami za 100 dirhamów za pokój. Trochę czekaliśmy na spisanie z paszportów, bo jegomość od wypełniania druczków poszedł coś zjeść. Po odczekaniu ok. 1,5 godz. ruszyliśmy "w miasto" i my. Nie szukaliśmy daleko przybytku z żarciem. Naprzeciw hotelu zalogowaliśmy się w jednym z kilkunastu barów. Tam Grzesiek zjadł wreszcie 1 gorący wegetariański posiłek, a jak wchłonąłem łokieć z nogi cielaka. Wszystko pływało w wyśmienitym sosie odpowiednio doprawionym.

Jakby tego było mało, za rogiem dopadliśmy wyszynk piwa. Lokal i atmosfera przypomina czasy PRLu i mordownie piwne typu Baryłka w Przemyślu na Słowackiego. Sami nawaleni już dość mocno faceci. Przed wejściem do lokalu siedział bramkarz i wpuszczał tylko "odpowiednich" gości. My byliśmy odpowiedni. 2 piwka po 12 dirhamów, chwilka rozmowy z gośćmi tego przybytku i do łóżeczka. Szoka, że nie wzięliśmy mojej mini kamerki. Nagranie z takiego lokalu byłoby zapewne świetne. Czasy PRLu wróciły dla nas w Maroku w 2008 roku.

Na ulicach miasteczka spokoju pilnuje policja. Nikt z gości knajpy nie wszczyna burd, jak to ma miejsce u nas. Może wysłać naszych rodowitych meneli na nauki do Maroka? Godz. 24. Idziemy spać. Zbliża się nieuchronnie koniec naszej wycieczki. Do Marrakeszu zostało tylko 240 km. Dziś przekroczyliśmy magiczne 100 km.

12.03

Z hoteliku w Kasba Tadla wyjechaliśmy ok. 9 rano. Znaleźliśmy knajpkę, gdzie zjedliśmy smaczne śniadanie w postaci zupki z chyba przecieranego grochu, jajka na twardo, omlet z szyneczka z barana. W miasteczku tym nie ma w zasadzie nic do zwiedzania, oprócz pomnika zabitych żołnierzy francuskich. Pojechaliśmy tam. Z pomnika, zrujnowanego i obsranego, roztaczał się widok na kasbę - stare miasto. Ruszyliśmy dalej.

Droga N8 prowadzi do Marrakeszu przez płaskie tereny. Jedynym urozmaiceniem było gorąco i miejscowość Beni-Mellal. Ale szybka ją przejechaliśmy, zatrzymując się jedynie na kawę. W Maroku nawet w przydrożnej knajpie serwują lepszą kawę niż w polskiej restauracji z 5 gwiazdkami. Zbliżał się zachód słońca i zaczęliśmy szukać noclegu. Zagadnęliśmy do napotkanego Marokańczyka, czy możemy rozbić kabanę, czyli namiot u niego w ogrodzie. Zgodził się bez problemu. Zeszła się cała jego męska rodzina. Komunikacja pozawerbalna jest najlepsza z możliwych dla każdego podróżnika. Dostaliśmy stół i krzesła, a później także zaproszenie do domu na nocleg. Trochę nam się nie chciało zwijać całego majdanu, ale nie byliśmy w stanie odmówić gospodarzom. Przyjęliśmy zaproszenie. I to był strzał w 10. Nie spodziewaliśmy się tak wspanialej gościny. Oprócz poczęstunku w postaci świeżo pieczonych podpłomyków maczanych w świeżej oliwie z oliwek i maśle, po ok. 2 godzinach "rozmów", na stół w pokoju gościnnym wjechała micha kaszy kuskus z bobem, cebulą, marchwią i gotowanym kurczakiem. Wcześniej gospodarz przyniósł naczynie i czajniczek z którego polewał wodę na ręce. Zanim zasiedliśmy do wspólnej michy, obmyliśmy po marokańsku ręce. Potrawka była wyśmienita. Wszystko świeżutkie i pachnące. Na deser podano pomarańcze zerwane z drzewa w ogrodzie. Mają one zupełnie inny smak i aromat. "Rozmowy" zakończyliśmy ok. północy. Gospodarze podścielili nam barłóg w postaci miękkich dywanów i kocy. Coś niesamowitego. Takiego spędzenia moich imienin się nie spodziewałem. Nudny dzień zakończył się wspaniałą fiestą. Gospodarz pokazał nam także zdjęcia ze swojego ślubu i fotki.

Ech, Marokańczycy to wspaniali ludzie. Podczas swoich wojaży rzadko kiedy spotykam się z nieprzychylnością miejscowych. Ludzie zupełnie inaczej reagują na turystę z objuczonym rowerem. Kurcze, zawsze opuszczając taką gościnę, kręci się łezka w oku. Ok. 12 zalegliśmy i przespaliśmy tak jak w domu, spokojnie i w poczuciu bezpieczeństwa całą noc.

13.03

Rano o 7 śniadanie w ogrodzie pod oliwkami i pomarańczami. Obok kilka osłów. Śniadanie oczywiście ze świeżo upieczonego podpłomyka, oliwki i masła. Do tego marokańska whisky, czyli herbata z cukrem. Dostaliśmy zaproszenie na następny raz, jak tylko będziemy w Maroku. Pożegnaliśmy się i w drogę. Jako, że czas wyprawy ma się ku końcowi, droga ciągnęła się niemiłosiernie. Nie chciało nam się jechać, a do tego było parno i gorąco - 34-37 st. Częste postoje na coca-cole. Droga plaska i trochę nudnawa. Tam, gdzie jest woda z akweduktów, jest rolnictwo, tam gdzie nie ma systemu irygacyjnego, jest sucho i kamieniście. Ale to się zapewne zmieni. Widać inwestycje w nawadnianie i pomoc mieszkańców. Młody sułtan Muchamed VI robi świetną robotę dla swojego kraju. Jest ogólnie szanowanym i poważanym monarchą.

Ok. 17 dotarliśmy do El-Kelaa-es-Sraghna - 85 km przed Marrakeszem. Dziś kończę 38 lat i jak sobie obiecałem w lipcu poprzedniego roku w Norwegii, te urodziny spędzę w cieplejszym miejscu. Z Polski wiozłem na te okoliczność małpkę soplicy. Dziś ją właśnie rozpijemy z Gregorem. Nocujemy w hotelu z bidetem i normalnym kiblem, a w łóżkach jest biała pościel.

Grzegorz Baltazar Kajdrowicz

Wódeczkę wypiliśmy w hotelu i po takim "gruncie" poszliśmy świętować na miasto. Lekko już zmierzchało. Trafiliśmy do mediny. Wyglądaliśmy dość idiotycznie, jedyni biali wśród tłumu Marokańczyków. Bardziej my stanowiliśmy dla miejscowych atrakcje niż oni dla nas. Zakupiliśmy po połowie literka gotowanego z przyprawami bobu i w świetnych humorach poszliśmy zwiedzać.

Od wieli lat, chciałem ogolić się u prawdziwego golibrody muzułmańskiego. Natrafiliśmy na kilka takich przybytków w medinie, no i oczywiście nie omieszkałem skorzystać z jednego z nich. Czułem się dziwnie, jak obcy facet wymachuje przy moim gardle ostrą brzytwą. Ceremonia golenia i strzyżenia trwała dobre 40 min. Nabraliśmy już wprawy w zagadywaniu miejscowych o piwo. Golibroda zaprowadził nas do miejscowej mordowni. Niczym się ona nie różniła od poprzednio odwiedzonej. Tam wypiliśmy jeszcze po kilka małych piwek. Golibroda nie pił piwa, za to wyszedł buchnąć chmurę haszyszu. Jak przyszedł, był bardzo zadowolony.

