Relacje z podróży - Ameryka

Ameryka Południowa - listy z półrocznej podróży


Iwona i Jurek Maronowscy wrócili już do Polski. Poniżej przedstawiamy listy, które nadsyłali nam podczas trwania ich pięciomiesięcznej wyprawy, podczas której podróżowali przez 4 kraje Ameryki Południowej zdobywając wysokie szczyty, lodowce i przekraczając dwukrotnie równik. Zapraszamy do fascynującej lektury, która na bieżąco budowała nasze strony internetowe.

29.01.2000 - Punta Arenas
17.02.2000 - Punta Arenas, Chile
28.02.2000 - Ushuaia, Argentyna
23.03.2000 - Coihaique, Chile
11.04.2000 - Castro, wyspa Chiloe
14.04.2000 - Pucon, Chile
21.04.2000 - Villarica zdobyta
6.05.2000 - Iquique, Chile
9.05.2000 - Arequipa, Peru

13.05.2000 - Cusco, Peru
18.05.2000 - Machu Picchu, Peru
21.05.2000 - Copacabana, Boliwia
29.05.2000 - La Paz
7.06.2000 - La Paz, Boliwia
10.06.2000 - Potosi, Boliwia
14.06.2000 - San Pedro de Atacama
20.06.2000, Santiago de Chile

Punta Arenas, Chile, 29.01.2000

Cześć kochani!

Lecieliśmy najpierw 2 godz. z Warszawy do Zurychu. Chodziliśmy przez 5 godzin po Zurychu. Padał deszcz ze śniegiem. Potem zrobiła się śnieżyca i zapadało samolot więc mieliśmy 1,5 godz opóźnienia, bo odśnieżali samolot. Widzieliśmy w nocy wyspy Kanaryjskie, było fajnie. Lecieliśmy 11,5 godziny. Rano w Sao Paulo, zapach lata przez otwarte drzwi samolotu. Po godzinie już znowu lecieliśmy. POTEM PRZELOT NAD Andami. NIESAMOWITE widoki. Aconcagua była powyżej nas. Santiago w gorącej kotlinie w wielkich górach. Temperatura ok. 30 stopni , bardzo ostre słońce, ale chłodny górski wiaterek. Odebrała nas z lotniska znajoma i odstawila do hoteliku. Hotelik prowadzony przez Amerykanina dla ubogich podróżników. Bylo dużo rożnych ciekawych podrożników, którzy poświęcali na podróże od 4 miesięcy do 3 lat...

SANTIAGO PRZYPOMINAŁO nam miasteczko z filmów o Meksyku, ale centrum wielkomiejskie. Wieżowce. Ceny jak w Polsce nocleg ok. 35 zl. Trzeba mówic po hiszpańsku, nawet w info turyst. Komunikacja miejska fajna, tańsza niż w Warszawie, bilety kupuje się w autobusie.

Trochę bagażu zostawiliśmy w hoteliku w Santiago. BILET lotniczy zostawiliśmy na przechowanie w ambasadzie polskiej. Kupiliśmy bilet za 60 USD na autobus do Punta Arenas. Najpierw jechaliśmy nocą 12 godzin na południe do Osorno. Tam 5 godzin przerwy i inny autobus 34 godziny do Punta Arenas przez Argentynę. Autobusy bardzo wygodne. Jak w samolocie. Podają jedzenie i picie, puszczają filmy, dają koce na noc. Od Osorno przejechaliśmy przez przełęcz w Andach - niesamowite lasy liściaste ale i iglaste, wulkany, potem na dół w Patagońskie stepy. Ciekawe miasteczka w Argentynie w górach. Potem nastała noc która trwała 5 godzin. O 5 rano byliśmy już nad Atlantykiem koło Comodoro Rivadavia. Potem kilkanaście godzin po stepie - trawa, suche krzaki, płaskowyż i doliny wyschniętych rzek.

Teraz jesteśmy w Punta Arenas. Miasteczko nad Cieśniną Magellana. Za wodą widać Ziemie Ognistą. Miasteczko trochę przypomina Dawson City w Yukonie ale jest zdecydowanie inne i fajne. Mamy hotelik - pokój za 40 zł. Bardzo fajnie i przytulnie. Jutro jedziemy do kolonii pingwinów Magellańskich, a pojutrze do parku Torres del Paine w góry na 2 tygodniowy trekking.

Niebo jest całkiem inne niż u nas. Nad nami w pionie w nocy widać obłoki Magellana, a trochę na południe krzyż południa. Jedyne co znajome to daleko na północnym niebie nad horyzontem widać Oriona.
W każdym miasteczku tu w Chile są kawiarenki internetowe np. w Punta Arenas 15 zł za godzinę, więc na pewno będziemy utrzymywali kontakt internetowy.

Pogoda dosyć chłodna tu na południu, kilkanaście stopni i wiatr, ale za to dzień trwa przez 20 godzin, a ciemno jest tylko od 23 do 3 w nocy.

Jak wrocimy z gor za 2 tygodnie to zajrzymy do internetu.

Pozdrawiamy

Iwona i Jurek

 

 PUNTA ARENAS 17.02.2000

Cześć ponownie.

Weszliśmy na ten sam komputer, aby wysłać wam zapisany mail.
Całe szczęście, że jeszcze raz jesteśmy w Punta Arenas.

Po ostatnim mailu pojechaliśmy na Pingwiny. Było super. Siedzieliśmy między pingwinkami przez 5 godzin. Cały film zdjęć. Potem autostop w góry do Parku Narodowego Torres del Paine. Tydzień deszczu i śniegu, i wiatru, i zimna. Potem tydzień pięknej pogody. Olbrzymie lodowce, pola lodowe, wielkie góry, strzeliste szczyty, strusie Nandu, lisy Zorro, Kondory, Guanaco, Flamingi, Papugi jedyne nietropikalne, dzięcioły z czerwoną głową. Wczoraj wróciliśmy.

Przejechaliśmy stopem już 1000 km, bardzo łatwo i przyjemnie. Teraz płyniemy jutro promem do Porvenir na Ziemie Ognista. Jesteśmy opaleni i wypoczęci. Jesteśmy wygłodniali więc jemy strasznie dużo. (W górach było 15 dni makaronu i musli z mlekiem)

Pozdrawiamy i obiecujemy się kontaktować jak tylko będzie internet.

IWONA I JUREK

 

 Ushuaia, Argentyna 28.02.2000

Cześć!

Z Punta Arenas przyjechaliśmy stopem w 2 dni w góry Ziemi Ognistej Argentyńskiej. Spaliśmy 1 noc na plaży nad Atlantykiem. Byliśmy 8 dni na trekkingu na Ziemi Ognistej. Pogoda była kiepska więc 2 dni przeczekiwaliśmy, potem zasypał nas śnieg.
Jest tu bardzo dziko. Widzieliśmy dużo zwierząt i tylko 1 człowieka - samotnego Niemca. Nie ma wogóle ścieżek - trzeba się przedzierać przez krzaki i dzikie dziewicze lasy. Góry wielkie i niesamowite, z lodowczykami, choć tylko 1500 m, ale doliny na poziomie morza.
Dziś jesteśmy w Ushuai - bardzo fajne nadmorskie miasteczko. Dużo jachtów, góry tuż nad miastem. Jutro wyruszamy autostopem na północ do parku Los Glaciares pod Cerro Torre i Fitz Roy.
Argentyna jest troszkę droższa od Chile, ale jest bardziej zachodnioeuropejsko.
Autostop na razie idzie nam znakomicie.
Pozdrowienia.
Iwona i Jurek

 

 Coihaique, Chile, 23 03 2000

Cześć

Jesteśmy teraz w najbardziej mokrym miejscu w Ameryce Płd, na wybrzeżu Pacyfiku przy fiordach czylijskich. Od ostatniego listu z Ushuai wyjechaliśmy stopem i dotarliśmy po 5 dniach do Parku Los Glaciares w Argentynie. Najpierw obejrzeliśmy wielki lodowiec Perito Moreno, którego czoło lodowca wpadające do jeziora ma wysokość 55 metrów. Potem pojechaliśmy jeszcze 300 km na północ do miasteczka Chalten położonego u podnóża Cerro Torre i Fitz Roy. Są tu największe lodowce i góry południowej Patagonii. 6 dni byliśmy na trekkingu. 4 dni obserwowaliśmy Cerro Torre, aby zobaczyć go raz w nocy oraz przez 5 minut czwartego dnia ok 10 rano. Innymi razy był zawsze w chmurze, choć wokoło był tylko błękit nieba. Fitz Roy jest wyższy i ładniejszy od Cerro Torre, można bliżej podejść i był bezchmurny, więc zrobiliśmy piękne zdjęcia o wschodzie słońca. Lasy w Los Glaciares stały się już żółto-czerwone, choć było jeszcze ciepło.

Z Los Glaciares odbyliśmy najdłuższy przejazd autostopem ok. 2000 km. Po drodze chcieliśmy obejrzeć spetryfikowany las, lecz po 4 godzinach czekania przy braku ruchu drogowego zrezygnowaliśmy. Z końcem lutego skończyły się tu wakacje i dlatego nie ma ruchu turystycznego, jedynego do tej atrakcji turystycznej.

Poza tym stopowało nam się znakomicie.

Spędziliśmy piękna noc księżycową na wybrzeżu Atlantyku w namiocie obok miasta Caleta Olivia. Olbrzymie fale rozbijały się o klif.

Potem przez piękną Patagonię dojechaliśmy do granicy chilijskiej w Chile Chico i przepłynęliśmy promem przez jezioro Carrera (2,5 godziny a fale przelewały się nad statkiem, bo wiało pewnie ze 100 km na godz.

Następny tydzień poświęciliśmy na zwiedzenie masywu Cerro Castillo. Ta góra ma tylko 2690 m, ale jest to skupisko wieżyczek skalnych na wszystkich okolicznych masywach górskich. Mieliśmy piękną pogodę, co rzadkie w tym mokrym rejonie.

Przedwczoraj z gór wygonił nas śnieg. Dziś spaliśmy na kempingu 1000 m niżej i znów rano byliśmy zasypani śniegiem, choć rozbiliśmy się w lesie. Teraz jednak rozpogodziło się, jest słonecznie i dość ciepło. Pogoda więc jest bardzo zmienna, no i idzie jesien...

Dziś ruszamy na północ do Chaiten, potem promem na wyspę Chiloe, gdzie mamy odbyć trekking wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Potem może będzie internet gdzieś w Puerto Montt. Im dalej na północ, tym taniej i większa cywilizacja. Ceny niskie w Chile, tak jak w Polsce, z Argentyny musieliśmy uciekać, żeby nie wydawać za dużo pieniędzy. Oba kraje są równie przyjazne i ludzie są niezwykle życzliwi.

Jesteśmy bardzo zadowoleni, zdrowi i szczęśliwi i wydaje nam się, że nie zdążymy wrócić zbyt wcześnie z tej pięknej podróży, bo jest zbyt fajnie.

Pozdrawiamy.

Iwona i Jurek

 Castro, wyspa Chiloe, Chile 11.04.2000

Cześć!

