Listy z podróży Joanny Wieczorek i Mariusza Jachimczuka do Azji Południowo-Wschodniej:
Bangkok - Kambodża - Wietnam - Południowo-wschodnie Chiny (Guilin) - Hongkong.
Zapraszamy do ciekawej relacji z  podróży.

Angkor Wat, 9.03.2004
Phnom Phen, 11.03.2004
Vinh Long, delta Mekongu, 12.03.2004
Hoi An, 17.03.2004
granica chińska, 23.03.2004
Hanoi, 23.03.2004
Hongkong, 28.03.2004

Wietnam - raport praktyczny

Angkor Wat, 9.03.2004

Hej,
już jesteśmy w Siem Reap, czyli miasteczku, z którego zwiedza się Angkor Wat. ale po kolei...

W Bangkoku 31 stopni i ostre słońce, na ulicach tysiące motorków. Od razu pojechalimy na Khao San, czyli ulicy z różnymi tanimi hotelikami.

Przez te pół dnia zwiedziliśmy pałac królewski i 3 świątynie. Największe wrażenie zrobiła na nas świątynia Wat Pho. Jest tam m.in. olbrzymi Leżący Budda, jakieś 45 metrów długości. Tam też poszliśmy na tradycyjny masaż tajski, do najstarszej szkoły masażu :-) To, co przeżyłem, trochę odbiega od oczekiwań, ale było warto. Masaż jest bez olejków, w ubraniu i trwał 1 godzinę, chwilami trochę bolało, ale czułem się super. Asi też się podobało.

Wieczorem pochodziliśmy trochę po Khao San, wszędzie mnóstwo białych i sporo młodych Tajek szukających towarzystwa. Byliśmy też na dużym placu, jakimś stadionie, wiele osób bawiło się puszczając latawce, było też jakieś spotkanie mnichów, a na przenośnych stoiskach można było kupić różne ciekawostki do jedzenia. Nie wszystko rozpoznaliśmy, ale były m.in. smażone larwy i szarańcza :-) Chcieliśmy pojechać jeszcze na Patpong (dzielnica czerwonych latarni), ale nieprzespana noc i perspektywa całego następnego dnia w autobusie zadecydowały. Następnym razem.

Podróż do Kambodży trwała krócej, niż myślałem, o 19 byliśmy już w Siem Reap. Po stronie tajlandzkiej jedzie się autostradą, samą granicę przechodzi się pieszo i tam wsiada się do busika. Takiej granicy jeszcze nie widziałem, praktycznie nie ma tam samochodów, w większości towary są przepychane przez ludzi na wózeczkach, od czasu do czasu ktoś przejedzie jakimś landroverem, oczywiście jest dużo kurzu i nie ma asfaltu. Po stronie kambodżańskiej kończy się też dobra droga, gdzieniegdzie jest asfalt, ale z dziurami większymi niż na Ukrainie.

Później jest czerwona, kurząca się droga. Mija się bardzo biedne wioski, domy na palach, bez prądu, przy każdym z nich mały staw na wodę. W nocy widać tylko zapalone ogniska. Dlaczego tak długo? Tutejsza mafia organizuje wszystko tak, aby busik dojechał do miasta po zmroku i turyści nocowali w hotelu, pod którym się zatrzyma autobus. Tak też zwykle jest, że po kilkunastu godzinach mało kto ma ochotę na szukanie hotelu. I stąd też długie postoje.

Siem Reap to jedno z większych miast, widać duży rozwój, mnóstwo wielkich hoteli. Ładni ludzie, fajnie się uśmiechają. W mieście jest nawet kilka ulic z asfaltem, my bierzemy tuk-tuka i udajemy się Dao Hotelu, w którym nocuje Maciek z Patrycją (od 3 tygodni w drodze z Hanoi do Bkk). Wieczór spędzamy miło przy piwie Angkor :-)

