Relacja z podróży - Afryka

Uganda i Rwanda - listy z podróży


Listy z podróży Mariusza Jachimczuka do Ugandy i Rwandy
Zapraszamy do ciekawej relacji z  podróży.

Kampala, 29.01.2005
Ruwenzori, 07.02.2005
Virungas, 11.02.2005
Kampala, 14.02.2005
Jinja, 17.02.2005

 Kampala, 29.01.2005

cześć
Z opuszczeniem Europy mieliśmy problem. Najpierw zamarzł samolot Lot'u, później samolot do Amsterdamu spóźnił się... Nocowaliśmy i dopiero dziś w południe opuściliśmy Europę, dolecieliśmy do Nairobi a później do Kampali. Jest bardzo ciepło i wszyscy dziwnie patrzą się na nas, gdy nosimy polary i chodzimy w butach górskich.

Teraz jesteśmy w Backpakers hostel w Kampali - to ten ze slajdów Iwonki i Jurka :-) Pijemy piwo i szykujemy sie do podróży w interior. Pierwsze wrażenia z Ugandy bardzo pozytywne - nikt tu się nie spieszy, wszyscy żyją na luzie i są bardzo mili:-)

Pozdrawiam
Mariusz

 Ruwenzori, 07.02.2005

Cześć

Dziś zeszliśmy z gór. Przez 8 dni byliśmy w zupełnie innym świecie, jak w bajce. Góry Ruwenzori są niesamowite:-) Krajobrazy przepiękne i niespotykane nigdzie indziej. Roślinność niewyobrażalna - każdego dnia inna, piękna, zielona - bardzo dużo porostów, olbrzymie starce i lobelie.

Pogoda dała w kość - przez pierwszy dzień mieliśmy straszny skwar - szliśmy przez las deszczowy, drugiego dnia 7 godzin deszczu zmoczyło nas tak bardzo, że spałem w mokrym śpiworze, trzeciego dnia juz nie padało, ale szliśmy w woderach przez bagna - nocowaliśmy na 4000 m z widokiem na ośnieżone szczyty Ruwenzori, a wieczorem grad... Udało nam się zdobyć najwyższy wierzchołek - Margeritę - 5100 m. Była to duża przygoda, pierwszy raz w rakach, z czekanem i na linie:-) Strasznie wiało, cały czas niesamowite widoki. Jak na Góry Księżycowe - deszczowe - mieliśmy b. dobrą pogodę - było sporo słońca. Żal je opuszczać... To zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie - i jeszcze niezadeptane...

Teraz już czas na inne atrakcje - czas poczuć klimat Afryki :-) Dziś wieczorem przejechaliśmy do Fort Portal - małego miasteczka na zachodzie Ugandy. Jechaliśmy matatu (busik) które zabiera 14 osób ale pomieściło się ponad 20:-) Pokręcimy się tu jakieś 2 dni i jedziemy dalej...

Pozdrawiam
Mariusz

ps. wszędzie znajduję ślady Iwony i Jurka i ks. Gardyny :-)

 Virungas, 11.02.2005

Witam!!
Jesteśmy w Ruhengeri, małym miasteczku na północy Rwandy. Tutaj rozgrywała się akcja filmu Goryle we mgle :-)

Po opuszczeniu gór Ruwenzori pojechaliśmy do lasu deszczowego Kibale - tam szukaliśmy szympansów. Na początku musieliśmy użyć wyobraźni - szympansy siedziały sobie w koronach drzew, a my widzieliśmy tylko czarne obiekty. Na szczęście jeden zszedł na ziemie i rozłożył się jakieś 10 metrów od nas. Przeciągał się i wylegiwał, zupełnie ignorując 5 podnieconych białasów. Przyglądanie się jego twarzy przez teleobiektyw było dużym przeżyciem.

Następnego dnia odwiedziliśmy lokalny market i najpierw matatu a później przeładowanym do granic możliwości autobusem jechaliśmy w kierunku granicy z Rwandą. Podróż była ciężka, gorąco i strasznie ciasno, dodatkowo autobus zgubił czyjś bagaż i wszystko to trwało w nieskończoność.

Po dojechaniu do Kabale, rano, przed przekroczeniem granicy pojechaliśmy nad jezioro Bunyoni - Pierwsze wrażenia średnie - po prostu jezioro, z lokalesami pływającymi w fajnych dłubankach. Jednak gdy wjechaliśmy na jedno ze wzgórz widok był jak z bajki. Olbrzymie jezioro wypełniające kilka dolin, z licznymi wyspami, a w oddali widok na wulkany Virungas. Piękne miejsce.

Później granica - a tu niespodzianka - widzimy 2 białasów w wieku ok. 50 lat. Po chwili jeden z nich pyta się po polsku która to kolejka dla wyjeżdżających. Była to para Polaków z Warszawy :-)

Po załatwieniu formalności wizowych i 2 godzinnym oczekiwaniu aż matatu będzie pełne ruszyliśmy do stolicy - Kigali. Pierwsze wrażenia z Ruandy bardzo pozytywne - kraj niekończących się gór. Są one porośnięte lasem lub rozciągają się na nich uprawy m.in. herbaty. Drogi jak na Afrykę bardzo dobre - ruch w przeciwieństwie do Ugandy prawostronny. Kolejne dni pokażą więcej pozostałości po Belgii, na każdym, kroku będziemy słyszeć bonjoure (nie wiem jak się pisze!!!), a do frytek podadzą mi majonez:-)

Sama stolica to nieduże miasto, położone na wzgórzach, z kilkoma nowoczesnymi budynkami. Spędzamy tam kilka godzin załatwiając formalności, później ruszamy do Ruhengeri. Droga podobna do tej z granicy, bardzo dobra, z widokami na zielone góry.

W Ruhengeri i okolicach spędzamy 3 dni. W niedziel wybieramy się na tropienie goryli górskich, jutro planujemy pojechać nad jezioro Kiwu - czyli tuż pod granice z Kongo. Dziś cały dzień leczyliśmy się z wczorajszego obiadu ;-) Chodziłem też trochę po miasteczku, pięknie położone, wokół 5 wulkanów o wysokości powyżej 3000 m. Ludzie w Ruandzie chyba rzadziej widzą turystów, częściej zaczepiają - mniej panikują na widok aparatu fotograficznego. Problemem jest komunikowanie się - prawie nikt nie mówi po angielsku, ale jakoś dajemy sobie rade:-) Na razie też nie widać śladów ludobójstwa, które było tutaj dokładnie 10 lat temu. Jedynie rolnicy idący na pole z motykami przypominają mi tę straszną tragedię.

Pozdrawiam
Mariusz

 Kampala, 14.02.2005

hej
Na gorylach było niesamowicie. baby gorylki chodziły nawet 2 metry od nas - musieliśmy wycofywać się. Samiec był gigantyczny (200 kg), walił się w piersi i bawił się z małymi. Później położył się spać, ale co chwile czujnie otwierał oczy i sprawdzał czy rodzince nic się nie stało... Matka karmiła małego, później przytulała go, bawiła się z nim. Niesamowite przeżycie. No i siedzący silverback z zamyślonym wzrokiem. Czym mija więcej czasu tym bardziej jest to dla mnie niezwykle.
Nie ma teraz czasu pisać zaraz jedziemy do Murchinson Falls.

pozdrawiam
Mariusz

ps. trochę czuje się jakbym spotkał krasnoludki.

 Jinja, 17.02.2005

Cześć
Jesteśmy w Jinja, jest to miasto nad Jeziorem Wictorii, tutaj rozpoczyna swój bieg Nil, stąd płynie 6500 kilometrów aż do Morza Śródziemnego.

W Ruandzie zobaczyliśmy goryle, nadal myślimy o tym spotkaniu, to było coś niesamowitego. Wieczorem wróciliśmy do Ugandy, do Kampali. Z Ruandą rozstawałem się ze smutkiem - to piękny i ciekawy kraj - dużo jeszcze zostało do zobaczenia...

W poniedziałek rano ruszyliśmy do Murchison Falls - to park narodowy otaczający słynny wodospad na Nilu. Wodospad jest imponujący, cała rzeka wpada do gardzieli o 6 metrowej szerokości. Wspaniale miejsce do penetrowania - niezliczone punkty widokowe - to jedno z najfajniejszych miejsc w Afryce.

Następnego dnia pojechaliśmy na safari, 4 godziny jeździliśmy po parku samochodem. Głównie jeździ się po terenie delty czyli pomiędzy Victoria Nil a Albert Nil. Widzieliśmy słonie, antylopy, żyrafy, hipcie, jednego lwa i sporo ptaków. Co mnie zaskoczyło nie ma tu zebr. W porównaniu do Serengeti (w którym byłem 5 lat temu) Murchison wypada słabo ale i tak nam się podobało. Po poludniu byliśmy na wycieczce łodzią do wodospadu. Zbliżając się do wodospadu czuje się coraz silniejszy prąd i coraz głośniejszy huk z wodospadu... Najfajniejsze jest jednak obserwowanie zwierząt nad brzegiem, jest ich sporo, najwięcej krokodyli i hipopotamów, czasem spragnione słonie i dużo ptaków.

Dziś od rana wracaliśmy z Murchison Falls, najpierw wstąpiliśmy do rezerwatu szukać szympansów (ponownie ale w innych warunkach i za darmo:-), pozniej do Kampali i wreszcie do Jinja. Praktycznie cały dzień w samochodzie. Jutro ostatnia duża przygoda, rano wyruszamy na rafting po Nilu. Ponad 30 kilometrów pontonami. Podobno to jedno z najlepszych miejsca na świecie na rafting - z miejscami o 5 - najwyższej skali trudności.

Pozdrawiam serdecznie
Mariusz

Uganda - listy z podróży


Listy z podróży Iwony i Jurka Maronowskich do Ugandy
Zapraszamy do ciekawej relacji z  podróży.

Kampala, 10.06.2004
Kasese, Uganda, 21.06.2004
Kampala, Uganda, 25.06.2004
Kampala, Uganda, 2.07.2004
Ruwenzori - Góry Księżycowe - uzupełnienie wyprawy

 Kampala 10.06.2004

Po 1,5+ 8,15+1,05 godzinach lotu z przesiadka w Amsterdamie i Nairobi dotalismy Kenia Airwais do Entebbe. Odcinek Nairobi - Entebbe pokonywaliśmy z pięknymi widokami na Mount Kenia i Wielki Rów Afrykański, a potem bardzo rozlegle wody jeziora Wiktoria.

Z Entebbe do Kampali pojechaliśmy zatłoczonym, ale wesołym matatu czyli mikrobusem. Mieszkańcy Ugandy zaskakują bardzo ciemną karnacją, to chyba najczarniejsi ludzie na świecie. Mówią językiem Buganda, ale praktycznie wszyscy znają angielski.

Kampala bardzo przypomina nam miasta indyjskie, tylko po zamianie ludności na murzynów, po eliminacji krów i zamianie muzyki bazarowej na skoczną afrykańską. Są piękne kwiaty i wszędzie zielono, a ziemia w kolorze ceglano czerwonym. Nad głowami czasami krążą marabuty. Kampala leży na wzgórzach, jak San Francisco, wszystkie ulice są albo w górę albo w dół, albo okrężne wzdłuż poziomicy. Jechaliśmy raz na dwa bodo-bodo, tj. taksówkami motocyklami. Taki pojazd zabiera jednego pasażera. Wspaniała przygoda. Ludzie w Kampali się w ogóle nie narzucają, tylko raz spotkaliśmy żebraka przez cały dzień. Gdy zapytamy o drogę, chętnie pomagają i zawsze bezinteresownie, przy tym znają angielski, więc jest łatwo pomimo braku tabliczek z nazwami ulic itp.

Znaleźliśmy centrum handlowe Uchumi, gdzie był też gaz do kuchenek turystycznych. Dokonaliśmy rezerwacji na trekking w Ruwenzori od 14 do 20 czerwca i wykupiliśmy zezwolenie na odwiedzenie goryli górskich w parku Mgahinga 24 czerwca.

Mieszkamy w Backpakers Hostel, nad łóżkiem moskitiera a obok bezpłatny Internet cafe i wokoło ogród z małpami.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

 Kasese, Uganda, 21.06.2004

Cześć!
Jesteśmy w miasteczku Kasese u podnóża Ruwenzori.

Wczoraj zeszliśmy z Ruwenzori po tygodniu przedzierania się przez dziewiczą dżunglę, wraz z przewodnikiem, rengersem z bronią oraz z 6 tragarzami. Weszliśmy na Mt Baker 4843 m. Bardzo ciężka trasa, po kilka km dziennie i cały czas zwalone drzewa, skały, korzenie, bagno po kolana i bardzo stroma, błotnista ścieżka. Niezwykła roślinność. Opiszemy więcej później.

Przed Ruwenzori pojechaliśmy na jeden dzień do parku narodowego Kibale, gdzie przez 5 godzin z przewodnikiem tropiliśmy szympansy w lesie deszczowym. Ciągłe przedzieranie się i wspaniała przygoda. W końcu przez godzinę patrzyliśmy na rodzinę dzikich szympansów na drzewach z kilku, czasem kilkunastu metrów. Szympansy często wydają bardzo głośne krzyki albo się kłócą.

Za chwilę jedziemy do parku Mburo Lake, gdzie mamy wędrować pieszo z rangersem wśród zebr, antylop, małp i ptaków, a nocą mamy spać w namiocie nad jeziorem i podobno po biwaku będą chodzić hipopotamy.

W czwartek będziemy tropić górskie goryle w parku Mgahinga na granicy z Rwandą i Kongiem.

Pozdrawiamy serdecznie,
Iwona i Jurek

Kampala, Uganda, 25 czerwca 2004

Witamy wszystkich ponownie!
Po ostatnim mailu z Kasese udaliśmy się przeładowanym matatu, czyli mikrobusem na 14 osób, w którym zmieściło się 20 osób, 18 murzynów i my we dwójkę, do Lake Mburo National Park. Jest to park sawannowy z olbrzymia liczba zwierząt. Jadąc przez park do biwaku co kilkaset metrów napotykaliśmy kolejne zwierzęta (zebry, bawoły, guźce, antylopy eland, antylopy tipo, antylopy impala, małpy babuny i inne zwierzaki. Przez 2 noce spaliśmy w namiocie nad jeziorem, w którym całą dobę buszowały hipopotamy. Najciekawiej było wieczorem, gdy paliliśmy ognisko nad brzegiem, a hipcie zbierały się w kilka sztuk w wodzie niemal przy samym ognisku i też chciały uczestniczyć. Wydawały przy tym donośne pomruki, ziewały, albo nagle zaczynały się głośno pluskać. Gdy szliśmy spać, a ognisko gasło, one wychodziły na brzeg, jadły trawkę i tupały. To były dwie wspaniale nieprzespane noce.

W dzień wybraliśmy się na poranną i wieczorną wędrówkę po parku pieszo z uzbrojonym przewodnikiem. Pokazał nam przeróżne ptaki, a także hieny, i miejsca pełne zwierząt jak wodopój lub pokład soli. Z żalem opuszczaliśmy Lake Mburo National Park, lecz czekały goryle.

Ponownie przepełnionym matatu dojechaliśmy w góry Virunga. Tu na granicy Ugandy, Rwandy i Kongo jest kilka wulkanów pokrytych lasem deszczowym. W Ugandzie jest Mgahinga Gorilla National Park, z 3 wulkanami o wysokości do 4200 m. W dolnej części wulkanów Virunga, tam gdzie jest las bambusowy, mieszka polowa spośród 600 górskich goryli, które żyją na świecie. Goryl górski jest najbardziej podobnym do człowieka zwierzęciem żyjącym na ziemi, choć to podobno szympans jest trochę inteligentniejszy.

24 czerwca musieliśmy wstać rano, i przed godz. 8.00 dotarliśmy motocyklami boda-boda do granic parku. Tu zebrała się grupa 6 turystów - tylko tylu dziennie jest dopuszczanych do oglądania goryli. Para z Nowej Zelandii i dwie Australijki oraz my, a poprowadziła nas grupa dwóch przewodników i 4 żołnierzy, po 2 godzinach wędrówki przez las doszliśmy do miejsca, gdzie wczoraj były goryle. Potem ich śladami, obserwując odchody i nasłuchując, dotarliśmy do żerujących goryli. To rodzina, która składa się z 11 osobników, w tym 2 wielkie samce. Goryle wydają się znudzone turystami, którzy za nimi łażą po jarach i krzakach, wieszają się na lianach i starają się robić zdjęcia. Goryle zachowują się bardzo podobnie jak ludzie. Wydają rożne odgłosy, ale raczej ciche, drapią się, odpoczywają itd. Mają bardzo ludzkie spojrzenie, niemal można domyślać się, co o nas sobie myślą. Przewodnik jednak nakazał nam unikać kontaktu wzrokowego z dorosłymi samcami.

Spotkanie z gorylami trwało tylko godzinę, taki jest limit czasu. Zrobiliśmy 3 filmy zdjęć, ale nie zdążyliśmy się w pełni nasycić i nacieszyć tym spotkaniem, gdy przewodnicy ogłosili koniec. Gdy wyszliśmy z lasu, znów trudno nam było uwierzyć, że te niezwykle zwierzęta naprawdę tam żyją.

Dzisiaj powróciliśmy autobusem do Kampali, a jutro jedziemy do wschodniej Ugandy, by wspiąć się na wulkan Mt. Elgon, 4300m, na granicy z Kenia. To 5-dniowa wędrówka po górach.

Dziękujemy bardzo za wszystkie maile i pozdrawiamy gorąco,
Iwona i Jurek

Kampala, 2 lipca 2004

Cześć!
Przed chwilą powróciliśmy do Kampali z trekkingu na Mt Elgon 4321m. A było to tak:

Pojechaliśmy autobusem do miasteczka Mbale. Widać już z niego masyw wielkiego, starego wulkanu Mt Elgon, który wznosi się ponad 3000 metrów ponad równinę płaskowyżu Wschodnioafrykańskiego. W Mbale wsiedliśmy do 14-osobowego matatu, które okazało się naszym rekordem, gdyż zmieściło się w nim 26 osób, a także nasze plecaki. Nadmieńmy tylko, że nie było nic na dachu, tylna klapa domknęła się, a 25 z 26 osób było w całości w środku (tylko jeden pasażer wystawał polową ciała przez okno). Oczywiście 24 z tych pasażerów to murzyni. Tak przejechaliśmy ponad 30 km do wioski Budadiri, gdzie w biurze parku narodowego Mt Elgon zgłosiliśmy chęć rozpoczęcia trekkingu nazajutrz.

Rano stawiliśmy się w biurze parku, a tam czekał na nas przewodnik z kałasznikowem oraz jeden tragarz. Tragarz zabrał plecak Iwonki doładowany dodatkowo większością sprzętu z plecaka Jurka. Pierwszego dnia wędrowaliśmy tzw. ścieżką Sasa długo przez wioski robiąc dużo zdjęć. Ludzie bardzo życzliwi, chętni do fotografii, wręcz czasem nalegający, aby fotografować ich bambusowo gliniane chatki. Dzieci często krzyczą "How are you, Mzungu", a w Ugandzie mzungu znaczy "białas" w wymiarze pozytywnym. Pierwszy nocleg na biwaku w lesie deszczowym, 2850 m. Drugiego dnia wyszliśmy na hale, trochę podobne do Bieszczadów, ale porośnięte dziwacznymi lobeliami i starcami. Nocleg na biwaku w lesie wrzosowym 3500m, czyli wśród wrzosów kilkumetrowej wysokości. Trzeciego dnia wymarsz przed wschodem słońca i przy pięknej, bezchmurnej pogodzie dotarliśmy na szczyt Wagagai 4321m, najwyższy szczyt Mt Elgon. Jest to niezwykłe miejsce, gdyż krater Mt Elgon ma 8 km średnicy, więc jest największym na świecie kraterem wulkanicznym po dużo niższym i mniej spektakularnym, choć szerszym kraterze Ngorongoro.