Udaliśmy się później jeszcze raz na obchód mediny. Poczęstowaliśmy się gotowanymi ślimakami, jakie wcześniej widzieliśmy łażące po opuncjach. Ja zjadłem kebaba z jakichś podrobów. Świetne jedzonko i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek umęczeni wędrówką po medinie.

Miałem wrażenie ze poruszając się w tym miejscu, jestem bardziej bezpieczny niż o tej samej porze w Warszawie. Nie marzyłem nawet, że tak milo spędzę moje 38 urodziny. Były to jedne z najlepszych jakie obchodziłem. Spontan zazwyczaj jest bezkonkurencyjny. Ok. północy spaliśmy snem sprawiedliwego.

14.03

Ostatni chyba dzień jazdy rowerem. Jakoś nie chciało nam się w ogóle wstawać. I wstaliśmy dość późno. Z El-Kelaa-es-Sraghna wyjechaliśmy ok. 11. Ruszaliśmy się niemrawo. Wiatr zaczynał dmuchać nam w twarz, co skutecznie ochładzało tempo naszego końcowego marszu do Marrakeszu. Często zatrzymywaliśmy się na coca-colę. Wypiliśmy jej w Maroku tyle, że z pewnością zaległy się w żołądkach żaby.

Po przejechaniu ok. 50 km w miejscowości Dr. el Betma natrafiliśmy na festyn sztuki ludowej. Lampiony kute ręcznie ozdoby stalowe, serwety, obrusy i czapki włóczkowe. Nabyłem tam jedna czapeczkę za 20 dirhamów. Pomógł mi w tym miejscowy dziennikarz. Przywitali się z nami wszyscy ważniejsi w tej wiosce z wójtem na czele. Tam spotkała nas także przygoda z deszczem. Przez cały pobyt w Maroku nie spadła ani kropla deszczu. Podczas festynu zachmurzyło się znacznie i zaczął wiać dość silny wiatr. Zauważyliśmy, ze najpierw został zdjęty obraz przedstawiający Króla Muhameda IV. Coś wisiało w powietrzu. Okazało się, że nadciąga deszcz saharyjski, czyli po prostu burza piaskowa. Przeczekaliśmy te nawałnicę wiatru i piasku i ruszyliśmy dalej. Jako, ze się już zmierzchało, znaleźliśmy nocleg na boisku przy jakiejś wiosce. Boisko było równe i bez kamieni. Tam spędziliśmy naszą ostatnią noc pod namiotem. Posileni resztkami marokocoli udaliśmy się na spoczynek.

15.03

Zostało tylko 25 km do Marrakeszu. Pokonaliśmy te odległość w dość szybkim tempie. Wjeżdżając do Marrakeszu od jakiegoś czasu widać było wzmożony ruch samochodów. Ale tak zawsze jest przed większymi miastami, a Marrakesz należy do największych w Maroku. Od razu pojechaliśmy do mediny. Chcieliśmy tam znaleźć hotelik i przespać 2 noce. 17. wracamy do kraju.

Poruszanie się po wąskich uliczkach objuczonymi rowerami nie było zbyt wygodne. Po ok. 2 godzinach zdecydowaliśmy się wyjechać ze starego miasta i poszukać noclegu w młodzieżowym schronisku. Szukanie zajęło ok. 3 godzin, ale na szczęście się udało. Zaraz idziemy się wykąpać i ruszamy pozwiedzać miasto.

Grzegorz Baltazar Kajdrowicz

Sudan - listy z podróży


Listy z podróży Ani Liwyj do Sudanu
Zapraszamy do ciekawej relacji z podróży.

20.03.2004 - Chartum
21.03.2004
21.03.2004
25.03.2004
2.04.2004 - port Sudan
8.04.2004 - Wad Medani
18.04.2004
28.04.2004 - Warszawa

 20.03.2004

No, jestem w tym wyśnionym Sudanie i nie żaluję. Czuję wreszcie, że żyję. Po kilku latach znowu jestem w arabskim kraju. Przed przyjazdem miałam obawy, jak mnie będą tu traktować, ale jak na razie obchodzą się ze mną jak z jajkiem i oby tak dalej:-))) Dzisiaj zarejestrowalam się, załatwiam travel permit i pojutrze ruszam dalej. Prawdopodobnie pojadę do Kassali...

Miało być więcej, ale strasznie kiepsko trafiłam, bardzo wolno działa internet i mimo wszystko jeszcze mnie to irytuje. A w dodatku nie działa enter;-))
Ale przechodzenie przez ulice idzie mi coraz lepiej;-)))

Także do nastepnego razu.
Pzdrówko,Anka

 21.03.2004

(przynajmniej w części), a jest zupełnie inaczej niż na Bliskim Wschodzie. Po pierwsze kobiety. Chodzą co prawda w chustach, ale maja odkryte twarze, bardzo często poprawiaj sobie włosy na ulicy, pełne wyzwolenie. Traktowane są na równi z mężczyznami, chociaż to może być mylące, ja widzę tylko to, co na ulicy i w hotelu. W każdym bądź razie mężczyzna zawsze pomaga swojej żonie i innym kobietom, zawsze ustępuje jej miejsca w autobusie etc. Kobieta prowadząca samochód, mówiąca przez komórkę to standard. Same mnie nawet zaczepiają na ulicach, żeby porozmawiać po angielsku.

W ogóle komórki są bardzo popularne, jak idę do knajpy to czuję się jak w W-wie, ale tylko dzięki tym specyficznym dźwiękom. Reszta, czyli posiłki i sposób jedzenia jest już miejscowy i muszę się do niego dostosować. Po raz pierwszy zostałam zmuszona do jedzenia palcami. Kiepsko mi idzie i zawsze jestem ostatnia. Zdarzyło mi się to parę razy, ale to było u kogoś w domu, a tu jest codziennością.

Na ulicach Chartumu rzuca się w oczy wieloetniczność tego kraju. Wydaje mi się nawet, że część murzyńska społeczeństwa jest w większości, ale może to tylko wrażenie, bo to oni przyciągają moja uwagę. Dużo jest Szyluków, można ich rozpoznać po poziomych skaryfikacjach na czole, widziałam kilka kobiet z plemienia Danagla (to plemię mieszkające na północy), one z kolei maja dwie głębokie bruzdy na policzkach. Obserwując tych ludzi nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że na południu była wojna, gdybym o tym nie wiedziała. Wszyscy są uśmiechnięci, nikt nie krzyczy, wszyscy są bardzo pomocni.

W ogóle czuje się niemal jak w raju. W hotelu gdy tylko usłyszą, że wstałam, zaraz ktoś przychodzi i pyta czy chcę herbatę czy kawę. Raz odmówiłam i gość miał taką minę, że już więcej tego nie zrobiłam. A ponieważ turystyka nie jest rozwinięta, więc nikt nawet nie próbuje naciągnąć białasa. Więc nie muszę targować się o wszystko, nie musze uważać, że mnie ktoś oszuka, zostaje mi ta najprzyjemniejsza część podróżowania.