Ostatnie 19 dni było najbardziej szokujące w naszej podroży. Od wyjazdu z Coihaique wjechaliśmy w niezwykły las deszczowy wiecznie zielony, w którym opady przekraczają 5000 mm rocznie. Niesamowita roślinność, najróżniejsze drzewa liściaste, bambusy, krzaki z pięknymi kwiatami i ogromne liście zwane uszy słonia oraz wielkie paprocie.
W ciągu 2 dni dotarliśmy drogą, zwaną Carretera Austral, a będącą żwirową drogą, przez Andy porośnięte lasem deszczowym do miasteczka Chaiten nad Pacyfikiem. Tu okazało się, że najbliższy prom odpływa za 2,5 dnia a innego połączenia nie ma, ponieważ brak jest mostów łączących tę część Chile z pozostałym lądem poprzez fiordy.
Początkowo niezadowoleni udaliśmy się na wymuszoną wycieczkę do lasu deszczowego. Okazało się tak wspaniale, że byliśmy zachwyceni. Przez cały dzień chodziliśmy z przewodnikiem po niezwykłej gęstwinie i ogladaliśmy dziką puszczę i wodospady.
Rosły tam też drzewa iglaste ALERCE ANDINO o wieku 2 do 3 tysięcy lat, obwodzie 15 metrów i wysokości 50 metrów. Las i podszycie było tak gęste, że te olbrzymie drzewa widać było dopiero z kilku metrów, gdy wyłaniały się nagle jako ściana z drewna sięgająca do nieba.
Następnego dnia pojechaliśmy do gorących źródeł i cały dzień pławiliśmy się w wodzie o zapachu jajka i różnych temperaturach. Było dziko, dookoła las deszczowy i śpiew ptaków. Mieszka tu bardzo dużo kolibrów i innych dziwacznych gatunków. Cały dzień rozbrzmiewa niezwykły śpiew ptaków. Wieczorami rechoczą żaby.
Z Chaiten popłynęliśmy promem całą noc do Puerto Montt i korzystając z pięknej pogody, jak najszybciej udaliśmy się w kierunku wulkanu Puyehue. Zwykle pada na nim deszcz, a my przez 4 dni mieliśmy bezchmurną pogodę. Krater wulkanu to otchłań o średnicy 2 km wypełniona na dnie lodowczykiem. Ostatni raz wulkan ten wybuchł w 1961 roku. Dużo ciekawszy od samego wulkanu jest widok na 7 olbrzymich stożków wulkanicznych wokoło, w tym najwyższe ponad 3500 m npm. Obok wulkanu Puyehue rozpościera się niesamowity płaskowyż pokryty pumeksem. Gdzieniegdzie pola czarnej lawy. Rośliny nie zdążyły zakorzenić się na nim po ostatniej erupcji wulkanu.
Tutaj były dzikie gorące źródła. I TO JAKIE!!!. Wielki strumień z wodospadami o temperaturze ok. 45 stopni !!! Zupełnie dziko, nawet brak ścieżki. Niebiańska kąpiel. Wokoło krajobraz jak na pustyni, tyle że wydmy nie z piasku lecz z pumeksu. Oczywiście namiot nad samym ciepłym strumieniem na trawce.
Dwie godziny marszu dalej były gejzery. I TO JAKIE!!!. Na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych w 4 małych dolinkach kilkadziesiąt stawów i stawików z bąblującą wodą, buchający dym, para wodna. Woda tryskała na wysokość do 2 metrów, w wielu miejscach para wodna przesłaniała cały świat, a wokoło fumarole, czyli syczace dziurki w ziemi, z których syczy para wodna, jak z gwizdka czajnika i osadzają się różne minerały z siarką na czele. Skały są więc niezwykle barwne wokoło. Wszystko oczywiście dzikie i w ciagu 3 godzin, gdy tam byliśmy nie było nikogo innego.
Z tego wulkanicznego krajobrazu pojechaliśmy nad Pacyfik na wyspę Chiloe do wioski Cucao i Parku Narodowego Chiloe. Nocleg na kempingu i daliśmy się namówić na Caballos, czyli 4 godzinną wycieczkę konną . Nigdy w życiu na koniach ani
Iwona ani Jurek nie jeździliśmy, a tu taka okazja. Cena jak w Łomiankach w stadninie koni, a przejażdżka z przewodnikiem po plaży nad Pacyfikiem i po lesie deszczowym poprzez jezioro i rzeki.
W jednym miejscu było tak głęboko, że koń miał brzuch w wodzie a nam nalało się do butów. Na plaży uprawialiśmy galop. Tzn. Jurek prawie spadł z konia, a koń Iwony pomaszerował dostojnie w przeciwnym kierunku, bo widocznie bał się bałwanów na Pacyfiku. W każdym razie już wiemy jak się jeździ konno.
Następnie poszliśmy na 4 dni na trekking wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Pacyfik jest tak olbrzymi, produkuje tak wielkie fale, straszliwie huczy, że Iwona nie mogła spać ze strachu w nocy.
Pierwszego dnia szliśmy po szerokiej plaży zbierając ciekawe muszle i obserwując kraby i wielometrowej wielkości porosty przyniesione przez fale. W nocy rozbiliśmy się na plaży w niewielkiej zatoczce otoczonej klifami. Co kilka lub kilkanaście sekund było głuche, głośne uderzenie olbrzymiej fali. Aż strach spać.
Cały następny dzień szliśmy przez gęsty i dziki las deszczowy po ruinach ścieżki, wybudowanej kilkanaście lub dwadzieścia kilka lat temu i obecnie prawie całkowicie zarośniętej, do niewielkiej zatoczki otoczonej zupełnie dzikim kilkusetletnim lasem. Tutaj znaleźliśmy malutkie trawiaste miejsce na szczycie przyladka, 30 metrów nad oceanem i z widokiem 360 stopni, 220 stopni z tego na ocean i wielkie rozbijające się o klif fale.
Następna noc była jeszcze lepsza. Rozbiliśmy się na punkcie widokowym. Jak zwykle w takich miejscach, w nocy rozszalał się sztorm. Oczywiście noc nie przespana ze strachu. Trudno było rozmawiać ze soba, taki strasznie głośny był huk oceanu. Fale były tak wielkie, że na przybrzeżnych skałach rozbijały się wznosząc kropelki wody na wysokość kilkunastu metrów. Przeżycie niezapomniane. Z wielką ulgą wróciliśmy wgłąb lądu.
Teraz jesteśmy w miejscowości Castro i po tych przeżyciach od 4 dni odsypiamy w hoteliku z widokiem na zatoczkę Pacyfiku, jakże inną i spokojną od otwartego morza! Na zatoczce od 2 dni cumuje jacht, na którym powiewa flaga kanadyjska i polska. Ciekawe kto to jest. Od opuszczenia polskiej ambasady w Santiago nie spotkaliśmy żadnego Polaka.
Relaks, odpoczynek, spanie, jedzenie i zwiedzanie miasta, i okolicznych miasteczek. A jest co zwiedzać. Wyspa Chiloe ma niezwykłą drewnianą architekturę. Domy pokryte gontem i przepiękne drewniane kościoły. Najciekawsza wydała nam się katedra w Castro, ogromna jak Katedra Św. Jana w Warszawie, ale cała z drewna!!! Inne kościoły są mniejsze, ale za to mają bardzo dużo ciekawych drewnianych detali.
Popłynęliśmy, też wczoraj, na sąsiednią wysepkę Quinchao, na której jest najbardziej zabytkowe miasteczko o nazwie Achao. Achao to miasteczko przesiadkowe dla archipelagu 10 wysp. Najbardziej ruchliwy port morski jaki w życiu widzieliśmy ze stateczkami, które co chwila odpływają, a inne przypływają. Cały ten ruch przesuwa się w gorę i dół molo wraz z przypływem i odpływem morza.
Jutro jedziemy na północ do miasta Temuco i miasteczka Pucon. Nad Pucon wznosi się wulkan Villarica 2800 metrów, jedyny czynny wulkan, na który można wejść. W głębi krateru jest podobno ciekła różowa lawa, a nocą wulkan daje różową poświatę. Spróbujemy na niego wejść.
Na koniec chcieliśmy napisać jakich ludzi spotykamy. Najwięcej podróżników jest z Niemiec, Holandii i Izraela. Dla Izraelitow jest to ulubione miejsce na ziemi. Przyjeżdżają tu na kilka miesięcy, a nawet rok. Spotkaliśmy księgową ze Szwajcarii na 6 miesięcznym bezrobociu, która mówi, że we wrześniu poszuka pracy i na pewno znajdzie, bo w Szwajcarii niedobór księgowych, a wogóle to bardzo dużo księgowych i informatyków podróżuje, bo łatwo o prace. Dużo ludzi po studiach, którzy popracowali kilka miesięcy i podróżują przez rok. Nie spotkaliśmy nikogo, kto miałby mniej niż 6 tygodni w podroży. Przeciętna podróż trwa 4 do 6 miesięcy , więc nie czujemy się osamotnieni.
Wszędzie, gdzie przyjeżdżamy, jesteśmy albo pierwszymi Polakami, albo byli jacyś Polacy kiedyś z raz. Np. w Punta Arenas w naszym hoteliku kiedyś nocował jeden Polak, który miał wąsy i wyglądał jak Lech Wałęsa. Gospodyni dziwiła się, że Jurek jest zupełnie niepodobny do Lecha Wałęsy...
Znani Polacy to Lech Wałęsa, Papież i w Argentynie Grzegorz Lato.


Pozdrawiamy

Iwona i Jurek

 

 Pucon, Chile 14.04.2000

Jesteśmy teraz w miasteczku Pucon u podnóża wulkanu Villarica. Wulkan wznosi się bezpośrednio nad miasteczkiem na wysokości 2800 m (Pucon leży na 300 m npm). Wulkan bez przerwy wydziela chmurę szarego dymu. Jest to najbardziej niesamowity wulkan w Chile. Wynajęliśmy przewodnika z agencji, który ma nas zaprowadzić na krater, jak tylko będzie dobra pogoda. Będziemy wtedy mogli zobaczyć bulgoczącą lawę w środku. Będziemy zaopatrzeni w maski gazowe, raki, czekany (wynajęcie oficjalnego przewodnika jest obowiązkowym wymogiem Parku Narodowego, inaczej nie wpuszcza na górę).
Dziś stawiliśmy się już pierwszy raz o 7.30 rano, aby się wspinać, jednak wulkan był w chmurze i przewodnik odradził. Po południu rzeczywiście się rozpadało. My zastępczo poszliśmy na wycieczkę na jego wschodnie stoki obserwując warstwy popiołów wulkanicznych, pumeksu i lawy oraz sam wierzchołek w pióropuszu dymu, gdy na chwilę wyłonił się z chmury. Wulkan ostatni raz wybuchł w sposób poważny w 1971 roku, kiedy zniszczył jedną wioskę i omal nie zalał lawą Pucon. W 1984 była mniejsza erupcja, gdy lawa płynęła po jego zboczach.
Śpimy na niedrogiej kwaterze i oczekujemy na poprawę pogody.

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

 Pucon, Chile 21.04.2000 - VILLARICA ZDOBYTA!!!

Wejście na wulkan okazało się łatwiejsze niż przypuszczaliśmy. Przewodnik wprowadził naszą ośmioosobową Amerykańsko-Japońsko-Polską grupę w ciągu 4,5 godziny na szczyt. Poza nami było jeszcze kilkanaście innych grup - łącznie tego dnia pewnie ze sto osób!!!
W trakcie zbliżania się do szczytu słychać było niesamowite dudnienie w nieregularnych odstępach, podobne do trzęsienia ziemi. Po chwili po takim dudnieniu nad kraterem unosił się wielki kłąb dymu. Okazało się, że mieliśmy szczęście i wulkan był wyjątkowo aktywny w tym momencie. Po wyjściu na brzeg krateru okazało się, że na jego dnie jest dziura do środka ziemi o niezbyt pokaźnych rozmiarach, oceniamy ją na 7x4 metra. Wnętrze dziury jest z brzegu rozgrzane do czerwoności, a im głębiej, tym bardziej białe. Co pewien nieregularny czas z tej dziury z ogromnym hukiem i siłą wypada coś pod ciśnieniem. Może to być gorący gaz, co zdarza się najczęściej, może być słup ognia o wysokości 30 metrów, a może być też lawa w formie pryskających, rozgrzanych do białości i czerwoności kamieni. Lawa jest najbardziej spektakularna. Tylko dwukrotnie w trakcie 1 godziny, którą spędziliśmy na szczycie prysnęło lawą. Lawa wyskoczyła na 30-40 metrów w górę i rozbryzła się po całym kraterze. Krater ma ok. 100 metrów głębokości i 300 metrów średnicy, więc żaden kawałek lawy nie doleciał do jego krawędzi, jednak wszyscy uciekli w popłochu, zakładając w biegu maski gazowe i mało kto poza Jurkiem wrócił, aby dalej robić zdjęcia. Wrażenia z krateru czynnego wulkanu są praktycznie nie do opisania, a podejrzewamy że nawet slajdy nie oddadzą w pełni tego zjawiska.
Następnego dnia była wyjątkowa pogoda, zupełnie jak w środku lata, więc pospiesznie wybraliśmy się na 4-dniowy trekking po wulkanicznych płaskowyżach od Wulkanu Villarica do dużo wyższego, choć wygasłego, wulkanu Lanin 3770 m na granicy z Argentyną.
Przez 4 dni była przepiękna ciepła i słoneczna pogoda, tzn. byliśmy ponad chmurami, ponieważ w dolinie utrzymywała się jesienna niska chmura. Wędrowaliśmy wiele godzin po niezwykłych, olbrzymich polach lawy, oglądaliśmy wygasłe stożki wulkaniczne i kratery. Podziwialiśmy jezioro o wodzie koloru różowego i podeszliśmy do stop wulkanu Lanin, który pokryty jest lodową czapą.
Teraz wróciliśmy na jedną noc do Pucon. Jutro wybieramy się autostopem do Santiago. Potem pojedziemy obejrzeć południową ścianę Aconcagua w Argentynie i dalej na północ Chile na pustynie Atacama.