Krater Mt Elgon to niecka na wysokości ok. 3800m otoczona łańcuszkiem szczytów o przewyższeniu ok. 500 m. We wnętrzu krateru rosną przedziwne rośliny, jest trochę bagien i wygląda to zupełnie nieziemsko. Widzieliśmy tu kilka razy niewielkie górskie antylopy, a czasami można podobno spotkać bawoła.

Kolejny dzień, to wędrówka inną ścieżką, tzw. Sipi trail, najpierw do wnętrza krateru, a później w dół po halach i dziwacznych wrzosowiskach, przekraczając kolejne strumienie i doliny. W jedną stronę widok na łańcuszek szczytów otaczających krater, z drugiej kilometry niżej równina północnej i środkowej Ugandy. W końcu weszliśmy do lasu deszczowego z wielkimi drzewami i olbrzymią ilością lian. Różne dziwne ptaki, mchy i porosty na drzewach, paprocie i kolorowe kwiaty. Na nocleg dotarliśmy do groty Tutum. Nie spodziewaliśmy się zbyt wiele, więc przeżyliśmy szok!

Grota Tutum to olbrzymia jaskinia. Komora wstępna ma może 50x80 metrów, wysoka na kilka metrów, w środku biwak, a wejście częściowo zasłania spadający z góry wodospad. Rozbija się więc namiot za wodospadem w wielkiej jaskini. Przed jaskinią jest gęsty, nieprzebyty las deszczowy, oprócz nas tylko jeden turysta z namiotem, a do najbliższych innych ludzi kilkanaście kilometrów i niemal tysiąc metrów zejścia przez nieprzebyty, gęsty las cały tętniący życiem. Mało tego, jaskinia to dalej wąskie przejście do kolejnej wielkiej sali, i dalej jeszcze kolejnej, a tam tysiące, tysiące nietoperzy. Weszliśmy z latarkami, a tam nietoperze wydają niezwykłe dźwięki, łatają nad głową, gdzie nie spojrzeć setki czerwonych oczu. A jak się błyśnie lampa błyskową, to cała jaskinia to tysiące święcących się oczu! Cos niesamowitego!

Nietoperze ok. 19-stej zaczęły przemieszczać się do wejściowej sali jaskini, i po trochu wylatywać w las. Od 20-stej już była w jaskini cisza, nie było nietoperzy. Potem miedzy piątą a szóstą rano znów zrobił się wielki rwetes, jak tysiące nietoperzy wisiało sobie z sufitu i opowiadały o nocnych łowach. Później, wszystkie przemieściły się w głąb jaskini, aby uniknąć promieni słońca. Weszliśmy jeszcze raz rano do wnętrza ich komnaty, aby ponownie posłuchać i popatrzeć, jak spędzają dzień. Zrobić jeszcze kilka zdjęć tysięcy święcących oczu.

Kolejnego dnia zeszliśmy na dół, do wioski Sipi. Ostatnie dwie godziny znów schodziliśmy wśród wiosek z pięknymi okrągłymi, afrykańskimi chatami. Nasz przewodnik i tragarz byli z innego plemienia, więc nie można było porozumieć się z mieszkańcami. W wiosce Sipi jest wodospad, opisywany jako najbardziej romantyczny wodospad w Afryce. Kilkudziesięciometrowy wodospad spada pionowo ze skalnej przewieszki wśród pięknej tropikalnej roślinności. Wszystkie skały są w kolorze czerwonym i wszystko wspaniale wygląda w promieniach popołudniowego słońca. Nocowaliśmy tu w bambusowym domku na wzgórzu z widokiem na wodospad i szczyty Mt Elgon z jednej strony, a afrykańskie równiny z zachodzącym słońcem z drugiej.

Dzisiaj powróciliśmy najpierw na pace ciężarówki, później matatu i w końcu autobusem do Kampali.

Jutro nasz ostatni dzień w Ugandzie, chcemy odwiedzić ogród botaniczny w Entebbe, na brzegu jeziora Wiktorii.

Te trzy tygodnie w Ugandzie obfitowało w wiele wydarzeń i coś nas wciąż zaskakiwało. Wydaje się nam, że spędziliśmy tu dużo więcej czasu. Najdłuższy wydawał się nam pierwszy tydzień w Ruwenzori, gdyż roślinność która tam jest, powoduje, że wkracza się jakby w zupełnie inny świat, a czas płynie jakby wolniej. Ruwenzori jeszcze opiszemy w oddzielnym liście.

Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

Ruwenzori - Góry Księżycowe

Wędrówka po górach Ruwenzori wymaga oddzielnego opisu, gdyż wiele osób jest zainteresowanych, tym trzecim, co do wysokości masywem górskim Afryki. Ruwenzori, zwane w Ugandzie Rwenzori, co oznacza w językach Bantu góry deszczowe, były po raz pierwszy wzmiankowane przez Ptolemeusza 1800 lat temu, jako śnieżne góry, z których wypływa Nil. Ptolemeusz nazwał je Górami Księżycowymi, co dobrze odzwierciedla fakt, że szczyty łatwiej dojrzeć w świetle księżyca, niż w dzień, gdy masyw prawie zawsze skrywa się w chmurach. Istnienie gór Ruwenzori pozostawało legendą przez wiele wieków. Pierwszy Europejczyk zobaczył w oddali śnieżne szczyty Ruwenzori dopiero w 1888 roku. Ruwenzori to nie wulkany, jak Kilimandżaro, Mt Kenya i Mt Elgon, lecz góry zrębowe ze wspaniałymi, głębokimi dolinami i licznymi górskimi graniami, swoją rozległością porównywalne z Tatrami. Pada tu bardzo często deszcz, a chmury otulające szczyty i mgła aż po dno doliny to zjawiska prawie codzienne.

Do dziś góry pozostają bardzo trudno dostępne, trzeba się wiele dni przedzierać przez lasy i bagna, by dotrzeć do partii szczytowych, niewiele osób się tu wybiera, a jedyna istniejąca ścieżka jest bardzo skromna. My w czasie siedmiodniowej wędrówki spotkaliśmy tylko dwójkę innych turystów.

Po przyjeździe do Ugandy rozpoczęliśmy szukanie butli z gazem do naszej kuchenki turystycznej. Wcześniej wszyscy twierdzili, że w Ugandzie gazu nie dostaniemy. Wędrując od sklepu do sklepu w Kampali, wszystko znaleźliśmy. Kuchenki gazowe można kupić w sklepach sportowych w pobliżu Ambassador House przy Kampala Road w centrum miasta. Gaz do bleuet-a jest dostępny w dwóch supermarketach Shoprite oraz w supermarkecie Uchumi w kompleksie handlowym Garden City. Mając już butle z gazem udaliśmy się do głównego biura Uganda Wildlife Authority w Kampali, aby wykupić wstęp do parku narodowego.

Wstęp do Rwenzori Mountains National Park jest drogi, 480 USD od osoby za 7 dniowy trekking główną trasą Bujuku-Mubuku. Daje to prawo do spania w górskich chatkach, dostaje się przewodnika, rangersa z karabinem i radiostacją oraz po dwóch tragarzy na osobę. Nam w ramach zapłaconej kwoty, dano 6 tragarzy, pomimo, że bagażu mieliśmy łącznie na półtora tragarza (jeden tragarz może nieść max 20 kg), więc nasza wyprawa liczyła 10 osób i nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Dwóch tragarzy niosło nasze rzeczy, a pozostali tragarze nieśli węgiel i żywność, które częściowo zostawiali w chatkach dla kolejnych wypraw. Wędrówka po Ruwenzori bez oficjalnego przewodnika jest nielegalna, niemożliwa na głównej trasie Bujuku-Mubuku, zaś na innych trasach, jest to przedzieranie się przez dziewiczy las bez ścieżki i przecinanie sobie drogi maczetą. Dowiedzieliśmy się, że można wybrać się na inne trasy, lecz jest to bardzo trudne, czasochłonne, mozolne i raczej droższe. Bardzo rzadko ktokolwiek się na to decyduje. My nikogo takiego nie spotkaliśmy ani nawet nie znaleźliśmy takiej relacji w internecie. Ruwenzori leży na granicy z Kongo, do 2001 roku park był zamknięty ze względu na ukrywających się w lasach rebeliantów, których teraz już podobno nie ma, ale jak twierdzą miejscowi, nigdy żadnemu turyście nic się tu złego ze strony miejscowych nie stało.

Dotarliśmy do Kasese u podnóża gór. Miasteczko jak z dzikiego zachodu, szerokie prostopadłe uliczki pokryte czerwoną ziemią i parterowe domy. Tani i wygodny nocleg w hoteliku Virina Garden. Właściciel hotelu bardzo się ucieszył, gdy dostał od nas majowy numer miesięcznika Góry, gdzie hotel Virina Garden jest rekomendowany przez księdza Krzysztofa Gardynę w artykule o Ruwenzori. Szkoda tylko, że po Polsku, więc nie mogli nic zrozumieć. To była niedziela, 13 czerwca, dzień meczu Anglia-Francja w ME w piłce nożnej, a relacja na żywo w telewizji wywoływała olbrzymie emocje wśród zgromadzonych w hotelowym pubie kilkudziesięciu Ugandyjczyków. Dopiero po zakończeniu meczu można było spokojnie pójść spać.

Rano przejechaliśmy taksówką kilkanaście kilometrów do wioski Nyakalengija 1650m. Tu kończy się droga i zaczyna szlak pieszy. Znajdują się tu również budynki parku narodowego, miejsce gdzie spotykamy się z przewodnikiem i resztą grupy. Rozdzielone zostały nasze bagaże, Jurek zostawił sobie plecak ze sprzętem fotograficznym, a Iwona wędrowała bez obciążenia. Zanim wyruszyliśmy odbyliśmy 3 krótkie rozmowy podczas, których poinformowano nas o trasie, konieczności zabrania kaloszy i zostaliśmy zapoznani ze wszystkimi zasadami trekkingu. Tragarzy zwykle w ciągu dnia nie widzieliśmy, rano zabierali bagaż i wędrowali swoim tempem do następnego noclegu. Przewodnik Fred Bosco i rangers nie odstępowali nas za to ani na krok. Wędrowali z nami przez wszystkie dni, przy czym rangers zawsze chodził za nami. Ciekawe było to, że rangers odbywał wędrówkę w Ruwenzori pierwszy raz, bo wcześniej obsługiwał turystów w Queen Elizabeth National Park (park sawannowy, gdzie żyją słonie, lwy, antylopy itp.), dzięki czemu dowiedzieliśmy się dużo ciekawych informacji o samym parku, pracy rangersa i życiu zwierząt. Na szczęście Fred w przeciwieństwie do rangersa był doświadczonym przewodnikiem, pokazywał nam różne rośliny i podawał ich nazwy, z łatwością pokonywał bagna i z dużą cierpliwością znosił wszystkie nasze postoje, podczas których robiliśmy dużo zdjęć. Był też bardzo pomocny dla Iwony przy pokonywaniu stromych podejść i stromych zejść. Wieczorami tragarze rozpalali ognisko i gotowali posiłek dla siebie, przewodnika i rangersa. Podstawę posiłku stanowiła kasawa w postaci białego proszku, który był mieszany z gorącą wodą i z tego tworzyła się pożywna papka.

Dzień pierwszy
Pierwszą godzinę wędruje się przez wioskę wśród pól, a potem wchodzi się w wiecznie zielony, równikowy las. Ścieżka wznosi się głęboką doliną, której zbocza porośnięte są lasem wysoko, wysoko, aż po same chmury. Co pewien czas naszą ścieżkę przecinają szerokie ścieżki mrówek safari, albo mrówek czerwonych. Za każdym razem więc, gdy chcemy się zatrzymać musimy spojrzeć pod nogi. W kilku miejscach przewodnik wskazuje nam szerokie przecinki wygniecione w podszyciu leśnym przez słonie. Podszycie jest tak gęste, że bez maczety nie da się zejść ze ścieżki. Drzewa pokryte są mnóstwem pnączy i lian. Fragment ścieżki pokonujemy przez zagajnik wielkich paproci, w którym z powodzeniem można się ukryć. Ciekawym zwierzakiem, którego można tu zobaczyć jest kameleon, ale trzeba poprosić przewodnika, aby nam go pokazał, bo nasze niewprawne oko nie wyśledzi dobrze zamaskowanego kameleona. Przekraczamy kilka strumyków, a potem wspinamy się granią pomiędzy dolinami dwóch strumieni do chatki Nyabitaba 2650m. Chatka jest malutka, pokryta blachą, drewniane prycze, brak okna, więc decydujemy się na nocleg w namiocie. Trzy metry od namiotu rozłożył się na noc, ukryty w krzakach z bronią w ręku, nasz rangers. W nocy towarzyszyły nam odgłosy świerszczy i cykad. Rano był słoneczna pogoda i rozpościerał się ładny widok na szczyty Portal.

Drugi dzień to przejście mostem wiszącym nad rzeką Bujuku, a następnie wędrówka przez las bambusowy w górę doliny. Do rzeki schodziliśmy bardzo stromo wśród gęstej roślinności, czasami po drewnianych drabinkach, które umożliwiały pokonanie najtrudniejszych odcinków. Las bambusowy się po pewnym czasie kończy, a zaczyna las wrzoścowy. To są wrzosowiska, tyle że w formie kilkumetrowej wysokości drzew całkiem pokrytych delikatnymi kremowo - zielonymi porostami i grubą warstwą mchów. Coś nieprawdopodobnego! Wśród wrzośców coraz częściej pojawiają się lobelie i starce. Roślinność bardzo dziwnie wygląda i jest niepodobna do jakiejkolwiek innej strefy roślinnej na świecie. Zaczyna padać deszcz. Docieramy do John Matte hut 3380m, sympatyczna chatka na polanie wśród przedziwnych roślin. Gdy deszcz ustaje, przejaśnia się, a nad nami widzimy strome, skaliste turnie w różnych kierunkach. W oddali na chwilę pojawia się widok na lodowiec płaskowyżu Stanley'a. Poniżej chatki płynie malownicza rzeka.

Dzień trzeci. Zakładamy już nie buty górskie, lecz rybackie wodery, czyli gumowce do pachwin i wkraczamy w świat bagien -bagna Lower Bigo Bog i Upper Bigo Bog. Bagna pokryte są kożuchem roślin, grubą warstwą mchów i są na nim wysokie kępy traw. Zwykle albo staje się na roślinach, albo noga zapada się do kostek w wodę, ale czasem wpada się do łydki albo za kolano w lepkie błoto. Gdy wpadnie jedna noga, pół biedy. Kiedy wpadną obydwie, trudno się wydostać. Często pod kożuchem roślin płynie strumień. Trzeba uważać, gdzie się stawia nogę. Lower i Upper Bigo Bog to przedziwne rośliny i mozolna wędrówka. Lobelie i senecje tworzą tu niezwykłe krajobrazy. Potem, 3 dni później przekonamy się jednak, że bagna w sąsiedniej dolinie Mubuku są jeszcze głębsze i trudniejsze do pokonania. Bagno wypełnia całą dolinę i wspina się na zbocza, gdzie jest tzw. wiszącym bagnem. Na zboczach jest mniej bagniście i rośnie przepiękny las, lecz trzeba pokonywać leżące pnie drzew, strome skały i śliskie
 korzenie i kamienie, na których bardzo łatwo się poślizgnąć i upaść, więc wędrówka jest równie trudna. Nie ma łatwej drogi. Po pokonaniu obu bagien wspinamy się na wzgórze, z którego rozpościera się widok na Upper Bigo Bog i całą dolinę Bujuku. Wreszcie  docieramy do górskiego jeziora Bujuku. Przepiękne widoki, nad jeziorem górujące strome ściany górskie, wyżej lodowce grupy Mt Speke i Mt Stanley. Roślinność to głównie las starców, czyli kilkumetrowej wysokości maczugi zakończone pióropuszem liści. To już strefa afro - alpejska. Za jeziorem jeszcze trochę bagien i wreszcie chatka Bujuku 3977m. Ból głowy związany z chorobą górską ustępuje po dwóch godzinach. Nocujemy w namiocie, gdyż chatka lichutka, dziurawa i przewiewna. W nocy już może łapać mróz.

Dzień czwarty rozpoczynamy też w woderach, ale umawiamy się z tragarzami, że jak skończą się bagna zaczekają na nas i będziemy mogli wtedy zmienić kalosze na buty górskie. Znowu wspinamy się bardzo stromo wśród przepięknych starców i żeby wydostać się na niewielką przełączkę, która jest doskonałym punktem widokowym na jezioro Bujuku w dole i śnieżne szyty nad głowami, ostatni odcinek pokonujemy po metalowej drabinie kilkumetrowej wysokości.  Po godzinie wspinaczki jesteśmy ponad pasem bagien i kolejne dwa dni będziemy chodzić po wysokogórskich ścieżkach i skałach. Wspinamy się stromo do stóp najwyższego masywu Mt Stanley ze szczytem Margherita 5109m. Niestety szczyty chowają się w chmurach. Miejsce senecji i lobeli zajmują krzaki nieśmiertelników, a wyżej już tylko wędrówka wśród skał porośniętych czarnymi porostami. Docieramy do Elena hut 4540m. To jest baza dla wyjść na główny wierzchołek. Wokoło już tylko mchy i porosty, duże głazy - krajobraz polodowcowy. Nagle chmury się rozstępują i widać dwa lodowce powyżej chatki. Strzeliste skalne turnie we wszystkie strony. Nie nocujemy w Elena hut, schodzimy do przełęczy Scott Elliot i do doliny Kitandara, której zbocze to kilkusetmetrowa pionowa ściana. Dolina Kitandara schodzi do Kongo, nie ma tu zasięgu radiostacja naszego rengersa. W dali toną we mgle równikowe lasy Kongo. Docieramy do jezior Kitandara, okolica znów porośnięta wspaniałą roślinnością, wielkie starce i lobelie, wśród których fruwają kolorowe ptaszki. Nad brzegiem jeziora chatka Kitandara 4027m. Chatka jest na tyle duża, że we wnętrzu rozbijamy namiot. Ze względu na bliskość Kongo nasz rangers znowu śpi tuż przy namiocie z karabinem gotowym do wystrzału.

Dzień piąty jest najważniejszy, gdyż wybieramy się na szczyt Mt Baker 4843m, doskonały punkt widokowy na większość szczytów Ruwenzori, położony w środku masywu. Towarzyszy nam tylko przewodnik Fred, a rangers i tragarze mają dzień odpoczynku. Poranek dość pogodny, ale po dwóch godzinach gęsta chmura wchodzi z nizin Kongo. Resztę dnia wędrujemy w gęstej mgle. Pierwsze 1,5 godziny to wspinaczka po niemalże pionowej ścieżce, która wyprowadza od jeziora Kitandara na Freshfield Pass 4280m. Im wyżej wchodzimy, tym jest mniej roślin, krajobraz polodowcowy. Wygładzone skały, mchy i porosty. Musimy skakać z jednej skały na drugą, pokonywać śliskie, skalne kominy. Wędrówka jest trudna i mozolna a dodatkowo wysokość daje się nam we znaki. Brak tchu. Wspinamy się ponad lodowiec Edwarda w masywie Mt Baker. W końcu szczyt z tabliczką. Niestety mgła. Na szczycie resztki śniegu, jest dość ciepło. Czekamy godzinę, ale chmura nawet gdy się jakby rozwiewa, pozwala spojrzeć co najwyżej kilkaset metrów. Musimy schodzić. Godzinę przed zmierzchem, gdy jesteśmy już na 4300m i docieramy z powrotem na przełęcz nagle chmura rozstępuje się i w świetle czerwonego, zachodzącego słońca, możemy podziwiać wspaniałe szczyty i przyczepione do nich lodowczyki. Senecje porastające całą przełęcz w kolorze ciepłej zieleni wyglądały bajkowo, a nektarniki siadały na kwitnące senecje i piły z nich nektar.  Schodzimy już o zmierzchu ponownie do chatki Kitandara. Rangers i tragarze zaniepokojeni naszą długą nieobecnością wychodzą nam na przeciw. Witają nas z wielką radością.