Przedwczoraj byłam w Omdurmanie. Udało mi się nawet zobaczyć Mahdis Tomb, coś o czym ja jako niewierna mogłam jednie marzyć. Ale na islam nie przeszłam jeszcze ;-))

Chyba powinnam była urodzić się mężczyzna;-))

Czasami na ulicy spotyka się piękną, wysoka, niezwykle zgrabną Murzynkę. Idzie bez chustki na głowie, kołysząc się na długich nogach. Niektóre są naprawdę piękne. Czasami na ulicy spotyka się Arabkę, o tak pięknych oczach, że od razu przypominają mi się baśnie z Tysiąca i jednej nocy. Niektóre chyba malują się, ale musza to robić niezwykle dyskretnie...
Czasami spotyka się kobietę, uczesaną w stylu "zachodnioeuropejskim", oczywiście bez chustki, za to z henną na dłoniach i stopach. Wzory są bardzo wyrafinowane i bardzo starannie wykonane.

Wczoraj byłam na Uniwersytecie Chartumskim, a tam po prostu pokaz mody. Chustki kolorowe, specjalnie opadające na ramiona, tak że widać pięknie upięte włosy, ozdobione koralikami. Czasami w ogóle je zdejmują. Nie widać żadnego podziału między mężczyznami a kobietami. Wszyscy ze sobą rozmawiają, gdzieś po katach kampusu poukrywały się pary...

Maasalama,
Anka

 21.03.2004

Salam,
Przychodzę dzisiaj na Internet a tu tapeta, łudząco przypominająca polski krajobraz zimą, brrrr...

Zacznę od przykrej niespodzianki - slajdów nie będzie. Może będą, ale raczej nie do pokazywania na "dużym ekranie". Strasznie się tu kurzy i zmieniając obiektywy sporo kurzu dostało się do środka. Próbowałam sama to wyczyścić, ale z nikłymi rezultatami. Więc coś tam pstrykam, żebyście mieli jakieś wyobrażenie o tym, co ja tu przeżywam, ale straciłam już zapał.

Chyba nie pojadę na południe, ale kto to wie??? Załatwiając wszystkie permity dowiedziałam się, że mogę wjechać do konkretnego miasta, ale nigdzie poza tym się nie ruszę.

Siedzę jeszcze w Chartumie, bo czekam aż moi nowi, starzy znajomi skończą załatwiać swoje sprawy i potem jedziemy do Kassali. Mieszkamy w tym samym hotelu, rano każdy załatwia swoje sprawy, a wieczorem idziemy razem na kolacje, a potem na kawę lub herbatę na dach hotelu i rozmawiamy....Czasami mnie gdzieś podrzucają po drodze, albo umawiamy sie na lunch. Ponieważ są z Kassali, a ja planowałam pobyt tam wiec od razu zaproponowali wspólną podróż. Oczywiście, ponieważ jestem ich gościem, nie pozwalają mi za nic płacić. W zasadzie tak jest wszędzie, gdzie się nie ruszę. Będąc w Ministerstwie Turystyki dostałam kanapkę;-))), będąc na uniwersytecie spytałam się kogoś, gdzie mogę cos zjeść, wiec od razu zostałam doprowadzona na miejsce i ugoszczona. Wszyscy są niezwykle uprzejmi.

Mnóstwo kafejek internetowych, wszystkie pełne, mnóstwo kobiet (sic!), w użyciu wszystko, google, yahoo, massengery etc...Koszt 200 SD za 1 godzinę, czyli niecały 1$.

Na uniwersytecie odbywały się spotkania zwolenników rządu i ich przeciwników. Dowiedziałam się, że takie spotkania są organizowane przez studentów regularnie. To dość niespotykane jak na reżim al Bashira, nieliczącego się ze zdaniem swoich obywateli. Rząd jednak patrzy na to z przymrużeniem oka, wiedząc, że jeśli zabroni spotkań dojdzie do ogromnych manifestacji. Ale nie pozwolili mi robić zdjęć, obawiają się, ze gdyby cos trafiło do prasy albo w ręce policji to może z nimi być krucho.
Nie jest wiec jeszcze różowo.

Pozdrowko,
Anka

 25.03.2004

Nie wiem jak to wygląda z punktu widzenia europejskiego, ale oglądając tv i słuchając Sudańczyków wydaje się, ze możemy podziękować narodowi wybranemu za kolejne zamachy terrorystyczne...
Wczoraj były demonstracje w Chartumie, Arabowie są wściekli....

Jest coraz bardziej gorąco. Przez pierwsze dni było przyjemnie. Mówili nawet, że jest chłodno jak na tę porę roku (jak na mój gust było ok. 30-35 st.C). Ostatnie 3 dni były okropne. Temperatura w dzień i w nocy prawie się nie różni. Jest chyba ze 40 st. Po 14 -tej nie da się wytrzymać na ulicy. Wszystko jest tak nagrzane.... W dodatku ten kurz. Dzisiaj jest jeszcze gorzej, zaczynają wiać silne wiatry, które niosą mnóstwo pyłu. Jest ohydnie. Wszystko skąpane we mgle kurzu. Nie ma czym oddychać. Ale nie są to Indie, powietrze jest suche, czasami lepiej byłoby nie oddychać, bo wydaje się, że powietrze parzy gardło.

tradycyjnie....czyli o tym jak przekonałam się gdzie moje miejsce

Dwa dni temu zostałam zaproszona na obiad do rodziny znajomego Sudańczyka. Znajomy jest wykształconym człowiekiem, pracuje z międzynarodowej organizacji, ma kontakt z Europejczykami.
Przyjechaliśmy, weszliśmy na podwórko, zostałam przedstawiona całej rodzinie. Mój znajomy wszedł do pierwszego pomieszczenia, ja podążyłam za nim. Ale zanim przekroczyłam próg powiedziano mi "la, la, la", czyli nie nie nie, to jest pomieszczenie dla mężczyzn. Ty jesteś kobietą więc powinnaś jeść z kobietami. Pokornie wycofałam się i poszłam do kobiet.
Oczywiście wiedziałam, że są dwa pomieszczenia, jedno dla kobiet, drugie dla mężczyzn i jedzą oddzielnie. Ale sądziłam, że będzie jak dotychczas, czyli potraktują mnie na równi albo zrobią wyjątek i będziemy jeść razem. Nic z tych rzeczy.

Kobiety ani słowa po angielsku, ja znam liczebniki i parę innych przydatnych w podróżowaniu słów arabskich i koniec. Znajomy był na tyle uprzejmy, że towarzyszył mi przez jakiś czas i tłumaczył. Ale potem przyniesiono obiad do pomieszczenia dla mężczyzn i poszedł sobie.
Zostałyśmy same. Popatrzyłyśmy na siebie, potem nastąpiły jakies próby porozumienia się i koniec.
Dostałyśmy obiad dopiero wtedy, gdy część męska rodziny skończyła posiłek. Chyba nie podobało mi się.....

Drugie zdarzenie miało miejsce wczoraj. Mój znajomy Sudańczyk zażywa cos, co oni nazywają safą. Jest to mieszanka tytoniu z czymś, co nie do końca zrozumiałam. Lekko wilgotne. Działa mniej więcej jak trawa. Formuje z tej mieszanki małą kulkę i wkłada ja za dolna wargę. Substancja ta przenika do krwioobiegu, rezultaty widoczne po 5 minutach. Dostałam jedna kulkę do spróbowania. Wtedy jeszcze nie znałam miejscowej nazwy. Chciałam dowiedzieć się więc jak to się nazywa i gdzie mogę kupić. Nie chcieli mi powiedzieć. Po południu mój znajomy wybierał się po kolejna porcje. Chciałam iść z nim, ale usłyszałam, ze to nie miejsce dla kobiet. Dla mnie szok. Po kilkuminutowej dyskusji obraziłam się i poszłam sobie. Wieczorem przechadzając się po mieście spytałam kogoś na ulicy jak się to nazywa i powiedzieli mi bez problemu.