Pozdrowienia i Życzenia Wielkanocne

Iwona i Jurek

 

 Iquique, 06.05.2000

Po Pucon dojechaliśmy autobusem do Santiago. Po Santiago pojechaliśmy pod Aconcague do Argentyny. Okazało się, że jest poza sezonem i nie ma już na szczęście żadnych opłat, ani zresztą żadnych innych trekkersów. Weszliśmy w 2 dni przy słonecznej pogodzie do stóp góry do Plaza Francia na 4200 m. Wielka ściana Aconcaguy wznosi się 2700 metrów w pionie od tego miejsca i bardzo przypomina Himalaje, a raczej Karakorum, pokryta lodowcami, a wokoło mniejsze suche góry. Okolice Aconcaguy nie mają żadnego lasu, tylko stepy i suche rośliny kolczaste. Z Aconcaguy schodzi dość duży lodowiec o długości kilku kilometrów z dużą ilością szczelin. Od 4000 metrów wszystko pokryte było już śniegiem. W nocy był duży mróz, w dzień temperatura tylko na godzinę czy dwie była po południu powyżej zera w słońcu. Były porywy silnego wiatru.
Trzeciego dnia załamała się pogoda i w zadymce śnieżnej uciekaliśmy na dół do drogi. Kilka godzin później byliśmy w ciepłym śródziemnomorskim klimacie nad Pacyfikiem, znów w Chile.
Aconcagua była najbardziej wysokogórskim przeżyciem naszej podróży. Podjęliśmy ostatnie i największe przedsięwzięcie autostopem 2000 km na północ przez pustynię Atacama. Po 5 dniach oto jesteśmy w Iquique na północnym krańcu Chile.
Atacama z początku była porośnięta niewielkimi krzakami kolczastymi, jednak przez środkowe 700 km w okolicach Antofagasty nie rosło wogóle nic, nawet najmniejsza trawka ani krzaczek ani kaktus. Droga jest przepiękna po górach wchodzących stromo do oceanu. Czasem góry są tak suche, że nie mają już skał tylko wyglądają jak wielka wydma. Co kilkadziesiąt-kilkaset kilometrów niewielkie mieścinki przy kopalniach.
Jutro jedziemy już autobusem do Arica i dalej do Tacna w Peru. Pojutrze do Arequipa. Potem pociągiem do Cusco i trekking pod Machu Picchu. Nie wiemy jak będzie w Peru z internetem, więc prosimy się nie denerwować, gdyby brakło maili od nas. Na pewno w La Paz w Boliwii jest internet, a jedziemy tam prosto z Machu Picchu.

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

 

 Arequipa, Peru, 9.05.2000

Peru nie takie straszne jak myśleliśmy. Oczekiwaliśmy, że znacznie więcej będzie tu biedy, kiepskie autobusy i hotele, kiepskie drogi, brak porządnych produktów zagranicznych w sklepach, a to wszystko po doświadczeniach przejazdu z Hiszpanii do Maroka przed kilku laty. Zaopatrzyliśmy się więc w niezbędne produkty, jak muesli, filmy slajdowe itd.
A tu niespodzianka. Najpierw po przekroczeniu granicy w Tacna wsiedliśmy do najbardziej luksusowego autobusu jakim w życiu jechaliśmy - najnowszy model Volvo z 4 telewizorami, na których cały czas leciały filmy z Hollywood w wersji oryginalnej z napisami po hiszpańsku.
Przejechaliśmy 380 km do Arequipy za ok. 15 złotych.... Droga asfaltowa, szeroka, wijąca się serpentynami wśród suchych pustynnych gór lub prosta jak strzała po płaskowyżu. Brak roślinności lub miejscami niewielkie trawki, lecz krajobraz przepiękny, wszystko w kolorach żółtym i pomarańczowym. Co kilkadziesiąt kilometrów rzeka płynąca w kanionie, wzdłuż rzek roślinność zielonych oaz, osady, pola uprawne. Gdzieś w górach wysoko już musi być mokro, dzięki czemu rzeki są obfite w wodę.
Dojechaliśmy do Arequipy. To dwumilionowe miasto, największe po stolicy Peru - Limie. Dzisiaj cały dzień wędrowaliśmy uliczkami starej, kolonialnej części miasta. Przepiękne kamienne kościoły, uliczki wybrukowane kamieniem, dziedzińce z fontannami i arkadami oraz drzewami. Miejscowy uniwersytet tak piękny, że chciałoby się postudiować. Ładnie utrzymane place miejskie z palmami i kwiecistymi krzewami, czysto, schludnie. W starych wnętrzach całe multum kawiarenek i restauracyjek. Ceny przystępne. Bardzo wiele sklepików i bazarów z wyrobami artystycznymi. Można dostać oczopląsów. Nie wiemy jeszcze co kupić.
Nad miastem wznoszą się dwa wulkany o wysokościach 5800 i 6000 m npm, których wierzchołki pokryte są wiecznym śniegiem. Patrząc z głównego placu ich szczyty wznoszą się ponad katedrą. Niezwykły widok.
Arequipa lezy na wysokości 2380 m npm, więc przewyższenie jest niezłe. Ta wysokość i suche powietrze daje w rezultacie bardzo ostre, gorące słońce w dzień, chłodne wieczory i zimne noce.
Jeszcze jedna zaleta Peru, to kawiarenki internetowe za jedyne 4 zł za godzinę. W Chile najtaniej było 8 zł za godzinę. Wielki wybór hotelików. My mieszkamy w kompletnym luksusie - hotel 2 gwiazdkowy za 20 zł od osoby.
Peru jest wspaniale i nas bardzo pozytywnie zaskoczyło. Ludzie bardzo sympatyczni. Czujemy się tu jak w Nepalu. Jedyne co zakłóca tę niezwykłą atmosferę, to ciągłe ostrzeżenia przed złodziejami.
Cały jutrzejszy dzień będziemy zwiedzać dalej Arequipę i odpoczywać po naszych 2000 km autostopem przez pustynię Atacama. Pojutrze wsiadamy do autobusu do Cuzco o 7 rano. Autobus ten ma jechać 12 godzin, po drodze pokonując przełęcz 4700m npm!!! Chyba będzie fajnie!!! Dawniej jeździło się do Cuzco pociągiem, 22 godziny, jednak ostatnio znacznie poprawiona została droga i obecnie autobus jest szybszy i być może wygodniejszy.

Pozdrawiamy

Iwona i Jurek

 

 Cuzco, Peru 13.05.2000

Autobus z Arequipy do Cuzco pędził jak szalony, pokonywał czterotysięczne przełęcze bez zwalniania i wszystkich wyprzedzał. Jechał 10 godzin i 45 minut z jedną przerwą 20 minut na posiłek i przyjechał o 1.15 godziny przed planowym rozkładem. Droga wznosiła się najpierw wśród kaktusów półpustyni, a potem po płaskowyżach Altiplano. Prawie cała trasa wznosiła się na wysokości ponad 4000 m npm. Wokół widać było 5-cio i 6-cio tysięczne wulkany pokryte śniegiem. Inne, mniejsze góry porośnięte trawami jak Bieszczadzkie połoniny. Wokoło pasły się Lamy i Alpaki. Wioski gliniane kryte słomą. Jeziora z ptactwem. Na najwyższej przełęczy (4700 m) trudno było oddychać. Mieliśmy ze 2 razy szybszy oddech, ale żadnych innych objawów choroby wysokościowej.
Pod koniec trasy zjechaliśmy stromo w dolinę porośniętą lasem już w dorzeczu Amazonki. Budynki z cegły glinianej i kamienia kryte czerwoną dachówką. Bardzo ciekawe kościoły. Ludzie ubrani kolorowo, panie w kapeluszach z 2 długimi warkoczami w falbaniastych spódnicach.
Cuzco to najbardziej turystyczne miasto Ameryki Płd. Trudno tu zrobić zdjęcie ulicy, żeby nie było obcokrajowca w kadrze. Zabytki prawie wszędzie. Praktycznie wszystko jest zabytkowe. Podmurówki z kamienia pamiętają Inków. Piękne balkony, wszystko rzeźbione, kościoły kamienne na każdym kroku zabytki klasy 0. Sklepiki ze sztuką i pamiątkami, kawiarenki, restauracje, hoteliki do wyboru. Muzyka peruwiańska na żywo w wielu knajpach. Przed knajpami kelner z menu zaprasza i zachwala. Na ulicach indianki w ludowych strojach z lamami pozują do zdjęć za opłatą. W sklepikach obowiązkowe targowanie się. Od 2 dni zwiedzamy miasto i oglądamy sklepy z pamiątkami, aby zakupić prezenty.
Nad miastem wzgórza, praktycznie dolina jest tak wąska, że miasto wchodzi na wzgórza ze wszystkich stron. Atmosfera i krajobrazy przypominają nam Kathmandu w Nepalu. Nad wszystkim w nocy góruje oświetlony Chrystus z rozłożonymi rękami z najwyższego wzgórza, jak w Rio de Janeiro.
Wokoło Cuzco jest pełno ruin Inków, lecz ich zwiedzenie pozostawimy na po Machu Picchu. Na razie zwiedziliśmy muzeum historii Inków i jesteśmy bardziej oświeceni co do ich kultury.
Jutro o 7.45 wyjeżdżamy pociągiem do stacyjki zwanej km 88, skąd będziemy szli przez góry wśród dżungli, ruin Inków i po wybrukowanej drodze Inków aż do Machu Picchu w ciągu 4 dni. To będzie nasz jedyny trekking w Peru.

