Rumunia (2003)

21 czerwca - 6 lipca 2003

W roku 2003 postanowiliśmy zorganizować wyprawę do Rumunii. Chcieliśmy zwiedzić część Bukowiny, wraz z jej Malowanymi Monastyrami i wsiami, gdzie nadal mieszkają Polacy. Następnie zawitać w Branie i Rasnovie, by choć trochę otrzeć się o legendę Drakuli oraz poczuć klimat Transylwanii w jednym z jej najsłynniejszych miast - Brasovie. Dalej zaplanowaliśmy trekking po najwyższym paśmie Karpat Południowych Muntii Fagaras zwanych również Alpami Transylwańskimi. Na koniec zaś postanowiliśmy przejść główną granią Muntii Retezat, słynących z wielu przepięknych jezior i niezwykle urozmaiconej rzeźby terenu. 
Zainteresowanie przeszło nasze oczekiwania i w 13-osobowej grupie wyruszyliśmy na spotkanie przygody w kraju, który nadal wzbudza mieszane uczucia - od zachwytu po głębokie obawy. Kraju, w którym burzliwa historia splata się z niesamowitą przyrodą. Monumentalne góry i niezliczona ilość zabytków sprawiają, że każdy znajdzie w Rumunii miejsce dla siebie, by rozwijać zainteresowania i napawać się niezapomnianymi wrażeniami. 
Przeżyjmy wiec raz jeszcze, dzień po dniu, tę niezapomnianą wyprawę, w której udział wzięli: Magda, Monika, Maja, Monika zwana Dragonem, Ela (naczelny lekarz wyprawy), Monika OK, Joanna, Ewa, Adam, Krzysiek i Zbyszek oraz my - Iza i Radek, czyli główni sprawcy. 



Dzień 1 - Podróż

Zbiórka została ustalona o godzinie 5:45 w Hali Głównej Dworca Centralnego w Warszawie. Komplet uczestników zjawił się o czasie, więc już o 6:15 wyruszyliśmy pociągiem relacji Warszawa - Rawa Ruska do Bełżca. W Bełżcu czekały umówione busy z Biura Turystycznego "Quand", które zgodziło się naszą wycieczkę zawieźć do Rumunii. Podróż minęła bardzo szybko i sprawnie. Jechaliśmy trasą przez Lwów, Czortków, Tarnopol, Zaleszczyki do Czerniowiec i dalej przez granicę do Putnej - punktu startu naszego przejścia po Bukowinie. Na granicy ukrainsko-rumuńskiej ciekawostka - opłata za dezynfekcję pojazdu. Po jej uiszczeniu nasze busy dostąpiły zaszczytu przejechania przez coś na kształt polowej myjni samochodowej, gdzie zostały potraktowane jakimś płynem i wodą. 
Zdezynfekowani zostaliśmy powitani przez rumuńskie służby graniczne. Granicę przekroczyliśmy w miłej atmosferze i po wymienieniu pieniędzy udaliśmy się na ostatni etap podróży do Putnej, gdzie dotarliśmy około północy. Zatem nasza podróż na rumuńską Bukowinę trwała niespełna 18 godzin. Pożegnaliśmy się z kierowcami i obszczekiwani przez wszystkie psy we wsi, ruszyliśmy na poszukiwanie łączki nad strumolem, gdzie rozbiliśmy namioty i około 1:00 zalegliśmy w spokojny sen aż do rana.

Dzień 2 - Putna - wkraczamy na Bukowinę

Pobudka o 8:00, dobrze że nie wcześniej bo kropił deszczyk. Brudasy poszły się myć (ludzie czyści, rzecz jasna, myć się nie potrzebują). Śniadanko - i pełni oczekiwań ruszyliśmy na zwiedzanie pierwszego, na naszej trasie, monastyru. 
Zanim jednak tam doszliśmy zwiedziliśmy najstarszą w północnej Rumunii, drewnianą cerkiew z XIV w. Cerkiew pierwotnie wzniesiona została przez pierwszego władcę Mołdawii Dragosza w miejscowości Wołowiec. Podobno na rozkaz Stefana Wielkiego, w obawie przed spaleniem przez wojska tureckie, została w jedną noc rozebrana i ukryta w lesie, a następnie postawiona na nowo w Putnej. Dookoła cerkwi cmentarz, na którym można doszukać się również polskich nazwisk. 
Obok cerkiew parafialna z XIX w., w której na ołtarzu złożono cudowny pień drzewa, na którego przekroju widnieje Krzyż. Miejscowa ludność czci go jako cudowne objawienie. 
Wreszcie doszliśmy do monastyru. Budowla ma charakter obronny, jak wszystkie zresztą monastyry bukowińskie. Ufundowany został przez samego Stefana Wielkiego, władcę Mołdawii, w drugiej połowie XV w. Stefan Wielki chciał uczynić z Putnej miejsce pochówku władców Mołdawii, świadczące o jej wielkości i potędze.
Dobrze utrzymany czynny klasztor z obiektami muzealnymi, robi wrażenie formą architektoniczną. W cerkwi klasztornej (nie posiada ona malowideł na zewnętrznych ścianach jak pozostałe cerkwie bukowińskie) trwała msza, więc pojedynczo i dyskretnie wchodziliśmy do środka, aby rzucić okiem na wnętrze, którego ściany pokryte są freskami. W cerkwi znajduje się wykonany z marmuru grobowiec Stefana Wielkiego i jego najbliższej rodziny. 
Po ponad godzinie wyruszyliśmy w drogę, obierając kierunek na kolejny Monastyr- Sucevitę. Droga z początku szeroka i utwardzona zamieniła się w potoczek. Był to znak, że niezwłocznie należy wspiąć na grzbiet, by po drugiej stronie odnaleźć drogę prowadzącą wprost do Sucevity. 
Grzbietas okazał się stromy i gliniasty, wysoki na ponad 300 m. Ponieważ było to pierwsze podejście na wyjeździe, a plecaki pełne były wiktuałów z domu, trochę to trwało zanim osiągnęliśmy szczyt. Pierwsze koty za płoty. Dalej szybciutko w dół i około 17:30 stanęliśmy pod bramą monastyru w Sucevicy. 
Monastyr uchodzi za jeden z najpiękniejszych, zachowanych w pierwotnej formie, klasztorów nie tylko w Rumunii, ale i w Europie. Wzniesiony w drugiej połowie XVI w. w latach świetności Mołdawii wywalczonej przez Stefana Wielkiego i jego syna. Historycy sztuki nazywają klasztor "testamentem starej sztuki mołdawskiej".
Mury obronne i baszty są bardziej okazałe niż w Putnej. Wewnątrz warowni cerkiew klasztorna, której ściany pokryte są zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz malowidłami przedstawiającymi sceny z Pisma Świętego. Zwiedzanie i sesje zdjęciowe trwały godzinę. Nieopodal murów klasztoru zlokalizowana jest cerkiew parafialna i cmentarz, pięknie prezentujące się w silnych promieniach zachodzącego słońca. 
Po zakończeniu zwiedzania, stromą drogą pod górę, udaliśmy się na nocleg, który tym razem zlokalizowany był na polance, jakieś 100 m ponad wsią, z pięknym widokiem na charakterystyczną panoramę Bukowiny (pejzaż podobny do jakże swojskiego Beskidu Niskiego). W wąwozie szemrał strumolek, więc w wszyscy z radością zabrali się do mycia i gotowania obiadku, bo brzuszki dopominały się głośno o swe prawa.