A safa jest całkiem fajna:-))
Pozdro,
A.

 2.04.2004, Morze Czerwone

Wreszcie dotarłam nad Morze Czerwone. Trochę jestem rozczarowana, żeby gdzieś popływać trzeba wypłynąć w morze.
Ale za to po raz pierwszy od 2 tygodni jadłam obiad używając noża i widelca. Nawet nie wiedziałam, że to może sprawiać przyjemność.

Wczoraj przyjechałam do Port Sudan. Od razu widać kto wybudował miasto. Zabudowa w stylu kolonialnym, ale wszystko strasznie zniszczone. W hotelach pokoje z łazienkami, normalne toalety, materace sprężynowe... Tylko ludzie beznadziejni.

Wcześniej byłam w Sawakin, dawnym porcie Sudanu zbudowanym na wyspie z rafy koralowej. Pierwsze skojarzenie - tak musiała wyglądać Warszawa po II wojnie światowej. Wszystko popadło w ruinę, stosy gruzów, gdzieniegdzie pozostały fragmenty murów i można sobie wyobrazić jak to miasto wyglądało w XIX wieku, tym bardziej, ze pozostało sporo fotografii. W Sawakin jest małe, prywatne muzeum, jego właściciel zbiera stare przedmioty, fotografie, można się sporo dowiedzieć. Jeszcze gorsze wrażenie sprawia dawna zabudowa na ladzie. Po gruzach pałętają się bezdomne koty, psy...Czasami ludzie cos dobudowali, cos wzmocnili, ogrodzili, postawili furtkę i tam mieszkają. Rząd przeznaczył pieniądze na odbudowe Sawakin, już nawet rozpoczęły się prace, za 2-3 lata to miasto odżyje. Już teraz obcokrajowcy płacą 1500 SD, czyli ok. 6$ za wejście.

Za mną też pierwsze spotkanie z security police, właściwe to już zaczynam się przyzwyczajać do ich obecności. Będąc w Kassali na wschodzie, blisko granicy z Erytrea, siedziałam gdzieś na skwerku pijąc wodę i robiąc zdjęcia. Nie mam oczywiście pozwolenia na fotografowanie bo z jednej strony nie chciało mi się tego załatwiać (sporo ludzi przejechało przez Sudan w ogóle nie pytani o pozwolenie), a z drugiej nie miałam ochoty płacić kolejnych 20 $ za papier. Po jakimś czasie pojawił się gość na motorze w ciemnych okularach i pokazywał żebym siadła z tylu i gdzieś pojedziemy. Ponieważ pokazałam, ze nie rozumiem o co chodzi więc zawołali farmaceutę z pobliskiej apteki, który mówił po angielsku i wyjaśnił mi, że ten pan jest z bezpieki i zaprasza mnie na przesłuchanie. Powiedziałam im, żeby przyszli do hotelu jak chcą ze mną rozmawiać. No i przyszli. Czworo. W tym jeden mówiący po angielsku. Obsługa hotelu była wystraszona bardziej niż ja. Przejrzeli travel permit, paszport, zażądali photography permit. Powiedziałam im, ze w Chartumie powiedzieli mi, ze już go nie potrzebuje. I zaczęło się. Rozmawiali ze sobą z pół godziny, dzwonili gdzieś, w końcu stwierdzili, ze musza już iść, ale wrócą. Na szczęście nie wrócili. Ale przez następne dni nie afiszowałam się z aparatem. W ogóle to musze ie. z nim ukrywać, bo co jakiś czas ktoś podchodzi i mówi, że czegoś nie mogę fotografować.

Proszę nie przysyłajcie załączników przez ten czas kiedy jestem w Sudanie. I nie używajcie polskich znaków w mailach.

Pozdrówko,
Anka

 8.04.2004, Wad Medani

Jestem w Wad Medani, w mieście aptek. Co drugi punkt handlowo- usługowy to apteka. W Port Sudanie z kolei wszędzie można było palić fajki wodne. Czasami to jest tu strasznie dziwnie. Ale ja chyba zadziwiam ich jeszcze bardziej. Praktycznie tylko w Chartumie nikt nie patrzył na mnie jak na małpę w zoo i nie wołał kawajiaa, co znaczy obcokrajowiec, białas etc. Ktoś mi kiedyś próbował wmówić, że to pozdrowienie, ha, ha, ha...Ale to słowo poznałam zanim wylądowałam w Sudanie.

Już jestem trochę zmęczona odkrywaniem nowych lądów. Jest strasznie gorąco, ponad 45 stopni. Z hotelu wychodzę rano i po południu. Miedzy 12 a 16 usycham w hotelu. Jeśli w tym czasie wyjdę to od razu zamienię się w kropelkę potu. Ale są jakieś anomalie pogodowe. Wczoraj na wschodzie padał deszcz, dzisiaj podobno padało w Sennarze (kolejny punkt mojej podróży). Marzy mi się wyspa z palmami i lody....

Co do Sennaru, to jutro tam jadę, ale nie wiem czy nie będę musiała wrócić do Wad Medani, nie wiem jak z hotelami. Już tutaj było ciężko. Generalnie w Sudanie niewiele hoteli jest oznaczonych po angielsku, czasami jest trudno mi wytłumaczyć czego szukam. A widely spoken english nie zawsze funkcjonuje.

Z Sennaru jadę do wsi zwanej Shinjia i tam PODOBNO jest siedziba Dinder National Park. Wiadomość nie potwierdzona. Do samego parku jest stamtąd jeszcze ze 100 km. W ogóle ten Dinder do dla wszystkich Sudańczykow jakiś Mars. Pierwsze reakcja - to w ogóle nie rozumieją o czym mówię. Potem pokazuje mapę i dopiero wtedy cos kojarzą. Ale wtedy z małpy przeistaczam się w szympansa albo jeszcze jakieś inne stworzenie.

W Port Sudanie zrobiłam eksperyment i nie zarejestrowałam się na policji. Do przyjazdu do PS zawsze ktoś to za mnie robił, więc nie było uciążliwe. A w PS byłam tak zmęczona, że nie chciało mi się, a w hotelu nie pytali. I nic się nie stało. Dzisiaj, po przyjeździe do WM, postanowiłam być politycznie poprawna i od razu poszłam odwiedzić posterunek policji. Ale gość w ogóle nie wiedział o co mi chodzi, musiałam tłumaczyć co ma zrobić, gdzie przybić pieczątkę. Więc chyba zrezygnuje w ogóle.

Pozdrowki,
Anka

 18.04.2004

Dzisiaj nie działa spacja, więc może się ciężko czytać ;-)))

Powoli wszystko się rozsypuje, rozkleja, rozwiązuje, rozkłada, znak, że zbliża się koniec. Do tej pory żyłam sobie tym, co przyniesie dzień, i nagle okazało się, że muszę coś zaplanować.
Tak więc pojutrze ruszam na północ, po raz drugi. Okazuje się bowiem, że łatwiej i taniej przejechać przez Chartum, żeby dotrzeć do miejsca oddalonego o ok. 300km od siebie. Tak więc zrobię ok.600km, ale zaoszczędzę na czasie i kasie. I spotkam się ze znajomymi.
Nie uda mi się też dotrzeć na południe, a szkoda. Poza główne miasto nie mogłabym się ruszyć, a przelot kosztuje300$, tyle co wielbłąd. Więc chyba lepiej wydać kaskę na wielbłąda, czyż nie???
Potem jeszcze ruszę w góry Nuba i powrót, niestety.