Dzień szósty zaczyna się ładnie. Ponownie wspinamy się na Freshfield Pass. Nasz rangers łączy się radiostacją, informuje, że wszystko w porządku i zgodnie z planem. Zakładamy wodery i rozpoczynamy zejście stromo w dolinę Mubuku. Zaczyna padać deszcz i leje intensywnie przez cztery godziny. Najpierw ześlizgujemy się po mokrych, pionowych skałach, a dalej zjeżdżamy razem z błotem wiszących bagien wśród wspaniałej roślinności. Wielokrotnie wpadamy w błoto za kolana. Docieramy pod nawis skalny i postanawiamy przeczekać, aż mgła się rozstąpi. Po godzinie pogoda się poprawia i możemy podziwiać strome ściany otaczające nas ze wszystkich stron. Wędrujemy wzdłuż pionowej, skalnej ściany. Mijamy schron skalny Bujongolo, wykorzystywany jako baza przez wyprawę księcia Abruzji w 1906 roku, wyprawę pierwszych zdobywców Ruwenzori. Dalej ścieżka jest jeszcze bardziej błotnista i bardzo stroma. Momentami by uniknąć wędrówki po grząskim bagnie wędrujemy dnem wartko płynących strumieni. Czasami zjeżdżamy razem z wodospadem po stromych skałach, czasami zjeżdżamy z błotem trzymając się lian i gałęzi lub zsuwamy się po drewnianych drabinkach, balach, poręczach, które były ustawione w miejscach gdzie "brakowało ścieżki". Roślinność coraz bardziej bujna, pojawia się znów las wrzoścowy. Docieramy do podmokłej, trawiastej polany na końcu której jest Guy Yeoman hut 3260m. Nieopodal chatki płynie duża już w tym miejscu rzeka Mubuku. Przyjemna chatka i nasz ostatni nocleg. Dolina Mubuku okazała się dużo bardziej bagnista i bardziej stroma od doliny Bujuku.

Dzień siódmy to strome zejście po bagnistych zboczach i  po śliskich skalnych płytach o niemal pionowym spadku, aż do dużego nawisu skalnego Kichuchu Rock Shelter. Potem wielogodzinna wędrówka po kolejnych bagnach i strumieniach, cały czas w woderach. Po południu docieramy do Nyabitaba hut 2650m, i nasza pętelka po górach Ruwenzori zamyka się. Możemy zdjąć wodery, założyć buty górskie. Jeszcze trzy godziny zejścia już normalniejszą ścieżką i jesteśmy na dole. Dopłacamy w biurze parku 14 dolarów za to, że przewodnik wprowadził nas na Mt. Baker, żegnamy naszego przewodnika i rangersa oraz tragarzy, robimy wspólne pożegnalne zdjęcie, wręczamy im napiwki i wsiadamy do matatu, by wrócić do Kasese. Przez te 7 dni zapomnieliśmy jak wygląda reszta świata. To były góry z najwspanialszą i najdziwniejszą roślinnością jaką można sobie tylko wyobrazić. Wędrówka zaś była najbardziej mozolna i trudna z tych co kiedykolwiek odbyliśmy.

W Ruwenzori wybiera się niewielu turystów. Z wpisów w księgach wygląda, że jest to przeciętnie dwie grupki turystów tygodniowo. Nasz przewodnik twierdził, że jest zarejestrowanych ponad 50 przewodników i każdy dostaje grupę do prowadzenia dwa do trzech razy w roku. Spotkaliśmy kilka wpisów Polaków, na Ruwenozri byli w ciągu ostatnich dwóch lat:
1) Janusz Kafarski z Ostrowa Wlkp. - relacja
2) Grzegorz Serówka z Gdańska - relacja
3) ksiądz Krzysztof Gardyna z Pogwizdowa, Wincenty Dończyk z Bydgoszczy, Janusz Gniadek z Tych - relacja
4) Kinga Ciukta z Warszawy i Kamil Targosz z Krakowa - galeria
Co ciekawe, na Mt Elgon jest dużo więcej turystów, przeciętnie codziennie jedna grupa, ale nie znaleźliśmy wpisanego żadnego Polaka od 2000 roku.
 
Pozdrawiamy,
Iwona i Jurek

Maroko - listy z podróży

Listy z podróży Malwiny, Artura i półtorarocznego Piotrusia Flaczyńskich do Maroka

Warszawa, 21.06.2002
Agadir, 26.06.2002
Marrakesz, 28.06.2002
Marrakesz, 30.06.2002
Meknes 6.07.2002
Fez, 8.07.2002
Rabat, 10.07.2002
Essaoiura, 13.07.2002  
Warszawa, 22.07.2002

 Warszawa, 21.06.2002

Cześć,
W poniedziałek wyruszamy z Warszawy, aby po kilkunastu godzinach dojechać do Hamburga, skąd udamy się samolotem czarterowym do Adagiru w Maroku. Nasza podróż jest poniekąd debiutem. Po raz pierwszy jedziemy w pozaeuropejską podróż z małym dzieckiem. Nasz synek podczas podróży skończy 17 miesięcy. Oczywiście zwykle pojawia się mnóstwo pytań w rodzaju, czy należy brać w daleką podróż tak małe dziecko. My stwierdziliśmy, że tak. Nie chcemy rozstawać się z synkiem i mamy nadzieję, że trudy podróży nie zmogą małego Piotrusia. Bo nawet, jeśli będzie bardzo gorąco, daleko od domu, męcząco i głośno, to przecież będzie z rodzicami. No i może zobaczy największą piaskownicę na świecie. Po raz pierwszy będziemy też w kraju afrykańskim. Do tej pory podróżowaliśmy tylko po Azji. W Maroku będziemy próbować porozumiewać się po angielski, co zapewne będzie proste w miejscach bardziej turystycznych. W miejscach mniej turystycznych i zarazem bardziej konserwatywnych łatwiej będzie się porozumieć w języku francuskim. Niestety w tym języku potrafi się porozumieć tylko Malwinka, co nie ułatwi rozmowy z tubylcami. Ale Piotruś może być bardzo pomocny w nawiązywaniu znajomości i rozmowach.

Ponieważ jedziemy z Piotrusiem nie mamy wytyczonych szczegółowo planów. Owszem, chcemy zobaczyć Marrakech, Fez, Meknes, pojechać na wschód zobaczyć pustynię, choć pustynię skalistą, czyli hammany. Ale też nie mamy planów, gdzie zatrzymamy się na dłużej. Wszystko zależy od tego, jak będziemy się czuli w Maroku. Prognozy meteorologiczne przewidują na sobotę 39 stopniowy upał w Marrakechu i burzę. Jak będzie to znosił Piotruś. Tego wszystkiego dowiemy się na miejscu. I od tego właśnie uzależnimy nasze plany podróży. Do napisania z Maroka

Artur Flaczyński

 Agadir, 26.06.2002

Jesteśmy w Maroku!!!!
Bardzo nam się tu podoba, chociaż klawiatura całkiem inna i trudno się pisze, ale powoli się przyzwyczajamy. Podróż przebiegła dobrze, nawet mieliśmy przystanek na spanie po drodze (godzinkę). Lot był krótki, Piotruś znosił świetnie podróż, nawet zmiany wysokości. Lotnisko w Agadirze bardzo nam się spodobało - pięknie wyłożony kafelkami budynek. Już pięć metrów od budynku lotniska dostaliśmy pierwsze zaproszenie do marokańskiego domu. Zaprosił nas policjant, którego zapytaliśmy o drogę do autobusu. Autobus był pełen pięknie ubranych pań z wymalowanymi henną rękami (z których jedna rozmawiała przez komórkę). Potem znaleźliśmy hotel i poszliśmy na plażę. Agadir jest miejscem turystycznym, ale to jednak Marokańczycy stanowią zdecydowaną większość wypoczywających. Oprócz młodych dziewcząt ubranych w bikini, opalają się panie zakrywające głowę oraz każdy inny kawałek ciała. Niektóre z tych młodych pań schodząc z plaży również nakrywają głowę. Dzisiejszy dzień spędziliśmy na plażowaniu. Chcieliśmy spacerować, ale Piotruś nam nie dał. Chciał bawić się w tej pięknej, wielkiej piaskownicy i zachwycony był całym otoczeniem - wspaniale uśmiechającymi sie ludźmi, którzy chcieli się z nim bawić. Stwierdziliśmy też, że moglibyśmy łatwo zarobić fortunę każąc sobie płacić po 10 dirhamów za całowanie Piotrusia. Dziś Piotruś był pierwszy raz w życiu w ZOO. Najbardziej podobały mu się papużki inseparabolki i kozy. Jutro jedziemy na wycieczkę oglądać małą Saharę i flamingi w Wadi Massa. Po drodze zahaczamy o targ, wioski rybackie i berberyjskie. A pojutrze, jedziemy do Marrakeszu.

Całujemy gorąco

Malwinka, Artur i Piotruś

 Marrakesz, 28.06.2002.

cześć, cześć, witajcie!
Dotarliśmy do tego pięknego miasta i jakoś dotąd zaczepił nas tylko jeden naciągacz, co zadaje kłam obiegowym opiniom, rozpowszechnianym również przez nasz przewodnik! Oto sprawozdanie z naszej dotychczasowej działalności: Odbyliśmy wycieczkę z grupą niemieckich turystów (mieli być Francuzi, ale coś się zmieniło...) Trasa: jezioro sztuczne Massa, mała Sahara, Tiznit, Wadi Massa i targ w Inezgane. Flamingów nie było - może schowały się przed upałem; na nic nasze poświęcenie. Jeziorko takie sobie; mała Sahara to kilka wydm porośniętych z rzadka jakimiś krzaczkami; z fauny kozy i pilnujący ich homo sapiens. Tiznit byłoby dużo ciekawsze, gdyby nie współpasażerowie - wszyscy nas brali za Niemców i to nie było miłe. Ale medina ładna i autentyczna, normalni ludzie, bez cepelii. Targ był fajny, acz z tym samym zastrzeżeniem co Tiznit. Jeszcze się tam przejdziemy przed odlotem. 

Agadir pożegnało nas jak starych znajomych; kelner w knajpce, w której jedliśmy coś dwa razy, podawał nam ręce; pani w cukierni dała Piotrkowi gratis ciacho i w ogóle. Nasza opinia o tym mieście będzie chyba różna od obiegowych. Mieszkaliśmy w dzielnicy tanich hotelików, w których zatrzymują się Marokańczycy, a nie zachodni turyści. Blisko meczet, daleko od plaży, ale klimat wspaniały i autentyczny; bez folkloru pod przyjezdnych, bez pokazów, pseudonarodowych strojów itp. Panie zakutane od stóp do głów, czasem z zakrytymi twarzami, czasem ubrane po europejsku, ale przyzwoicie. Panowie noszą się zarówno po europejsku, jak i po tamtejszemu - burnus itp. 

Dojechaliśmy do Marrakeszu, gdzie jest już porządnie ciepło - nie wiemy ile stopni, niestety nie ma już tego przyjemnego wiaterku, ale jest znośnie. Piotrek drogę zniósł niezle, bawił się z marokańską dziewczynką, trochę od niego młodszą. Zamieszkaliśmy w hotelu na medinie - jest fajnie, blisko słynnego placu Dzema el-Fna. Wszędzie mamy blisko, a Marokańczycy potwierdzają naszą opinię o nich jako o ogromnie gościnnym, przyjaznym turystom (zwłaszcza z dziećmi) narodem. Wszyscy chcą się bawić z Piotrkiem, całują, śmieją się, zagadują itp. Właśnie jakaś pani poi Piotrusia Fantą z własnej butelki... A może to tylko soczek pomarańczowy - wolę się łudzić... A nie, pani mówi, że to "jus", czyli sok. Jednym słowem, podoba nam się i to ogromnie.

Malwinka, Arturek i Piotruś

 Marrakesz, 30.06.2002

Salam alejkum!
Marrakesz to piękne miasto magiczne i stajemy w szranki z każdym, kto twierdziłby inaczej! Wczorajszy dzień spędziliśmy włócząc się po suku i po całej medinie, byliśmy na targu kowali, skórzanym itp. Tylko nie trafiliśmy na suk farbiarzy, wobec niezgodności obrazka w przewodniku z kierunkiem wskazywanym przez naganiaczy. Odwiedziliśmy też medresę Ali ben Yussufa oraz grobowce Saadytówa Medresa zrobiła na nas kolosalne wrażenie. Oba te miejsca są oazami spokoju w chaotycznym mieście.

Dziś pojechaliśmy do wodospadów Uzud. Jest to wspaniałe miejsce oddalone od Marrakeszu o 160 km. Woda kaskadami spada z wysokości ok.110 m. Droga była nieco uciążliwa, ale ciekawa - jechaliśmy lokalnym autobusem z tubylcami i parą innych turystów. Udało nam się raz nie zapłacić napiwku za wsadzenie naszych bagaży do bagażnika - na dworzec autobusowy dotarliśmy w ostatniej chwili. Wodospady będą nam się śniły po nocach - w Marrakeszu oboje mamy niesamowite sny). Jutro ruszamy w drogę na pustynie. Planujemy dotrzeć do Warzazat na południe od Marrakeszu, a stamtąd przez wąwóz Todra pojechać do Merzugi - wioski położonej w pobliżu ciekawych wydm i jeziora okresowego, które mamy nadzieję, że będzie.

Trzymajcie się i nie martwcie się o nas. Napiszemy jak dojedziemy gdzieś, gdzie będzie internet.

Malwinka, Arturek i Piotruś

 Meknes, 06.07.2002

Siedzimy właśnie w tragicznej kafei internetowej w Meknes, gdzie internet wysyłany jest chyba gołębiem. Ale mamy nadzieję, że uda nam się coś wysłać. Z Marrakeszu pojechaliśmy autobusem na południowy wschód do Warzazat, gdzie przespaliśmy noc i skąd szybko pojechaliśmy do wąwozu Todry - wspaniałej osobliwości Maroka. Wąwóz ma do 300 m głębokości, a w najwęższym miejscu jedynie 10 m szerokości. Wspaniałe, pionowe ściany w rudym kolorze, kontrastują z niebem. Todra jest niewielką, ale wartką rzeczką, nawadniającą okoliczne pola. Po pobycie w wąwozie Todry pojechaliśmy w daleką drogę na pustynie!!!! Dotarliśmy aż do Merzugi, gdzie znajdują się piaszczyste wydmy, w tym słynny Erg Chebi. Temperatury na pustyni były bardzo wysokie, ale dało się wytrzymać. Najgorsze godziny spędziliśmy w pokoju. O zachodzie słońca wyszliśmy na wydmy. Było to niesamowite przeżycie - jedyne w swoim rodzaju. Na szczycie wydmy wyjęliśmy łopatkę, grabki i foremki, po czym całą trójką bawiliśmy się piaskiem. Wcześniej Artur był na samotnej wycieczce na pustyni. Było to tuż przed południem. Wściekle gorąco, słońce parzyło, a usta i gardło stawały się momentalnie suche. Ale to właśnie czuli zapewne dawni odkrywcy, przemierzający pustynie. Ja czułem się podobnie jak Stanley lub Livingstone!!!! Idąc na pustynie celowo nie wziąłem wody. Jeszcze dziś czuje popękane usta i ciągłe pragnienie, a była to przecież tylko krótka wycieczka. Jakie pragnienie czuli dawni odkrywcy? Najpierw sól w ustach, potem przyjemna gorycz, potem już coraz mniej przyjemnie...

Wczoraj przyjemnym, klimatyzowanym autobusem dotarliśmy do Meknes. Podróż trwała ponad 10 godzin i na początku wymagała walki o miejsca siedzące. Autobus zatrzymywał się zdecydowanie za często, jak na nasze pragnienia i droga trwała 4 godziny dłużej niż podawał przewodnik. Dobrze, że autobus był klimatyzowany i było dużo miejsca na nogi!!! Poza tym, panował pełny, marokański folklor. Wcześniej jednak, trzeba było dojechać do autobusu. Do Merzugi nie dochodzi droga, trzeba jechać Landroverem lub busem przez pustynie. To było dopiero przeżycie!!!! Meknes jest małym miastem, położonym niedaleko Fezu. Jest przyjemnie chłodniej i wilgotniej. Dziś byliśmy w ZOO i w parku, po zakończeniu listu udamy się na obiadek i zakupy. A jutro planujemy jechać zobaczyć ruiny rzymskiego miasta Volubilis oraz islamskie sanktuarium w Mulaj Idris. Więcej napiszemy już poza Meknes, bo godzina na otwarcie poczty to stanowczo zbyt kiepski wynik.

Pozdrawiamy gorąco
Malwinka, Artur i Piotruś

 Fez, 08.07.2002

Cześć Kochani,

W Fezie internet jest równie okropny jak w Meknes. Wczorajszy list poszedł po prostu w diabły. Szkoda, tak ładnie napisałem.

Wczoraj byliśmy w małym miasteczku Mulaj Idris, w którym znajduje się sanktuarium islamskie. Miasteczko polecane jest jako bardzo ciekawe. Niestety, do samego sanktuarium niemuzułmanie nie mają wejścia. Jednakże, nawet przed szlabanem sanktuarium robiło duże wrażenie. Wspaniałe mozaiki, barwni ludzie. Szkoda, że na zewnątrz i ludzie nie chcą dawać się fotografować. Przewodnik poleca tarasy, z których można zobaczyć sanktuarium z góry. My nie polecamy. Po krótkiej wizycie w Mulaj Idris pojechaliśmy do Volubilis. Są to ruiny rzymskiego miasta, najlepiej zachowane w całym Maroku. Po syryjskich Bosrze, Palmirze, a nawet Afamii, Volubilis nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia. Na Malwince, która ruiny rzymskiego miasta widziała pierszy raz - i owszem. Na pewno Volubilis jest świetnym miejscem na wypoczynek od zgiełku miasta. Potem wróciliśmy do Meknes. Meknes jest niespokojnym, żywym miasteczkiem o sporym zgiełku i mnóstwie stoisk handlowych na każdej ulicy mediny. Handluje się wszędzie i wszystkim. Wieczorami odpoczywaliśmy na tarasie na dachu hotelu, skąd rozlegał się ciekawy widok i dokąd dochodziły nas wołania muezzinów. Dziś rano wsiedliśmy w pociąg do Fezu i po godzince komfortowej jazdy klimatyzowanymi wagonami, podobnymi do polskich (a może i nawet polskimi - podobno, polskie wagony eksportowano do Maroka) dojechaliśmy do tego miasta. Miasto robi pozytywne wrażenie. Minusem jest mnóstwo przewodników bardzo natrętnie oferujących swoje usługi. Ale więcej napiszemy po jakimkolwiek dłuższym spacerze po Fezie. Tak więc do napisania.

Artur z rodzinką

 Rabat, 10.07.2002

Cześć kochani !!!!!

Dotarliśmy tu i chyba nie ma dla nas nic niemożliwego !!! (wreszcie dorwała się do klawiatury Malwinka i będzie mogła sama popisać i wreszcie normalnie chodzi internet !!!)