Angkor zwiedzaliśmy 2 dni. Pierwszego wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy do najdalej położonych ruin (Beang Melea - ponad 2 godz. samochodem). Są one zarośnięte przez dżunglę i wiele pomieszczeń już się zawaliło. Chodząc, można się czuć jak Indiana Jones, odkrywając różne zakamarki czy uciekając przed wężem. W tej świątyni jest bardzo mało turystów, co jest dodatkową atrakcją, całość robi takie wrażenie, że nawet nie zauważam, że robię cały film zdjęć. Później chodzimy po wiosce, jakaś starsza Khmerka zaprasza nas do chaty, zbiega się dużo dzieci. Wracając odwiedzamy kolejne 2 świątynie. Angkor rzeczywiste robi duże wrażenie, jest to kilkadziesiąt świątyń na ponad 200 km kwadratowych, a największe pojedyncze świątynie maja nawet ponad kilometr długości. Ciekawe są rzeźby i cały układ architektoniczny. Wszędzie można chodzić, zajrzeć, wejść na więżę itd. Od 6 rano do zmroku...

Dziś chodziliśmy po kolejnych 5 świątyniach (tych najpopularniejszych), byliśmy też na wschodzie słońca... Co tu dużo pisać, ruiny te są imponujące.
Wieczorem poszliśmy na masaż khmerski. Jest zupełnie inny niż tajski, z olejkami, masażem głowy itp. bardziej przyjemny, ale mniej skuteczny. (Asi się nie podobał.) Planujemy jeszcze sprawdzić masaż wietnamski i masaż stóp - ciekawe czym się różnią.

W tej Azji czujemy się b. dobrze :-) jakbyśmy tu byli już jakiś rok, a Kambodża jest dużo ciekawsza niż się wydawało. Jutro jedziemy do stolicy, do Phnom Phen tylko 300 km, ale zajmie to jakieś 8 godzin. Następnego dnia zmykamy już do Wietnamu.

Pozdrawiam serdecznie
Mariusz

 Phnom Phen, 11.03.2004

Hej
Jesteśmy w stolicy Kambodży - Phnom Phen. Już za chwilę wsiadamy na łódź i płyniemy do Wietnamu do delty Mekongu.

Podróż z Siem Reap przebiegła bardzo sprawnie, droga była lepsza, niż się spodziewałem. Trochę się kurzyło, ale 300 km w 7 godz. to dobry czas. Ciekawa ta Kambodża, z jednej strony bardzo biedna, dużo wiosek bez prądu, stacje benzynowe na korbkę, chaty na palach ze ścianami z liści, a z drugiej mercedesy pod knajpami, sieci fastfoodów z hamburgerami (logo to duża czerwona litera W :-) i promocje typu: kupisz 3 paczki papierosów, a dostaniesz gratis cd...

Sama stolica to miasto z szerokimi ulicami i ładnym bulwarem nad rzeką. Czuje się historię zarówno kolonialną (Indochiny i bagietki francuskie), jak i tę ostatnią - Czerwonych Khmerów, wieczorem ulice puste, a w wielu domach kraty i druty kolczaste - niektóre wyglądają jak małe fortece. Nadal na życzenie możliwe są tutaj różne atrakcje, takie jak rzut granatem albo strzelanie z AK-47 (podobno 20 usd za 20 naboi).

Ciekawa jest kuchnia, po drodze mogliśmy kupić smażone pająki, a tutaj w knajpach są też żaby z imbirem i inne takie. My byliśmy na kolacji w pizzerii, można tu kupić tzw. happy pizza. Jest to normalna pizza z cennika plus pewna trawa, która robi ciebie happy.

Zwiedziliśmy też piękny pałac królewski i Srebrną Światynię z Emerald Budda (to od posadzki ze srebrnych płytek). Później siedzieliśmy w naszym hoteliku, który położny jest nad jeziorem w budynku na palach, są hamaki, wygodne fotele i dobre piwo. Taki hotel to tutaj budżetowa oferta, kosztuje 3 usd za pokój dwuosobowy.