Dzień 3 - Poiana Mikuli, czyli jak daleko trzeba zajść by pogadać po polsku

Pobudka o 8:00, wspólne śniadanko, zwijanie namiotów. Ruszyliśmy ostro pod górę, by grzbietem dojść do Pojany Mikuli - jednej z kilku wsi w Rumunii zamieszkałych przez Polaków. Marsz utrudniały chaszcze (widać mało kto tu chodzi) oraz znaczne różnice wysokości i głębokie siodełka pomiędzy pipantami na grzbiecie. Po drodze spotykamy dwóch Polaków z rowerami. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy na przełęcz, skąd roztaczał się przepiękny widok na dolinę Pojany Mikuli i okoliczne grzbiety Bukowiny. Na nocleg postanowiliśmy udać się do Pleszy, kolejnej polskiej wsi, zamieszkałej przez górali, położonej jednak nie w dolinie, ale na zboczu góry. Krzysztof miał tam znajomego gospodarza. Przeprowadziliśmy wiele miłych i ciekawych rozmów z mieszkańcami - oczywiście po polsku. 

Dzień 4 - Monastyr w Humorze i Gura Humorouli, czyli pożegnanie z Bukowiną

Rano zebraliśmy się i po pokonaniu ok. 6 km drogi stanęliśmy przed Monastyrią Humorouli. 
Klasztor i cerkiew wzniesiono w połowie XVI w. Z dawnych murów obronnych zachowała się tylko dzwonnica, na którą jest wejście po szalenie wąskich i stromych schodach. Cerkiew również przyozdobiona jest wspaniałymi malowidłami zewnętrznymi i wewnętrznymi, gdzie dominującym jest kolor czerwony. Obok nowe, ale utrzymane w "stylu bukowińskim" zabudowania klasztoru żeńskiego, bardzo zadbane i pełne kwiatów.
Po ponad godzinnym zwiedzaniu opuszczamy za pomocą rozkładowego busa Humor i zjeżdżamy do Gury Humorouli - pierwszej na naszej trasie większej miejscowości w Rumunii. Tu zaskoczenie: ogromny gmach ekskluzywnego hotelu Best Western, obok inne okazałe zabudowania, sklepy, bary i kawiarnie internetowe. Na latarniach powiewają flagi Rumunii i Unii Europejskiej.... 
Bagaże zostawiamy w Hotelu i idziemy obejrzeć miasto. Tu po raz pierwszy zmierzyliśmy się z koniecznością zakupu biletów. 
Rzecz ciekawa, we wsiach nietrudno spotkać osoby mówiące po angielsku, niemiecku lub francusku. Co innego stacja kolejowa - Pani w kasie, bardzo miła i uprzejma, mówi wyłącznie po rumuńsku (ten klimat ćwiczyliśmy regularnie do końca naszej wyprawy). Cóż począć, wyciągamy z Izą nasze notatki i tłumaczymy pani, że chcemy jechać do Brasova z przesiadką w Dej. Pani rozkłada ręce tłumacząc, że takiego pociągu nie ma, ale my nie kapitulujemy, zabieramy Pani książkowy Rozkład Jazdy i wyszukujemy nasze połączenie. Tu jednak okazuje się, że pociąg z Dej do Brasova jest międzynarodowy i bilet z miejscówką możemy na niego kupić w Suceavie w biurze CFR. Po godzinie dochodzimy, ku wielkiemu entuzjazmowi Pani Kasjerki, do porozumienia i dostajemy bilety na całą trasę, z tym że w Dej musimy pójść do kasy i kupić miejscówki wraz z suplementem do Brasova. 
Hurra możemy iść zjeść obiad!!! 
Sympatyczna restauracja Moldova z miłą obsługą, pozawala nam poznać nieco tajników kuchni regionalnej. Do tego piwo. W Rumunii dostępnych jest wiele gatunków w tym takie znane jak Beck, Scoll, Tuborg i wiele miejscowych. Nam jednak najbardziej przypadł do gustu Ursus i z czystym sumieniem go polecamy. 
Potem udaliśmy się na stację kolejową, aby rozpocząć naszą pierwszą podróż pociągiem po Rumunii. Stacja czysta, odnowiona, z bardzo przyzwoitym barem. 
Wreszcie przyjechał pociąg. Cóż - standard jak na PKP, ale podróż pociągiem po Rumunii to możliwość obserwacji niezwykłych krajobrazów. Linie prowadzone są przez góry rozlicznymi tunelami i mostami przerzuconymi wysoko nad górskimi dolinami. W oddali miejscowości jak sprzed 200 lat. Malutkie domki kryte czerwoną dachówką, cerkwie i kościoły, głównie protestanckie, wkomponowane w zieleń drzew. 
Tę sielankę zakłóca gdzieniegdzie koszmarny zakład przemysłowy lub jego ruiny. Jechaliśmy więc wzdłuż Muntii Calimani i Alp Rodniańskich, aż zapadła noc. Przesiadka w Dej nastąpiła bez przygód. Tylko Pani w kasie zażądała okazania gotówki zanim wypisała numerki na miejscówkach. Trochę się z Izą zaniepokoiliśmy, że już czwartego dnia wyprawy wyglądamy coś nietęgo.... 
Do pociągu wsiedliśmy ok. 2:00 i zapadliśmy w sen aż do Brasova.