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

 Machu Picchu, 18.05.2000

Pociąg z Cuzco jedzie najpierw zmieniając kierunek jazdy 6 razy i wyjeżdżając przez przełęcz do głębokiej doliny rzeki Urubamba. Dolina w 3 godzinie jazdy staje się niezwykle wąska. Pociąg przejeżdża przez tunele. Nie ma tu drogi samochodowej. Ponad rwąca rzeką wznoszą się dwutysięczne, prawie pionowe ściany porośnięte dżungla amazońska.
Dojechaliśmy do stacyjki Km 88 tj. w odległości 88 km od Cuzco i rozpoczęliśmy trekking z wysokości 2500m npm. Musieliśmy zapłacić 17 USD za wstęp. Po godzinie marszu były ruiny pierwszej wioski Inków. Wspaniałe ściany z kamienia, wszystko znakomicie zachowane. Na budynkach tylko brak dachów, tarasy dawnych pól uprawnych. Niektóre z wielkich okolicznych szczytów były kiedyś zamienione w tarasy uprawne aż do szczytów. Teraz wydaje się nieprawdopodobne, że tu wszędzie uprawiano ziemie i mieszkali tu ludzie, wśród tak stromych gór.
Następnie ścieżka wspinała się na 4200 m na przełęcz. Osiągnęliśmy ją 2 dnia marszu. Przez przełęcz prowadzi ścieżka zbudowana przez Inków. Znakomicie wyprofilowana, wchodziło się prawie bez wysiłku. Jedyne bardziej strome miejsca to schody, więc męczyły się nogi. Poza tym duża wysokość i rzadkie powietrze.
Trzeciego dnia ścieżka stała się jeszcze doskonalsza, cała wyłożona kamieniami z wygładzona powierzchnia. W 2 miejscach tunele. Tego dnia były 2 obiekty zabytkowe. Ruiny twierdz wspaniale położonych na wielkich wysokościach nad przepaścią schodzącą stromymi pionowymi kilkusetmetrowymi ścianami do dna doliny.
Ścieżka o szerokości 1,5 do 2 metrów wspaniale krążyła po pionowych zboczach górskich pokonując 2 kolejne przełęcze o wysokości 4000 m npm. Wokoło krążyły chmury. W dali widać było śnieżne szczyty, a na północnym wschodzie po horyzont dżungla amazońska.
Ostatnią noc spaliśmy na przełęczy 4000m npm. 4 dzień to zejście przez 2 kompleksy ruin schodami Inków na 2500m do samego Machu Picchu. Miasto jest tak wspaniale ukryte, że nie widac go dopóki nie przejdzie się przez bramę wejściową na niewielkiej przełączce. Wszędzie wokoło olbrzymie góry, dżungla i tak strome ściany, że nikt niepowołany i niezauważony nie może się do miasta zbliżyć. Machu Picchu robi olbrzymie wrażenie. Jest wspaniale. Bardzo tajemnicze. Jest dużo dziwnych obiektów, jak jakieś kamienie ofiarne, zakamarki, wieże, podziemne przejścia, labirynty budynków, ruiny czegoś zbudowanego z dużo wspanialej ociosanych i dopasowanych kamieni, prawdopodobnie świątyń.
Machu Picchu było szczególnie fenomenalne o zachodzie słońca, gdy wszyscy turyści już sobie odjechali. My siedzieliśmy do końca...
Teraz wróciliśmy do Cuzco. Jutro zwiedzimy okoliczne ruiny, zakupimy pamiątki i jedziemy do Boliwii. W Peru 28 maja są wybory prezydenckie, więc trzeba uciekać, bo może być zadyma.

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

PS. Zgodnie z prośbą przekazujemy informacje praktyczne o kosztach dotarcia do Machu Picchu.
1. pociąg Cuzco-Km88, gdzie zaczyna się trekking do Machu Picchu 4,5 USD od osoby
2. wstęp na trekking 4 dniowy 17 USD, w tym zawarty juz wstęp do Machu Picchu. (Jeżeli ktoś nie chce chodzić po górach, to może pojechać do samego Machu Picchu pociągiem za 4,5 USD i wziąć autobusik za kolejne 4 USD do samych ruin i zapłacić wstęp do samych ruin 10 USD. Powrót w ten sam sposob.
czyli trekking to łącznie USD 4,5+17+4+4,5 = 30 USD. My oszczędziliśmy na busiku z ruin do stacji kolejowej włażąc na zapchaną ciężarówkę dla miejscowych za 50 centów zamiast płacić 4 USD. Trzeba wykazać się wytrwałością, bo ciężarówka niezbyt chce zabierać obcokrajowców.

Bez trekkingu cena to USD 4,5+4+10+4+4,5 = 27 USD.

 Copacabana, Boliwia, 21.05.2000

Jeszcze o Machu Picchu. Pierwszy raz od wyjazdu z Polski zobaczyliśmy na północnym niebie nad horyzontem Wielki Wóz! Wskazywał na gwiazdę polarną, niestety poniżej horyzontu. Na południu był równocześnie Krzyż Południa. Poczuliśmy się bliżej domu. Znad Titicaci już Wielkiego Wozu nie widać. Znów jesteśmy bardziej na południu.
Ostatnią noc w Cuzco spędziliśmy wraz z naszymi przyjaciółmi z Izraela (których poznaliśmy jeszcze w Patagonii Argentyńskiej, gdy nie chciał ich nikt zabrać autostopem, bo było ich za dużo i sami faceci...) na dyskotekach. Okazuje się, że dyskoteki w Cusco są dużo fajniejsze niż w Polsce, zabawa trwa do białego rana i nikt się nie upija. Wszyscy miejscowi potrafią tańczyć sambę. Sceneria dyskoteki we wzorach Nazca i Machu Picchu, indiańskich bogów i szamanów. Tańczyliśmy do 3.30 nad ranem, po czym o 7.45 mieliśmy autobus.
Tym razem nie było tak kolorowo. Kupiliśmy bilet na jedną z tańszych linii. Po 3 godz jazdy reperowali silnik 2 godziny. Potem jechał 1,5 godz. Potem czekaliśmy 2 godziny aż naprawią silnik - w szczerym polu na wysokości 4200 m npm, na altiplano z widokiem na śnieżne szczyty. Potem złapaliśmy wypełnione kombi i dojechaliśmy w bagażniku do najbliższej wioski, skąd był lokalny, rozgruchotany autobus. Noc spędziliśmy w miasteczku 44km wcześniej niż zamierzaliśmy, bo minęło już 12 godzin i zrobiło się ciemno. (A mieliśmy jechać tylko 6,5 godz. autobusem do celu). Do tego wszystkiego strasznie chciało nam się spać po dyskotece.
Dziś korzystając z 4 kolejnych lokalnych środków transportu dotarliśmy do Boliwii. Jesteśmy nad jeziorem Titicaca. Jezioro jest ciemno niebieskie i nie widać drugiego brzegu, bo za daleko. Wokół pola uprawne i pagórkowate stepy. W dali śnieżne szczyty Cordilliera Real. Jutro będziemy zmierzać w ich kierunku.
Pierwsze wrażenia z Boliwii wskazują, że jest najbiedniejszą z dotychczas odwiedzonych krajów, za to kobiety chodzą w pięknych ludowych strojach i nie ma naganiaczy do hoteli, autobusów itd. Pamiątki można kupić, lecz nikt do tego nie namawia, przeciwieństwo Peru. To dopiero wrażenia z pierwszych godzin w Boliwii

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

 La Paz, Boliwia, 29.05.2000

W Copacabanie, w której obok katedry jest kaplica świeczek Matki Boskiej patronki Boliwii, ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że pielgrzymi modlą się o sprawy bardzo materialistyczne. Na bazarze kupują modele samochodów, domów i banknotów dolarowych i składają je w ofierze Maryi z nadzieją, że otrzymają prawdziwe. Podobno pochodzi to od kultu pewnego boga Inków, który tego typu prośby spełniał do końca roku kalendarzowego. Rysunki domów i samochodów są też na ścianach kaplicy zrobione woskiem ze świeczek, które w dużych ilościach są zapalane.
Nad Copacabaną jest wzgórze z drogą krzyżową. Na szczycie fenomenalny widok na jezioro Titicaca z wyspą Słońca, gdzie urodzili się pierwsi Inkowie. Stragany z modelami domów, samochodów i banknotów dolarowych.
Z Copacabany pojechaliśmy do miasteczka Sorata, u stóp Cordiliera Real. Sorata leży na 2700m npm, nad nią górują szczyty 6300 i 6400 m. Samo miasteczko to niszczejące budynki kolonialne z pięknymi ogrodami, dziedzińcami, balkonami, rzeźbieniami. Niektóre budynki są odnowione, szczególnie te, które są obecnie hotelami. Na środku miasta rynek porośnięty palmami. Dookoła góry, wioski na stromych zboczach, pola uprawne (kukurydza i pszenica).
W miasteczku najlepsza restauracyjka podaje polski barszcz, jako że dziadek właścicieli był Polakiem a właściciele nazywają się Resznikowscy. Polskiego nie znają.
Sorata, leżąc tylko na wysokości 2700m npm była dla nas znakomitym miejscem do odpoczynku, w przeciwieństwie do zimnego Altiplano, gdzie na 4000m jest ostre słońce, zimne powietrze i dostaje się zadyszki od wysokości.
Z Soraty poszliśmy na 3 dniowy trekking do stóp śnieżnych gór. Było tak dużo ścieżek wśród pól i wiosek, że wszyscy poza nami wybierali się z przewodnikiem. My kluczyliśmy, błądziliśmy, ale do celu w końcu trafiliśmy. Nocowaliśmy na przełęczy położonej na wysokości 4400m npm z widokiem na szczyty Illampu 6300m i Ancohuma 6400m na wyciągnięcie ręki.
Widzieliśmy też jezioro Chillata, piękne zielone, a w pobliżu ruiny cmentarza przedinkowskiej kultury Mollu, kompas wskazywał dewiacje 90 stopni. Ciekawe zjawisko.
Na halach pasły się lamy, owce, kozy, byki i krowy. Najfajniejsze były lamy. Mają przepiękne długie rzęsy i wysmukłe szyje.
Wczoraj przyjechaliśmy autobusem do La Paz. Stolica Boliwii zszokowała nas. Położona w wąwozie, w momencie jak się zjeżdża z Altiplano, płaskowyżu o wysokości 4000m, gdzie są tylko gliniane chałupki wiosek, i nagle na dnie wąwozu kilkaset metrów niżej wielkie miasto, z wieżowcami, szerokimi ulicami, korkami na ulicach. Centrum wygląda nowocześnie. Banki, sklepy, restauracje, kina, pełno bankomatów itp. Siedziby znajomych firm i linii lotniczych. Nad tym wszystkim góruje śnieżny Illimani 6400m.
Wszystkie ulice prowadzą albo pod górę albo z górki. Nasz hotelik, położony dość wysoko, ze 100m ponad centrum, powoduje że do centrum miasta schodzi się łatwo, powroty są dużo trudniejsze.
Ludzie mieszkający w Boliwii są zupełnie niepodobni charakterologicznie do pozostałych mieszkańców Ameryki Południowej. W sklepach często nie ma sprzedawcy, bo za mały ruch. Jak się za długo wybiera towar, to zamiast zachęcać do zakupu denerwują się i obrażają, często nawet odchodzą. Przy próbie targowania się, wolą nie sprzedać niż obniżyć cenę. Podczas trekkingu kobiety rzadko odpowiadały na pozdrowienia, wydawały się być obojętne. Jedynie dzieci uśmiechały się, prosiły o długopis lub chleb.
Zarówno w wioskach jak i w La Paz kobiety chodzą w ludowych strojach i pięknych kapeluszach.
Teraz wybieramy się na 5-dniowy trekking ścieżką Inków przez Cordiliera Real schodzącą do amazońskiej dżungli. Chcemy tez zwiedzić ruiny Tiachuanaco, stolicy przedinkowskiej cywilizacji w pobliżu La Paz.