Dużym przeżyciem jest samo jeżdżenie po mieście na motorowerach. Najwięcej widziałem 5 osób na jednym motorku, my jeździmy w trójkę, kierowca wymija inne pojazdy, wjeżdża pod prąd, dziwnie skręca, trochę stresu ale fajnie :-)

Pozdrawiamy
Mariusz i Asia

 Vinh Long, delta Mekongu, 12.03.2004

Cześć!
Dziś krotko, jest już 21, a jutro o 6 rano płyniemy na pływający bazar w delcie Mekongu. Granice przekroczyliśmy bez problemów, Wietnam przywitał nas chłodno. Mało kto mówi tu po angielsku, w Kambodży było prosto, ale co będzie w Chinach?

Nad rzeką, jedną z odnóg Mekongu jest Chau Doc - miasteczko, w którym nocowaliśmy, ma ładny bulwar przy brzegu, oświetlony, z szerokim chodnikiem. W kilku miejscach dzieci w kimonach ćwiczą jakąś wersje kung-fu, w innym kobiety w strojach przypominających piżamy chodzą wokół kwietników - tutaj to taka forma sportu.

Sama delta Mekongu robi duże wrażenie, niezliczona liczba kanałów, nad brzegami liczne domy. Życie toczy się nad wodą, tysiące łódek, dużych i małych, promy. Są też pływające domy, z kwiatkami w oknach:-) Pod niektórymi takimi domami są farmy ryb (catfish?). Dokładnie pod domkiem jest klatka, w której są ryby, właściciel przez specjalny otwór wsypuje jedzenie, a później eksport do USA.

W przeciwieństwie do Kambodży widać tu przemysł, nawet wiele firm ma na budynku wielki napis ISO 9001 - mimo że to kraj socjalistyczny.

Po południu dotarliśmy do miejscowości Vinh Long, na szczęście mało turystycznej. To nie takie proste, w Wietnamie wszędzie najłatwiej dotrzeć zorganizowaną wycieczką, które są bardzo tanie, ale podążają utartymi szlakami. Z Vinh Long popłynęliśmy promem na drugą stronę jednej z odnóg Mekongu. A tam istny raj - cisza (prawie nie ma motorków!), spokój i mnóstwo egzotycznej roślinności: banany, mango, palmy itd... cała wyspa to wielka uprawa, tysiące ładnych domków i pola uprawne, pomiędzy nimi liczne kanały. Chodzimy, nagle słyszymy jakąś audycję, jakby z megafonu, na początku myśleliśmy, że to radio, gdy doszliśmy, zobaczyliśmy głośniki na słupie. Leciała propagandowa audycja partyjna!!!

Wietnam cieszy oko, mnóstwo motorów i rowerów, piękna roślinność i śliczne dziewczyny w tradycyjnych białych strojach na rowerach!

pozdrawiamy
Mariusz i Asia

Hoi An, 17.03.2004

Hej
Jesteśmy w Hoi An, takim małym, pięknym miasteczku w połowie drogi pomiędzy Sajgonem a Hanoi. Za nami 11 godzin w autobusie, ale po kolei...

Po delcie Mekongu pojechaliśmy do Sajgonu czyli oficjalnie Ho Chi Minh City. Miasto wielkie, intensywnie rozwijające się, w centrum wieżowce z neonami znanych firm (Citibank, HSBC). To co od razu rzuca się w oczy, to tysiące motorowerów. Nie da się przejść na drugą stronę ulicy, a przynajmniej nie jest to takie proste (na początku). Podobno w Sajgonie są aż 3 miliony motorowerów! Patrząc na ulice, jestem w stanie w to uwierzyć. Samochodów prawie nie ma, nie jest to w sumie dziwne. W takim upale jazda na motorze to sama przyjemność, poza tym łatwiej jedzie się pod prąd:-)

Po przyjeździe busikiem na dworzec musieliśmy się przedostać do dzielnicy tanich hotelików, wynajęliśmy 2 motory i ruszyliśmy. Właściciel z przodu trzymał duży plecak, ja siedziałem z tyłu. Najpierw ruszyliśmy pod prąd, później było rondo, a później kolejne skrzyżowania bez świateł, co chwilę szukałem wzrokiem drugiego motoru z Asią, znikał i pojawiał się w tłumie innych pojazdów. Czułem się prawie jak agent 007, gdy nasz motorek jechał pod prąd albo wyprzedzał inne :-) Po tym 10-minutowym przejeździe Asia powiedziała, że po Sajgonie nie będzie jeździć motorkiem.