Dzień 5 - Brasov, Bran, Rasnov i znowu Brasov, czyli ekspresem po zabytkach

Poranek był pochmurny. Nocna burza przetaczająca się nad środkową Rumunią nie dawała za wygraną i co chwila kropił deszczyk. 
Wreszcie stacja w Brasovie i możemy wysiąść z pociągu. Niektórzy marzą o prysznicu. Standard dworcowego baru nie zachwyca, ale wszyscy ze smakiem pochłaniają śniadanko popijając poranną kawę. Rzecz ciekawa: Rumuni nie piją normalnej herbaty, tylko ewentualnie jakieś owocowe, dlatego poza dużymi restauracjami nie ma co liczyć, że zamawiając "czaj" otrzymamy herbatę do jakiej przywykliśmy w kraju.
Po ulokowaniu bagaży w przechowalni i opędzeniu się od naganiaczy proponujących nam taksówki i zwiedzanie zamku w Branie, trolejbusem, jedziemy na dworzec autobusowy Gara 2, skąd odjeżdżają autobusy do Branu i Rasnova. Tabor miejski w Brasovie jest bardzo wysłużony. Nielicznie przemykają nieco nowsze konstrukcje. Ogólnie miasto jest niedoinwestowane, ruch spory.
Po niespełna godzinie już mknęliśmy całkiem przyzwoitym autobusem podmiejskim do Branu.
Zamek w Branie wznieśli w XV w. kupcy z Brasova. Jego głównym przeznaczeniem była kontrola traktu z Siedmiogrodu na Wołoszczyznę i pobieranie stosownych opłat. Zbudowany na wysokiej skale zamek uderza niezwykle skomplikowaną bryłą i wygląda nieco groteskowo. Wewnątrz zwiedzamy komnaty, wyposażone w eksponaty związane z epoką. Bardzo ciekawie wyglądają krużganki i studnia zamkowa. Zamek posiada niezliczoną liczbę korytarzy, przejść i innych zakamarków. Oczami wyobraźni widzimy jak po nocy ukrywają się tam przeróżne wampiry i strzygi, czyhając na nieostrożnych gości. 
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie ciągłe upominanie obsługi "no foto", co jest jeszcze zrozumiałe jeśli schodzi o zabytkowe wnętrza (negatywny wpływ fleszy), ale całkowicie bez sensu na dziedzińcu.
U podnóża góry zamkowej zlokalizowano mały skansen wsi siedmiogrodzkiej. Zwiedzamy dość szybko. Największe zainteresowanie wzbudza gospodarstwo o obronnym charakterze, które stało poza wsią. Wewnątrz pełen zestaw narzędzi i sprzętów gospodarstwa.
Ponieważ czas naglił, wsiadamy do autobusu i udajemy się do Rasnova. Wejście na górę zamkową zostało sprytnie ukryte w bramie miejscowego domu kultury. Stroma ścieżka prowadzi do zamczyska, które założono w XIV w. Ma wybitnie obronny charakter, jest posadowiony na wierzchołku góry. Na zamku prowadzone są prace rekonstrukcyjne. W planach jest stworzenie czynnej atrakcji turystycznej z barami, muzeum. Ruiny stracą surowy obraz dawnej historii, ale poprawi się z pewnością komfort zwiedzania i rozwinie biznes turystyczny.
Niemal biegiem wracamy do autobusu, by wrócić do Brasova.
W Brasovie docieramy na otoczoną wzgórzami starówkę. Rynek z ratuszem, Czarny Kościół, oglądamy stylowe kamieniczki. Czasu zbyt mało by spokojnie obejść i poszukać dawnego ducha tych murów, ale cóż - Fogarasze (a właściwie pociąg do nich) czekają. 
Jeszcze trzeba coś zjeść, mijamy bar Mc Donalds, zakupy robimy w centrum handlowym, przypominającym nasze hipermarkety. Zaopatrzenie bez zarzutu, ceny także. Wreszcie docieramy na dworzec i już po 20 minutach odjeżdżamy pociągiem do miejscowości Fagaras.
Podróż pociągiem nie trwała długo. W Fagarasu dowiadujemy się o autobus do podgórskiej miejscowości Dejani. Tubylcy mówią, że będzie o 19:00, więc idziemy na piwo, niektórzy biorą prysznic w pobliskim hoteliku.
Przyjeżdża autobus, ale jedzie do Breazy. Wsiadamy, to też pasuje, wejdziemy sąsiednią doliną przez Cabanę Urlea. W autobusie pasażerowie życzliwi, pytają skąd i dokąd zmierzamy. 
Wysiadamy w małej miejscowości i zdecydowanym krokiem kierujemy się w stronę bardzo już bliskich gór. Jedna z nich przypomina kształtem Giewont.
Po ponad godzinie marszu udaje się nam opuścić znamiona cywilizacji i nad rwącym potokiem zakładamy obóz. A potem wiadomo: kąpiele, obiad, impreza i zalegamy do snu.