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

 La Paz, 07.06.2000

Właśnie wróciliśmy z ostatniego, jedenastego trekkingu na naszej wyprawie. Ale jaki to był trekking!!!
Wybraliśmy się na niego nie z mapa, lecz z kartką papieru, na której przerysowaliśmy mapę w agencji trekkingowej w La Paz, gdyż mapy nie mogliśmy nigdzie kupić, a agencja nie chciała zgodzić się na jej skserowanie.
Najpierw pojechaliśmy 6 godzin autobusem z La Paz do wioski Chunavi na wschodnich, amazońskich zboczach Cordilliera Real, u stop szczytu Illimani 6400m. Okazało się, że tutaj, jak to w Amazonii, od 48 godzin leje deszcz! Było to dla nas całkowite zaskoczenie, bo w La Paz świeciło cały czas słońce. Autobus wysadził nas ok. 1 km przed wioska, ponieważ droga dalej była zbyt błotnista i zakopał się inny pojazd blokując całą drogę.
W strugach ulewnego deszczu dotarliśmy do wioski, i zaczęliśmy pytać mieszkańców o nocleg. Szybko znalazła się bardzo ludowo wyglądająca Indianka, która z radością wynajęła nam swoją chałupę. Tak oto zasmakowaliśmy agroturystyki w wydaniu boliwijskim.
Chata była gliniana. Dach miała z murawy, przeciekała w 5 miejscach, lecz nad łóżkiem była szczelna. Pod cieknącymi 5 miejscami były podstawione kubki i garnki. Podłoga to klepisko. Przed budynkiem mieliśmy zagrodę z chrumchającą świnią. Deszcz padał non stop całą noc.
Nad ranem rozpogodziło się trochę. Wiejskie dzieci przyszły nas obejrzeć o 6 rano. O 8 przyszła Indianka, zainkasowała należność - ok. 7 złotych i poszła pracować na pole.
Kiedy chmury się rozeszły, okazało się, że bezpośrednio nad wioską stoją 2 szczyty: Illimani 6400m i Mururata 5900m npm. Niesamowite wrażenie. Ruszyliśmy na szlak, jednak po 2 godz. znów zaczął padać deszcz i zrobiła się chmura. Wspięliśmy się na niewielki wzgórek (ok. 4000m) z trawiastym szczytem i rozbiliśmy namiot. Najpierw namiot doszczętnie zmoczył deszcz, a potem złapał taki mróz, że z namiotu zrobiła się twarda skorupa jak igloo, a my przeżyliśmy najzimniejszą noc od 5 miesięcy.
Szczęśliwie rano była piękna pogoda, więc ruszyliśmy. Przez kolejne dwa dni szliśmy ścieżką zbudowaną przez Inków wśród pięknych bezludnych hal. Nad nami krążyły kondory. Ścieżka Inków była może mniej doskonała niż ta koło Machu Picchu, lecz też miała schody, murki, odprowadzenia wody, kamienne mostki i była wyłożona kamieniami. To co niezwykłe, to fakt, że była kompletnie nie używana, miejscami zarośnięta trawą lub krzaczkami. Zupełnie jak spacer po zaginionym świecie. W pewnym miejscu, na rozleglej hali, 3 inne ścieżki Inków krzyżowały się z naszą. Każda prowadziła w inną dolinę. Kiedyś te tereny musiały być zasiedlone przez Indian. Jeszcze jedna ścieżka, fenomenalnie zbudowana, szeroka i wyłożona kamieniami odchodziła od naszej, była całkowicie nie używana, zarośnięta i niknęła niżej w dziewiczym lesie amazońskim. Byliśmy zafascynowani.
Drugą noc spędziliśmy na kolejnym szczycie górskim 4200m npm, z widokiem na bezkresne lasy Amazonii. Cudowny zachód słońca nad morzem chmur, i cudowny wschód słońca, które wyłoniło się znad mglistych lasów Amazonii. Potem cały dzień marszu prawie poziomą ścieżka, trawersem po grani lub w jej pobliżu. Cały czas przestrzeń, a w dole głębokie, zalesione wąwozy, wzgórza i brak śladów ludzi, poza naszą ścieżka Inków.
To było piękne. W końcu grzbiet górski, którym wędrowaliśmy, który dotąd pokrywały hale, obniżył się i wszedł w las. Tu nocowaliśmy nad strumieniem na wysokości 3200m npm, a towarzyszyły nam odgłosy dżungli.
Trzeciego dnia musieliśmy zejść 1500m w dół, do małego miasteczka Chulumani. TO DOPIERO BYŁO PRZEŻYCIE! Przez 7 godzin wędrowaliśmy zarośniętą ścieżką Inków, która zakosami, wąwozami, półkami skalnymi prowadziła przez dzikie ostępy puszczy amazońskiej. Przepiękne kolorowe ptaki, niestety nie do sfotografowania, śpiew ptaków, różne inne dziwne odgłosy, zatrzęsienie kwiatów, omszałe drzewa. Paprocie drzewiaste ok. 5 metrów wysokie. Najdziwniejsze rośliny. Bambusy najbardziej nam dokuczyły, bo najszybciej zarastają ścieżkę. Musieliśmy przejść przez setki albo i więcej pajęczyn. Atakowały nas dziwne muchy. Widzieliśmy pijawki. Ścieżka pomimo, że od 2 dni nie padało była wilgotna i śliska. Kamienie Inków omszałe. Robota Inków była mocno zarośnięta, ale podziwialiśmy w wielu miejscach kamienne murki-nasypy nawet 3-metrowej wysokości, a w jednym miejscu wykuty w pionowej skale półtunel.
Wyczerpani, choć pełni wrażeń, bez mapy, po 7 godzinach dotarliśmy do pierwszych ludzi, a już po ciemku, po 9,5 godziny marszu dotarliśmy do Chulumani. Nocą rozpętała się ulewa, która trwała kolejne 2 dni z niewielkimi przerwami.
Cudownie się spało w hotelu w Chulumani. Deszcz kapał po blaszanym dachu, a wokoło była chmura. Śpiewały amazońskie ptaszki i było ciepło.
Dziś w strugach deszczu wróciliśmy autobusem do La Paz. Od przełęczy w Cordiliera Real zrobiło się pogodnie. Na Altiplano świeci niezawodne słońce, ale jest chłodno.
Przez ten opis trekkingu zapomnieliśmy napisać, że przed wyruszeniem w góry byliśmy na wycieczce w Tiachuanaco. To ruiny stolicy przedinkowskiego imperium nad jeziorem Titicaca 70 km od La Paz. Dużo Amerykanów z przewodnikami, ciekawe rzeźby, ruiny świątyń. Przepiękna ceramika zebrana w muzeum.
Jutro udajemy się do najwyżej położonego dużego miasta świata. Jest to Potosi, ma 100 tysięcy mieszkańców i leży na wysokości 4100 m npm. Jest to zabytek na liście UNESCO, kiedyś 200 czy 300 lat temu było to największe miasto Ameryki Płd, gdy w pobliżu była olbrzymia kopalnia srebra. Teraz dawną świetność przypominają budynki kolonialne. Potem pojedziemy do Uyuni i 3 dni jeepem do San Pedro de Atacama w Chile przez salary i jeziora pełne flamingów. Stamtąd już tylko 20 godzin autobusem do Santiago.

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

 

 Potosi, 10.06.2000

Potosi to miasto, które w 1610 roku było największym miastem obu Ameryk, miało 160 tysięcy mieszkańców, a nad miastem wznosiła się góra Cerro Rico pełna srebra o wysokości 5100 m npm. Potosi leży na wysokości 4100 m. Obecnie Potosi ma 110 tysięcy mieszkańców, nad nim wznosi się Cerro Rico o wysokości już tylko 4800 m npm, bo szczyt został rozkopany. Reszta góry jest poryta jak ser szwajcarski wieloma kilometrami tuneli. Obecnie srebro jest już wyczerpane, a kopie się cynę, ołów i miedź. W górze jest czynnych 140 małych kopalń.
Dziś byliśmy w kopalni. Widzieliśmy górników w pracy, którzy tak jak 300 lat temu ręcznie wydobywają minerały. Jedyne narzędzia to młot, kilof, pręt i dynamit. Cały dzień żują liście koki, co dodaje im sił. Korytarze ciągną się jak labirynt. Gdzieniegdzie kapliczki lub rzeźby diabła, któremu składają ofiary z liści koki, spirytusu, papierosów, gdyż to on rządzi tam na dole.
Mieliśmy szczęście trafić na jedyną w roku uroczystość składania ofiar z lam dla Pacia Mamy czyli Matki Ziemi. Każda kopalnia kupowała dziś na targu 2 do 5 lam. Wieźli je potem do kopalni i przed wejściem podrzynali im gardło. Krew zbierali do misek i oblewali wejście do kopalń.
To było straszne. Zrobiliśmy cały film zdjęć i zrezygnowaliśmy z kolejnego, jutrzejszego dnia święta, gdy następne lamy mają być ofiarowane. Mięso z lam jest następnie smażone i jest wielka uczta. 140 kopalń x średnio 3 lamy = 420 lam zamordowanych co roku dla Pacia Mamy i szczęścia górników w poszukiwaniu kruszców i aby było jak najmniej wypadków.
Potosi to piękne miasto. Wąskie uliczki, przepiękne, stare budynki kolonialne, kamienne kościoły, rzeźbione balkony. Wieczorem tętni życiem. Piękne pasaże ze sklepami.
Jutro jedziemy autobusem do Uyuni, skąd jeepem do San Pedro de Atacama w Chile. 3 dni przez salary i jeziora z flamingami.

Pozdrawiamy,

Iwona i Jurek

 

 San Pedro de Atacama, Chile 14.06.2000

Udało się! Jeep się nie popsuł, tylko kilka razy kierowca poprawiał ustawienie gaźnika. Z Potosi bez trudu autobusem dotarliśmy w 7 godzin do miasteczka Uyuni. To najbardziej westernowskie miasteczko jakie w życiu widzieliśmy. Szerokie ulice, pusto, parterowe domy z gliny, prawie bez okien. Brakuje tylko kowbojów z bronią i barów z ruchomymi drzwiami. Wokoło płaskie altiplano, kurz, wiatr i bardzo zimno, pomimo że to tylko 3700m, czyli niżej niż Potosi. W nocy kran z wodą w hotelu zamarzł i nie rozmarzł do 10.30 rano.
Za 60 USD od osoby wykupiliśmy wycieczkę jeepem 3 dni poprzez bezdroża południowej Boliwii do San Pedro w Chile. Wsadzono nas do jeepa marki Toyota rocznik 1981 wraz z 2 Holendrami, 2 Brytyjczykami i 1 Australijką.
Pierwszego dnia obejrzeliśmy Salar Uyuni (sól po horyzont, 11000 km2 soli). Tylko na horyzoncie widać gdzieś odległe góry. Wrażenie jakby się było na Antarktydzie z białym śniegiem wokoło. Na środku salaru wyspa Isla de Los Pescadores, cała w kaktusach o wysokości do 8 metrów. Niesamowite wrażenie. Na salarze hotel cały zbudowany z soli, nawet łóżka i meble. Nocleg w małej wiosce.
Drugi dzien to jeziora z flamingami, cudownie kolorowe pustynne góry częściowo pokryte śniegiem, czerwona Laguna Colorada z białym wapnem na brzegach. Nocleg na 4200m, bez ogrzewania, wielki mróz. Rano szyby w hoteliku zamarznięte od wewnątrz, wszystkie ubrania na sobie, spiwór i 2 koce.
Trzeci dzień pobudka o 6 rano. Zimno. Słońce nie wzeszło. Jeep z zamarzniętymi szybami zawiózł nas do gejzerów. Duży teren z bulgoczącą wodą i fumarole buchające słupem pary na kilkanaście metrów w górę. Wszystko na wysokości 4840m npm. Wokoło śnieg i lód. Najwyższy punkt na trasie to przełęcz 4900m npm. Wszystkim zamarzały palce u rąk i nóg, lecz szybki zjazd na 4270m, gdzie gorące źródła spływające parującymi strumieniami do jeziora. Ponad 40 stopni. Wokoło mróz, na trawie szron. Co odważniejsi, w tym Jurek, zażywali kąpieli. Strój to majtki kąpielowe i czapka na głowie. Przy wyjściu z wody mrożący wiatr.
Później jeepem dalej do jeziora o pięknej zielonej wodzie i całe pasmo zaśnieżonych gór. Jeszcze kilka kilometrów i granica z Chile. Za granicą zamiana jeepa na chilijski busik, inny świat, asfalt, znaki drogowe.
W dole San Pedro, 2000 metrów niżej. Oaza na pustyni. Ciepło!!! Wreszcie drzewa i ptaki. Rozlokowaliśmy się w hotelu z oknem na ogródek i zamierzamy pełni wrażeń niesamowitych krajobrazów długo wypoczywać. Potem autobusem do Santiago i samolot do W-wy 22 czerwca. Boliwia to był kraj inny niż wszystkie.