Samo miasto nie jest jakieś powalające, zauważa się oczywiście ciekawą architekturę kolonialną i dużo butików z najlepszymi markami na świecie. Są też slumsy nad rzeka, dużo restauracji z rożnymi kuchniami oraz wielu ulicznych sprzedawców. Co ciekawe niektórzy lokalesi piją piwo z lodem:-)

W sklepach można kupić wszystko, ponieważ nie obowiązuje tu prawo autorskie w sprzedaży są najnowsze ksera książek, zarówno przewodników LP, jak i Harrego Pottera. Ksera są dobrej jakości, mają kolorową okładkę i kolorowe zdjęcia w środku - cena ok. 2-4 $. W sklepach też są pirackie płyty z muzyka i filmami - cena ok. 0,5-1 $ za płytę.

Byliśmy też w chińskiej dzielnicy znanej m.in. z filmów o wojnie w Wietnamie - ale nie była ona jakoś specjalnie ciekawa.

Niesamowity jest klimat stworzony przez ruch i hałas na ulicach, chętnie to obserwowałem, ale ciężko byłoby tam wytrzymać dłużej niż 2-3 dni. Np. wieczorem widzi się tam pary dla których randka to pojeżdżenie na motorze, niektóre w czasie jazdy siedzą "daleko" od siebie, inne bardzo przytulają się, inne znowu jadą na wiadukt i tam siedzą, żeby w smrodzie spalin oglądać samochody i motory jadące po autostradzie.

Na koniec pobytu w Sajgonie przejechaliśmy się rykszą - w tym upale jest to strasznie ciężka praca, jazda motorkiem jest zdecydowanie przyjemniejsza.

W nocy pojechaliśmy do Mui Ne - chyba najpiękniejszej plaży w Wietnamie. Szeroka, drobny piasek, palmy kokosowe, woda w sama raz i duza fala. Sama miescowowsc to kilkadziesiąt ośrodków wypoczynkowych: od budżetowych do super luksusowych. Są też wypożyczalnie dla windsurfingowców i kitesufringowców. Mimo że jest sezon wszędzie pustki, jakieś 10 osób na kilometr plaży :-)

Dłużej niż 1 dzień w Mui Ne to byłby nudy, na szczęście w pobliżu są wydmy, które pojechaliśmy zobaczyć (fajne), jest też tam wioska rybacka i to była największa atrakcja. Pojechaliśmy o 5 rano zobaczyć wschód słońca i rybaków, którzy przypływają prosto z połowu. Gromadzi się tam tłum ludzi, którzy kupują świeżo wyłowione owoce morza, a oprócz ryb są tam tez olbrzymie płaszczki, kraby itd...

Pozdrawiamy
Mariusz

Granica chińska, 23.03.2004

Cześć!
Siedzimy w jakiejś dziurze przy granicy chińskiej, skończyły nam się wietnamskie dongi i nic nie możemy kupić do jedzenia. Nikt tu nie mówi po angielsku! Jutro o 7 otworzą bank to wymienimy $, chwilę później jedziemy na granicę i do Chin.

Ostatnie 2 dni spędziliśmy w górach. Całą noc jechaliśmy pociągiem, gdy rano obudziliśmy się za oknem widoki jak z marzeń o Wietnamie, piękne góry i tarasy ryżowe.

Pierwszy dzień pojechaliśmy na bazar w Bac Ha. Już dojeżdżając do miasteczka, mijaliśmy grupki kolorowo ubranych kobiet udających się na market.