Ostatniego maila Artur pisał z Fezu, ale niewiele napisał na temat samego miasta. Otóż jest to miasto magiczne, niezwykłe i niesamowite. Medina wygląda starożytnie; jak z bajki, mnóstwo ludzi, gwar, osiołki obładowane wszystkim, czym tylko można obładować osiołka, stragany, wózki (namiętność Piotrusia - bawił się ręcznymi wózkami, takimi do pchania przed sobą, ale nie do przewożenia dzieci, tylko do wożenia towarów, np: arbuzów, szkła, itp. Ciekawe, czy to wyjdzie na zdjęciach?!) Najbardziej niesamowite jest to, że prosto z targu - rozkrzyczanego tłumu - wchodzi się np. do medresy, czyli szkoły koranicznej wyższego stopnia. Taka medresa, to po prostu oaza spokoju, piękne arabeski, rzeźbienia, fontanny, kafelki, itp. I cisza. A za drzwiami - "...one dirham, kup to, kup tamto, czemu nie chcesz kupić, tylko 20 dh, kup, kup..." Czasem głowa pęka. Pięknie zdobione były też bramy miasta, bramy meczetów (niestety, nie wolno nam ich przekroczyć), a nawet bramy zwykłych domów. Plątanina uliczek; szerokich uliczek, które czasem wiodą donikąd, wąskich uliczek, które są ważnymi przejściami, średnich uliczek, zarośniętych podwórek, placyków, na których pracują rzemieślnicy...

Strasznie żałujemy, ale z tej podróży będziemy mieli chyba mało zdjęć ludzi. Trochę się wstydzimy, trochę boimy konsekwencji dla fotografowanych (teoretycznie, wymiana spojrzeń z cudzoziemcem może być podstawą do rozwodu), trochę nie chcemy płacić za zdjęcia (a często trzeba), a czasami - wcale nierzadko - ludzie uciekają na widok aparatu, odwracają się, zakrywają twarze... Zwłaszcza te śliczne panie w duuuugich dżellabach, z dzieciakami na plecach.

Po wspaniałościach Fezu, Rabat wydaje się trochę nieciekawy, dość europejski i trochę zaniedbany. Za szerokie chodniki, za szerokie ulice, za mało osiołków. Ludzie też raczej ubrani po europejsku. Rabat, to po prostu duże miasto o dość europejskim charakterze, a przez to mało ciekawe. Ciekawa jest jednak droga nad morze. Otóż najprościej na plażę idzie się przez... cmentarz. Ciekawie się widzi ludzi z kocami i deskami do windsurfingu wśród nagrobków.

Jutro planujemy jechać do Essaouiry. Zgodnie z przewodnikiem, to urocze nadmorskie miasteczko idealne na odpoczynek dla turystów indywidualnych. Sprawdzimy, czy tak jest w istocie. Być może, po drodze zahaczymy o Marrakesz, jeszcze nie sprecyzowaliśmy naszych planów. Ale mamy ochotę na sok pomarańczowy na placu Dżemaa el Fna.

Pozdrawiamy Was cieplutko
Malwinka, Arturek i Piotruś

 Essaoiura, 13.07.2002

Salam alejkum oj jak wieje i zimno umieramy w tej wietrznej Afryce brrrr!!!!!!!!!!!!

No aż tak źle to nie jest, ale to najzimniejsze miejsce w całej podróży!!!! A przyjechaliśmy tu poplażować...
Ale od początku. Z Rabatu pojechaliśmy do Marrakeszu klimatyzowanym pociągiem, całkiem wygodnie (warunki znacznie lepsze niż w PKP, dużo czyściej - to informacja dla tych, którzy nie lubią Arabów i innych czarnuchów i twierdza, ze dlatego, ze są brudni) Rabat nie okazał się zbyt ciekawy, aczkolwiek fajnie było pooddychać świeżym, chłodniejszym i wilgotnym powietrzem nadmorskiej stolicy. Byliśmy tez w supermarkecie, po wilgotne chusteczki do przewijania Piotrka i deserki w słoiczkach dla Piotrka itp; zapłaciliśmy majątek!!! Ale dziecko pluło już na sam widok jogurtu i potrzebowało jakiejś odmiany żywieniowej. Sam supermarket zorganizowany był po europejsku, ale były w nim np. panie z paluszkami na plecach, w pięknych strojach itp. Dopiero w Marrakeszu (niestety!!!) wyjaśniła się zagadka przepełnionych hoteli w Rabacie - otóż KRÓL SIĘ ŻENI odbyło się to wczoraj i trwać będzie jeszcze do jutra, a myśmy nic nie wiedzieli i jak te ślepe komendy wyjechaliśmy z centrum wydarzeń!!!! SZKODA! Tu możemy sfotografować jedynie ludność miejscowa przed portretem króla tudzież jakiegoś wodzireja na festynie ku czci, niby fajne, ale znacznie ciekawiej byłoby tam. Za to kupimy gazetę i będziemy mieli pamiątkę za 20 lat warta miliony dirhamów!!!

Marrakesz byl jak zwykle cudowny, w hotelu powitano nas jak starych znajomych, wypytano, gdzie byliśmy i co widzieliśmy, wyrywano sobie Piotrusia z rak itp. Soczek pomarańczowy na placu był jak zwykle pyszny, zaklinacze węży, akrobaci, małpki, gawędziarze, naciągacze i wszystko piękne i szalone i ciekawe, naprawdę wspaniale; do Maroka warto przyjechać nawet tylko do Marrakeszu. Zrobiliśmy jeszcze jakie takie zakupy i na dworzec autobusowy do Essaouiry.

W autobusie niespodzianka - Polacy! Para młodych ludzi w podróży dookoła... Europy, coś ich tu zagnało, trochę zagubieni i nie całkiem w naszym stylu, odwiedzają miejsca w stylu Monaco i San Remo... No ale zawsze są to rodacy z którymi można trochę pogadać. Tu w Essaouirze jest inaczej niż się spodziewaliśmy, dość ładnie, trochę zabytków (mury miejskie, również od strony morza, armaty itp), ładny port - tylko wieje na potęgę!!! Cale szczęście ze Piotrka mamy w co ubrać tzn długi rękaw i spodenki bo sami trochę marzniemy.
Ale jutro jedziemy naprawdę poplażowaćc do Agadiru, bo Essaouira miasto fajne, ale dla windsurfingowców. Patrzymy z zazdrością na ludzi w swetrach i polarach...

I we wtorek do domku... ¨Takie jest życie. Podsumowując już jakoś ten nasz wyjazd - jest pięknie, kolorowo, powietrze pachnie inaczej i święcą inne gwiazdy. Spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi, doświadczyliśmy zaskakującej nas gościnności i serdeczności. A także potargowaliśmy się zdrowo, pooburzaliśmy na nieuczciwych naciągaczy, którzy niestety się tu zdarzają, powtórzyliśmy niezliczona ilość razy ¨non merci non merci NON MERCI¨... Jak to w Trzecim Świecie. Maroko to świetny kraj na wakacje z dzieckiem, nawet tak małym jak Piotruś i myślimy, ze to również jego zdanie. W tej chwili bawi się z siedzącym przy drugim komputerze chłopcem i kotem, piszczy i się śmieje i większość czasu w Maroku właśnie się śmieje a przynajmniej uśmiecha. Do ludzi na ulicy, w autobusie, w pociągu, do kotków, osiołków, koni, kóz i piesków, do nas, a najbardziej do innych dzieci. Cały wyjazd przyniósł mu chyba jeszcze więcej radości niż nam i to chyba w tym jest najpiękniejsze.

Dalsze podsumowania i opowieści zostawiamy sobie na pokaz slajdowy, bo jak wszystko opowiemy to będzie nudno i jeszcze nikt nie przyjdzie...;-)))

Pozdrawiamy
Malwinka, Arturek i El-Piotrus El-Mansur

 Warszawa, 22.07.2002

Witajcie,
No to wróciliśmy do domu. Ostatni dzień spędziliśmy na odpoczynku i plażowaniu. Warunki były bardzo bałtyckie. W Essoiurze było naprawdę zimno. Agadir był zdecydowanie cieplejszy, tym niemniej temperatura 12 stopni wyświetlana o godzinie 18 przez zegar banku BMCE w Agadirze zaskoczyła nas. Trochę zaziębiliśmy się w tej Afryce. A potem było już przyjazne lotnisko, dość dokładna kontrola przy wejściu do samolotu (dopiero w kraju dowiedzieliśmy się o konflikcie hiszpańsko-marokańskim o Pietruszkę) i czterogodzinny lot do Hamburga. W Hamburgu Piotruś z odległości 20 metrów poznał samochód!!! Zaczął podskakiwać w wózku, piszczeć i pokazywać palcem nasze autko postawione wśród innych samochodów na parkingu. Po zmianie ubranek wyruszyliśmy w długą 12-godzinną podróż do Warszawy.

Maroko jest ciekawym krajem do podróżowania z dzieckiem. Położone jest dość blisko - na tyle, aby rozważać podróż własnym samochodem. Wiele razy na miejscu żałowaliśmy, że nie mieliśmy własnego autka. Kieruje się na drogach marokańskich nie najgorzej, tzn. czasem nawet przestrzega się przepisów. Jako kraj wydało nam się Maroko dość drogie. Nie jest to Europa przytłaczająca cenami za usługi, ale nie jest to również Azja, gdzie za małe pieniądze można żyć w dobrych warunkach. Denerwowały ceny dla białych, konieczność częstego sprawdzania uczciwości sprzedawców, sklepikarzy. Zdecydowaną większość Marokańczyków stanowią wspaniali i przyjaźni ludzie, którzy chętnie pomogą w każdej sytuacji, a już na pewno chętnie zabawią się z dzieckiem. Gorzej wspominać będziemy marokańską kuchnię. Zarówno kus-kus, jak i tadżin rzadko miały jakiś smak. Wydawało się, że przyprawy są nieznane Marokańczykom, a przecież jedliśmy też kilka znakomitych posiłków w Maroku. Długo będziemy pamiętać tadżin z cytruną i oliwkami, albo z rodzynkami i melonem w Marrakeszu, omlet berberyjski w Warzazat, czy kalię na pustyni. Ale o wielu posiłkach chcielibyśmy zapomnieć. Do Maroka pojechaliśmy myśląc o zaoszczędzeniu kilku groszy, przy jednoczesnym wyjeździe poza Europę. Pod tym względem nie był to dobry pomysł. W Maroku wydawaliśmy średnio 40-50 dolarów na 2 osoby, co jest dość wysoką stawką. To, co widzieliśmy i przeżylismy nie można jednak zmierzyć żadną miarą. Zobaczcie sami i przekonajcie się. ZAPRASZAMY NA SLAJDY!!!

Pozdrawiam
Artur

Sudan - listy z podróży


Listy z podróży Ani Liwyj do Sudanu
Zapraszamy do ciekawej relacji z podróży.

20.03.2004 - Chartum
21.03.2004
21.03.2004
25.03.2004
2.04.2004 - port Sudan
8.04.2004 - Wad Medani
18.04.2004
28.04.2004 - Warszawa

 20.03.2004

No, jestem w tym wyśnionym Sudanie i nie żaluję. Czuję wreszcie, że żyję. Po kilku latach znowu jestem w arabskim kraju. Przed przyjazdem miałam obawy, jak mnie będą tu traktować, ale jak na razie obchodzą się ze mną jak z jajkiem i oby tak dalej:-))) Dzisiaj zarejestrowalam się, załatwiam travel permit i pojutrze ruszam dalej. Prawdopodobnie pojadę do Kassali...

Miało być więcej, ale strasznie kiepsko trafiłam, bardzo wolno działa internet i mimo wszystko jeszcze mnie to irytuje. A w dodatku nie działa enter;-))
Ale przechodzenie przez ulice idzie mi coraz lepiej;-)))

Także do nastepnego razu.
Pzdrówko,Anka

 21.03.2004

(przynajmniej w części), a jest zupełnie inaczej niż na Bliskim Wschodzie. Po pierwsze kobiety. Chodzą co prawda w chustach, ale maja odkryte twarze, bardzo często poprawiaj sobie włosy na ulicy, pełne wyzwolenie. Traktowane są na równi z mężczyznami, chociaż to może być mylące, ja widzę tylko to, co na ulicy i w hotelu. W każdym bądź razie mężczyzna zawsze pomaga swojej żonie i innym kobietom, zawsze ustępuje jej miejsca w autobusie etc. Kobieta prowadząca samochód, mówiąca przez komórkę to standard. Same mnie nawet zaczepiają na ulicach, żeby porozmawiać po angielsku.

W ogóle komórki są bardzo popularne, jak idę do knajpy to czuję się jak w W-wie, ale tylko dzięki tym specyficznym dźwiękom. Reszta, czyli posiłki i sposób jedzenia jest już miejscowy i muszę się do niego dostosować. Po raz pierwszy zostałam zmuszona do jedzenia palcami. Kiepsko mi idzie i zawsze jestem ostatnia. Zdarzyło mi się to parę razy, ale to było u kogoś w domu, a tu jest codziennością.

Na ulicach Chartumu rzuca się w oczy wieloetniczność tego kraju. Wydaje mi się nawet, że część murzyńska społeczeństwa jest w większości, ale może to tylko wrażenie, bo to oni przyciągają moja uwagę. Dużo jest Szyluków, można ich rozpoznać po poziomych skaryfikacjach na czole, widziałam kilka kobiet z plemienia Danagla (to plemię mieszkające na północy), one z kolei maja dwie głębokie bruzdy na policzkach. Obserwując tych ludzi nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że na południu była wojna, gdybym o tym nie wiedziała. Wszyscy są uśmiechnięci, nikt nie krzyczy, wszyscy są bardzo pomocni.

W ogóle czuje się niemal jak w raju. W hotelu gdy tylko usłyszą, że wstałam, zaraz ktoś przychodzi i pyta czy chcę herbatę czy kawę. Raz odmówiłam i gość miał taką minę, że już więcej tego nie zrobiłam. A ponieważ turystyka nie jest rozwinięta, więc nikt nawet nie próbuje naciągnąć białasa. Więc nie muszę targować się o wszystko, nie musze uważać, że mnie ktoś oszuka, zostaje mi ta najprzyjemniejsza część podróżowania.

Przedwczoraj byłam w Omdurmanie. Udało mi się nawet zobaczyć Mahdis Tomb, coś o czym ja jako niewierna mogłam jednie marzyć. Ale na islam nie przeszłam jeszcze ;-))

Chyba powinnam była urodzić się mężczyzna;-))

Czasami na ulicy spotyka się piękną, wysoka, niezwykle zgrabną Murzynkę. Idzie bez chustki na głowie, kołysząc się na długich nogach. Niektóre są naprawdę piękne. Czasami na ulicy spotyka się Arabkę, o tak pięknych oczach, że od razu przypominają mi się baśnie z Tysiąca i jednej nocy. Niektóre chyba malują się, ale musza to robić niezwykle dyskretnie...
Czasami spotyka się kobietę, uczesaną w stylu "zachodnioeuropejskim", oczywiście bez chustki, za to z henną na dłoniach i stopach. Wzory są bardzo wyrafinowane i bardzo starannie wykonane.

Wczoraj byłam na Uniwersytecie Chartumskim, a tam po prostu pokaz mody. Chustki kolorowe, specjalnie opadające na ramiona, tak że widać pięknie upięte włosy, ozdobione koralikami. Czasami w ogóle je zdejmują. Nie widać żadnego podziału między mężczyznami a kobietami. Wszyscy ze sobą rozmawiają, gdzieś po katach kampusu poukrywały się pary...

Maasalama,
Anka

 21.03.2004

Salam,
Przychodzę dzisiaj na Internet a tu tapeta, łudząco przypominająca polski krajobraz zimą, brrrr...

Zacznę od przykrej niespodzianki - slajdów nie będzie. Może będą, ale raczej nie do pokazywania na "dużym ekranie". Strasznie się tu kurzy i zmieniając obiektywy sporo kurzu dostało się do środka. Próbowałam sama to wyczyścić, ale z nikłymi rezultatami. Więc coś tam pstrykam, żebyście mieli jakieś wyobrażenie o tym, co ja tu przeżywam, ale straciłam już zapał.

Chyba nie pojadę na południe, ale kto to wie??? Załatwiając wszystkie permity dowiedziałam się, że mogę wjechać do konkretnego miasta, ale nigdzie poza tym się nie ruszę.

Siedzę jeszcze w Chartumie, bo czekam aż moi nowi, starzy znajomi skończą załatwiać swoje sprawy i potem jedziemy do Kassali. Mieszkamy w tym samym hotelu, rano każdy załatwia swoje sprawy, a wieczorem idziemy razem na kolacje, a potem na kawę lub herbatę na dach hotelu i rozmawiamy....Czasami mnie gdzieś podrzucają po drodze, albo umawiamy sie na lunch. Ponieważ są z Kassali, a ja planowałam pobyt tam wiec od razu zaproponowali wspólną podróż. Oczywiście, ponieważ jestem ich gościem, nie pozwalają mi za nic płacić. W zasadzie tak jest wszędzie, gdzie się nie ruszę. Będąc w Ministerstwie Turystyki dostałam kanapkę;-))), będąc na uniwersytecie spytałam się kogoś, gdzie mogę cos zjeść, wiec od razu zostałam doprowadzona na miejsce i ugoszczona. Wszyscy są niezwykle uprzejmi.

Mnóstwo kafejek internetowych, wszystkie pełne, mnóstwo kobiet (sic!), w użyciu wszystko, google, yahoo, massengery etc...Koszt 200 SD za 1 godzinę, czyli niecały 1$.

Na uniwersytecie odbywały się spotkania zwolenników rządu i ich przeciwników. Dowiedziałam się, że takie spotkania są organizowane przez studentów regularnie. To dość niespotykane jak na reżim al Bashira, nieliczącego się ze zdaniem swoich obywateli. Rząd jednak patrzy na to z przymrużeniem oka, wiedząc, że jeśli zabroni spotkań dojdzie do ogromnych manifestacji. Ale nie pozwolili mi robić zdjęć, obawiają się, ze gdyby cos trafiło do prasy albo w ręce policji to może z nimi być krucho.
Nie jest wiec jeszcze różowo.

Pozdrowko,
Anka

 25.03.2004

Nie wiem jak to wygląda z punktu widzenia europejskiego, ale oglądając tv i słuchając Sudańczyków wydaje się, ze możemy podziękować narodowi wybranemu za kolejne zamachy terrorystyczne...
Wczoraj były demonstracje w Chartumie, Arabowie są wściekli....

Jest coraz bardziej gorąco. Przez pierwsze dni było przyjemnie. Mówili nawet, że jest chłodno jak na tę porę roku (jak na mój gust było ok. 30-35 st.C). Ostatnie 3 dni były okropne. Temperatura w dzień i w nocy prawie się nie różni. Jest chyba ze 40 st. Po 14 -tej nie da się wytrzymać na ulicy. Wszystko jest tak nagrzane.... W dodatku ten kurz. Dzisiaj jest jeszcze gorzej, zaczynają wiać silne wiatry, które niosą mnóstwo pyłu. Jest ohydnie. Wszystko skąpane we mgle kurzu. Nie ma czym oddychać. Ale nie są to Indie, powietrze jest suche, czasami lepiej byłoby nie oddychać, bo wydaje się, że powietrze parzy gardło.

tradycyjnie....czyli o tym jak przekonałam się gdzie moje miejsce

Dwa dni temu zostałam zaproszona na obiad do rodziny znajomego Sudańczyka. Znajomy jest wykształconym człowiekiem, pracuje z międzynarodowej organizacji, ma kontakt z Europejczykami.
Przyjechaliśmy, weszliśmy na podwórko, zostałam przedstawiona całej rodzinie. Mój znajomy wszedł do pierwszego pomieszczenia, ja podążyłam za nim. Ale zanim przekroczyłam próg powiedziano mi "la, la, la", czyli nie nie nie, to jest pomieszczenie dla mężczyzn. Ty jesteś kobietą więc powinnaś jeść z kobietami. Pokornie wycofałam się i poszłam do kobiet.
Oczywiście wiedziałam, że są dwa pomieszczenia, jedno dla kobiet, drugie dla mężczyzn i jedzą oddzielnie. Ale sądziłam, że będzie jak dotychczas, czyli potraktują mnie na równi albo zrobią wyjątek i będziemy jeść razem. Nic z tych rzeczy.