Pozdrawiamy.

Iwona i Jurek

 

 Santiago, 20.06.2000

San Pedro de Atacama to malutka oaza na najsuchszej pustyni świata. Mieszka tam 1000 osób,które prowadzi kilkadziesiąt pensjonatów oraz restauracje, sklepy z pamiątkami i biura turystyczne. Fajne miejsce. Przez 3 dni i 4 noce głównie spaliśmy odpoczywając po trudach podróży przez Boliwię.
Drugiego dnia zdobyliśmy się na zorganizowaną wycieczkę nocną do Doliny Księżycowej. Ponieważ była pełnia księżyca, 5 godzin od 17 do 22 spędziliśmy bardzo przyjemnie. Zaraz po zachodzie słońca, nad pustynnymi sześciotysięcznymi górami Cordyliery Zachodniej Andów wzszedł księżyc. Obserwowaliśmy ten spektakl z wielkiej piaszczystej wydmy, a wokoło były różne dziwaczne skały, wąwozy i wzgórza. Potem w świetle księżyca, jak przystało na Dolinę Księżycową zwiedzaliśmy jaskinie, wąwozy i rożnorakie utwory skalne.
Trzeciego dnia zrobiliśmy 4 godzinną pieszą wycieczkę po okolicznych pustynnych górach, poprzez słabo zachowane ruiny Inków i Kordylierę Soli, której skały zawierają dużo soli i Dolinę Śmierci, w której podobno nie żyją żadne zwierzęta ani rośliny, nawet nie ma owadów. Przyjemna odmiana po nadmiarze owadów w Amazonii.
Czwartego dnia pojechaliśmy autobusem do Santiago. 23 godziny w autobusie, ale jaki luksus! Wygodne siedzenia, czysto, kanapka i kawa, koce na noc. Troskliwy steward. Sama przyjemność.
A w Santiago zima!
Nad miastem góry, które dawniej były czarno-żółte, obecnie pokryte są śniegiem. Widoki niesamowite. Jakby Zakopane zimą. Sezon narciarski już się rozpoczął. Ze wzgórza w mieście widać w oddali stoki narciarskie, wyciągi.
W samym Santiago kilkanaście stopni i niektóre drzewa zgubiły liście na zimę, choć palmy przypominają o lecie, a pomarańcze na drzewach świadczą o tym, że zima tu nie taka straszna. Zdjęcie palmy ze śnieżną górą w tle to też fajna zimowa sprawa.
Dziś jest wtorek. Planujemy wylecieć do Polski w czwartek rano. Jutro nasz ostatni dzień naszej 5'cio miesięcznej wyprawy. Smutno się żegnać z Ameryką Południową. To niesamowite miejsce, gdzie jest mnóstwo do zobaczenia i gdzie warto wrócić.
Co byście zrobili z ostatnim dniem w Ameryce Południowej?
My mamy 2 opcje.
1. Pojechać nad Pacyfik na plażę z palmami 2 godziny autobusem od Santiago.
2. Pojechać w góry na narty i zażyć białego szaleństwa na antypodach w końcu czerwca.....
Co Wy byście zrobili....

O tym co wybraliśmy opowiemy zapewne już w Polsce.

Pozdrawiamy.

Iwona i Jurek

Aconcagua (2007)

Galeria zdjęć z wyjazdu

Wszytko zaczęło się od maila o tytule "Lot do Ameryki" wysłanego przez Papę Saturatora 4 października 2006 r. na listę Jaremy., o następującej treści: Moi drodzy, Znajomy ma wolne miejscówki na grupowym bilecie lotniczym do Santiago de Chile wylot 30 grudnia przylot 22 stycznia (...) Jako opcję dla zainteresowanych podaję, iż znajomy organizuje wyprawę na Aconcagua ... A dalej było tak:

  • 30.12.2006 - Wylot z Warszawy do Santiago de Chile. Ekipa: Wojtek i Kasia (Liderzy), Andrzej, Edek, Henio, Iwona, Krzysztof, Marek, Staszek, Zbyszek.
  • 31.12.2006 - Przejazd wynajętym busem z lotniska do Mendozy. Mendoza jak na Sylwestra jest ku naszemu zaskoczeniu dziwnie uśpiona: puste ulice i lokale. Nowy Rok witamy więc według czasu polskiego i idziemy spać.
  • 1.01.2007 - Zwiedzamy miasto, a szczególnie olbrzymi park miejski San Martin.
  • 2.01.2007 - Od 8:00 pełna mobilizacja: wymiana waluty, zakupy w supermarkecie, wykupienie permitu (300 dol./os.). Po południu przejazd do Puente del Inca (2750 m n.p.m). Niestety Zbyszek musi wracać do Polski. Zostaje nas dziewięcioro.
  • 3.01.07 - muły wynoszą nasz bagaż do bazy Plaza de Mulas (4400 m n.p.m.), a my zatrzymujemy się w obozie Confluencia (3350 m n.p.m). Docieramy tam bardzo szybko, więc robimy sobie w ramach aklimatyzacji jeszcze kilkugodzinny spacer. W Confluenci jest punkt medyczny, bary, WC, woda, której nie trzeba uzdatniać.
  • 4.01.07 - Wszyscy świetnie się czują, ale postanawiamy jeszcze nie iść do PdMulas. Wybieramy się pod południową ścianę Aconcagui. Dochodzimy do Plaza Francia (4100 m n.p.m.). Dolina, którą idziemy jest imponująca nie tylko ze względu na to, że roztacza się widok na Aconcaguę, ale również ze względu na lodowiec.
  • 5.01.07 - Skoro świt wyruszamy do Mulas (wg mapy około 11 h marszu). Dolina Horcones dla jednych jest przekleństwem ze względu na pustynny jej charakter, dla innych błogosławieństwem z tego samego powodu. Obóz jest świetnie przygotowany na przyjęcie setek turystów. Znajduje się tu: punkt medyczny, bary (obiad ok. 10-15$), WC, prysznice (10 $), internet (15$ za 10 min), telefon satelitarny (15$ za 5 min). Wieczorem podziwiamy zachodnią ścianę Aconncagui w promieniach zachodzącego słońca. W nocy jest ok. -10oC.
  • 6.01.07 - wynosimy depozyt do Cambio de Alaska (Pendiente) (5350 m n.p.m.). Jest ciepło i bezwietrznie.
  • 7.01.07 - Wojtek, Edek, Andrzej, Krzyś i Henio wynoszą depozyt do Nido de Condores (5590 m n.p.m.). Kasia, Staszek, Marek i ja zostajemy w bazie, ale nie wylegujemy się na karimatach tylko chodzimy, aby jak najlepiej się zaaklimatyzować. Odwiedzamy położony w pobliżu Hotel Refugio (4370 m n.p.m.). Dużo pijemy płynów - wskazane jest około 4-6 l. Przypominają nam o tym lekarze.
  • 8.01.07 - Nasza czwórka i Krzyś wychodzimy do Alaski, aby tam zanocować. Pozostali mają odpoczynek w bazie. Nocleg na 5350 m n.p.m.. znosimy całkiem nieźle. Daje się nam we znaki tylko ból głowy.
  • 9.01.07 - Likwidujemy obóz w Alasce i idziemy do Nido de Condores. Po południu dochodzi reszta grupy. Marek znajduje świetny patent na zdobycie wody. Wynajduje wśród penitentów mikrowytopiska. Napełniamy wodą butelki i termosy. Bardzo się z tego cieszymy, bo oszczędzamy czas i gaz.
  • 10.01.07 - Wynosimy depozyt do Colery (5970 m n.p.m.). Jesteśmy oczarowani miejscem obozowym. Przypomina on zamek warowny. Są krużganki, mury, wieże... Wieczorem zaczyna mocno wiać.
  • 11.01.07 - Rano ciągle wieje. Trudno ustać na nogach. Wojtek zastanawia się czy nie powinniśmy zejść do bazy głównej i zaczekać na poprawę pogody. Całe szczęście na dole jest Krzyś, który dzień wcześniej zszedł wspaniałomyślnie do Mulas po zapasy jedzenia. Sprawdza prognozę pogody. Piątek i sobota mają być bezwietrzne i słoneczne. W niedzielę znów pogorszenie pogody. Zostajemy. O 15:00 Edek, Staszek, Henio i ja wychodzimy do Colery by rano atakować szczyt. Reszta ekipy odpoczywa w Nido. Zastajemy nasz depozyt nieco "wywirowany". Znów mieliśmy szczęście. W Colerze obozowali również Amerykanie i w nocy zabezpieczyli nasz namiot i jego zawartość.
  • 12.01.07 - O 6:25 wychodzimy z obozu. O wschodzie słońca widzimy... cień Aconcagua. Warto było iść tyle dni, by zobaczyć takie zjawisko. Tego dnia atakuje szczyt dużo ludzi: Amerykanie, Japończycy, Kanadyjczycy, Francuzi, Portugalczycy... Pogoda nam sprzyja: świeci słońce i jest bezwietrznie. Dobrze się idzie. Popołudniu zaczynają gromadzić się chmury. Najwcześniej na szczyt (6962 m n.p.m.) dochodzi Henio (13:50) i jeszcze przez moment widzi panoramę gór. Edek i Staszek godzinę później już mają gorsze widoki. Ja jestem na szczycie o 16:40 razem z Portugalczykami, którzy widząc, że idę "nieekonomicznie" (zbyt często się zatrzymywałam, żeby odpocząć) włączyli mnie do swojej grupy tłumacząc na czym polega ich metoda chodzenia. Wyglądamy jak desant robotów: krok do przodu-trzy oddechy-krok do przodu itd. Osoby schodzące patrzą na nas z zainteresowaniem. Metoda okazała się skuteczna - najwyższa góra Ameryki zdobyta! Razem schodzimy do Nido de Condores tzw. Escape Route. O 20:00 jestem w obozie.
  • 13.01.07 - to szczęśliwy dzień dla Kasi, Wojtka, Andrzeja i Marka. O 13:00 zdobywają szczyt. Na noc zostają w Colerze. A my likwidujemy obóz w Nido de Condores i schodzimy do Plaza de Mulas.
  • 14.01.07 - Popołudniu jesteśmy już razem w Plaza de Mulas. Zmęczeni i szczęśliwi. Wyprawa odniosła całkowity sukces. Wszyscy, którzy chcieli zdobyli szczyt! Wieczorem wypijamy dwa szampany i wypalamy jedno cygaro.
  • 15.01.07 - dzień zejścia do Puente del Inca. Nocujemy w hotelu, który był pierwotnie stacją kolejową (Sylwia, mówi, że 11 lat temu budynek stał pusty). Kolację jemy w byłej maszynowni kolejowej.
  • 16.01.07 - O 9:00 wyjeżdżamy busem do Vina del Mar w Chile. Nad Aconcaguą widzimy ciemne chmury - prognoza się sprawdziła. Mamy aż pięć dni na odpoczynek nad oceanem. Wynajmujemy dom (75 $/doba) blisko oceanu.
  • 17-18.01.07 - ocean, wino, słońce, ocean, wino...
  • 19-20.01.07 - wynajmujemy duży samochód i opuszczamy Vina del Mar w poszukiwaniu nowych wrażeń. I znajdujemy je :-)
  • 21.01.07 - Odstawiamy samochód do wypożyczalni na lotnisku i o 13:00 odlatujemy.
  • 22.01.07 - o 14:00 lądujemy szczęśliwie w Warszawie.