Dziękuje wszystkim za życzenia świąteczne. Mnie zupełnie święta wyleciały z głowy....spędziłam je w Dinder NP tropiąc lwy. Niestety widziałam tylko ślady. Ale było super, trochę zieleni, zimno w nocy, mnóstwo zwierząt i ptaków. Wreszcie odpoczynek od kurzu i pustyni.

Pozdrawiam gorąco,
Anka

 28.04.2004

Witam już z Warszawki!
Wróciłam nieco wcześniej niż zamierzałam i dość niespodziewanie, nawet dla mnie samej.

Ale do rzeczy. Jako że wróciłam więc nadszedł czas refleksji i podsumowań. Określając wyjazd jednym słowem mogę powiedzieć, że było wyjątkowo. Zagłębiając się w szczegóły - było wyjątkowo z wielu powodów. Po raz pierwszy pojechałam sama i to rzeczywiście przekłada się na jakość podróżowania. Poznaje się dużo więcej ludzi, dużo więcej można zaobserwować, dostrzec, poczuć. Po drugie jest to jeden z niewielu krajów, po którym nie ma żadnego przewodnika (w Africa on shoestring LP jest część poświęcona Sudanowi, ale informacji jest tam niewiele) więc musiałam naocznie i namacalnie przekonać się co, jak i gdzie. Czasami było to meczące, ale w większości wypadków fascynujące. Po trzecie był to wyjazd, pierwszy po wielu latach, kiedy nie musiałam liczyć się z czasem, więc kiedy miałam ochotę jechałam dalej, kiedy podobało mi się w jakimś miejscu to zostawałam tam dłużej, żyłam tym, co przyniesie dzień. Odpoczynek od pogoni za wszystkim w Polsce.

A jaki jest Sudan? Wieloetniczny i kolorowy, raj dla antropologów. Chociaż ze względu na konflikty wewnętrzne trudno wszędzie dotrzeć. Kilka miesięcy przed moim wyjazdem do Sudanu między walczącymi stronami na południu kraju podpisane zostało porozumienie na 6 lat. W czasie mojego pobytu tam rzeczywiście nic się nie działo, ale "opieka" security police jest niezwykle uciążliwa. To był jeden z powodów mojego wcześniejszego powrotu i rezygnacji z dotarcia na południe kraju.
Nie widziałam też wyścigów wielbłądów, chociaż już byłam tak blisko...

Sudan to przede wszystkim ludzie, niezwykle otwarci, przyjaźni, pomocni. Uśmiechnięci i ciekawi świata, chociaż zmęczeni sytuacją polityczną. W żadnym innym kraju nie czułam się też bardziej bezpiecznie. Nigdy nie miałam obaw o swój bagaż czy dokumenty lub pieniądze. Podróżowało się też dużo łatwiej i szybciej niż przypuszczałam.

Północna część Sudanu to pustynia. Ja byłam 2 miesiące przed rozpoczęciem pory deszczowej. Temperatury dochodziły do 45 st. C. Nawet nie sądziłam, że można poczuć różnicę między temp. 40 a 45 st;-))
Na początku trudno było też przyzwyczaić się do jedzenia rękami, z kolei dzień po powrocie nieporadnie posługiwałam się nożem i widelcem.

Generalnie było super i jestem niezwykle zadowolona:-))))))))))))))))))))))))
Przesyłam buziaki i do zobaczenia wkrótce,
Anka

Maroko - listy z podróży

Listy z podróży Malwiny, Artura i półtorarocznego Piotrusia Flaczyńskich do Maroka

Warszawa, 21.06.2002
Agadir, 26.06.2002
Marrakesz, 28.06.2002
Marrakesz, 30.06.2002
Meknes 6.07.2002
Fez, 8.07.2002
Rabat, 10.07.2002
Essaoiura, 13.07.2002  
Warszawa, 22.07.2002

 Warszawa, 21.06.2002

Cześć,
W poniedziałek wyruszamy z Warszawy, aby po kilkunastu godzinach dojechać do Hamburga, skąd udamy się samolotem czarterowym do Adagiru w Maroku. Nasza podróż jest poniekąd debiutem. Po raz pierwszy jedziemy w pozaeuropejską podróż z małym dzieckiem. Nasz synek podczas podróży skończy 17 miesięcy. Oczywiście zwykle pojawia się mnóstwo pytań w rodzaju, czy należy brać w daleką podróż tak małe dziecko. My stwierdziliśmy, że tak. Nie chcemy rozstawać się z synkiem i mamy nadzieję, że trudy podróży nie zmogą małego Piotrusia. Bo nawet, jeśli będzie bardzo gorąco, daleko od domu, męcząco i głośno, to przecież będzie z rodzicami. No i może zobaczy największą piaskownicę na świecie. Po raz pierwszy będziemy też w kraju afrykańskim. Do tej pory podróżowaliśmy tylko po Azji. W Maroku będziemy próbować porozumiewać się po angielski, co zapewne będzie proste w miejscach bardziej turystycznych. W miejscach mniej turystycznych i zarazem bardziej konserwatywnych łatwiej będzie się porozumieć w języku francuskim. Niestety w tym języku potrafi się porozumieć tylko Malwinka, co nie ułatwi rozmowy z tubylcami. Ale Piotruś może być bardzo pomocny w nawiązywaniu znajomości i rozmowach.

Ponieważ jedziemy z Piotrusiem nie mamy wytyczonych szczegółowo planów. Owszem, chcemy zobaczyć Marrakech, Fez, Meknes, pojechać na wschód zobaczyć pustynię, choć pustynię skalistą, czyli hammany. Ale też nie mamy planów, gdzie zatrzymamy się na dłużej. Wszystko zależy od tego, jak będziemy się czuli w Maroku. Prognozy meteorologiczne przewidują na sobotę 39 stopniowy upał w Marrakechu i burzę. Jak będzie to znosił Piotruś. Tego wszystkiego dowiemy się na miejscu. I od tego właśnie uzależnimy nasze plany podróży. Do napisania z Maroka

Artur Flaczyński

 Agadir, 26.06.2002

Jesteśmy w Maroku!!!!
Bardzo nam się tu podoba, chociaż klawiatura całkiem inna i trudno się pisze, ale powoli się przyzwyczajamy. Podróż przebiegła dobrze, nawet mieliśmy przystanek na spanie po drodze (godzinkę). Lot był krótki, Piotruś znosił świetnie podróż, nawet zmiany wysokości. Lotnisko w Agadirze bardzo nam się spodobało - pięknie wyłożony kafelkami budynek. Już pięć metrów od budynku lotniska dostaliśmy pierwsze zaproszenie do marokańskiego domu. Zaprosił nas policjant, którego zapytaliśmy o drogę do autobusu. Autobus był pełen pięknie ubranych pań z wymalowanymi henną rękami (z których jedna rozmawiała przez komórkę). Potem znaleźliśmy hotel i poszliśmy na plażę. Agadir jest miejscem turystycznym, ale to jednak Marokańczycy stanowią zdecydowaną większość wypoczywających. Oprócz młodych dziewcząt ubranych w bikini, opalają się panie zakrywające głowę oraz każdy inny kawałek ciała. Niektóre z tych młodych pań schodząc z plaży również nakrywają głowę. Dzisiejszy dzień spędziliśmy na plażowaniu. Chcieliśmy spacerować, ale Piotruś nam nie dał. Chciał bawić się w tej pięknej, wielkiej piaskownicy i zachwycony był całym otoczeniem - wspaniale uśmiechającymi sie ludźmi, którzy chcieli się z nim bawić. Stwierdziliśmy też, że moglibyśmy łatwo zarobić fortunę każąc sobie płacić po 10 dirhamów za całowanie Piotrusia. Dziś Piotruś był pierwszy raz w życiu w ZOO. Najbardziej podobały mu się papużki inseparabolki i kozy. Jutro jedziemy na wycieczkę oglądać małą Saharę i flamingi w Wadi Massa. Po drodze zahaczamy o targ, wioski rybackie i berberyjskie. A pojutrze, jedziemy do Marrakeszu.