Kobiety ani słowa po angielsku, ja znam liczebniki i parę innych przydatnych w podróżowaniu słów arabskich i koniec. Znajomy był na tyle uprzejmy, że towarzyszył mi przez jakiś czas i tłumaczył. Ale potem przyniesiono obiad do pomieszczenia dla mężczyzn i poszedł sobie.
Zostałyśmy same. Popatrzyłyśmy na siebie, potem nastąpiły jakies próby porozumienia się i koniec.
Dostałyśmy obiad dopiero wtedy, gdy część męska rodziny skończyła posiłek. Chyba nie podobało mi się.....

Drugie zdarzenie miało miejsce wczoraj. Mój znajomy Sudańczyk zażywa cos, co oni nazywają safą. Jest to mieszanka tytoniu z czymś, co nie do końca zrozumiałam. Lekko wilgotne. Działa mniej więcej jak trawa. Formuje z tej mieszanki małą kulkę i wkłada ja za dolna wargę. Substancja ta przenika do krwioobiegu, rezultaty widoczne po 5 minutach. Dostałam jedna kulkę do spróbowania. Wtedy jeszcze nie znałam miejscowej nazwy. Chciałam dowiedzieć się więc jak to się nazywa i gdzie mogę kupić. Nie chcieli mi powiedzieć. Po południu mój znajomy wybierał się po kolejna porcje. Chciałam iść z nim, ale usłyszałam, ze to nie miejsce dla kobiet. Dla mnie szok. Po kilkuminutowej dyskusji obraziłam się i poszłam sobie. Wieczorem przechadzając się po mieście spytałam kogoś na ulicy jak się to nazywa i powiedzieli mi bez problemu.

A safa jest całkiem fajna:-))
Pozdro,
A.

 2.04.2004, Morze Czerwone

Wreszcie dotarłam nad Morze Czerwone. Trochę jestem rozczarowana, żeby gdzieś popływać trzeba wypłynąć w morze.
Ale za to po raz pierwszy od 2 tygodni jadłam obiad używając noża i widelca. Nawet nie wiedziałam, że to może sprawiać przyjemność.

Wczoraj przyjechałam do Port Sudan. Od razu widać kto wybudował miasto. Zabudowa w stylu kolonialnym, ale wszystko strasznie zniszczone. W hotelach pokoje z łazienkami, normalne toalety, materace sprężynowe... Tylko ludzie beznadziejni.

Wcześniej byłam w Sawakin, dawnym porcie Sudanu zbudowanym na wyspie z rafy koralowej. Pierwsze skojarzenie - tak musiała wyglądać Warszawa po II wojnie światowej. Wszystko popadło w ruinę, stosy gruzów, gdzieniegdzie pozostały fragmenty murów i można sobie wyobrazić jak to miasto wyglądało w XIX wieku, tym bardziej, ze pozostało sporo fotografii. W Sawakin jest małe, prywatne muzeum, jego właściciel zbiera stare przedmioty, fotografie, można się sporo dowiedzieć. Jeszcze gorsze wrażenie sprawia dawna zabudowa na ladzie. Po gruzach pałętają się bezdomne koty, psy...Czasami ludzie cos dobudowali, cos wzmocnili, ogrodzili, postawili furtkę i tam mieszkają. Rząd przeznaczył pieniądze na odbudowe Sawakin, już nawet rozpoczęły się prace, za 2-3 lata to miasto odżyje. Już teraz obcokrajowcy płacą 1500 SD, czyli ok. 6$ za wejście.

Za mną też pierwsze spotkanie z security police, właściwe to już zaczynam się przyzwyczajać do ich obecności. Będąc w Kassali na wschodzie, blisko granicy z Erytrea, siedziałam gdzieś na skwerku pijąc wodę i robiąc zdjęcia. Nie mam oczywiście pozwolenia na fotografowanie bo z jednej strony nie chciało mi się tego załatwiać (sporo ludzi przejechało przez Sudan w ogóle nie pytani o pozwolenie), a z drugiej nie miałam ochoty płacić kolejnych 20 $ za papier. Po jakimś czasie pojawił się gość na motorze w ciemnych okularach i pokazywał żebym siadła z tylu i gdzieś pojedziemy. Ponieważ pokazałam, ze nie rozumiem o co chodzi więc zawołali farmaceutę z pobliskiej apteki, który mówił po angielsku i wyjaśnił mi, że ten pan jest z bezpieki i zaprasza mnie na przesłuchanie. Powiedziałam im, żeby przyszli do hotelu jak chcą ze mną rozmawiać. No i przyszli. Czworo. W tym jeden mówiący po angielsku. Obsługa hotelu była wystraszona bardziej niż ja. Przejrzeli travel permit, paszport, zażądali photography permit. Powiedziałam im, ze w Chartumie powiedzieli mi, ze już go nie potrzebuje. I zaczęło się. Rozmawiali ze sobą z pół godziny, dzwonili gdzieś, w końcu stwierdzili, ze musza już iść, ale wrócą. Na szczęście nie wrócili. Ale przez następne dni nie afiszowałam się z aparatem. W ogóle to musze ie. z nim ukrywać, bo co jakiś czas ktoś podchodzi i mówi, że czegoś nie mogę fotografować.

Proszę nie przysyłajcie załączników przez ten czas kiedy jestem w Sudanie. I nie używajcie polskich znaków w mailach.

Pozdrówko,
Anka

 8.04.2004, Wad Medani

Jestem w Wad Medani, w mieście aptek. Co drugi punkt handlowo- usługowy to apteka. W Port Sudanie z kolei wszędzie można było palić fajki wodne. Czasami to jest tu strasznie dziwnie. Ale ja chyba zadziwiam ich jeszcze bardziej. Praktycznie tylko w Chartumie nikt nie patrzył na mnie jak na małpę w zoo i nie wołał kawajiaa, co znaczy obcokrajowiec, białas etc. Ktoś mi kiedyś próbował wmówić, że to pozdrowienie, ha, ha, ha...Ale to słowo poznałam zanim wylądowałam w Sudanie.

Już jestem trochę zmęczona odkrywaniem nowych lądów. Jest strasznie gorąco, ponad 45 stopni. Z hotelu wychodzę rano i po południu. Miedzy 12 a 16 usycham w hotelu. Jeśli w tym czasie wyjdę to od razu zamienię się w kropelkę potu. Ale są jakieś anomalie pogodowe. Wczoraj na wschodzie padał deszcz, dzisiaj podobno padało w Sennarze (kolejny punkt mojej podróży). Marzy mi się wyspa z palmami i lody....

Co do Sennaru, to jutro tam jadę, ale nie wiem czy nie będę musiała wrócić do Wad Medani, nie wiem jak z hotelami. Już tutaj było ciężko. Generalnie w Sudanie niewiele hoteli jest oznaczonych po angielsku, czasami jest trudno mi wytłumaczyć czego szukam. A widely spoken english nie zawsze funkcjonuje.

Z Sennaru jadę do wsi zwanej Shinjia i tam PODOBNO jest siedziba Dinder National Park. Wiadomość nie potwierdzona. Do samego parku jest stamtąd jeszcze ze 100 km. W ogóle ten Dinder do dla wszystkich Sudańczykow jakiś Mars. Pierwsze reakcja - to w ogóle nie rozumieją o czym mówię. Potem pokazuje mapę i dopiero wtedy cos kojarzą. Ale wtedy z małpy przeistaczam się w szympansa albo jeszcze jakieś inne stworzenie.

W Port Sudanie zrobiłam eksperyment i nie zarejestrowałam się na policji. Do przyjazdu do PS zawsze ktoś to za mnie robił, więc nie było uciążliwe. A w PS byłam tak zmęczona, że nie chciało mi się, a w hotelu nie pytali. I nic się nie stało. Dzisiaj, po przyjeździe do WM, postanowiłam być politycznie poprawna i od razu poszłam odwiedzić posterunek policji. Ale gość w ogóle nie wiedział o co mi chodzi, musiałam tłumaczyć co ma zrobić, gdzie przybić pieczątkę. Więc chyba zrezygnuje w ogóle.

Pozdrowki,
Anka

 18.04.2004

Dzisiaj nie działa spacja, więc może się ciężko czytać ;-)))

Powoli wszystko się rozsypuje, rozkleja, rozwiązuje, rozkłada, znak, że zbliża się koniec. Do tej pory żyłam sobie tym, co przyniesie dzień, i nagle okazało się, że muszę coś zaplanować.
Tak więc pojutrze ruszam na północ, po raz drugi. Okazuje się bowiem, że łatwiej i taniej przejechać przez Chartum, żeby dotrzeć do miejsca oddalonego o ok. 300km od siebie. Tak więc zrobię ok.600km, ale zaoszczędzę na czasie i kasie. I spotkam się ze znajomymi.
Nie uda mi się też dotrzeć na południe, a szkoda. Poza główne miasto nie mogłabym się ruszyć, a przelot kosztuje300$, tyle co wielbłąd. Więc chyba lepiej wydać kaskę na wielbłąda, czyż nie???
Potem jeszcze ruszę w góry Nuba i powrót, niestety.

Dziękuje wszystkim za życzenia świąteczne. Mnie zupełnie święta wyleciały z głowy....spędziłam je w Dinder NP tropiąc lwy. Niestety widziałam tylko ślady. Ale było super, trochę zieleni, zimno w nocy, mnóstwo zwierząt i ptaków. Wreszcie odpoczynek od kurzu i pustyni.

Pozdrawiam gorąco,
Anka

 28.04.2004

Witam już z Warszawki!
Wróciłam nieco wcześniej niż zamierzałam i dość niespodziewanie, nawet dla mnie samej.

Ale do rzeczy. Jako że wróciłam więc nadszedł czas refleksji i podsumowań. Określając wyjazd jednym słowem mogę powiedzieć, że było wyjątkowo. Zagłębiając się w szczegóły - było wyjątkowo z wielu powodów. Po raz pierwszy pojechałam sama i to rzeczywiście przekłada się na jakość podróżowania. Poznaje się dużo więcej ludzi, dużo więcej można zaobserwować, dostrzec, poczuć. Po drugie jest to jeden z niewielu krajów, po którym nie ma żadnego przewodnika (w Africa on shoestring LP jest część poświęcona Sudanowi, ale informacji jest tam niewiele) więc musiałam naocznie i namacalnie przekonać się co, jak i gdzie. Czasami było to meczące, ale w większości wypadków fascynujące. Po trzecie był to wyjazd, pierwszy po wielu latach, kiedy nie musiałam liczyć się z czasem, więc kiedy miałam ochotę jechałam dalej, kiedy podobało mi się w jakimś miejscu to zostawałam tam dłużej, żyłam tym, co przyniesie dzień. Odpoczynek od pogoni za wszystkim w Polsce.

A jaki jest Sudan? Wieloetniczny i kolorowy, raj dla antropologów. Chociaż ze względu na konflikty wewnętrzne trudno wszędzie dotrzeć. Kilka miesięcy przed moim wyjazdem do Sudanu między walczącymi stronami na południu kraju podpisane zostało porozumienie na 6 lat. W czasie mojego pobytu tam rzeczywiście nic się nie działo, ale "opieka" security police jest niezwykle uciążliwa. To był jeden z powodów mojego wcześniejszego powrotu i rezygnacji z dotarcia na południe kraju.
Nie widziałam też wyścigów wielbłądów, chociaż już byłam tak blisko...

Sudan to przede wszystkim ludzie, niezwykle otwarci, przyjaźni, pomocni. Uśmiechnięci i ciekawi świata, chociaż zmęczeni sytuacją polityczną. W żadnym innym kraju nie czułam się też bardziej bezpiecznie. Nigdy nie miałam obaw o swój bagaż czy dokumenty lub pieniądze. Podróżowało się też dużo łatwiej i szybciej niż przypuszczałam.

Północna część Sudanu to pustynia. Ja byłam 2 miesiące przed rozpoczęciem pory deszczowej. Temperatury dochodziły do 45 st. C. Nawet nie sądziłam, że można poczuć różnicę między temp. 40 a 45 st;-))
Na początku trudno było też przyzwyczaić się do jedzenia rękami, z kolei dzień po powrocie nieporadnie posługiwałam się nożem i widelcem.

Generalnie było super i jestem niezwykle zadowolona:-))))))))))))))))))))))))
Przesyłam buziaki i do zobaczenia wkrótce,
Anka

Madagaskar na rowerze (2010)

Mana Łona

Wybiła godzina i wreszcie zapakowaliśmy nasze rowery i bagaż i pojechaliśmy na lotnisko Okęcie. Odprawa zajęła nam niespełna 15 min. Potem już tylko bramki, zakup jakiegoś alkoholu do samolotu i jazda do Paryża.
W Paryżu byliśmy po ok. 2 godzinach. Wylądowaliśmy na terminalu 1, a odlot do Tany mieliśmy z terminalu 2C. Nic prostszego, wydawać by się mogło, jak zapakować się z w kolejkę i przeskoczyć na następny terminal. No ale z bagażem i rowerami nie jest to takie łatwe, zwłaszcza, ze Francuzi postawili na naszej drodze swoisty tor przeszkód, w skład którego wchodziły schody, windy, słupki ograniczające gabaryty. No, ale z większym wysiłkiem jakoś się nam udało dotrzeć na terminal 2C.
Samolot mieliśmy za 12 godzin, wiec cala noc przed nami. Jeszcze oczywiście należało się przepakować, tak, aby każda paczka bagażu nie ważyła więcej niż 23 kg. Francuzi pilnują limitów dość restrykcyjnie. Oczywiście mamy zawsze wagę ze sobą, wiec nie sprawiało nam to dużego problemu.
Bagaż został rozdzielony. Rowery ważyły po 24kg, moja sumka 25 kg. Dodatkowo jeszcze bagaż do kabiny w postaci 12 kg. Po ciężkiej pracy, pościeliliśmy sobie łóżeczka przed punktami odprawy i lulu.

Dzień 1

Sen, o ile można to nazwać snem, skończył się ok. 6 rano. Do 8 byliśmy już po śniadaniu w McDonaldzie i gotowi do odprawy. Byliśmy chyba pierwsi w kolejce przed czekinem.
No i tu zaczęła się oczywiście jazda. Francuzi, jak to maja w zwyczaju od stuleci, chcą zarobić na wszystkim, nie dając nic w zamian. Czyli jednym słowem chcę Cie wyruchać. Nas też chcieli. Jak zobaczyli nasze kartony z rowerami, to od razu zażądali po 150 euro za karton. No a całość była już opłacona,a w bilecie stało jak wół, ze bagaż to jest właśnie także rower. Podane nawet były jego wymiary. Wiec tym bardziej nas to zdziwiło, ze chcą od nas jakiejś kasy. No ale nie poddawaliśmy się bez walki. Szef okienek odprawowych zaczął dzwonić, sprawdzać i po ok. 20 min rożnych ekslibrysow uznał, ze rowery lecą bez dodatkowej opląty. My byliśmy przygotowani na wojnę stuletnią :)) Skończyło się na 20min potyczce. Ok, rowery lecą, ale moja sumka wazy nieco więcej niż 23 kg. Pani spojrzała na wagę i z uśmiechem powiedziała, ze ten jest za duży i trzeba płacić. A ja jej, że wyciągnę trochę. Wyciągnąłem worek z gorącymi kubkami i już waga nie przekraczała 24 kg. Sumka leci :)) No to jak leci, to leci. Zupki zapakowałem do bagażu podręcznego, razem z ciuchami, śpiworem i karimatą. Oczywiście cale foto miałem osobno. Całość, jak sądzę ważyło grubo ponad 20 kg, a dopuszczalne jest tylko 12 kg. No, ale bagażu podręcznego Francuzi nie ważyli, więc wszystko poleciało.
Przy wejściu na pokład poznaliśmy grupkę Polaków. Misjonarzy, Alberta z rodziną (mieszka na stałe w Tanie) i Tomka, który przyleciał kręcić film. Oczywiście nabyliśmy odpowiednie artykuły w sklepie z "pamiątkami". W końcu jakoś trzeba prawie 11 godzin w samolocie przeżyć. A na trzeźwo tego nie idzie załatwić.
Samolot pełny. Wielki Boeing 737 napchany chyba na maxa. Byliśmy jednymi z pierwszych pasażerów, wiec polka na bagaże cala była nasza. Podroż minęła w miłej atmosferze. Po kilku godzinach zrobiliśmy niewielką polską imprezkę w ogonie samolotu. Okazało się, ze Tomek i ja mamy wspólnego znajomego w Amsterdamie - Filipa. Świat jest strasznie mały.
Po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy w stolicy Madagaskaru. Lotnisko niewielkie. Z samolotu na piechotę przeszliśmy do terminala. Wizy na miesiąc były bezpłatne. Ominęliśmy kolejki do okienka za 5 Euro. Wypisywanie wiz to niezła jazda. Tak, jak kiedyś u nas stało się za papierem toaletowym, tak teraz tu staliśmy po paszporty. Do wypisywania wiz było zaangażowanych 5 osób. Przynajmniej mieli pracę. Potem czekanie na bagaż. Wyjechał. Rowery oczywiście na końcu. Ale są chyba całe. Mamy taka nadzieję.
Czekał na nas ksiądz Henryk. Oj zdziwił się mocno, jak przeczytał na koszulce Grześka nazwę Przemyśl. Okazało się, ze studiował w seminarium duchownym w Przemyślu. A dodatkowo jeszcze bardziej się zdziwił, jak mu powiedziałem, ze mój ojciec tam leczył zwierzaki, jak jeszcze je hodowali. Swat jest maleńki.
Wyjazd z lotniska przez bramki, to jazda bez trzymanki. No ale tu przecież Afryka jest.
Śpimy niedaleko centrum Antananaviry w kurii. Nie spodziewałbym się, że będę mieszkał w takim miejscu.

Dzień 2 i 3

Co tu dużo pisać. Nie ma co, znaczy jest, ale to nie na maila jest :))) Hihihi. 