Jest to rejon zamieszkiwany przez różne mniejszości etniczne, jest ich ponad 50. W Bac Ha w większości pojawiali się Flower Hmongowie. Kobiety są pięknie ubrane w ręcznie wszywane kolorowe suknie, mają dużo biżuterii. Mężczyźni wyglądają równie ciekawie, są w czarnych kubraczkach zapinanych na supełki, a chodzą w plastikowych sandałach - mnie kojarzyli się z żołnierzami Mao. Całość sprawia wrażenie niezwykłej autentyczności. Ktoś przyszedł sprzedać konia, a ktoś inny poplotkować, dziewczyny rozglądały się za biżuterią, mężczyźni palili tytoń. Inni przyszli obejrzeć film.

Można tam kupić wszystko co potrzeba - są małe konie, małe świnki, psy, ale też materiał do wyszywania, kolorowe nici i błyskotki.

Wizyta w tym miejscu sprawiła nam dużo radości, mnie nasuwa się skojarzenie ze słynną dolina Omo w Etiopii.

Później pojechaliśmy do Sapy, czyli takiego Zakopanego w Wietnamie. Miejsce zdecydowanie bardziej turystyczne, ale piękne. Miasto jest położone na wysokości 1700 m. Jadąc do niego mija się piękne góry z tarasami ryżowymi i plantacjami herbaty. Widoki - dla mnie - oszałamiające. Same miasteczko przyjemne, po jednym dniu wszyscy się już znają. W knajpce obok co chwile spotykaliśmy tego samego Francuza :-)

W okolicach miasta mieszkają m.in. Black Hmongowie (stroje w kolorze indgo) i Red Dao. I głównie kobiety Hmongów (w każdym wieku) atakują turystów, namawiając ich do zakupu różnych tkanin i innych wyrobów. Zresztą pięknych i tanich. Może wydawać się to męczące, ale są oni bardzo fajni i można z nimi przyjemnie pogadać, a z niektórymi nawet zaprzyjaźnić i odwiedzić później ich wioskę. Są bez porównania inni od Wietnamczyków, którzy potrafią być nieprzyjemni (szczególnie ci z obsługi ruchu turystycznego - o tym później).

Hmongowie maja rysy trochę podobne do Tybetańczyków i chyba stamtąd przyszli na teren północnego Wietnamu. Drugiego dnia poszliśmy do wioski Red Dao, oczywiście od razu zaatakowały nas kobiety i kupiliśmy 3 różne czapki:-)

Odwiedziliśmy też szkołę oraz jedną rodzinę, pokazaliśmy im widokówki z Polski, ale najbardziej podobało im się zdjęcie dzieci w strojach ludowych.
Sapa jest fantastyczna, to miejsce, za którym już tęsknię i żałuję, że mogliśmy spędzić tam tylko 2 dni. Chciałbym tam jeszcze wrócić.

Pozdrawiamy
Mariusz

PS. o Hanoi i ludziach tutaj później...

Hanoi, 23.03.2004

jeszcze raz... Parę słów o Hanoi...

To całkiem przyjemne miasto. nie jest takie męczące jak Sajgon. Raczej niska zabudowa, duży ruch ale do wytrzymania. Fajnie jest tez jezioro w mieście. Można nad nimi spacerować, posiedzieć na ławce i poobserwować ludzi. Codziennie rano wiele osób przychodzi nad jezioro poćwiczyć, niektórzy podciągają się, inni biegają, a inni ćwiczą tai chi. W Hanoi jest trochę zabytków i ładna architektura kolonialna. Jednak miejscem, które przyciąga najwięcej odwiedzających jest mauzoleum Ho Chi Minh'a. Żeby się tam dostać trzeba stać w kolejce mającej jakieś 300 m. Przed wejściem należy odpowiednio się ubrać (długie spodnie, zakryte ramiona) i zostawić wszystkie rzeczy (plecak, aparat). Ponadto zdjąć nakrycie z głowy, wyjąć ręce z kieszeni i zachować odpowiedni szacunek, czyli też nie komentować i przejść obok wujka Ho w ciszy. A porządku pilnuje jakieś 20 żołnierzy. Będąc tam ma się wrażenie, że odwiedza się jakąś najważniejszą świątynię w kraju.