Dziękuje Papie Saturatorowi za wysłanie maila, Sylwii za pomoc w pracy, Eli, Lewanduczce i Agnieszce za rady, Wojtkowi i Kasi za odwagę zabrania mnie ze sobą i wspaniałe liderowanie zakończone sukcesem całej grupy, Edkowi za czary kulinarne i "dach" nad głową, Heniowi za dobre słowo w Colerze, Zbyszkowi za rozmowy, Staszkowi za bombonierkę, Krzysiowi za luz i uśmiech, Andrzejowi za pyszną herbatę w Nido i cierpliwe otwieranie drzwi, Markowi za bycie dowodem na to, że świat jest mały, Portugalczykom (Valdemar, Kata, Peixoto, Valeriano, Augusto, Abílio) za anielską pomoc, Rodzicom i Siostrze za modlitwę i wsparcie.
Iwona Szumacher

USA: Grand Canyon (2008)

Przypadki chodzą po ludziach. Taki właśnie przypadek rzucił mnie w okolicach września za ocean. Przypadek był tak miły i dokonał pracy zbiorowej, tak więc za oceanem znalazłam się koleżanką Olą. Kiedy dowiedziałyśmy się o wyjeździe, było dla nas jasne że:

  1. na szefie trzeba wymóc urlop
  2. wypożyczyć samochód
  3. udać się ok. 800 mil w głąb lądu od zachodniego wybrzeża

I tak stanęłyśmy oko w oko z przygodą pt. ,Wielki Kanion - bez rezerwacji".

W przewodniku czytamy: ,Wielki Kanion - głęboki na 1,5 km, długi na 446, osiągający szerokość 29 km jest słusznie uznawany za jeden z cudów świata. Co roku kanion zwiedza 4 miliony osób, które przemierzają go pieszo , na mułach lub pontonami." Nic więc dziwnego, że rzeczą podstawową w Wielkim Kanionie jest ... rezerwacja.

W opowieści udział biorą

  1. Ola
  2. Ela
  3. Dodge
  4. Permit

Do Wielkiego Kanionu, a dokładnie na południową jego krawędź wyruszyłyśmy z Las Vegas. Zostawiłyśmy za plecami tysiące kasyn gdzie babcie zmagają się z jednorękim bandytą i, żegnane tańczącymi w rytm melodii " time to say goodbay" fontannami wyruszyłyśmy w drogę. Do Wielkiego Kanionu prowadziła nas osławiona" 66 route" -droga, kiedyś łącząca Chicago z Los Angeles a teraz stanowiąca atrakcję turystyczną. Tak jak my klimat dawnych czasów wspominamy odwiedzając ,Bar u Wołodii czy muzeum pomników Lenina" tak route 66 pielęgnuje blaszane baraki, opuszczone dawno osady, lekko zardzewiałe wraki samochodów. Krajobraz co jakiś czas urozmaicają sklepiki ( zupełnie jak nasze GS-y) czy stacje benzynowe , przed którymi parkują chyba zupełnie prawdziwi kowboje ( tacy w kapeluszach i dżinsach, nucący country),a w przydrożnych restauracjach można zjeść mega porcję ciasta z nadzieniem czekoladowym i lodami podaną w ... blaszanym rondelku.

W takim klimacie podążamy w kierunku Grand Canion Villige. Wioska leży na południowej krawędzi Kanionu, stanowiąc bazę wypadową lub ( dla wielu) - docelową zwiedzania Wielkiego Kanionu. Jest otoczona drogimi hotelami, w których i tak rezerwacją należy czynić... kilka miesięcy wcześniej.

Po opuszczeniu ,route 66" skręca się w lewo j jedzie prostą jak przysłowiowy drut drogą - 50 mil. Jest to niesamowite wrażenie, kiedy zbliżasz się do celu drogi, okrzykniętego cudem świata, wypatrujesz, czy gdzieś tam w oddali nie majaczy wzniesienie, skała itd. Nic z tego ... jedziesz prostą drogą , po obu stronach gdzieniegdzie jakieś pojedyncze domy, powoli zaczynają pojawiać się hotele, McDonald, Imax i ... wreszcie budki strzegąca wstępu do parku. Przy wjeździe dokonuje się zakupu karty wstępu na siedem dni ( niezależnie ile dni faktycznie planuje się tam spędzić), dostaje się lekko skomplikowaną jak na moje zdolności mapę wioski, i można już udać się dalej. Napięcie rośnie. Wreszcie z bijącym sercem dopada się parkingu i ?.podąża za grupką turystów do jednego z punków widokowych.

My dotarłyśmy do Grand Canion Vilige o zmierzchu. Ukazał nam się majestatyczny, w niewyobrażalny sposób wyrzeźbiony po horyzont, mieniący się tysiącami odcieni pomarańczy i czerwieni w zachodzącym słońcu. Turyści próbują uchwycić i zostawić dla siebie cząstkę tego pięknego spektaklu. Jedni gorączkowo biegają z aparatem fotografując się z każdą cząstką kaniony, chcąc utrwalić bodaj każdą skałę, inni szukają , swojego kącika" siadają i patrzą ... aż kanion powoli zniknie w mrokach nocy.

Zmrok zapada szybko. Pora zadbać o doczesność i cielesność naszego bytu a więc nocleg i jedzenie. Z rzeczy godnych wspomnienia, Grand Canion Villige posiada:

  • Market z przysłowiowym ,mydłem i powidłem. Można tam kupić prawie wszystko- począwszy od masła orzechowego, poprzez specjalistyczny sprzęt turystyczny, skończywszy na magnesach z , Winetou"
  • Bar samoobsługowy całkiem nie najgorzej żywiący. Posiada również gdzieniegdzie gniazdka elektryczne ( niestety cieszą się dość dużym powodzeniem)
  • Kempingi, gdzie już trochę łatwiej ze znalezieniem wolnego miejsca (posiadają również prysznice z ciepłą wodą - oczywiście po wrzuceniu kilku ćwierćdolarówek)

Tej nocy nocowałyśmy na kempingu ( w październiku właściwie nie ma problemu z miejscem). Już przy rozbijaniu namiotu lekko kargulały nam ręce. Wymieniłyśmy kilka fachowych uwag na temat optimum cieplnego naszych śpiworów, odziałyśmy się we wszystkie ciepłe ciuchy jakie posiadałyśmy, z nadzieja popatrzyłyśmy na folię termoizolacyjną i ... poszłyśmy spać.

Rano obudziłyśmy się z ogromnym pragnieniem gorącego prysznica i jeszcze bardziej gorącej herbaty i mocnym postanowieniem znalezienia jakiegoś dachu na następną noc. Po straceniu kilku godzin cennego czasu stało się dla nas jasne, że Grand Canion i okolice składa się z bardzo , cennych" hoteli, nie na naszą kieszeń, a i tak rezerwacji powinnyśmy dokonać kilka miesięcy wcześniej. Powstał plan alternatywny- nocujemy w dodge, sprawdziłyśmy stopień rozkładalności foteli, wypatrzyłyśmy kemping zaraz za granicami parku ( w parku jest zakaz nocowania na parkingach), ustaliłyśmy z właścicielem warunki (nie rozbijamy namiotu, nie mamy przyczepy kempingowej - nic nie płacimy i sprawę noclegu uznałyśmy za zakończoną. Pomysł nocowania w dodgu okazał się zbawienny. Rano wszystko w około pokrywał szron.

Wielki Kanion można zwiedzać na co najmniej dwa sposoby, albo samochodem jadąc wzdłuż krawędzi i zatrzymując się przy wyznaczonych punktach widokowych albo/i biorąc plecak i podążając w kierunku rzeki Kolorado. O ile ten pierwszy punk zalicza każdy - i słusznie, bo widoki (powiem nieco patetycznie) zapierają dech w piersiach - o tyle śmiałków pragnących znaleźć się" na dnie" nie jest tak wcale dużo. Powody są przynajmniej trzy:

  1. Czynność określana jako trakking nie mieści się w podzbiorze ,zainteresowania"
  2. Czynność -trakking mieści się w podzbiorze zainteresowania, ale delikwent jest skutecznie zastraszony przestrogami o zagrożeniu zdrowia i życia umieszczonymi na każdym z miliona plakatów w Grant Canion Villige.
  3. Czynność -trakking mieści się w podzbiorze zainteresowania, delikwent nie daje się tak łatwo zastraszyć, ale nie może uzyskać... permitu

Już wszystko wyjaśniam. Cała Grant Canion Village jest wprost wytapetowana plakatami informującymi, ze co roku ok. 360 zdrowych, silnych mężczyzn naraża swoje życie gdyż chcą pokonać w jeden dzień trasę od krawędzi kaniony do Kolorado (i powrotem). Dalej następuje szczegółowe wyjaśnienie co brać i jak zachowywać się w kanionie aby zachować życie doczesne.

Skoro na jeden dzień trasa jest zbyt wyczerpująca to może dwa. I tu pojawia się problem pt. permit. Grant Canion jest podzielony na kilka stref. Żeby w którejś z nich nocować trzeba mieć pozwolenia ( rzeczony permit) na właśnie tę strefę (często na określone miejsce na określonym kempingu, których oczywiście jest bardzo mało a ilość miejsc jest limitowana i ściśle monitorowana). Wniosek: zanim zaczniesz schodzić musisz wcześniej mieć dokładnie zaplanowana trasę, nie możesz jej zmienić ani zabłądzić (bo wtedy poznajesz inne kluczowe słowo - ticket i nie chodzi o bilet na kolejkę linową), musisz mieć wystarczająco siły by dotrzeć do wyznaczonego miejsca (inaczej wiesz co to jest rangers i ticket) i musisz najlepiej z kilku miesięcznym wyprzedzeniem zarezerwować miejsce na kempingu (faxem - a nie e-mailem).

Najbardziej uczęszczaną trasa w Grant Canionie jest szlak Bright Angel. Można tam nocować bądź na kempingu w połowie drogi pomiędzy południową krawędzią a Kolorado- Indiana Garde,) bądź na dnie kanionu w Bright Angel campground. Jest tam tez schronisko (Phantom Ranch), ale to już trzeba rezerwować chyba na kilka lat wcześniej a i tak rano dzwonią i potwierdzają, ze jest miejsce (w domyśle- może go nie być).

Ceniąc swoje życie udałyśmy się w celu zdobycia permitu. Pozwolenie wydawane są w jednym z centrów informacyjnych w Grand Canion Villige. Można tam uzyskać dość wyczerpujące informacje na temat szlaków, czasów i organizacji turystyki w kanionie. Można tez kupić mapę. Pan informuje jeszcze raz o zagrożeniach, a na pytania co by się stało gdyby... odpowiedź jest właściwie jedna- rangers i ticket. Uzyskałyśmy informacje, że oczywiście na dnie kanionu nie ma żadnych wolnych miejsc w przeciągu najbliższych dni ( o dalsze terminy nie pytałyśmy), ale jakimś cudem na następną noc jest wolne jedno miejsce na dwuosobowy namiot na Indiana Garden - bierzemy, to i tak ...cud.

I tak, wyposażone w mapę, permit wyruszyłyśmy głąb Wielkiego Kanionu i rozpoczęłyśmy wędrówkę po..." ujemnych górach". Pierwszy raz rozpoczęłyśmy chodzenie po górach od schodzenia. Trzeba przyznać, że wędrówka po Wielkim Kanionie stanowi nie lada rarytas. Otwarta przestrzeń, nie ograniczone niczym widoki ,po horyzont", zbocza od czasu do czasu porośnięte roślinnością nam znaną tylko z kwiaciarni: kaktusy, juki, i masa innych ...i oczywiście wszędobylskie szare wiewiórki. Do tego wygodna, szeroka droga , którą równie często ja piesi turyści podążają... muły+ turyści. Droga od krawędzi do dna kanionu (rzeki Kolorado zajęła nam... 4 godziny, miałyśmy wiec trochę czasu, by pobałamucić: pomoczyć nogi w Kolorado, zatrzymać się na popas w Phantom Range.

Droga Bright Angel w pełni zasługuje na swoją sławę - początkowo biegnie wzdłuż Kolorano, tak że wędrując ma się z jednej strony wartki nurt rzekli, z drugiej zbocza pokryte piaskiem i pustynną roślinnością. Później szlak odbija biegnąc wzdłuż strumienia, urozmaiconego wodospadami. Roślinność staje się coraz bujniejsza, na trasie, raz po raz pojawiają się potoki do pokonania dla dzielnych piechurów, I tak dochodzi się do zatopionego pomiędzy drzewami Indiana Garden.