Przez 2 dni zwiedziliśmy nieco Tany i zaprzyjaźniliśmy się z tutejszymi misjonarzami. Fajni to są ludzie ;)) Jutro ruszamy z samego rana rowerami w nieznane. A co do Madcoli, to jest tu ona świetna. Najlepiej smakują banany z tej Madcoli.
Kiedyś w Pomonie w Przemyślu robili likier wiśniowy, a w słoiku były właśnie wisienki. Pamiętam, jak kiedyś poszliśmy z harcerzami na "czyn społeczny" czy coś w tym stylu do Pomony. Wisienki smakowały wyśmienicie, zwłaszcza harcerkom :))
Ale banany z rumu są o niebo lepsze :)))
Więcej nie powiem. Hihihi

Dzień 4 

Pobudka bladym świtem, coś koło 5.30. Szybkie śniadanie i wyjazd ok. 6.45. Chcieliśmy zdążyć przed tłokiem i syfem, jaki rozpoczyna się przed 7 w Tanie. W zasadzie się prawie udało. O ile prawie robi wielką różnicę, tak nam zrobiło malutką :))
Ruszyliśmy w kierunku Analavory, aby później skręcić w lewo nad jezioro Itasy. W zasadzie to tylko 120 km, no ale wymiękliśmy już po 70 km. Droga ciężka, zjazdy i podjazdy, w sumie ponad 840 metrów pokonaliśmy w pionie przy ok. 70 km. Do tego jak zwykle wiatr w mordę no i osłabienie po 2 dniach w nieróbstwa. Do tego nałożył się brak treningu (przynajmniej w kwestii rowerowej) oraz urośnięte sadełko.
No, ale nie ma tego złego, a w zasadzie w ogóle nie ma złego. Generalnie jechało się całkiem fajnie. Malgasze są nawet uprzejmymi kierowcami. Nie jesteś ich celem samym w sobie. Po drodze uprawiają biegi za krowami zebu. Jakbym tak biegał, to miałbym niezła kondychę. A do poganiania niesfornego bydła, używają strzelających batów. Coś jak Indiana Jones. Miałem ochotę tez spróbować, ale zanim się spostrzegłem, koledzy od bata odbiegli spory odcinek. Po drodze znaleźliśmy jakaś przydrożna knajpę, chyba dla Wazachów, czyli białasów. Ceny wyższe niż normalne, no i czekać trzeba było sporo dłużej. Spaghetti z kawałeczkami krewetek za 8000 Ariali, coś ponad 3,5 Euro. Stanowczo za drogo. Za to browarek smakował wyśmienicie. 3 konie, to lepsze piwko niż nasz Żywiec czy Tyskie. Jedynie Leżajsk w tym starciu jest górą. Ale może dlatego, że ja się na Leżajsku wychowałem?
Godzinę przed nocą, czyli o 17 znaleźliśmy nocleg obok kilku domków przy drodze przy wsi Ambatomainty. Dzieciaki się dziwiły, że białasy śpią w namiocie, a nie w domku. Przez całą godzinę towarzyszyła nam spora grupka. Dopiero jak powiedzieliśmy, że je zjemy, to pouciekały. Hihihi Gregor jest wegetarianinem, ale w tym przypadku chciał zrobić wyjątek.
To oczywiście żart. On nawet muchy by nie zjadł :)) Ale ja? Czemu nie.
A zapomniałem dodać, że widzieliśmy dziś sporo Baba Kutu.
Teraz jeszcze łyczek Madcoli i w kimnę :))

Dzień 5

Początek zaczął się całkiem nieźle. Tylko dlaczego przez pół nocy ujadała jakaś wredna malgaska psina? Zastanawialiśmy się z Gregorem, czy to pies czy suka. Padło na sukę. W połowie nocy, miałem ochotę wstać i przypierdolić tej wrednej suce. Ale wyręczył mnie Malgasz. Chyba ta suka dostała niezłą "zjebkę", bo więcej nie szczekała. Kurczę, przez pół nocy darła ryja.
Na pożegnanie dostaliśmy zajebistego ananasa. Kurczę, te w polskich sklepach, to zwykle ziemniaki w porównaniu z tym co jedliśmy.
Malgasze nie mają np. pana Rydzyka. Choć kto wie. Jak dziś słuchaliśmy ich radia na FMie, to wyglądało prawie jak rozmowy niedokończone. Hihihi Ruszyliśmy z noclegu ok. 7.30. Godzina dobra na zebranie dupy w trasę. Mając na uwadze to, że o 18 jest już ciemno i Malgasza nie widać, to jest to całkiem znośna pora.
Droga wiodła przez niezwykłe tereny. Nawet nie było zbytnich problemów z jazdą. Podjazdy owszem były, ale w normie, prawie 600 m w pionie, a max. wysokość to 1520 m n.p.m.
No, ale do rzeczy. Przejechaliśmy dziś 60 km. Jechaliśmy przez ciekawe miejsca. Generalnie to nie było co oglądać, oprócz świetnych bananów i papaj, no i oczywiście ślicznych Malgaszek. Zastanawialiśmy się, czy aby jakiejś nie przywieźć do Polski. No ale Gregor nie może :)))
Najpierw Polki, potem Etiopki, a potem Malgaszki. Po kilku godzinach dojechaliśmy do Ampefi nad jeziorem Itschi. Teoretycznie turystyczne miejsce. Ale oni są to jacyś nienormalni. W świecie, gdzie trzeba myśleć o zarabianiu, to miejsce świadczy o tym, ze Malgasze mają jeszcze lepszy instynkt "nic-NIE-robienia" niż my.
Miejsce turystycznie puste. ZERO turystów, ZERO Wazacha czyli białych. A jak się pytam o nocleg, to mi gość mówi ze 31000 Ariali. To że nie ma zbytu na produkt, to nic. On mi jeszcze powiedział, za ile mam następny hotel.
Nie jestem rasista, ale Malgasze maja w dupie robotę, o czym się później przekonaliśmy nie jeden raz. Arab, wiedząc, że nie ma zarobku, dbałby o każdego klienta. Malgasze są w tym przypadku popieprzeni

Dzień 6

Wczoraj spożyłem nieco Madcoli i w miarę szybko usnąłem, co oczywiście było do przewidzenia. Madkola rewelacyjnie, jak zwykle zresztą, wpływa na moją senność oraz na układ pokarmowy. Oby tak dalej.

Nocleg w fajnym bungalowie Ampefi za 32500 Ariali czyli coś koło 15 Euro. Warunki bardzo przyzwoite. Hotel prowadzi Francuz z żoną Malgaszką. To tu normalne, że podstarzały facio w trakcie kryzysu wieku średniego przyjeżdża na Madagaskar i żeni się z młodą Malgaszką.
Po francuskim śniadaniu (w trasie wolę te angielskie) ruszamy. W sumie to mieliśmy odwiedzić gejzer, ale nie znaleźliśmy do niego drogi, nie przejmując się tym zbytnio, pojechaliśmy dalej. Widoki rekompensowały nam brak gejzeru.
Po wyjeździe z Ampefi kolor ziemi zmieniał się kilka razy. Zapewne zależało to od tego, co wylewało się z wulkanów, które widać tu na każdym kroku. W korycie rzeki - strumienia, Malgasze porobili pola ryżowe i czasami na nich nawet pracują. Gdzieniegdzie były "porozrzucane" wielkie bomby bazaltowe. Droga, póki co jeszcze asfaltowa (N43), wspinała się żwawo w górę, by w najwyższym punkcie sięgnąć 1540 m n.p.m. Dalej już było tylko gorzej. W miasteczku chyba powiatowym Soavinandriana asfalt zakończył swój i tak już marny żywot. Samo miasteczko za czasów kolonii francuskiej musiało być całkiem ładne. Świadczyć o tym może plac centralny czy niektóre domostwa. Teraz najlepiej wymalowanym budynkiem jest kościół i knajpa. Tak samo chyba jak u nas. Reszta pamięta chyba pędzel de Gaulle'a.
Ruszyliśmy ochoczo czerwoną dróżką w dół. Droga jeszcze była. Na mapie została oznaczona kolorem żółtym, co może świadczyć o jej przejezdności i ważności. I o ile ważność można sobie wyobrazić, to z przejezdnością nie miała nic wspólnego. Jak się później okazało, przejezdny był tylko odcinek kilkukilometrowy. Dalej to ona nie nadawała się nawet dla czołgów. No, ale mądry Polak Wazacha da rade. No bo jak nie my, to kto? No i daliśmy radę. Przez 10 km to czym staraliśmy się jechać, nie miało nic wspólnego z drogą, nie miało nic wspólnego ze ścieżką. To był tor przeszkód niczym droga na Euro 2012 na Ukrainie. Tam po podobnych drogach kiedyś jeździłem, też żółtych i też dla czołgów.
No, ale nic to droga. Widoki były tego warte. W dole zielone poletka ryżowe, gdzieniegdzie przycupnięte niewielkie chatki. Czasami spotykaliśmy Malgaszów, którzy nigdy nie szli bezproduktywnie. Zawsze coś ze sobą nieśli. Czy to kura, czy chrust, czy węgiel drzewny. W końcu dojechaliśmy do mostu. Od mostu jest nawet asfalt. Oby był jeszcze też i jutro.
Nocleg znaleźliśmy przy niewielkiej osadzie. Jak zwykle Malgasze z zaciekawieniem przyglądali się rozbijaniu namiotu. Po 18.30, kiedy jest już w zasadzie zupełnie ciemno, poszli wszyscy do siebie.
A my mogliśmy w spokoju delektować się rozgwieżdżonym, południowym niebem.
Oj, dawno już nie widziałem takiego rozgwieżdżonego nieba. Ostatnio w 2005 roku podczas wyprawy po Nowej Zelandii. Ale to, malgaskie, jest jeszcze piękniejsze. Udało się odnaleźć Krzyż Południa. Świeci też dość jasna gwiazda, tworząca coś na kształt strzały, ale nie jestem pewien czy to gwiazda czy Wenus. Jak się jutro przesunie, to znaczy ze Wenus.
W sumie przejechaliśmy ok. 40 km z czego 20 bez asfaltu, a 10 km bez czegokolwiek. W pionie pokonaliśmy 645 m.
 

Dzień 7 

Dziś powinienem zacząć od KURWA, KURWA, KURWA.
I czy się to komuś podoba, czy nie, tak właśnie zacznę.
Kurwa mać, droga jest gorsza, niż dla czołgów na Ukrainie.
Przez 12 godzin, pokonaliśmy 25 km, co jest i tak super wynikiem. Droga krajowa N43 czyli żółta, jest tylko na mapie. W rzeczywistości tej drogi nie ma. Zapewne jak większości na Madagaskarze. Drogi są, ale tylko na mapie!!!
No ale nie tylko samymi drogami GREGOR żyje. Są jeszcze widoki, ludzie, zdarzenia.
Pomyślcie, jaki byłby świat nudny bez ludzi. A tak, ludzie są wszędzie. Nawet tu na Madagaskarze. Ba, i są nawet kumaci. Nam się wydaje, ze jak czarny, to be. A tu kibel. Czarny kuma więcej niż nam się wydaje. Poza tym czarne jest całkiem ładne :))
Co do drogi. To a) jej nie ma, b) o ile jest, to też jej nie ma. Tą drogą (żółtą) mogą jeździć tylko wozy zaprzężone w 2 lub 4 woły zebu. Jak Francuzi wyszli, tak o drogach na Madagaskarze zapomniano. No bo i po co Malgaszom drogi asfaltowe? Oni dają sobie radę bez nich i chyba są szczęśliwi. Choć jak się patrzy na wioski opuszczone przez Francuzów, to serce się kroi. Budynki mają czasy świetności dawno już za sobą. A krajobraz? No generalnie jest super. Powiedzmy, że są to niekończące się połoniny, na których zamiast kosodrzewiny rosną fikusy lub inne sosny. Ludzie wiozą towar na wozach zaprzężonych w woły zebu z drewnianymi kolami, jak w Europie za czasów Imienia Róży.
Czasami te drewniane koła zostaną "obute" w kawałki opon. Jest to o tyle mylne, że na drodze (drodze?) pozostawiają ślad jak za samochodem. Nocleg znajdujemy we wsi z kościołem i szkołą. Miejscówka całkiem niezła.
 

Dzień 8 

Tia, dziś przejechane, a w zasadzie przeprowadzone 10 km. No, powiedzmy pół na pół. Po noclegu ogarnęła nas straszna niemoc.
Jakoś nie mieliśmy ochoty jechać długo. Przed samym wyjściem już nam się nie chciało. 2 dni jazdy (prowadzenia) gratów dało tak w dupę, że hej. No, ale nie było w sumie najgorzej.
Tam gdzie spaliśmy, było super. Niebo, księżyc (Wilan - tak zrozumiałem po malgasku) wreszcie wyjrzał. Znaczy sierp się pokazał. Twardowski pewnie tam siedzi i pije rum pędzony z gruntu księżycowego i spoglądając na Ziemie, wypatrzył takich dwóch Wazachów i doszedł zapewne do wniosku, że te Wazachy są walnięte w czaszki (bo mózgów im brak).
Dojechaliśmy po strasznej niemocy do miejscowości Faraciho. I od razu trafiliśmy na święto kościoła protestanckiego. Generalnie, to miasteczko jest, a raczej było śliczne, za czasów kolonii. Piękna katedra w stylu chyba rokoko (nie znam się na sztuce, ale po Seksmisji, tak mi się wydaje - hihihi). Nad wejściem portret Jana Pawła II. Kiedyś już spotkałem wizerunek Papieża Polaka na Antypodach - w Nowej Zelandii.
Przez te francowate drogi, nasze tempo jest dokładnie równe tempu wozu malgaskiego, zaprzężonego w 2 woły zebu. Oni podróżują nie męcząc się w zasadzie, w tym samym czasie co my.
No, ale oni są u siebie, a my u nich.
Przy drodze (wrr przy "autostradzie") przed wsiami można się posilić żarełkiem w postaci wszelkiej maści warzyw usmażonych w głębokim tłuszczu (jak starym, tego nie wiem, choć dziś próbowałem), a wcześniej zamoczonym w cieście, coś na kształt naleśnikowego.
Kiedyś moja Mama robiła coś takiego z krążków jabłek. To się nazywało racuchy. Oj zjadłbym. Mamuśka, zrobisz? Wiem, ze zrobisz :)) Hotelik jest świetny. Żarcie świetne. Sraczki jeszcze nie mamy ;))))
Może dlatego, ze odkażamy się przed spaniem każda postacią Sambu, czyli najpodlejszym rumem tutejszym, który po zmieszaniu z coca-colą tworzy Madcolę. Generalnie łatwo nie jest. No, ale czy przyjechaliśmy tu dla przyjemności? No chyba nie ;))))) Za to ananasy są bardzo smaczne.
Jak już dziś zajechaliśmy do tego miasteczka, to przez 3 godziny, pijąc browar i colę, obserwowaliśmy ludzi.
Tu są wszelkie nacje świata. Żółty, czarny, biały, czerwony. Łączy ich jedna wspólna cecha, są mianowicie koloru czekolady. Natura jest niesamowita. Wyżmijcie takiego Chińczyka i wykąpcie go w czekoladzie. Albo takiego Francuza z Champanii. Ha, typy są różne a odcień skóry podobny.
Jutro dalej... w drogę. Na szczęście chyba jutro na naszej trasie jeżdżą auta. Czyli chyba da się przejechać. A jak, HGW (pan go wie), w końcu to Madagaskar.
Hm, nauczyłem się podczas różnych wyjazdów i wypraw, że kible świadczą o ludziach.
Do tej pory, tam gdzie spaliśmy, kible były lepsze, niż u nas przy niejednej knajpie. Ba, są lepiej utrzymane, niż miejskie szalety w Warszawie. Każdy kibelek to popularna u nas sławojka. Ale w każdym z nich jest miotła, do zamiatania nieczystości do dziury. Mało tego, do tych kibli faktycznie wieś chodzi załatwiać swoje potrzeby te większe.
 

Dzień 9 

Nocleg w Hotelu w Faratsiho przy głównej ulicy miasta. Sam nocleg to 20000 Ariari, ale do tego doszła kolacja i śniadanie. Całość wyszła 65000Ar. Niemało, no ale się nam należało po kilku dniach przedzierania się drogą, która była, a jakoby jej nie było. W miasteczku wzbudzaliśmy nie lada sensację. Zwłaszcza wśród pielgrzymów kościoła luterańskiego. Jak wyjeżdżaliśmy, trafiliśmy na katolicki ślub w katolickim kościele, gdzie nad wejściem głównym był umieszczony wizerunek Papieża Polaka. Po opuszczeniu miasta, cały czas jechaliśmy drogą nr N43. Była to już całkiem dobra, choć szutrowa droga. Na Ukrainie takich nie ma. Są gorsze. Po drodze mijaliśmy, albo nas mijali malgascy rowerzyści. Oni na rowerach wożą wszystko i wszystkich. Najciekawszą opcją jest tandem w wersji zwykłego rowerka. Druga osoba siedzi zazwyczaj na wzmocnionym bagażniku. Przeważnie jest to kobieta - żona, matka, siostra albo sympatia. Spotkaliśmy takie tandemy na całej drodze do Ancirabe. Większość wracała ze zjazdu Luteranów. Nawet udało mi się jednemu Malgaszowi rower naprawić. Droga wiodła przez ciekawe tereny rolnicze. Ale co ciekawe, na polach nie było ani jednej maszyny rolniczej, oprócz ręcznej koparko-grabiarko-motykarki. Całe rzesze Malgaszów tyrały na polach i ani jednej maszyny. No chyba, że do maszyn można zaliczyć woły zebu zaprzężone do pługu. W sumie pobiliśmy kilka swoistych rekordów. Wjechaliśmy na ponad 2000 m n.p.m. i przejechaliśmy ponad 80 km. W Ancirabe przygarnęła nas na nocleg siostra Gosia ze zgromadzenia Franciszkanek. Gosia pracuje w tutejszym szpitalu katolickim. 

Dzień 10 

Z Ancirabe wyruszyliśmy po 8 rano. Siostra Gosia przygotowała pyszne śniadanie. Dla mnie kabanosy nie wiem, z czego, a dla Grześka serek topiony. Ancirabe, to podobno trzecie co do wielkości miasto Madagaskaru – 18 tys. ludzi. Wszystkich ich jest 20 milionów. To gdzie oni mieszkają? Teraz już wiem - WSZĘDZIE. Gdzie się nie obrócisz, tam jest Malgasz, ba, czasami nawet z Malgaszką. Ancirabe to miasteczko, w którym jest transport "miejski" w postaci wszelkiej maści riksz. Riksze są rowerowe, ale także piesze, a w zasadzie biegające. Taki Malgasz, zaprzęgnięty do rikszy potrafi całkiem nieźle biec.

Na początku nieźle nam się pedałowało. W zasadzie było albo z górki albo po prostym. Ha, ale to było przez jakieś 15 km. Powiedzmy, ze do Betafo. A później zaczęły się malgaskie Bieszczady. Raz pod górę z wjazdem 10%, by za chwilkę zjechać w dół z prędkością 60km/godz., by za chwilkę wdrapywać się z prędkością 5km/godz. I tak przez prawie 50 km. Upał pieroński – 34 st. C. Łeb trzeba chłodzić. Na szczęście wodę można nabyć w sklepikach przy drodze (1200ARiali). Piwo oczywiście też się przydaje. Bo bez piwa to ani rusz :))) Noc tu zapada o 18, więc o 17.30 musimy mieć nocleg. Znajduje się w zasadzie sam, jak zazwyczaj. Szukaliśmy w miasteczku Ankazomiriotra noclegu z policjantem, ale nie udało się. Malgasze nie chcą zarabiać. Im jest chyba dobrze tak jak jest. Zeszliśmy całe miasteczko i nie udało się znaleźć miejsca na nocleg. Ale jak pojechaliśmy precz z miasta, to się wyłonił wielki kościół, a przed nim szkoła. Decyzja była oczywista. Dostaliśmy izbę z 1 łóżkiem. Gregor jako, że jest starszy i ma "starcze" problemy z plecami dostał wyro, a ja spać będę na glebie. Ksiądz powiedział dobranoc i poszedł spać chyba. Wcześniej dal nam kontakt na misjonarza polskiego w Morondawie. A my już mieliśmy ten namiar :)) Świat jest bardzo mały.

W poprzednim miasteczku objawił nam się plakat, w jaki sposób należy używać kibelka i wody, czyli że po należy myć ręce. I wszystko byłoby ok, gdyby była woda. No, ale propaganda jest podstawa wydawania kasy z budżetu. W tym aspekcie, Polska jest identyczna jak Madagaskar. Może to wypływa stąd, że Madagaskar miał być polską kolonią?. W sumie przejechaliśmy ok. 70 km przy podjazdach prawie 850 metrów i średnim nachyleniu 4%. Czyli wjeżdżaliśmy na Kazanów w Przemyślu przez 70 km. Taki to jest ten Madagaskar.