Całujemy gorąco

Malwinka, Artur i Piotruś

 Marrakesz, 28.06.2002.

cześć, cześć, witajcie!
Dotarliśmy do tego pięknego miasta i jakoś dotąd zaczepił nas tylko jeden naciągacz, co zadaje kłam obiegowym opiniom, rozpowszechnianym również przez nasz przewodnik! Oto sprawozdanie z naszej dotychczasowej działalności: Odbyliśmy wycieczkę z grupą niemieckich turystów (mieli być Francuzi, ale coś się zmieniło...) Trasa: jezioro sztuczne Massa, mała Sahara, Tiznit, Wadi Massa i targ w Inezgane. Flamingów nie było - może schowały się przed upałem; na nic nasze poświęcenie. Jeziorko takie sobie; mała Sahara to kilka wydm porośniętych z rzadka jakimiś krzaczkami; z fauny kozy i pilnujący ich homo sapiens. Tiznit byłoby dużo ciekawsze, gdyby nie współpasażerowie - wszyscy nas brali za Niemców i to nie było miłe. Ale medina ładna i autentyczna, normalni ludzie, bez cepelii. Targ był fajny, acz z tym samym zastrzeżeniem co Tiznit. Jeszcze się tam przejdziemy przed odlotem. 

Agadir pożegnało nas jak starych znajomych; kelner w knajpce, w której jedliśmy coś dwa razy, podawał nam ręce; pani w cukierni dała Piotrkowi gratis ciacho i w ogóle. Nasza opinia o tym mieście będzie chyba różna od obiegowych. Mieszkaliśmy w dzielnicy tanich hotelików, w których zatrzymują się Marokańczycy, a nie zachodni turyści. Blisko meczet, daleko od plaży, ale klimat wspaniały i autentyczny; bez folkloru pod przyjezdnych, bez pokazów, pseudonarodowych strojów itp. Panie zakutane od stóp do głów, czasem z zakrytymi twarzami, czasem ubrane po europejsku, ale przyzwoicie. Panowie noszą się zarówno po europejsku, jak i po tamtejszemu - burnus itp. 

Dojechaliśmy do Marrakeszu, gdzie jest już porządnie ciepło - nie wiemy ile stopni, niestety nie ma już tego przyjemnego wiaterku, ale jest znośnie. Piotrek drogę zniósł niezle, bawił się z marokańską dziewczynką, trochę od niego młodszą. Zamieszkaliśmy w hotelu na medinie - jest fajnie, blisko słynnego placu Dzema el-Fna. Wszędzie mamy blisko, a Marokańczycy potwierdzają naszą opinię o nich jako o ogromnie gościnnym, przyjaznym turystom (zwłaszcza z dziećmi) narodem. Wszyscy chcą się bawić z Piotrkiem, całują, śmieją się, zagadują itp. Właśnie jakaś pani poi Piotrusia Fantą z własnej butelki... A może to tylko soczek pomarańczowy - wolę się łudzić... A nie, pani mówi, że to "jus", czyli sok. Jednym słowem, podoba nam się i to ogromnie.

Malwinka, Arturek i Piotruś

 Marrakesz, 30.06.2002

Salam alejkum!
Marrakesz to piękne miasto magiczne i stajemy w szranki z każdym, kto twierdziłby inaczej! Wczorajszy dzień spędziliśmy włócząc się po suku i po całej medinie, byliśmy na targu kowali, skórzanym itp. Tylko nie trafiliśmy na suk farbiarzy, wobec niezgodności obrazka w przewodniku z kierunkiem wskazywanym przez naganiaczy. Odwiedziliśmy też medresę Ali ben Yussufa oraz grobowce Saadytówa Medresa zrobiła na nas kolosalne wrażenie. Oba te miejsca są oazami spokoju w chaotycznym mieście.

Dziś pojechaliśmy do wodospadów Uzud. Jest to wspaniałe miejsce oddalone od Marrakeszu o 160 km. Woda kaskadami spada z wysokości ok.110 m. Droga była nieco uciążliwa, ale ciekawa - jechaliśmy lokalnym autobusem z tubylcami i parą innych turystów. Udało nam się raz nie zapłacić napiwku za wsadzenie naszych bagaży do bagażnika - na dworzec autobusowy dotarliśmy w ostatniej chwili. Wodospady będą nam się śniły po nocach - w Marrakeszu oboje mamy niesamowite sny). Jutro ruszamy w drogę na pustynie. Planujemy dotrzeć do Warzazat na południe od Marrakeszu, a stamtąd przez wąwóz Todra pojechać do Merzugi - wioski położonej w pobliżu ciekawych wydm i jeziora okresowego, które mamy nadzieję, że będzie.

Trzymajcie się i nie martwcie się o nas. Napiszemy jak dojedziemy gdzieś, gdzie będzie internet.

Malwinka, Arturek i Piotruś

 Meknes, 06.07.2002

Siedzimy właśnie w tragicznej kafei internetowej w Meknes, gdzie internet wysyłany jest chyba gołębiem. Ale mamy nadzieję, że uda nam się coś wysłać. Z Marrakeszu pojechaliśmy autobusem na południowy wschód do Warzazat, gdzie przespaliśmy noc i skąd szybko pojechaliśmy do wąwozu Todry - wspaniałej osobliwości Maroka. Wąwóz ma do 300 m głębokości, a w najwęższym miejscu jedynie 10 m szerokości. Wspaniałe, pionowe ściany w rudym kolorze, kontrastują z niebem. Todra jest niewielką, ale wartką rzeczką, nawadniającą okoliczne pola. Po pobycie w wąwozie Todry pojechaliśmy w daleką drogę na pustynie!!!! Dotarliśmy aż do Merzugi, gdzie znajdują się piaszczyste wydmy, w tym słynny Erg Chebi. Temperatury na pustyni były bardzo wysokie, ale dało się wytrzymać. Najgorsze godziny spędziliśmy w pokoju. O zachodzie słońca wyszliśmy na wydmy. Było to niesamowite przeżycie - jedyne w swoim rodzaju. Na szczycie wydmy wyjęliśmy łopatkę, grabki i foremki, po czym całą trójką bawiliśmy się piaskiem. Wcześniej Artur był na samotnej wycieczce na pustyni. Było to tuż przed południem. Wściekle gorąco, słońce parzyło, a usta i gardło stawały się momentalnie suche. Ale to właśnie czuli zapewne dawni odkrywcy, przemierzający pustynie. Ja czułem się podobnie jak Stanley lub Livingstone!!!! Idąc na pustynie celowo nie wziąłem wody. Jeszcze dziś czuje popękane usta i ciągłe pragnienie, a była to przecież tylko krótka wycieczka. Jakie pragnienie czuli dawni odkrywcy? Najpierw sól w ustach, potem przyjemna gorycz, potem już coraz mniej przyjemnie...