Dzień 6 - Wkraczamy w Fagarasze

Rano po zebraniu się wyruszamy w górę. Zrazu dość szeroką doliną wzdłuż górskiej rzeki, potem coraz węższą z licznymi skałami i przeprawami. Ciągle jednak nie zyskujemy wysokości. Sprawa wyjaśniła się po godzinie, gdy szlak gwałtownie skręcił pod górę i stromymi zakosami rozpoczęliśmy 300 m wspinaczkę na siodełko gdzie zlokalizowana jest Cabana Urlea. Towarzyszyła nam grupa Rumunów w niezwykle radosnych nastrojach. Tajemnica wyjaśniła się pod Cabaną do której zmierzali. Jedna flaszeczka Scandii była już prawie opróżniona i zabierali się za kolejną. Mieli nadzieję, że zostaniemy.
My jednakże po przegryzce udaliśmy się stromo w górę w kierunku masywu Vf (Verful-szczyt) Urlea 2473 m n.p.m. Po drodze pojawiały się coraz piękniejsze widoki. Był również mrożący krew w żyłach incydent. Za pagórkiem natknęliśmy się na stado owiec. Natychmiast nadbiegły wielkie pasterskie psy. Nie były nastawione przyjaźnie. Cztery brytany oskrzydliły grupę. My wolno w zwartym szyku pod wodzą Aśki-Myśliwej posuwaliśmy się naprzód. Ujadające psy postępowały krok w krok, jakieś 2,5 m za moimi łydkami. Wreszcie nadszedł pasterz i zabrał psy, które dość niechętnie zrezygnowały z obiadu.
Dalej bez przeszkód, choć stromo pod górę szliśmy w kierunku Urlei. 
Nocleg wypadł przy strumyczku na poziomie ok. 2.000 m. Było zimno, ok. 2-5 stopni C, dlatego dość szybko ok. 21:00 rozeszliśmy się do namiotów.

Dzień 7 - Fagarasze powoli odkrywają karty

Ponieważ na ten dzień zaplanowaliśmy dłuższą trasę wstaliśmy o 7:00 rano. Słonko powoli przygrzewało, ale już z północy zaczęły nadciągać niegroźne chmurki. Po śniadaniu i zwinięciu namiotów wyruszyliśmy na pierwszy poważny szczyt - Vf Urlea 2473 m n.p.m. Z niego wreszcie zobaczyliśmy Moldoveanu - najwyższy szczyt Karpat Południowych i zarazem całej Rumunii. Krajobraz z każdym krokiem stawał się surowszy, choć poza sporymi różnicami wysokości nie było żadnych trudności technicznych. Góry w tej części Fagaraszy przypominają Tatry Zachodnie, z tym, że niemal zupełnie zanikło piętro kosodrzewiny. Za to niemal po samą grań rośnie trawa i to w ilości nadającej się do wypasu owiec. Dlatego nie należy się zatem dziwić, że czymś normalnym jest stado na wysokości 2.300 m n.p.m. i wyżej.
Grzbiet posiada przekrój zbliżony do trójkąta prostokątnego. Stosunkowo łagodne trawiaste, gdzieniegdzie poprzecinane żlebkami i skałkami południowe zbocza i ostre niemal pionowe skały po stronie północnej. 
Obserwujemy coraz większy udział skał krystalicznych i przeobrażonych. Osobliwością jest wielka ilość miki oraz kwarcu. 
Pogoda nadal nam sprzyja: temperatura ok. 16 stopni szybko przemieszczające się roztrzepane chmury i co jakiś czas słoneczko. Nieustannie zmieniają się widoki, gdyż wiatr szybko przegania chmury, co chwile pokazując nam inny kawałek grzbietu lub odsłaniając piękną dolinę. Doliny stają się coraz większe i głębsze, grań główna rozgałęzia się na szereg prostopadłych grzbietów bocznych.
Trawersując część szczytów dochodzimy na przełęcz Portita Vistei, tuż pod Vf. Moldoveanu. Obóz rozbijamy na niewielkiej półeczce względnie płaskiego terenu ok. 50 m. poniżej grani. 
Na przełęczy znajduje się co prawda refugiul (schron) murowany, ale musielibyśmy być strasznie zdeterminowani, aby do niego wejść. Dookoła śmieci, a poniżej na małej półce całe wysypisko. Może kiedyś ktoś to wyniesie...
Woda kolejne 50 m niżej, ale za to prosto ze źródła. 
Poniżej urokliwe jeziorko i potok drążący dolinę. Powyżej Moldoveanu, po którym spacerowała sobie kozica. Tego wieczoru obserwowaliśmy jak daleko na południu przetacza się burza, poza tym znowu szybko robiło się zimno. 
Nazajutrz zdobywamy Moldoveanu, z tej okazji pobudkę zgodnie ustaliliśmy na 6:00.