Dzień 11

W zasadzie to nie ma o czym pisać. E, jak to nie ma. Przeca kawał drogi żeśmy przejechali w tym pie...nym słońcu. Wcale się nie dziwię, że Malgaszom się robić nie chce. Jakby mi przez 7 godzin na dzień, przy 12 widnych, grzało 35-42 st. C., też by mi się nic nie chciało. Kto wymyślił tyranie w taki upal? Człek powinien wtedy leżeć i ewentualnie spać. A tu każą mu tyrać. Jakaś abstrakcja. No, ale w końcu my są na Madagaskarze. A tu wszystko jest inne. Nawet świnie są inne niż u nas. Jakieś takie bardziej sierściaste i ruchliwe. Ale baranów i kóz za dużo to jeszcze nie widzieliśmy. Może jak za jakiś czas będziemy u muzułmanów, to i kóz będzie więcej. Wczoraj zrobiliśmy kawał świata. Czyli generalnie jakieś 75 km i 820 m podjazdu. Ale to jest nic. Zakotwiczyliśmy we wsi, w której nawet świnie chodzą do tylu jak widza Wazacha. Jak zwykle trzy było odprawić szoł z namiotem, karimatą itp. Ale później był jeszcze większy szoł. To co usłyszeliśmy i zobaczyliśmy, to był meksyk :)))) Goście grali przez jakieś 2 godziny malgaski rap. I nic to, oni grali na perkusji, która sami zrobili. Kocioł to wiadro z naciągniętym workiem zamiast membrany, talerz z denka z zardzewiałej puszki, werbel, podobnie jak kocioł z plastikowego pojemnika obciągniętego folią. Stopkę do kotła wyrzeźbili z drewna. Ech, szkoda opowiadać. To trzeba zobaczyć. Goście mieli taki bit, ze niektórym wielkim zespołom z Polski (i nie tylko) w piety by poszło. Zajebiście to wyglądało. Wpuszczę to po powrocie w Youtuba. Zajebista sprawa. Malgaski rap na żywo. To będzie hicior. Dobrze, ze mam kamerkę :))

Oczywiście Madcola jest wszechobecna. Szkoda, że Gregor nie skorzystał z propozycji spędzenia nocy w domy Claudii, miałbym więcej miejsca dla siebie w namiocie. Z niego to straszny Wazach jest.

Kilka słów jeszcze o ciężkiej pracy Malgasza. Malgasze maja strasznie ciężką pracę. Każą im pracować w skwarze i słońcu przy drodze. A wygląda to tak: 4 lub 5 Malgaszy wywija sierpami na lewo i prawo wzdłuż asfaltu. Okazało się, że to najprawdopodobniej projekt rządowy. Całość polega na tym, że ekipa Malgaszy robi za kosiarkę przydrożną. Maja takie same rowery, uniformy i narzędzia. No i napierdalają tymi sierpami trawę, całkiem zresztą sprawnie. Próbowałem sierpem wyciąć kilka źdźbeł trawy, ale szło mi to marnie. To pewnie kwestia wprawy. Im to idzie rewelacyjnie. Zamiast kupować maszynę i szkolić miglanca, rząd daje zatrudnienie przynajmniej 4 osobom, które mają na utrzymaniu kilka innych osób, no a poza tym zapewne płacą jakieś podatki. Panie premierze, może u nas by coś takiego wprowadzić? Wtedy zniknie bezrobocie, albo przynajmniej tych, co siedzą w pierdlu pogonić do takiej roboty. Niech nie zużywają powietrza i naszych podatków bezproduktywnie. Tyle jest zarośniętych poboczy w naszym pięknym Kraju.

Uwaga dot. domów. Przejechaliśmy ileś tam kilometrów i nie wiedzieliśmy kominów w chatach Malgaszów. Jak im Żabojady zostawili domki, tak do tej pory stoją, ale w swoich nie maja ani pół komina. Wolą chyba kurne chaty. Nie wiem czemu, ale tak jest im chyba lepiej. Dla mnie to absurd. No dobra, dojechaliśmy do Miedzywazu (jak jest po malgasku, nie wiem). Upal zajebiście niemiłosierny - 43st.

Dzień 12, 13 i 14

Ano już jestem znowu, ba, i nawet żyję, ba, i nawet mam się nieźle. A cośmy robili? Oj dużo się działo, oj dużo. W Miendzywazu dopadł nas niejaki Jacky albo Zeki i sprzedał nam swoja wypasiona usługę. Dopadł nas już przy wjeździe do miasteczka 14go. Pokazał album z wielkim krokodylem i niemieckimi turystkami na rowerach. No i zaproponował nam dil, że nas przewiezie wielkim pirogiem przez rzekę Tsiribihina (Cyrybina). My już po kilku browarkach, ale jeszcze przed Madcolą ustaliliśmy, że podejmiemy decyzję po rybnej kolacji u lokalnego bonza. Czyli po żarciu z ryb w lokalnej knajpie. Zeki przyszedł po nas przed ustalonym czasem. Ha, bał się pewnie, że mu uciekniemy, no ale niby gdzie i po co? W knajpie upiliśmy biedaka. No, bo kto dorówna wprawionym w boju polskim rowerzystom? No chyba tylko jakiś ruski (mnie kiedyś przepił kirgiski Tatar w Kirgizji). A że Zeki na ruskiego bynajmniej nie wyglądał, wiec to my go upiliśmy i dobiliśmy targu. Za odpowiednia opłatą jutro wyruszymy na spływ wielkim pirogiem po rzece w poszukiwaniu mega krokodyli, lemurów i innych atrakcji. Dostał nieco kasy na zakupy żarcia i miał się stawić o 7 rano. Stawił się o 8. Załatwialiśmy jeszcze jakieś kreteńskie pozwolenia na policji i urzędzie do spraw nam nieznanych. Po wypełnieniu karty z danymi z paszportu i z księżyca, ruszyliśmy nad brzeg rzeki Tsiribihina, gdzie jak to na ciekach wodnych w tym rejonie świata, dzieją się ciekawe rzeczy. Mycie, pranie, gotowanie, pływanie, słowem w zasadzie wszystko, oprócz jednego. Mianowicie, nie można załatwiać się do wody (rzeki) jest to Fadi czyli miejscowe tabu. Na co delikatnie zwrócił mi uwagę Zeki, jak chciałem zrobić siku wprost do wody. Śmieci też nie wyrzucają do rzeki wprost, ale o tym później. Jedni maja Koran, inni Biblie, a Malgasze oprócz tych ksiąg, maja swoje Fadi (tabu). No bo po co tłumaczyć, że czegoś tam nie wolno robić, skoro można to obrać w odpowiednią legendę i po sprawie. I to mi się podoba. Choć np. gdzieś jest Fadi, ze nie wolno do jeziora wchodzić w jedwabnej bieliźnie. Abstrakcje? Dla nas najwidoczniej tak, ale dla tamtejszych miejscowych widocznie miało to głębszy sens. A może nie miało? Rowery zapakowane na piroga, bagaże też, i my też. Płyniemy. Rzeka szeroka, ale płytka niestety. W okresie pory deszczowej jest głębsza, o wiele głębsza. Teraz jest płytka. Kilka razy po starcie musieliśmy wyłazić z łódki i iść kilkaset metrów po wodzie. Bo my "som" wielkie i grube Wazachy. Jak wyszliśmy z piroga, to piróg od razu mógł płynąć, a jak siedzieliśmy w nim, to tarł brzuchem o dno. W sumie płynęliśmy przez bite 3 dni, pokonując ponad 100 km. Nasi kapitan, pierwszy oficer i pomocnik majtka nieźle machali pagajami. Nocowaliśmy na plażach mając dywan z gwiazd nad głowami. Jedliśmy świeże ryby i kraby. Wszystko było kupowane wprost z łodzi. Ryby, kraby, węgiel drzewny, nawet mleko od zebu. Czasami należało przybić do jakiejś wioski i nabyć rum i colę i zrobić Madcolę. Po drodze widzieliśmy piękne skały, fajne lemury, kameleony i nawet udało się zobaczyć nieimportowanego z Chin krokodyla. Przez cały czas śmialiśmy się z naszego kapitana, że wszystko, nawet krokodyle, są importowane z Chin. Malgasze zamiast zabrać się do roboty, to wolą importować cały badziewny towar z Chin. U nas chińskie towary mają jeszcze jakąś wartość i są czasami nawet trwale, na Madagaskarze chińskie gówno jest głównie ostatnim sortem, którego nie chce nikt już chyba kupić. Jakiś absurd.

Przed zaokrętowaniem się na piroga, powiedzieliśmy Zekiemu, że jak nie będzie krokodyla, to mu nie zapłacimy. Kurcze, wziął to sobie do serca, bo dopiero jak nam pokazał takiego malutkiego prawdziwego krokodylka, to mu się gęba uśmiechnęła. A my to tak dla jaj mu powiedzieliśmy. Krokodyla znalazł na trzeci dzień. A my przez cały czas się z niego śmialiśmy, że powinien kupić plastikową skórę krokodyla z Chin i przebrać w nią swojego np. I oficera. Zwłaszcza, że na fotach, które nam pokazywał, miał pięknego, wielkiego krokodyla. Kiedyś w tej rzece żyło ich setki i były fadi. Ale jak to bywa, kasa potrafi nawet świętości pozbawić świętości, tak też stało się z tymi gadami. W pewnym momencie okazało się, że skóra krokodyli jest bardzo ceniona i droga, głównie przez wyrabiane z nich torebki i buty w USA. Wiec świętość przestała być święta i wybili praktycznie wszystkie krokodyle. Zostały tylko te zaimportowane z Chin ;)) w plastikowej obudowie. Hihihi Zaliczyliśmy też piękny wodospad, o wysokości coś koło 40 m. Noclegi na plaży pod rozgwieżdżonym niebem, gdzie jedynym rozpoznawalnym przeze mnie gwiazdozbiorem był Orion oraz wspaniałe posiłki z tego, co dała rzeka, było świetnym przeżyciem, które z czystym sumieniem mogę polecić każdemu. Naszego kapitana i jego załogę również.

Przez 3 dni krajobraz zmieniał się wielokrotnie. Widzieliśmy połoniny, zakola, wysokie brzegi ze skał wapiennych, mnóstwo ptaków rożnej maści i koloru. Widzieliśmy wioski oraz samotne chatki, kąpiących się Malgaszów i Malgaszki. Malgaszki chętnie pozowały do zdjęć w toplesie. A kapitana nauczyliśmy hasła po polsku - pokaż cycki. Co oznaczało kąpiące się Malgaszki. Większość z nich o nienagannej figurze zresztą. Ludzie już o wyraźnie afrykańskiej urodzie. Mało było osób o rysach "skośnych", ale uśmiechy wciąż takie same. W końcu po 3 dniach pagajowania, najprawdopodobniej dopłynęliśmy do końca, czyli do miejscowości Ambato, gdzie wylądowaliśmy w bungalowie za 10000Ariali. Warunki w zasadzie żadne, no ale i cena też żadna (4 Euro). Wypiliśmy kilka browarków i spać. Pod "prysznicem" podglądał nas wielki karaluch (6 cm).

Dzień 15

Jazda z Ambato do Belo-sur-Tsiribihina dała nam ostro w dupę. 45 km w skwarze sięgającym 43 st. C, przez busz i po piaskach, czasami też pod górkę. Widoki mało ciekawe, oprócz na początku trasy, lasu baobabów. Widok pyszny, szkoda że nie o zachodzie słońca. Po przepłynięciu rzeki Tsiribihina na balii z silnikiem Yamaha, który nie miał ochoty na współpracę z motorniczym. Jak już się udało, to żwawo ruszyliśmy z innymi do Belo-sur-Tsiribihina W Belo została nam opowiedziana historia jeszcze bardziej absurdalna, niż ta rodem z naszego kraju o zabieraniu sobie samolotów. Trzech ważniaków z rządu malgaskiego poleciało gdzieś coś radzić, ale nie zabrało 4go. Ten się zdenerwował i pozamykał lotniska. No i chłopcy nie mieli jak wrócić. HI, Malgasze w swojej pomysłowości są lepsi niż my Polacy.

Dzień 16

Z Beru Sud rano chcieliśmy przepłynąć rzekę z powrotem, aby pojechać do Morondavy. Hm, Malgasze są jednak nieodgadnieni. Najpierw nas zaokrętowali na łódkę wraz z rowerami, ale nagle im się odwidziało i poprosili, abyśmy się przenieśli do innej mniejszej. Na co ja się wkurzyłem i powiedziałem, żeby spierdalali. Nie chcą zarobić, to ich problem. Akurat jakieś 100 m dalej przypłynął prom na samochody, no tośmy się zabrali. Prom to dużo powiedziane. Ot 2 barki połączone podestem, na którym można ustawić 3 samochody. No ale udało się jakoś dopłynąć na drugi brzeg. Szybkie piwko, świeże rybki smażone i w drogę. Przed nami prawie 100 km do Morondavy, gdzie podobno jest ocean i plaże, i piasek, i drinki z parasolkami.

No, ale zaraz nasz pogląd na drogę został po raz kolejny zweryfikowany. Droga była, ale zamiast nawierzchni sypki piasek. Do tego trafiliśmy na straszne wrzaski dochodzące z kościoła jakiejś sekty. Gdy się zbliżyliśmy, widok był zaiste ciekawy. Pastor-lektor-prowadzący wpadł chyba w trans, bo strasznie wrzeszczał, a ludzie klęczeli na podłodze lekko bijąc w nią czołami, no i strasznie zawodzili. Długo tam nie zabawiliśmy, jakieś 5 min. Kilka ujęć i jazda dalej. Droga była dość widokowa, ale do jazdy rowerem nie nadawała się wcale, jak zresztą większość dróg na Madagaskarze. Niby są, a jakoby ich nie było. Na trasie spotykaliśmy miłych i uśmiechniętych ludzi, no i przejeżdżające samochody rożnej maści i z rożną zawartością, od turystów po tira, od osobówek po autobusy z trumnami na dachu. Nie wiem, jak tir sobie poradził dalej, ale widocznie kierowca znał drogę. Na jednym z przystanków opatrzyliśmy ranę na nodze Malgasza. Musiał na coś ostrego wejść, bo miał na stopie zdarta skóre prawie do mięsa. Pod wieczór, po przejechaniu prawie 50 km po piaskach dotarliśmy do Parku Kirindi. Od bramy do campu było jeszcze 5 km. Na szczęście nie był to już sam piasek. Nocleg za 32000 Ar, wejście do parku po 20000 i przewodnik za 20000 Ar. W nocy ruszyliśmy na poszukiwania nocnych lemurów. Trochę to było bez sensu, no ale być w parku i nie pójść na poszukiwania, to chyba byłby grzech. Udało się znaleźć kilka sztuk malutkich lemurków przypiętych do drzew. Nawet jakieś fotki udało się ustrzelić. Jeszcze tylko browar i spać. Jutro dalsza cześć drogi ze słynną aleja baobabów.

Dzień 17

Wyjazd o 8. Po drodze Gegorowi pękł kolejny raz łańcuch. 15 minut i można jechać dalej. Tym razem plaży nie było końca. O ile wczoraj czasami trafiał się twardszy grunt, o tyle dziś w zasadzie plaża cały czas. To tak, jakby się jechało pomiędzy rozłożonymi ręcznikami na Helu, z tym, że tu nie było ani jednego ręcznika, czasami tylko kupy zebu. Po 30 km mieliśmy już serdecznie dość, no ale nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy dojechać do Morondavy. No i zobaczyć słynną aleję baobabów. Wypiliśmy chyba jakieś 6 litrów wody, po kilka piw i coca-coli po drodze. Lało się z nas niesamowicie, ale w końcu dotarliśmy do "początku" alei. Po dwóch stronach drogi zaczęło być widać różne kształty drzew butelkowych. Stały to samotnie, to po dwa obok siebie (no może nie tak znowu zaraz obok). zostało nam jeszcze 2 km do parkingu przy alei. Dojechaliśmy i co? I nic. Ta aleja to wielka mistyfikacja, a może na nas nie wywarła już takiego efektu, jak na innych. Myśmy przecież jechali wśród tych wielkich drzew już od kilku dni. Faktem jest, że parking jest w miejscu, gdzie rośnie ich nieco więcej i gęściej niż wcześniej. W każdym razie dojechaliśmy. Do krzyżówki z drogą międzynarodową (sic!) zostało jeszcze 2 km. Ta droga powinna mieć już asfalt! Udało się, dojechaliśmy do asfaltu. Po pierwszych 2 minutach okazało się, ze asfalt to tam był, ale za czasów kolonii francuskiej. Teraz zostały jego strzępy. Ale lepszy taki asfalt niż plaża i to bez morza. Po 14 km jazdy tą wspaniałą nawierzchnią wjechaliśmy do Morondavy, miasta, które niegdyś tętniło turystami, niegdyś, bo teraz z jego dawnej świetności pozostały tylko wspominania, hotele i puste bungalowy. Do Morondawy dojechaliśmy przed zmierzchem. Mieliśmy adresik podobno fajnego hotelu gdzieś w okolicy morza. No i faktycznie, hotelik przyjemny (Tricigone), prowadzony przez Włocha. Stosunkowo niedrogi (45000 Ariali za pokój), dwa łóżka w tym jedno małżeńskie, prysznic, kibelek, umywalka. Restauracja obok, ale już droższa. My byliśmy tak padnięci, że tylko zdołaliśmy odwiedzić prysznic i oczywiście pobliski bar, aby zakupić Sambu i coca-colę, czyli codzienną dawkę Madcoli.

Dzień 18 i 19

Rano wstawać się nie chciało, ale już jesteśmy przyzwyczajeni do pobudki o 6 rano, zmusiliśmy się do poleżenia tym razem do 8. Morondava to nadmorski kurort, który jeszcze 2 lata temu tętnił życiem i turystami. Teraz turystów jak na lekarstwo, pozostali tylko mieszkańcy, którzy też mają dość takiej bezsensownej sytuacji. A to wszystko robota niestabilnej polityki. Od 2 lat Madagaskar ma rząd tymczasowy, który musi zadbać o siebie i rodziny, a później o ewentualną resztę gawiedzi. Hoteli i bungalowów jest cała masa, restauracje też świecą pustkami. Przez brak turystów ceny poszły w górę. Choć po trochu widać, że coś się zaczyna dziać, bo prace nad drogą w alejce hoteli idą pełną parą. Może lokalne władze poszły po rozum do głowy, że jak nie będzie tam normalnie, to i turystów nie będzie. Się okaże. W Morondavie odwiedziliśmy także polskiego misjonarza ze zgromadzenia Saletynów - Jana Kaszubę. Akurat trafiliśmy na jego bytność w Morondawie, bo zazwyczaj siedzi na misji gdzieś w buszu. Bardzo ciekawy i pomocny człowiek, jak zresztą wszyscy nasi misjonarze na tej wspaniałej wyspie. Przez 2 dni, jakie spędziliśmy w Morondavie, zaprzyjaźniliśmy się z obsługą baru z przeciwka i przedwczoraj popłynęłyśmy z nimi pirogą morską na oglądanie lasów mangrowych.