Pozdrawiam
Mariusz

Hongkong, 28.03.2004

Cześć!
Jesteśmy już HongKongu, teoretycznie to też Chiny, ale po kolei...

Granice pomiędzy Wietnamem a Chinami przeszliśmy pieszo, żadnych problemów i niespodzianek, sprawdzili nam jedynie temperaturę, czy aby nie mamy SARSu. Chiny z początku wyglądały podobnie, później na drogach pojawiło się więcej samochodów, a wszystkie napisy w postaci krzaczków.

Na polach pojawiły się ciągniki - zdałem sobie sprawę, że w Kambodży i Wietnamie nie widziałem żadnego. Po kilku godzinach dotarliśmy do dużego miasta Naning - blisko 1,5 miliona mieszkańców. Tam nikt nie mówi po angielsku, jakoś dogadaliśmy się z panią z informacji, która zaprowadziła nas na przystanek autobusowy i pokazała do którego autobusu wsiąść, ile zapłacić itp. podobnie było w następnym miejscu - Chińczycy są bardzo uprzejmi.

W banku wymieniliśmy pieniądze, było to duże wydarzenie, najpierw czekaliśmy, aż znajdzie się ktoś kto zna angielski i przekaże obsłudze, co chcemy.

Po kolejnych perypetiach dotarliśmy do Guilin, a następnie YangShuo. Rejon Guilin jest znany z niesamowitych krajobrazów, pięknych wapiennych gór, które wyrastają z płaskiego terenu i wijących się rzek.
Widoki są rzeczywiście fantastyczne, okolicę zwiedza się zazwyczaj jeżdżąc na rowerze.

Tras jest na tydzień, my jechaliśmy przez kilka wiosek, później wzdłuż jednej z rzek. Można też wsiąść na bambusową tratwę i spłynąć w dół rzeki. Po drodze spotyka się ludzi pracujących na polach lub mężczyzn grających w karty :-) No właśnie, prawie wszyscy tu grają w jakieś gry, głównie w karty.

Same miasteczko Yangshuo jest bardzo turystyczne, ale też bardzo przyjemne. Jest małe, wokoło góry i nie ma tam męczących spalin. jest dużo fajnych knajpek dla turystów zmęczonych Azją. To taka Mekka dla backpackersów - tutaj po kilku miesiącach podróżowania po Azji mogą wreszcie wypić kawę albo zjeść buritos zamiast smażonych warzyw. Tutaj mogą też posłuchać swojej muzyki i odpocząć od Azji. Oczywiście przysmaki kuchni chińskiej są również dostępne, są np. ślimaki i inne dania bardziej nietypowe.

Przez te dwa dni pojechaliśmy jeszcze do wioski Pingxiang, chcieliśmy popłynąć łodzią, ale nie udało się. Policja nie pozwala wynajmować łodzi obcokrajowcom, obiecano nam że o 12 będziemy mogli popłynąć (lunch policjantów:-)) ale nie udało się.

Byliśmy za to na bazarze, myśleliśmy, że to będzie to samo co w Wietnamie... tutaj oprócz kur i motyk na bazarze jest wielu lokalnych znachorów. Wieśniacy przychodzą na bazar, żeby postawić sobie bańki albo kupić tajemnicze specyfiki na wszystko typu balsam z tygrysa. Jeden ze sprzedających demonstrował taki specyfik przypalając sobie stopę rozgrzanym do czerwoności petem, a następnie demonstrując kojące działanie specyfiku. Wieczorem widzieliśmy jeszcze wytresowane do łapania ryb kormorany - bardzo ciekawe widowisko, płynie się łodzią, wokół jest zupełnie ciemno jedynie lampa oświetla dziób lodzi, kormorany nurkują i łapią ryby!

Guilin i okolice to jedno z najfajniejszych miejsc na świecie, polecam wszystkim planującym swoje wyprawy. My możemy narzekać jedynie na nie najlepszą pogodę, ale i tak było super.