Dzień 8 - Fagarasze- o jeden szczyt za blisko

Poranek jest piękny. Wschodzące słońce powoli wspina się na okoliczne szczyty. Moldoveanu oświetlony zachęca do wspinaczki. Zebraliśmy się nieco sprawniej niż zwykle i już po 20 minutach ostrego marszu pod górę osiągamy wysokość 2527 m. Tu trzeba skręcić w boczny grzbiet na którym góruje Vf. Moldoveanu.
Trochę się spieszymy, bo tradycyjnie pojawiają się pierzaste chmury. Musimy zdążyć zanim zasłonią idealny dotychczas widok. Udało się. Na Vf. Moldoveanu idzie się stromą granią, trochę po skałkach. Sam szczyt jest przyjazny, dość szeroki z przepięknym widokiem na całe niemal Fagarasze. 
Jesteśmy na Vf. Moldoveanu 2544 m n.p.m., najwyższym szczycie Karpat Południowych i zarazem najwyższej górze w Rumunii. Robimy wiele zdjęć, między innymi na tle masztu z tablicą i flagą rumuńską. Iza i ja na ten uroczysty dzień założyliśmy tradycyjne koszulki Jaremy. 
Idylla nie trwała długo. Przed nami kawał drogi, a dookoła coraz więcej chmur, które stopniowo zasłaniają widok. 
Ścieżka idzie stromo w dół, co daje się we znaki naszym kolanom, na głęboką przełęcz, a potem w górę pod Vf Corabia 2406 m n.p.m., dalej trawersem coraz bardziej wąskim i skalistym. 
Z daleka widzimy jeziorko pod Vf Podgradu 2461 m n.p.m. Wychylamy się na północną stronę grzbietu, by z góry podziwiać rozległą, usianą głazami, dolinę z kilkoma stawami, widzimy także Cabanę (schronisko) Podgradu. Nad jeziorkiem zatrzymujemy się na popas. Drugie śniadanie i odpoczynek poprawiają nam humory, pomimo że właśnie zrobiło się trochę chłodno. Nic dziwnego, że dookoła jeziorka leży śnieg.
Wyruszamy stromo, w zasadzie na czworakach, pod górę na Vf Arpasu 2468 m n.p.m. Tuż poniżej szczytu skręcamy w trawers, który dostarczył pierwszych poważnych emocji. Był to sygnał, że wkraczamy w alpejską część Fagaraszy. Za Arpasu trawersujemy grań po śniegu, a następnie bardzo wąską ścieżką wśród głazów. Ponieważ chmury zeszły bardzo nisko, oczom naszym ukazało się szare i ponure rumowisko skalne doliny Piscul Podgradului. Skręcamy w górę na grań główną, by natychmiast zejść niezwykle stromą ścieżką skalną, ubezpieczoną łańcuchem. Po chwili naszym oczom ukazała się wielka, stroma skała. Wspinaczka i zejście ubezpieczone liną stalową (na wejściu niestety urwaną). Bez plecaków chodzenie w tym terenie byłoby czystą przyjemnością. My jednak dźwigaliśmy wyprawowe plecaki z całym wyposażeniem. Skałkowanie w tych warunkach nie jest łatwe. Schodzimy bardzo stromo po usuwających się kamieniach na Portita Arpasului. W dole strażnica Salvamontu (rumuński TOPR). W rozległych kamienistych dolinach co chwila rozlegają się gwizdy świstaków. Jeden nawet przez chwilę nam towarzyszył. 
Dochodzi 18:00, a więc 12 godzin od pobudki i do tego ze sporą dawką adrenaliny na skałkach, co powoduje, że idziemy coraz wolniej. Do Saua Caprej, nad jezioro ciągle daleko i mamy z Izą wątpliwości, czy damy radę dzisiaj tam dojść. Wypatrujemy dogodnej miejscówki na nocleg w ogromnej niecce dolinki zawieszonej pod Vf Fantana 2375 m. Niestety, póki co zbocza są strome i usiane głazami. Z progu dolinki spada z szumem wodospad w rozległą dolinę Capra. Trawersujemy strome zbocze tuż pod urwiskami, po piargach i płatach śniegu. Dalej trasa znowu pnie się ostro w górę i na bocznym grzbiecie zakręca, by spaść nad jezioro Capra. Widzimy, że wejście będzie wyczerpujące, a do tego nie wiemy, co jest po drugiej stronie - może znowu jakieś łańcuchy. Jesteśmy już przekonani, że dalej nie powinniśmy dziś już iść - ryzyko jest zbyt duże. Na szczęście nieopodal źródeł potoku wypatrujemy małą półkę. Dajemy hasło na nocleg i zakładamy obóz. 
Grupa jest zmęczona, ale nielimitowane ilości wody w potoku tuż obok namiotów, a potem uczciwy obiadek, szybko przywracają wiarę we własne siły. Wieczorem tradycyjne spotkanie przy herbatce z prądem. Znowu robi się zimno, a jak zwykle w Fagaraszach, nie ma z czego zrobić ogniska.
Humory dobre, ale z nutką żalu, że jutro będziemy żegnać się z Fagaraszami.