Lasy jak lasy, ale ubaw mieliśmy po pachy. Koleżka od wiosłowania 2 razy zgubił pagaja. Jako że przypływ się wzmagał, można było przepłynąć do wsi Betanija na drugim cyplu. Po powrocie, tym razem z balastem 3 koleżanek naszych pirogowców, poszliśmy na wielką ucztę rybną do tegoż samego baru. Koleżanki poszły chyba na dyskotekę, a na nas czekały świetnie zrobione wielkie ryby za niewielkie pieniądze. Wcześniej za 2 małe rybki i miskę ryżu oraz 2 browarki płaciliśmy w innej knajpie 30000 AR, tu za 4 wielkie ryby, piwa, ryż, sałatkę z marchewki tylko 25000 Ar. (1Euro = ok 2500 Ar.) Oczywiście w pierwszy dzień po przyjeździe do Moromdavy wykąpaliśmy się w oceanie. Bo być nad wodą i się nie zanurzyć, toż to grzech :))) Wieczorkiem pakowanie i następnego dnia wyjazd taxi-brus do Tany. Co dalej, zobaczymy.

Dzień 20

Idziemy na wschód, tam musi być cywilizacja. Słynne hasło Maxa z Seksmisji wskazało i nam kierunek jazdy. Po powrocie z Morondavy taxi-brus do Tany i spędzeniu w stolicy 1 dnia ruszyliśmy za Maxem na Wschód. Wyjazd z Tany stanowił nie lada wyczyn. Większego syfu, zgiełku i rejwachu jeszcze nie widziałem. Ale o tym szkoda pisać. Wyjazd zajął ok. godziny. Po drodze na wylocie swoja siedzibę ma kościół Adwentystów Dnia Siódmego. Wielki teren, szkoła, świątynia, pola uprawne. Droga asfaltowa, w miarę szeroka, a że kierowcy jeżdżą bardzo dobrze i nie polują na rowerzystów, da się jechać normalnie. Po drodze po raz kolejny mijamy "fabrykę" żwiru. Wygląda to zaskakująco ciekawie. Jest sobie kawał odkopanej z czerwonej ziemi skały. Ta skała jest kruszona ręcznie przez Malgaszy na kawałki dające się znieść przez 1 osobę niżej do drogi. Przy drodze siedzi cała drużyna do piłki nożnej i w grupach po 2-3 osoby rozbija młotkami kamyki większe na mniejsze, aby potem inna grupa rozbijała te już rozbite na jeszcze mniejsze. Każda wielkość kamyków jest usypywana na osobny kopczyk. Czyli można powiedzieć, jest to sortowanie w zależności od wielkości. Potem zapewne tak zrobiony żwir jest ładowany na auta. Z naszego punktu widzenia, jest to idiotyczna praca. Przecież może ją wykonać 1 maszyna i 1 człowiek. No, ale maszyna jest droga, nawet bardzo, a praca nawet kilku drużyn futbolowych na Madagaskarze jest tania. Pewnie ktoś, czyt. właściciel tej manufaktury robił "biznesplan" i mu wyszło, że najtaniej jest zatrudnić pół wsi do produkcji żwiru. Widzieliśmy także zaawansowaną pralnię miejską, a raczej wiejską. Działa ona w sposób podobny jak fabryczki żwiru, z tą różnicą, że do pralni potrzebna jest bieżąca woda i jakiś detergent. Woda jest z rzeczki albo strumyka, a detergentem jest zwyczajne szare mydło. Za pralkę służy, a raczej jest w zastępstwie pani Malgaszka w rożnym wieku. Oczywiście panie szorują ubrania i inne materiały szczotkami zapewne "made in China". Na Madagaskarze everything is made in China. Ale tego jeszcze nie dość. Musi być suszarka, a za to urządzenie genialnie służą nagrzane skały albo krzaczory. Ciuchy schną szybko i od razu są wyprasowane. Pralnia miejska obsługuje sporą ilość towaru, tu także tak jest. Z tą różnicą, że za dowóz nowego towaru wraz z praczkami odpowiedzialne są tzw. taxi-brus. O ile w zasadzie niewiele nas tu już może zadziwić, tak widok wybiegających pań z workami z brudną bielizną był nie lada zaskoczeniem. Panie biegły, aby zająć najlepsze miejsca przy strumyku. Generalnie nic w tym złego, że tak się tu robi pranie. Z ekonomicznego punktu widzenia, podobnie jak z kamieniołomami, taniej jest prać w "naturze" niż zużywać detergenty, prąd i wodę. Ze zdrowotnego punktu widzenia, jest to rozwiązanie najgorsze, gdyż te samą wodę poniżej takiej pralni, Malgasze piją i się w niej kapią. Nic chyba nie trzeba więcej dodawać...

Teraz trochę o przyrodzie. Na wschodzie jest zupełnie inaczej niż na południowym zachodzie. Tu jest zielono, płyną wartko strumyki, nawet psy szczekają inaczej. Tu szczekają, tam były na to za leniwe. Oczywiście, dostaliśmy i dziś w dupę, w pionie wjechaliśmy na 830 m n.p.m. przy 82 km. Ale to nic w porównaniu z tym, co mieliśmy w buszu wcześniej.

Dzień 21

Okazało się, że na wschodzie faktycznie jest cywilizacja. Ba, i to jeszcze jaka. Jechaliśmy przez 2 dni na wschód, znaczy na wastok. Za radą Maxa. Wjechaliśmy na drogę nr 2. Śliczny asfalcik, takiego nawet nasze autostrady nie mają. Dziur w zasadzie brak. Obraliśmy kierunek na Tamatave - wschodnie wybrzeże Czerwonej Wyspy. Droga prowadziła przez zielone wzgórza, prawie jak nad Soliną, tyle że przyroda nieco inna. Zamiast świerków, sosen i buków, palmy i bananowce. Wszędzie bananowce z kiśćmi jeszcze niedojrzałych bananów. W tym miejscu musieli być twórcy kreskówki Madagaskar i wyginam śmiało ciało. My też śmiało je wyginaliśmy, pedałując to z góry, to pod górę. Słoneczko smażyło, ale było to dość przyjemne w porównaniu z piaskami okolic Morondave. Przy drodze chaty z bambusa i wysuszonych liści palmowych. Nawet wiejskie kible są z palm. Bo każde kilka chat ma swój kibel, zresztą utrzymany w czystości, czego mogą pozazdrościć niejedne kible w naszym kraju. Droga była bajkowa. Sporo człowieków, czarnych człowieków i niet zebu. Zebu zastąpiono normalnymi krowami. Czasami w autach 4x4 siedziały znudzone Wazachy, czyli białasy. Po przejechaniu ponad 80 km i przewyższeniach sięgających 850 metrów, zajechaliśmy do miejscowości Beforona.

Szukaliśmy bungalowów. Napotkane człowieki wskazywały na miejsce zwane Ladia. Tam jakiś obóz dziecięcy chyba był. Po próbach wytłumaczenia o co nam chodzi, że chcemy spać i szukamy miejscówki, zaczęto sprzątać w jednym z domków. Ja rozegrałem meczyk piłkarski z dzieciakami. Musiały mieć niezły ubaw, jak ze mną grały w piłkę. Udawało mi się czasem nawet ja odbić. Pokój gotowy i Wazachy się wprowadziły. Rozpiliśmy buteleczkę rumu kupioną wcześniej z coca-colą, a gdy się skończyła, zresztą bardzo szybo, zabraliśmy się za paliwo rakietowe, czyli oryginalną Madcolę - spirytus z Polski i malgaską coca-colę. Przy tym napitku zastał nas dyrektor tego miejsca. Dostał informacje, ze jest 2 białych, i że gadają tylko po angielsku. No musiał to sprawdzić osobiście. No i sprawdził i to do cna. Jak mu powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, to przeszedł na znany nam język rosyjski. A nasze zdziwienie było tym większe, że i jego żona gadała świetnie w tym języku. Ba, najbardziej zdziwione były dzieciaki. No bo jak to jest, że one porozumieć się nie mogły, a dyrektor gada z Wazachami, jak ze swoja żoną. Oczywiście, jak to bywa wśród biało-czarnych Słowian, nie skończyło się tylko na pogawędce. Trza było pić, ba trza było pic po rusku. Problem powstał, jak się alkohol skończył. Ale nic to. Zapakowałem się do auta i z żoną szefa pojechaliśmy na poszukiwane rumu. Żaden problem, otworzyli specjalnie dla nas sklepik. Była już czarna noc, jak u murzyna w d... Ja już nie pierwszej świeżości, po 86 km i ponad 800 metrach w pionie. Zakupiłem kilka buteleczek rumu i 2 duże coca-cole. No się zaczęło. Odśpiewaliśmy "a my idjom szagajem pa Maskwie" i inne radzieckie przeboje minionej epoki. Wypilim, co było do wypicia. Wznosiliśmy morze toastów za wsjo, za szczastliwo podróż, za okończenie szkoły itp. No jak Polak z Malgaszem. Jaja jak berety. Żeby w zabitej dechami czarnej dziurze, przez pół nocy pić i gawarit po ruski z Malgaszami. A ciekawostką jest to, że nasi gospodarze poznali się w Moskwie. Wyjechali za czasów komuny na Madagaskarze na studia do Moskwy i tam się poznali. Czasami w domu rozmawiają po rosyjsku. Wypilim sporo z ruskimi Malgaszami. Po raz kolejny przydała mi się znajomość języka naszych "przyjaciół".

Nie ma to jak pogawarit pa ruski.

Dzień 22 i 23

Przez 2 dni żwawo pedałowaliśmy piękną droga N2 do Toamasiny. Droga była jak zwykle kręta i pod górę, choć teoretycznie zjeżdżaliśmy do oceanu, czyli na poziom 0. Nam cały czas się wydawało, że jedziemy nad morze pod górę. Średnia podjazdów była w zasadzie stała i wynosiła ok. 700-800 m w pionie. Za to przejeżdżaliśmy wśród lasów palm rożnego gatunku i bananowców. Wioski, które mijaliśmy przy drodze, to wioski z bambusa, który na Madagaskar przywlekli chyba Chińczycy. Bo tu wszystko jest made in China. Jeden z noclegów, w zasadzie praktycznie ostatni pod namiotem, znaleźliśmy przy miejscowym szpitalu. Wzbudziliśmy nie lada sensację, zwłaszcza w oczach pana Janka (pan Janek jest tzw. cieciem od pilnowania obejścia) i jak każdy pan Janek wyczuł, że pijemy Madcolę. Niestety, z wrażenia Gregor wylał prawie całą butelkę tego zacnego trunku w przedsionku namiotu. Chcieliśmy, aby pan Janek zakupił nam flaszeczkę. Na to konto dostał od nas 2000 Ariali. Ale chyba nas źle zrozumiał i kupił, jak sadze, Sambu dla siebie. U nas się już nie pojawił. Za to mieliśmy spokój do rana od pana Janka. W nocy przeżyliśmy nawałnicę deszczową, pierwszy deszcz na Madagaskarze. Teraz już wiemy dlaczego w tej części wyspy jest zielono i wspaniale. Tu deszcze padają często nawet w porze suchej. Ostatni etap to 25 km. Po przedarciu się przez przedmieścia Toamasiny, miasta portowego, gdzie jest chyba więcej riksz niż mieszkańców, dojechaliśmy nad ocean na wschodniej stronie Madagaskaru. Najciekawsze jest to, ze riksze poruszały się pomiędzy czymś na kształt chodnika a jezdnią. Jeździły po ścieżce dla riksz. Wszystkie w rządku, bez dodatkowych emocji. W końcu mora mora, co po malgasku znaczy chyba, spokojnie, spokojnie. Objechaliśmy całe miasto rowerkami i zakotwiczyliśmy w hotelu Plage niedaleko centrum i niedaleko plaży za 25000 Ariali za pokój. Hotel przyzwoity nawet. Po południu wybraliśmy się na plażę. Nasz znajomy Polak z Tany ostrzegł nas, że były przypadki ataków rekinów na kąpiących się w oceanie, wiec nie odpływaliśmy od brzegu na więcej niż 5 metrów. A w zasadzie Gregor nie odpływał. Ja nie lubię ani plaż, ani morza, choć pewnie dziś nogi w nim zanurzę. Kupiliśmy także bilety na transport taxi-brus do Tany (stolicy) za 18000 + 2000 za rowery. Wieczorkiem pizza w lokalu obok hotelu. Okazało się, że to niezłą imprezowania, a w zasadzie lokal z paniami do "masażu". Po raz pierwszy czułem się jak zwierzyna na polowaniu. I nie trzeba było nic robić, aby panie zaczęły nas zaczepiać. Wystarczy być po prostu białym. Pizza dobra i tania, za to alkohol bardzo drogi. Butelkę rumu, która kosztuje w sklepie 2000 Ariali, ten lokal serwował za ... 80000 Ariali. Niezła przebitka. Lalunia jak naciągnie klienta, musi mieć chyba sporą działkę z tej kasy. Na masaż nie daliśmy się namówić. Cala ulica przez pół nocy zamieniła się w bazar lekkich obyczajów, a przynajmniej tak to wyglądało. Przy przeglądzie sklepów z komórkami trafiłem na niezłą podróbkę chińską Nokii N97. Telefon na 2 karty sim, na pierwszy rzut oka był to oryginał. Jakby miał jeszcze funkcje maila, to pewnie bym taki zakupił.

Dzień 24 i 25

W Tamatav spędziliśmy w zasadzie 2 dni, nie robiąc nic. No, nie tak nic. Włóczyliśmy się po miasteczku i popijaliśmy browarek, a wieczorkiem oczywiście rumik z colą, czyli tradycyjne Madcolę ;)) W dniu przyjazdu do Tamatav, popołudniu po pochłonięciu ryby, krewetek i browarka, pojechaliśmy nabyć bilet na taxi-brus do Tany. Bilecik kosztował 18000 Ariali, czyli ok. 8 Euro + 2000 Ariali (0,8 E) za rower. Mając już zapewniony transport do Stolicy, mogliśmy na luzie spędzić resztę czasu na nic-nie-robieniu. No, ale jakoś trzeba było wypełnić czas.

Tamatav, to miasteczko portowe i jak na takie przystało, jest w nim sporo uciech dla marynarzy i im podobnych. W dzień poprzedzający wyjazd, poszliśmy raz jeszcze do znanej knajpy (knajpa za dnia) za rogiem, przy naszym hotelu. Wiedzieliśmy już, że ceny alkoholu wzrastają wielokrotnie ze względu na "dyskotekę", a w zasadzie regularny burdel. Piwo, które wcześniej kosztowało 3000 Ariali, wieczorem kosztuje 7000. Rum butelka, którą w sklepie można nabyć za ok. 2500 Ariali, w tym przybytku kosztowała, uwaga, 80000 Ariali. Tak, 80 tysięcy. No, ale jak zaobserwowaliśmy, złaziły się tam chyba wszystkie Wazachy (białasy) będące w mieście. A i Żółtych też nie brakowało. Czarnych także było sporo, a w zasadzie to czarni rodzaju żeńskiego. Panie te wpatrywały się w białasów i czyniły rożne znaki zachęty do wiadomo czego. No w końcu to miasto portowe... Pod murem stadionu, na tej samej ulicy co nasz hotelik La Plage oraz rzeczony przybytek, wyrosły namioty z wszelkiej maści jedzonkiem, napitkami w rozsądnej cenie oraz z paniami wiadomo jakimi. Nie siedzieliśmy przy piwie za długo, następnego dnia pobudka o 5 i jazda przez 8 godzin basem do Tany.

Dzień 26

Bus wyruszył w zasadzie zgodnie z planem. Kierowca chciał od nas kasę za rowery, ale jak mu pokazaliśmy, że na bilecie mamy wpisane bicykle i że są już opłacone, mina mu nieco zrzedła. Zarobił za to pan, który nasze bagaże mocował na dachu busa. Tak, na dachu. Na Madagaskarze wszystko wozi się na dachach, motory, kaczki, kury, rowery, krzesła, stoły i inne mniej lub bardziej przydatne przedmioty, w tym trumny z nieboszczykami. Przed odjazdem zdążyliśmy zamienić kilka słów z współpasażerką po ... rosyjsku. Częściej nam się tu zdarzało rozmawiać po rosyjsku niż angielsku. Do Tany dojechaliśmy po 8 godzinach jazdy. Trasa nie była łatwa dla samochodu, a co dopiero dla rowerzysty. My ją pokonaliśmy tam w 3 dni. Bus z pełnym stanem w 8 godzin wspinając się na kręte i dość strome podjazdy, pokonał ok. 1500 metrów w pionie.

W Tanie czekały już na nas pokoiki w biskupstwie. Znów poczułem się jak w domu. Wieczorkiem piwko, a na drugi dzień zakupy i pakowanie. Odwiedziliśmy też ulicę Beniowskiego oraz ulicę Arkadego Fiedlera, przy której mieszka nasz polsko-belgijsko-malgaski przyjaciel Albert Zięba. Dzięki niemu ulica przy której mieszka nosi nazwę Arkadego Fiedlera. Jest to oficjalna nazwa wpisana w księgi. Dzięki Albertowi jest zachowana cząstka Polski w odległej części świata. Albert także prowadzi księgę, do której wpisują się przybysze z naszego kraju. Organizuje wystawy i stara się podtrzymywać więzi pomiędzy Polakami na Madagaskarze, a tymi w kraju. Ot, dusza artysty z głową pełną ciekawych i czasami dziwnych pomysłów. Z nim też w ostatni dzień, po przepysznym obiedzie u jednego z najstarszych stażem Polakowi na Wyspie, u ks. Henryka Stawarskiego, zwiedziliśmy kilka spelunek z piwem i szczurami. Tam normalny Wazacha by nie trafił, a jak już by trafił, to cały mógłby nie wyjść. Alberta tam wszyscy znają, wiec i my czuliśmy się bezpiecznie. Te przybytki można porównać do Baryłki w Przemyślu sprzed 25 laty, albo mordowni w Zagórzu przy dworcu PKP.

Odprawa lotniskowa przebiegła szybko, sprawnie i bez żadnych problemów. Rowery, sakwy poszły na taśmę bez zastrzeżeń. Bagaż podręczny także. Odprawiliśmy się przed północą (wizę mieliśmy tylko do północy, później mogły być problemy). Przy sprawdzaniu bagażu mieliśmy ostatnia niespotykana przygodę na Madagaskarze. Celnik, albo strażnik graniczny, jak zobaczył nasze polskie paszporty, to pokazał polski banknot 100 zł. Nie wiemy skąd go miał, ale chciał go wymienić na Euro. Jako, że dysponowałem banknotami tej waluty w odpowiednich nominałach, kupiłem od niego za 20 Euro 100 polskich złotych. Kurs całkiem dobry. Po 11 godzinach w samolocie, wylądowaliśmy w Paryżu.

Madagaskar jest wspaniałym krajem, mini kontynentem. Ludzie są mili, uśmiechali się do nas cały czas. Nie zaznaliśmy od nich choćby najmniejszej wrogości, czy przejawu nienawiści.

W tym miejscu chcielibyśmy serdecznie podziękować naszym Opiekunom na Madagaskarze. Dzięki Nim, wyprawa przebiegała bez żadnych problemów, a my czuliśmy się jak w domu.
Serdecznie dziękujemy:

  • ks. Henrykowi Stawarskiemu,
  • Ojcu Krzysztofowi ze zgromadzenia Oblatów,
  • Ojcu Józefowi ze zgromadzenia Jezuitów,
  • Ojcu Janowi Kaszubie ze zgromadzenia Saletynów,
  • Siostrom Małgorzacie i Danucie ze zgromadzenia Franciszkanek,
  • Albertowi Ziębie - polskiemu artyście i fascynacie żeńskiej urody malgaskiej, który mieszka przy ulicy Arkadego Fiedlera.

    Bez ich pomocy wyprawa mogła mieć zgoła inny przebieg.

 

Jeszcze raz SERDECZNE DZIĘKI