Na dziś koniec wędrówki. Pokonałyśmy ok. 3/4 trasy. Dopadamy jedynego wolnego miejsca. Po około 10 min. pojawia się rangers, sprawdzający nasz permit (uff, nie zgubiłyśmy go - dodam, ze w czasie wędrówki musi on być przyczepiony w widocznym miejscu). W Grand Canionie zmrok zapada szybko. Rozbijamy namiot (tu przynajmniej temperatura- komfort), ładujemy jedzenie, mydło, pastę do zębów do pojemników antywiewiórkowych, plecaki wieszany wysoko na specjalnie przygotowanych drążkach. Wraz ze zmrokiem cichną powoli odgłosy kempingu. Niech żyje permit.

Następnego dnia - jeszcze kilkugodzinna wycieczka (bez obciążenia) do plateau pt., skąd rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na Colorado River, a później monotonna wspinaczka w górę, gdzie czeka na nas prysznic, ciepłe jedzenia i dodge. Przed nami jeszcze droga ok. 50 mil, bo następną noc zamierzamy spędzić w , Route 66 motel".

Po wielkich ujemnych górach pozostały nam zupełnie dodatnie... zakwasy (czy jak kto woli mikrourazy) i wspaniałe wspomnienia. I oczywiście permit (w załączeniu- polecamy dokładnie przestudiować)

Ela Karpińska- Gasztoł i Ola Kruszyńska.

 

 

Boliwia - listy z podróży


Listy z podróży Mariusza Jachimczuka do Boliwii.
Zapraszamy do ciekawej relacji z  podróży.

List 1, 10.05.2007
List 2, 15.05.2007

10.05.2007

Pozdrawiam z Boliwii.
W tym roku miałem nie pisać maili, ale tak wyszło ze utknęliśmy w Amazonii i czekamy na lepsza pogodę i wznowienie lotów...
Jesteśmy tu już 2 tygodnie. Na początku zwiedziliśmy bardzo ładne kolonialne miasto Sucre, później pojechaliśmy do Potosi. To drugie to jeszcze ciekawsze miejsce, położone na wysokości ponad 4 tys.m. Było kiedyś najbogatszym miastem w Ameryce Łacińskiej a z pobliskiej góry do dziś wydobywa się srebro i cynk. Mieliśmy okazje pochodzić dłuższą chwile po korytarzach tej nadal czynnej kopalni - warunki trudne do wyobrażenia - gorąco, ciasno, wilgotno i nie mam czym oddychać. A nada pracuje tam kilkanaście tysięcy ludzi!
Później pojechaliśmy do miasteczka Tupiza i stamtąd ruszyliśmy w pięciodniową wycieczkę po salarach, lagunach i wulkanach. Zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Niezwykle kolorowe laguny, gorące źródła, stare opuszczone wioski i na koniec największy salar na świecie. Całą tę trasę pokonuje się w samochodzie terenowym na wysokości od 3600 do prawie 5000 metrów. Żeby więc odpocząć od siedzenia w aucie weszliśmy jeszcze na jeden z ładniejszych w okolicy wulkanów Licancabur. Znajduje się on na granicy z Chile i ma 6000 m (ale bez 40). Wspinaczka w stylu wejścia na Kilimandżaro, bez dobrej aklimatyzacji wchodzi się tam w ok. 8 godzin. Nie ma tam śniegu ale w kraterze można zobaczyć chyba najwyżej położone jezioro na świecie (jakiś 5900). Widoki oczywiście niesamowite, zarówno na kolorowe laguny jaki góry po stronie chilijskiej.
Później przez La paz dotarliśmy do Rurre w Amazonii i tu utknęliśmy. Wybraliśmy się na 3 dniowa wycieczkę na pampę i ostatniego dnia przyszło załamanie pogody. Padało przez dwa dni praktycznie bez przerwy. Z powrotem ledwo co dotrawiamy do miasta jadąc landrowerem w nocy, przez zalane drogi i mijając zakopane w błocie pojazdy. Amazonia pokazał nam swoje oblicze - inne niż się spodziewaliśmy, nie znaleźliśmy anakondy (godziny łażenia w błocie!), piranie tez nie chciały się pokazać - wracamy zmarznięci i przemoczeni.

Teraz siedzimy i czekamy aż wznowa loty - samochodem terenowym wydostanie się stad to ponad 20 godzin jazdy.

Serdecznie pozdrawiam
Mariusz

Ps. W amzanonii udało nam się jednak popływać z różowymi delfinami - super sprawa

15.05.2007

Cześć

Szczęśliwie udało nam się wydostać z Amazonii. Małym samolocikiem dolecieliśmy do La Paz. Ponieważ wypadły nam dwa dni musieliśmy zmienić plany. Pierwotnie planowaliśmy wejść na piękny wulkan Parinacote (6330m). Jednak po Amazonii nie czuliśmy się najlepiej, nasze żołądki pracowały jakoś dziwnie i aklimatyzacja zdobyta na Liankaburze okazała się nie najlepsza. Na początek pojechaliśmy w góry w rejon Condoriri. Zdecydowaliśmy się na wejście na piękna górę Peqenio Alpamayo (góra ta swoim wyglądem przypomina słynne duże Alpamayo). Wspinaczka była bardzo ekscytująca, co prawda to tylko 5350 ale w 90 % śnieg i lód a pod szczytem eksponowane i dosyć strome odcinki. Góra ta dala mi w kość dużo bardziej niż o 600 metrów wyższy Licancabur. Sam rejon Condoriri to piękne jeziora, lodowce i słynne szczyty m.in. tzw. głowa Condora.
Później pojechaliśmy do Copacabany nad jeziorem Titicaca. Jest to bardzo przyjemne małe miasteczko. Tutaj znajduje się katedra z rzeźbą matki boskiej z XVI wieku - jest to miejsce do którego udają się tysiące pielgrzymów każdego roku. To co było najbardziej fascynujące to ceremonia święcenia samochodów. W każdą niedziele przed katedrą ustawiane są samochody (również autobusy i ciężarówki), są one myte i strojone kwiatami a następnie święcone przez kapłanów. Później wszyscy robią pamiątkowe zdjęcie całej rodziny z samochodem i zaczyna się zabawa - odpalane a petardy, leje się piwo i szampan. Właściciele oblewają spienionym alkoholem kola, silnik i kierownice. To wszystko jest bardzo autentyczne i niesamowite. Ja nie moglem odmówić i z kilkoma właścicielami wypiłem szklaneczkę piwa.

Później popłynęliśmy na Wyspę Słońca. Ruiny budynków poinkaskich nie są specjalnie imponujące, ale widoki i przyroda bardziej przypominają morze śródziemne niż Amerykę Południową. Bardzo przyjemnie chodziło nam się po wyspie - przeszliśmy ja nawet z północy na południe.

Juro ostatnie zakupy w la paz i powrót do polski. Boliwia to piękny i ciekawy kraj. 19 dni to jednak za mało czasu, żeby odwiedzić wszystkie ciekawe miejsca...

Pozdrawiam serdecznie
Mariusz

Brazylia, Argentyna i Chile (2009)

Sao Paulo, 30.01.2009

Hej!

Nugaciaki znów w drodze.

Tym razem meldujemy się z Sao Paulo. Tu rozpoczynamy nasz rajd po Ameryce Południowej: odwiedzimy Brazylię, Argentynę i Chile. Sao Paulo jest miastem mało intrygującym. Setki brzydkich betonowych wieżowców, dużo drutu kolczastego na ogrodzeniach, murali i tylko kilka ciekawych zabytków. Nr. 1 jest panorama miasta z 35 pietra Edicicio Altino Arantes. Niesamowitym miejscem jest Instytut Butantan. To ośrodek badań biologicznych, fabryka surowic i szczepionek, szpital tropikalny oraz wystawa jadowitych węży i pajaków w jednym.

Wiolce bardzo podobała się ulica Oscar Freire. Pełna sklepów í concept store´ów, wśród których była Galeria Melissa, gdzie został dokonany zakup designerskich, plastikowych (!) butów...

No i trzeba wspomnieć o mieszkańcach. Mało kto mówi w obcym języku, ale jak ktoś mówi, to zawsze zapyta się, czy czegoś nie potrzeba mniej lub bardziej zagubionym cudzoziemcom:)

A za dwie godziny będziemy już siedzieć w autobusie do Foz do Iguacu.

Pozdro

Nugaciaki

Wodospady Iguazu, 05.02.2009

Hej,

przesunęliśmy się trochę na mapie - S 25 35`51", W 54 34`02". Przemieszczenie nastąpiło naprawdę wygodnym autobusem. W 16 godzin...

Mamy za sobą Wodospady Iguacu/Iguazu, obejrzane zarówno ze strony brazylijskiej, jak i argentyńskiej. Brazylijczycy maja trochę mniej tych wodospadów, ale chyba większy rozmach. Tak czy inaczej w tłumie (niestety) jeździ się autobusami, pociągiem, motorówkami i na prywatnych nogach oglądając te cuda. Poczuć na twarzy deszcz kropli wody z Garganta del Diablo - bezcenne :)

A do tego coati (jak to jest po polsku?), całkiem spore jaszczurki i masa różnych innych stworzeń latających i pełzających.

Na deser oczywiście kąpiel na Isla San Martin - dookoła wodospady oplecione dżunglą, żar leje się z nieba, a tu taka fajna woda...

Jutro zawitamy do Mendozy, sprawdzić jak oni robią to wino.

Wiolka i Adam Nugaciaki

Santiago de Chile, 5.02.2009

Hej!

Tym razem piszemy z Santiago (S33 26´19´´, W70 38´35´´), ale najpierw trochę o argentyńskiej Mendozie. Spędziliśmy w tamtej okolicy dwa dni. O ile samo miasto poza ciekawym układem placów w centrum - duża Plaza Independencia otoczona regularnym wianuszkiem 4 mniejszych placyków - nie ma zbyt dużo efektownych zabytków, to okolica ma naprawdę dużo do zaoferowania. Z regionu Mendozy pochodzi 70 % argentyńskiej produkcji wina. Głównie Malbeca. Wybraliśmy miejscowość Maipu, gdzie bierze się rower i ocienionymi alejami jeździ od bodegi do bodegi... Di Tomasso najbardziej przypadła nam do gustu :) Oprócz winiarni maja tam tez wytłaczarnię oleju z oliwek, fabryczki likierów, dżemów, sosów i czekoladek. Człowiek po takim dniu wraca naprawdę w dobrym humorze ;)

Z Mendozy ruszyliśmy autobusem do Santiago de Chile. To naprawdę emocjonujące 7 godzin. Jedzie się przez Andy, osiągając prawie 3000 m. na przejściu granicznym Los Libertadores. Wokół góry po 6000 m n.p.m. z hakiem. W tym Aconcagua.

Chilijscy celnicy rzeczywiście są skrupulatni - wszystkie bagaże są prześwietlane, a my stoimy w rządku jak na jakimś policyjnym przesłuchaniu. Ludzie w panice wyrzucają ostatnie jabłka i butelki z soczkami. Dookoła plakaty grożące horrendalnymi karami za przewóz jogurtu czy miesiwka. Jakąś Peruwiankę maglują za brak stempelka... Przechodzimy kontrole na szczęście bez strat.

Santiago to pierwsze miasto, które ma w miarę europejski poziom rozwoju. Oczywiście odbija się to na egzotyce, ale zawsze dobrze jest przez chwile poczuć się trochę jak w domu. Świetne Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej, romantyczne Wzgórze Św. Łucji, Palac La Moneda, a w tle Andy.

Dziś drugi dzień i wieczorem wreszcie ruszamy na południe, do Punta Arenas, Torres del Paine i Tierra del Fuego!

Wołają nas już na śniadanie...

Wiolka i Adam Nugaciaki