Dzień 9 - Fagarasze - pożegnanie

Dziś idziemy na Saua Caprei obok pięknego jeziora, a następnie schodzimy do Bilea Lac - jedynego centrum turystycznego w Fagarszach. Po drodze wspinamy się na grzbiet pośród wielkich głazów noszących mnóstwo rudych i brązowych śladów obecności żelaza i jego związków. 
Bilea Lac to z jednej strony największe naturalne jezioro w Fagaraszach, z drugiej najbardziej ucywilizowana część tego pasma. Ekskluzywny hotel, restauracja, kolejka linowa i oczywiście szosa transfogarska, która wznosi się niezliczonymi serpentynami i właśnie w tym miejscu wpada w tunel pod granią gór. Dla porównania należy wyobrazić sobie szosę z Nowego Targu, która na wysokości Kasprowego Wierchu wpada w tunel - koszmar. Masa ludzi, jak z innej bajki: klapki, szpilki, wzorzyste ubranka. Atmosfera pikniku, głośna muzyka, stragany..... Jest nawet facet z nartami....
Plan wyjazdu nie pozwala na dłuższy trekking po Fagaraszach, gdyż chcemy jeszcze odwiedzić Muntii Retezat. Zdobycie Negoiu trzeba pozostawić na przyszłość. 
To jedno z tych pięknych uczuć niedosytu, które sprawia, że chcemy kiedyś wrócić i dokończyć to, co zostało do zrobienia.
Po krótkich negocjacjach z właścicielem furgonetki pakujemy się do środka i w dół. O stanie technicznym pojazdu lepiej nie pisać. Zjeżdżając widzimy jakiego dramatycznego gwałtu na naturze dokonano budując tę drogę. Miała ona połączyć rolniczą dolinę Rzeki Olt z przemysłowym południem. Służy jednak w zasadzie jako dojazd do Bilea Lac. Profil trasy i warunki atmosferyczne (w niektórych miejscach na poboczu nadal leżał śnieg) wyklucza ruch ciężkich samochodów i autobusów. Pomimo zabezpieczeń na poboczach leżą olbrzymie głazy - swoista zemsta Gór.
Mijamy dolną stację kolejki linowej (tu dojeżdża autokarami większość wycieczek i wsiada do kolejki) i po godzinie niezwykle emocjonującej jazdy (cały czas zastanawialiśmy się co z naszego pojazdu odpadnie pierwsze...) docieramy do międzynarodowej trasy Brasov - Sybin.
Do Sybina docieramy rejsowym busem. 
Jest to jedno z najważniejszych miast Siedmiogrodu, z wieloma zabytkami i swoistą atmosferą. Niestety jest bardzo gorąco i nie ma czasu na zwiedzanie. Tu też trzeba będzie kiedyś powrócić.
Do autobusu do Simerii mamy dwie i pół godziny, więc idziemy na obiad. Przyzwoite nowoczesne bistro i tylko język rumuński. Jest ryzyko jest zabawa: zamawiamy według zasady, która nazwa dania wydaje się ładniejsza...
Nakarmienie nas zabiera miłej obsłudze dwie godziny...
Jedziemy do Simerii. Z okien autobusu obserwujemy urokliwe miasteczka (nazwy po rumuńsku i niemiecku, gdyż ta część Siedmiogrodu jest nadal zamieszkała przez niemiecką mniejszość). Po drodze mijamy tabor cygański jakby żywcem przeniesiony sprzed 200 lat.
W Simierii wsiadamy do pociągu do Lupeni - punktu wyjścia w Muntii Retezat.
Podróż nie należy do przyjemnych. Jest gorąco, tłum ludzi i postindustrialne krajobrazy za oknem. Przed Petrosani wjeżdżamy w góry. Znane klimaty: mosty, tunele, ostre zakręty. 
Około 23:00 dojeżdżamy do Petrosani - centrum zagłębia węglowego. Pociąg skręca w kierunku Lupeni. Ponad doliną ciągnie się całkiem konkretny grzbiet górski, a tu ciągle kopalnie, fabryki i masa zrujnowanych, nigdy nie skończonych konstrukcji żelbetowych. Czas się zatrzymał na poziomie, gdy Geniusz Karpat budował w Rumunii drugą Japonię (skądś to znamy...)
Pociąg dojeżdża do Lupeni, a nam rzedną miny: ciemna noc, dookoła bloki i fabryki, do gór tak daleko i tak blisko zarazem.
Wysiadamy i kierujemy się w górę doliny. Wrażenia koszmarne, jest północ.... Zza zakrętu, jak widmo nadziei, wyłania się bus. Żyjemy - kierowca zgadza się zawieść nas do Chiele Buti - Turistic Complex. Po półgodzinie jazdy wysiadamy w innym świecie: utrzymany w górskim stylu kompleks pawilonów hotelowych, restauracja, altanki, światełka.
Nocujemy w pokojach (ok. 15 zł od osoby) na białej pościeli, a pod prysznicem ciepła woda. No cóż, kierownictwo rano obiecało nocleg w schronisku i z gorącą kąpielą...
Zapadamy w sen, nie do końca wierząc, że to łóżko jest naprawdę...

Dzień 10 - Retezat - pierwsze wrażenia

Rano śniadanko na tarasie restauracji: kawa, kakao, piwko, lody, pełna rozpusta. 
Grupa pościgowa idzie na zakupy. Lista jest długa, wiec wycieczka wyniosła ok. 7 km do trzech sklepów, gdzie wykupiliśmy większość jadalnych rzeczy. Niestety sera żółtego (caskawal) ani topionego nie było. Ze zdziwieniem konstatujemy, że na biednej Bukowinie, nawet we wsiach, półki uginały się pod ciężarem znajomych produktów. Na południu, zgodnie z przewodnikiem miało być lepiej...
Po południu ruszamy w górę do Cabany Buta (pole biwakowe La Fete). Odpoczynek i parę godzin lenistwa bardzo poprawiły humory i siły. Idziemy wygodną drogą leśną i po czterech godzinach docieramy na miejsce. Rozbijamy namioty, obiadek, a potem w grupach idziemy do cabany powyżej, na zwiady. W cabanie grupa Czechów, testujemy winko i pomagamy wykończyć im zapas piwa.
Wieczorem urządzamy ognisko, jest znacznie cieplej więc na śpiewaniu spędzamy pół nocy.