Wczoraj przyjemnym, klimatyzowanym autobusem dotarliśmy do Meknes. Podróż trwała ponad 10 godzin i na początku wymagała walki o miejsca siedzące. Autobus zatrzymywał się zdecydowanie za często, jak na nasze pragnienia i droga trwała 4 godziny dłużej niż podawał przewodnik. Dobrze, że autobus był klimatyzowany i było dużo miejsca na nogi!!! Poza tym, panował pełny, marokański folklor. Wcześniej jednak, trzeba było dojechać do autobusu. Do Merzugi nie dochodzi droga, trzeba jechać Landroverem lub busem przez pustynie. To było dopiero przeżycie!!!! Meknes jest małym miastem, położonym niedaleko Fezu. Jest przyjemnie chłodniej i wilgotniej. Dziś byliśmy w ZOO i w parku, po zakończeniu listu udamy się na obiadek i zakupy. A jutro planujemy jechać zobaczyć ruiny rzymskiego miasta Volubilis oraz islamskie sanktuarium w Mulaj Idris. Więcej napiszemy już poza Meknes, bo godzina na otwarcie poczty to stanowczo zbyt kiepski wynik.

Pozdrawiamy gorąco
Malwinka, Artur i Piotruś

 Fez, 08.07.2002

Cześć Kochani,

W Fezie internet jest równie okropny jak w Meknes. Wczorajszy list poszedł po prostu w diabły. Szkoda, tak ładnie napisałem.

Wczoraj byliśmy w małym miasteczku Mulaj Idris, w którym znajduje się sanktuarium islamskie. Miasteczko polecane jest jako bardzo ciekawe. Niestety, do samego sanktuarium niemuzułmanie nie mają wejścia. Jednakże, nawet przed szlabanem sanktuarium robiło duże wrażenie. Wspaniałe mozaiki, barwni ludzie. Szkoda, że na zewnątrz i ludzie nie chcą dawać się fotografować. Przewodnik poleca tarasy, z których można zobaczyć sanktuarium z góry. My nie polecamy. Po krótkiej wizycie w Mulaj Idris pojechaliśmy do Volubilis. Są to ruiny rzymskiego miasta, najlepiej zachowane w całym Maroku. Po syryjskich Bosrze, Palmirze, a nawet Afamii, Volubilis nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia. Na Malwince, która ruiny rzymskiego miasta widziała pierszy raz - i owszem. Na pewno Volubilis jest świetnym miejscem na wypoczynek od zgiełku miasta. Potem wróciliśmy do Meknes. Meknes jest niespokojnym, żywym miasteczkiem o sporym zgiełku i mnóstwie stoisk handlowych na każdej ulicy mediny. Handluje się wszędzie i wszystkim. Wieczorami odpoczywaliśmy na tarasie na dachu hotelu, skąd rozlegał się ciekawy widok i dokąd dochodziły nas wołania muezzinów. Dziś rano wsiedliśmy w pociąg do Fezu i po godzince komfortowej jazdy klimatyzowanymi wagonami, podobnymi do polskich (a może i nawet polskimi - podobno, polskie wagony eksportowano do Maroka) dojechaliśmy do tego miasta. Miasto robi pozytywne wrażenie. Minusem jest mnóstwo przewodników bardzo natrętnie oferujących swoje usługi. Ale więcej napiszemy po jakimkolwiek dłuższym spacerze po Fezie. Tak więc do napisania.

Artur z rodzinką

 Rabat, 10.07.2002

Cześć kochani !!!!!

Dotarliśmy tu i chyba nie ma dla nas nic niemożliwego !!! (wreszcie dorwała się do klawiatury Malwinka i będzie mogła sama popisać i wreszcie normalnie chodzi internet !!!)

Ostatniego maila Artur pisał z Fezu, ale niewiele napisał na temat samego miasta. Otóż jest to miasto magiczne, niezwykłe i niesamowite. Medina wygląda starożytnie; jak z bajki, mnóstwo ludzi, gwar, osiołki obładowane wszystkim, czym tylko można obładować osiołka, stragany, wózki (namiętność Piotrusia - bawił się ręcznymi wózkami, takimi do pchania przed sobą, ale nie do przewożenia dzieci, tylko do wożenia towarów, np: arbuzów, szkła, itp. Ciekawe, czy to wyjdzie na zdjęciach?!) Najbardziej niesamowite jest to, że prosto z targu - rozkrzyczanego tłumu - wchodzi się np. do medresy, czyli szkoły koranicznej wyższego stopnia. Taka medresa, to po prostu oaza spokoju, piękne arabeski, rzeźbienia, fontanny, kafelki, itp. I cisza. A za drzwiami - "...one dirham, kup to, kup tamto, czemu nie chcesz kupić, tylko 20 dh, kup, kup..." Czasem głowa pęka. Pięknie zdobione były też bramy miasta, bramy meczetów (niestety, nie wolno nam ich przekroczyć), a nawet bramy zwykłych domów. Plątanina uliczek; szerokich uliczek, które czasem wiodą donikąd, wąskich uliczek, które są ważnymi przejściami, średnich uliczek, zarośniętych podwórek, placyków, na których pracują rzemieślnicy...

Strasznie żałujemy, ale z tej podróży będziemy mieli chyba mało zdjęć ludzi. Trochę się wstydzimy, trochę boimy konsekwencji dla fotografowanych (teoretycznie, wymiana spojrzeń z cudzoziemcem może być podstawą do rozwodu), trochę nie chcemy płacić za zdjęcia (a często trzeba), a czasami - wcale nierzadko - ludzie uciekają na widok aparatu, odwracają się, zakrywają twarze... Zwłaszcza te śliczne panie w duuuugich dżellabach, z dzieciakami na plecach.

Po wspaniałościach Fezu, Rabat wydaje się trochę nieciekawy, dość europejski i trochę zaniedbany. Za szerokie chodniki, za szerokie ulice, za mało osiołków. Ludzie też raczej ubrani po europejsku. Rabat, to po prostu duże miasto o dość europejskim charakterze, a przez to mało ciekawe. Ciekawa jest jednak droga nad morze. Otóż najprościej na plażę idzie się przez... cmentarz. Ciekawie się widzi ludzi z kocami i deskami do windsurfingu wśród nagrobków.

Jutro planujemy jechać do Essaouiry. Zgodnie z przewodnikiem, to urocze nadmorskie miasteczko idealne na odpoczynek dla turystów indywidualnych. Sprawdzimy, czy tak jest w istocie. Być może, po drodze zahaczymy o Marrakesz, jeszcze nie sprecyzowaliśmy naszych planów. Ale mamy ochotę na sok pomarańczowy na placu Dżemaa el Fna.

Pozdrawiamy Was cieplutko
Malwinka, Arturek i Piotruś

 Essaoiura, 13.07.2002

Salam alejkum oj jak wieje i zimno umieramy w tej wietrznej Afryce brrrr!!!!!!!!!!!!