Dzień 11 - Retezat - zdobywamy szczyty

Rano wyruszamy na mozolną wspinaczkę da przełęcz Saua Planui Mic, z której dostajemy się na główny grzbiet. Naszym oczom ukazuje się najwyższa część Retezatu, ze szczytami Vf Papusa 2508 m n.p.m. i Vf Peleaga 2509 m n.p.m. Grzbiet jest tak ukształtowany, że widzimy niemal całą dzisiejszą trasę.
Góry mają zupełnie inny charakter niż Fagarasze. Wyglądają jakby wyrośnięte Karkonosze z gigantycznymi usypiskami kamiennymi i gołoborzami. W niektórych fragmentach łańcucha znajdują się jednak ostre turnie i skalne ściany, elementy krajobrazu tatrzańskiego. Rzeźba terenu jest niezwykle urozmaicona: głębokie doliny, nad nimi zawieszone dolinki boczne i kotły, w większości których znajdują się stawy. Z progów spływają wodospady. 
Trawersujemy po gołoborzu Vf. Custurę 2457 m n.p.m., aby znaleźć się na Saua Custurei 2205 m n.p.m.. Stąd ostro pod górę najpierw na skalisty Vf Papusa Mica, a potem po głazach na Vf Papusę 2508 m n. p. m. Zasadą tych gór są ok. 300 m przewyższenia, ale poza poruszaniem się niemal cały czas po głazach lub piargu, nie ma trudności technicznych. 
Z Papusy na Vf Peleagę 2509 m n.p.m. Po prawej stronie wznoszą się dwa skaliste, typowo tatrzańskie szczyty Colti Pelegii. Stajemy na szczycie. Widoki wspaniałe. 
Te góry z każdej strony wyglądają zupełnie inaczej. Papusa, która od strony naszego wejścia stanowiła regularny wysmukły stożek, z Peleagi przypomina wielką bambułę, w dodatku całą zbudowaną z gorganu. Z Peleagi widzimy jezioro Bucura 2041 m n.p.m., gdzie zaplanowaliśmy nocleg na polu biwakowym (w Retezat jest park narodowy więc biwakowanie poza wyznaczonymi miejscami jest zabronione) 
Wytracenie blisko 500 m wysokości po głazach i usypiskach kamiennych, zajmuje nam sporo czasu, bardzo łatwo o poślizg i bolesne potłuczenie.
Biwak nad Jeziorem Bucura to pierwsze miejsce w górach (poza Bilea Lac), gdzie natrafiamy na większą liczbę ludzi. Wybieramy miejsce i stawiamy namioty. Słoneczko zachęca do kąpieli w specjalnym baseniku utworzonym na potoku poniżej jeziora.
Przychodzi Salvamont (mają tu strażnicę oznaczoną wielkim czerwonym krzyżem) i prosi o wpis do książki.
Piękny, po raz pierwszy naprawdę ciepły wieczór spędzamy na rozmowach i podziwianiu krajobrazu.

Dzień 12 - Retezat - inne oblicze tych gór

Po śniadaniu wyruszamy w kierunku zachodniej części łańcucha, nad którym góruje Vf Retezat 2482 m n.p.m. W drodze mijamy kolejne jeziorka. Z każdym metrem wysokości nowe perspektywy. Okolica przypomina trochę Stawy Gąsienicowe w Tatrach. Dookoła klimaty tatrzańskie. Nie bez przygód wspinamy się na Poarta Bucurei 2280 m n.p.m., a stamtąd trawersem na przełęcz Saua Retezatului 2251 m n.p.m. Stąd prowadzi szlak na Vf Retezat oraz zejście w dół doliny Culmea Stanisoara, na której końcu leży Cabana Pietrele - ostatni nocleg w Retezacie.
Na Vf Retezat 2482 m n.p.m. wchodzimy bez plecaków. Z góry jeden z piękniejszych widoków w Retezacie. 
Żegnani gwizdami świstaków, bardzo ostrym zejściem po osypujących się (to standard tutaj) kamieniach i głazach, schodzimy na dno doliny. Mijamy torfowisko wysokie, z którego wypływa duży potok. Jeszcze dwie godziny po kosówie, potem stromo, po wielkich głazach w lesie i dochodzimy do Cabany Pietrele. 
Jest to w zasadzie kompleks schronisk i domków wraz ze strażnicą Salvamontu. Obok miejsce biwakowe z miejscami na ognisko, ławeczkami itp. Ogólnie standard bardzo niski, ale jest bufet z niezbędnym zaopatrzeniem.
Wieczorem pożegnalne ognisko. Jest to nasz ostatni nocleg w górach i właściwie ostatni nocleg na wyprawie, gdyż pozostałe dwie noce mieliśmy spędzić w drodze. Było bardzo miło, podziękowania, winko. Trochę żal, że to już koniec. 
Zdania na temat urody gór są podzielone: Fagaras to prawdziwie alpejskie klimaty, zimne i dostojne. W Retezacie jest znacznie więcej światła i finezji natury. Co do jednego jednak wszyscy są zgodni: na pewno warto było tu przyjechać. Straszne wrażenie robi Lupeni. Aż w głowie się nie mieści, jak w taki sposób można zniszczyć przyrodę nieopodal jednego z nielicznych Parków Narodowych. Ze względów estetycznych na pewno nie warto jechać w Retezat od tej strony, choć logistycznie jest to najkorzystniejsze.

Dzień 13 - Powrót 

Z Pietrele w dół prowadzi szeroka droga leśna. Schodząc obserwujemy skutki gigantycznej powodzi. Z oględzin wynika, że woda musiała sięgać ok. 3 m (potok ma normalnie ok. 40 cm), porywała wielkie głazy, drzewa, obrywała zbocza. Dochodzimy do Cabany Carnik Cascada. Jest tam bar, sklep, pole biwakowe i jakiś ośrodek kolonijny. Powoli wdziera się cywilizacja. 
Za cabaną spotykamy małą ciężarówkę, której kierowca pyta, czy nie chcemy z nim jechać. Oczywiście, że chcemy, bo do pociągu jest jakieś 30 km. Negocjuję miejsce i cenę dostawy naszej grupy i po chwili już jedziemy.
Mała stacyjka pod miastem Hateg. Zwyczajem tutejszym, większość stacji kolejowych jest daleko od centrum miasta lub od miasta w ogóle. 
Wreszcie jest pociąg do Simerii, gdzie wyjadamy w dworcowej restauracji cały zapas mięsa (sznycle i gratary). Jedziemy pociągiem do Kluż Napoki, tam przesiadka niemal w biegu do Oradei, gdzie w dworcowym barze spędzamy 3 nocne godziny. O 3 z minutami odjeżdża pociąg do Valea Lui Michai, stacji granicznej, skąd jest już tylko 30 km do Debreczyna na Węgrzech.

Dzień 15 - Powrotu ciąg dalszy

Wysiadamy o 4 nad ranem. Pogranicznik postanowił urozmaicić sobie dyżur sprawdzając nam paszporty. Zagadnęliśmy go więc o restaurację, a on nas zaprowadził do oddalonego jakiś 1 km od dworca, motelu. Były jajka sadzone i omlety z sałatką, gorąca kawa. Miło i przytulnie. Po 7 wracamy na stację, za ostatnie leje robiąc zakupy na drogę. Granica węgierska minęła niezwykle sympatycznie i po europejsku.
W Debreczynie największym problemem była wymiana waluty (tylko w banku lub biurze podróży). Do Miszkolca jedziemy autobusem przesypiając konsekwentnie całą drogę. 
Ponieważ autobusy na Słowację już pojechały pędzimy na dworzec kolejowy. Położony na przedmieściu dworzec jest przepięknym zabytkiem gatunku. Węgrzy realizują program odrestaurowania zabytkowych dworców pamiętających lata świetności CK Kolei Franciszka Józefa. 
Sprawnie kupujemy bilety do Koszyc i jedziemy. Resztę forintów bez trudu wydajemy na drobne jedzenie i picie, gdyż Węgry są bardzo drogim krajem.
Na granicy miła niespodzianka - i Węgrzy i Słowacy witają nas po polsku, uśmiechają się i jest sympatycznie.
W Koszycach wyruszmy na starówkę. Jesteśmy mile zaskoczeni wyglądem odnowionych kamieniczek i ulic. Wzdłuż głównej ulicy starego miasta deptak z niezliczoną ilością knajpek i pubów. Jest podświetlana fontanna działająca w takt muzyki. Idziemy na dobry obiad, piwo potem desery. Wieczorem nadciąga burza, ale na czas naszego dojścia na dworzec kolejowy przestaje padać. No cóż - konsekwentnie i tym razem nie zmokliśmy, jak przez cały wyjazd.
O 23:25 odjeżdża pociąg do Polski. Jedziemy przez Plavec i Muszynę (dobrze że kupiliśmy bilety na odcinek graniczny- bo sprawdzili).

Dzień 16 - Nareszcie w Polsce

Rano lądujemy w Krakowie. Krótka toaleta, kawa i połączenie do Warszawy. Część grupy wybiera pociąg pospieszny o 7:20 (prawie o połowę taniej), ale większości się spieszy (Ela ma na przykład wesele po południu) i wybiera IC o 7:00 (2,5 godz. zamiast 5).
Już Warszawa, długa kąpiel, pranie i powrót do codzienności. 

Tak więc zakończyła się wyprawa do Rumunii. Zmęczeni, ale szczęśliwi zwiedziliśmy cztery regiony tego pięknego kraju: Bukowinę, Brasov i okolice, Munti Fagaras i Munti Retezat. Przejechaliśmy 2.600 km, przeszliśmy blisko 120 km. Suma pokonanych wysokości 7.160 m. Kraj jest dość bezpieczny, nie spotkaliśmy się z żadnym przejawem agresji w stosunku do naszej grupy. Ludzie mili i życzliwi, starają się pomóc, pomimo barier językowych. 
Zaopatrzenie sklepów w dużych ośrodkach miejskich jest podobne jak w Polsce. Na prowincji jest różnie, ale zawsze można kupić produkty żywnościowe i oczywiście chleb. Ceny na produkty rumuńskie ok. 25 % niższe niż w Polsce, artykuły importowane są nieco droższe. Taniej jest w restauracjach i barach, nawet o 50 %. Alkohol bardzo tani (0,5l. wódki ok. 5 zł). Komunikacja również tańsza, z tym że poza IC standard jest jak w Polsce na liniach lokalnych. 
Denerwują śmieci, wyrzucane gdzie popadnie. Miasta są względnie czyste, ale rzeki i okolice dróg i torów kolejowych strasznie zaśmiecone. Woda w strumieniu górskim po przepłynięciu koło pierwszego domu nie nadaje się do picia. Poniżej większej wsi nie nadaje się nawet do mycia. Do tego niedokończone zrujnowane inwestycje przemysłowe, zdewastowane, zlikwidowane fabryki i nikomu niepotrzebna infrastruktura techniczna. Ale w Polsce wycieczka na Śląsk lub do Wałbrzycha przyniesie podobnie wstrząsające obserwacje.
W górach pusto, poza okolicami caban spotykaliśmy pojedyncze osoby. W Rumunii jest wiele niezwykle ciekawych zabytków, wręcz całych zabytkowych założeń miejskich. 
Celem naszej wyprawy były góry, toteż siłą rzeczy, nie starczyło czasu na zwiedzanie miast. Rozbudowany program wyprawy wymusił wysokie tempo i pewien brak czasu na refleksje. Jak po każdej wyprawie pozostał twórczy niedosyt. Kraj jest tak bogaty w atrakcje turystyczne, że warto tu z pewnością wrócić, zarówno w celu zwiedzania perełek architektonicznych jak i połażenia po górach. Pozostała jeszcze Delta Dunaju i plaże Morza Czarnego.

Do zobaczenia na szlaku.

JAREMA