No aż tak źle to nie jest, ale to najzimniejsze miejsce w całej podróży!!!! A przyjechaliśmy tu poplażować...
Ale od początku. Z Rabatu pojechaliśmy do Marrakeszu klimatyzowanym pociągiem, całkiem wygodnie (warunki znacznie lepsze niż w PKP, dużo czyściej - to informacja dla tych, którzy nie lubią Arabów i innych czarnuchów i twierdza, ze dlatego, ze są brudni) Rabat nie okazał się zbyt ciekawy, aczkolwiek fajnie było pooddychać świeżym, chłodniejszym i wilgotnym powietrzem nadmorskiej stolicy. Byliśmy tez w supermarkecie, po wilgotne chusteczki do przewijania Piotrka i deserki w słoiczkach dla Piotrka itp; zapłaciliśmy majątek!!! Ale dziecko pluło już na sam widok jogurtu i potrzebowało jakiejś odmiany żywieniowej. Sam supermarket zorganizowany był po europejsku, ale były w nim np. panie z paluszkami na plecach, w pięknych strojach itp. Dopiero w Marrakeszu (niestety!!!) wyjaśniła się zagadka przepełnionych hoteli w Rabacie - otóż KRÓL SIĘ ŻENI odbyło się to wczoraj i trwać będzie jeszcze do jutra, a myśmy nic nie wiedzieli i jak te ślepe komendy wyjechaliśmy z centrum wydarzeń!!!! SZKODA! Tu możemy sfotografować jedynie ludność miejscowa przed portretem króla tudzież jakiegoś wodzireja na festynie ku czci, niby fajne, ale znacznie ciekawiej byłoby tam. Za to kupimy gazetę i będziemy mieli pamiątkę za 20 lat warta miliony dirhamów!!!

Marrakesz byl jak zwykle cudowny, w hotelu powitano nas jak starych znajomych, wypytano, gdzie byliśmy i co widzieliśmy, wyrywano sobie Piotrusia z rak itp. Soczek pomarańczowy na placu był jak zwykle pyszny, zaklinacze węży, akrobaci, małpki, gawędziarze, naciągacze i wszystko piękne i szalone i ciekawe, naprawdę wspaniale; do Maroka warto przyjechać nawet tylko do Marrakeszu. Zrobiliśmy jeszcze jakie takie zakupy i na dworzec autobusowy do Essaouiry.

W autobusie niespodzianka - Polacy! Para młodych ludzi w podróży dookoła... Europy, coś ich tu zagnało, trochę zagubieni i nie całkiem w naszym stylu, odwiedzają miejsca w stylu Monaco i San Remo... No ale zawsze są to rodacy z którymi można trochę pogadać. Tu w Essaouirze jest inaczej niż się spodziewaliśmy, dość ładnie, trochę zabytków (mury miejskie, również od strony morza, armaty itp), ładny port - tylko wieje na potęgę!!! Cale szczęście ze Piotrka mamy w co ubrać tzn długi rękaw i spodenki bo sami trochę marzniemy.
Ale jutro jedziemy naprawdę poplażowaćc do Agadiru, bo Essaouira miasto fajne, ale dla windsurfingowców. Patrzymy z zazdrością na ludzi w swetrach i polarach...

I we wtorek do domku... ¨Takie jest życie. Podsumowując już jakoś ten nasz wyjazd - jest pięknie, kolorowo, powietrze pachnie inaczej i święcą inne gwiazdy. Spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi, doświadczyliśmy zaskakującej nas gościnności i serdeczności. A także potargowaliśmy się zdrowo, pooburzaliśmy na nieuczciwych naciągaczy, którzy niestety się tu zdarzają, powtórzyliśmy niezliczona ilość razy ¨non merci non merci NON MERCI¨... Jak to w Trzecim Świecie. Maroko to świetny kraj na wakacje z dzieckiem, nawet tak małym jak Piotruś i myślimy, ze to również jego zdanie. W tej chwili bawi się z siedzącym przy drugim komputerze chłopcem i kotem, piszczy i się śmieje i większość czasu w Maroku właśnie się śmieje a przynajmniej uśmiecha. Do ludzi na ulicy, w autobusie, w pociągu, do kotków, osiołków, koni, kóz i piesków, do nas, a najbardziej do innych dzieci. Cały wyjazd przyniósł mu chyba jeszcze więcej radości niż nam i to chyba w tym jest najpiękniejsze.

Dalsze podsumowania i opowieści zostawiamy sobie na pokaz slajdowy, bo jak wszystko opowiemy to będzie nudno i jeszcze nikt nie przyjdzie...;-)))

Pozdrawiamy
Malwinka, Arturek i El-Piotrus El-Mansur

 Warszawa, 22.07.2002

Witajcie,
No to wróciliśmy do domu. Ostatni dzień spędziliśmy na odpoczynku i plażowaniu. Warunki były bardzo bałtyckie. W Essoiurze było naprawdę zimno. Agadir był zdecydowanie cieplejszy, tym niemniej temperatura 12 stopni wyświetlana o godzinie 18 przez zegar banku BMCE w Agadirze zaskoczyła nas. Trochę zaziębiliśmy się w tej Afryce. A potem było już przyjazne lotnisko, dość dokładna kontrola przy wejściu do samolotu (dopiero w kraju dowiedzieliśmy się o konflikcie hiszpańsko-marokańskim o Pietruszkę) i czterogodzinny lot do Hamburga. W Hamburgu Piotruś z odległości 20 metrów poznał samochód!!! Zaczął podskakiwać w wózku, piszczeć i pokazywać palcem nasze autko postawione wśród innych samochodów na parkingu. Po zmianie ubranek wyruszyliśmy w długą 12-godzinną podróż do Warszawy.

Maroko jest ciekawym krajem do podróżowania z dzieckiem. Położone jest dość blisko - na tyle, aby rozważać podróż własnym samochodem. Wiele razy na miejscu żałowaliśmy, że nie mieliśmy własnego autka. Kieruje się na drogach marokańskich nie najgorzej, tzn. czasem nawet przestrzega się przepisów. Jako kraj wydało nam się Maroko dość drogie. Nie jest to Europa przytłaczająca cenami za usługi, ale nie jest to również Azja, gdzie za małe pieniądze można żyć w dobrych warunkach. Denerwowały ceny dla białych, konieczność częstego sprawdzania uczciwości sprzedawców, sklepikarzy. Zdecydowaną większość Marokańczyków stanowią wspaniali i przyjaźni ludzie, którzy chętnie pomogą w każdej sytuacji, a już na pewno chętnie zabawią się z dzieckiem. Gorzej wspominać będziemy marokańską kuchnię. Zarówno kus-kus, jak i tadżin rzadko miały jakiś smak. Wydawało się, że przyprawy są nieznane Marokańczykom, a przecież jedliśmy też kilka znakomitych posiłków w Maroku. Długo będziemy pamiętać tadżin z cytruną i oliwkami, albo z rodzynkami i melonem w Marrakeszu, omlet berberyjski w Warzazat, czy kalię na pustyni. Ale o wielu posiłkach chcielibyśmy zapomnieć. Do Maroka pojechaliśmy myśląc o zaoszczędzeniu kilku groszy, przy jednoczesnym wyjeździe poza Europę. Pod tym względem nie był to dobry pomysł. W Maroku wydawaliśmy średnio 40-50 dolarów na 2 osoby, co jest dość wysoką stawką. To, co widzieliśmy i przeżylismy nie można jednak zmierzyć żadną miarą. Zobaczcie sami i przekonajcie się. ZAPRASZAMY NA SLAJDY!!!

Pozdrawiam
Artur