Z Guilin po całonocnej podróży autobusem sypialnym (!) dotarliśmy do granicy z Hongkongiem. Mieszkamy w słynnym Chunking Mansions (po powrocie od razu idę obejrzeć Chunking Express:-). Jest to najsłynniejsze miejsce, w jakim nocowaliśmy w czasie tej podróży. Blok z ciemnymi klitkami o powierzchni 4 metrów kwadratowych, kraty na korytarzu, wielu podejrzanych typków, chyba jedyne takie miejsce na świecie. Co ciekawe najgorszy, a zarazem najdroższy nocleg w czasie całej podróży (ok. 50 zł za pokój).

Sam HKK jest bardzo fajny, taki Londyn w Azji, ale to już na slajdach :-)

Pozdrawiam
Mariusz


Wietnam - raport praktyczny

Trasa:
5.03.2004 - 28.03.2004
Bangkok - Siem Reap (Angkor Wat) - Phnom Penh - Chau Doc (Wietnam) - Can Tho - Vinh Long - Sajgon - Mui Ne - Nha Thrang - Hoi An - Hanoi - Zatoka Halong Bay - Cat Ba - Hanoi - Bac Ha - Sapa - Hanoi - Lang Son - Naning (Chiny) - Guilin - Yang Shuo - Ping Xang - Shenzhen - HongKong

Przelot
Cathay Pacific - cena ok. 2900 zł, bilet na trasie Warszawa - Amsterdam - Hongkong - Bangkok, powrót Bangkok - Frankfurt - Warszawa. Bardzo dobre linie lotnicze - polecamy.

Wizy

Wietnam - ambasada w Warszawie - 200 zł - wiza była gotowa w ciągu pół godziny.
Kambodża - na granicy z Tajlandią - 1200 bathów, wiza powinna kosztować 25 USD, ale na przejściu z Tajlandią ciężko uniknąć pośredników.
Tajlandia - ambasada w Warszawie - 100 zł - wiza była gotowa na następny dzień po złożeniu paszportu z wnioskiem i zdjęciem.
Chiny - ambasada w Warszawie - 100 zł - wizę wyrobiliśmy w trybie normalnym - czas oczekiwania 5 dni roboczych, ekspres 3 dni, ale za 150 zł. Uwaga - kolejki w ambasadzie.

Przewodniki i książki

Wietnam - Rough Guide wydanie listopad 2003
Chiny - LP - wydanie 2003
River of time - bardzo ciekawa książka o Indochinach w czasie wojen. Autor, brytyjski dziennikarz, opisuje swoje osobiste przeżycia z Wietnamu i Kambodży z okresu wojny z Ameryką i w czasie władzy Czerwonych Khmerów.
Three months in Vietnam - ciekawy opis podroży po Wietnamie w 1986 roku, łodzią, rowerem i autobusem.

Pieniądze

We wszystkich większych miastach bez problemu można wymienić dolary na dongi. Kurs wszędzie podobny, ewentualne różnice zależą od banku oraz wielkości miasta - generalnie czym większe, tym lepszy kurs, np. w Sapie kurs w banku wynosił 15300 dongów za 1 USD, gdy w Hanoi ok. 15700. Trzeba pamiętać, że w miejscach nieturystycznych nikt nie chce wymieniać dolarów, a banki są czynne w ograniczonym czasie (od 7 rano z przerwą do 17). Tak było w miasteczku Lang Son (przy granicy z Chinami), nikt nie był zainteresowany wymianą dolarów, w hotelu również nie przyjęto zapłaty za pokój w tej walucie, musieliśmy czekać, aż następnego dnia zostanie otwarty bank. W dużych miastach i miejscach turystycznych pieniądze można również wymieniać w hotelach, można też płacić dolarami np. za nocleg lub wycieczkę. W kilku miejscach zauważyliśmy bankomaty (Hanoi, Sajgon) - nie sprawdzaliśmy, czy działają, i jaką pobierają prowizję.

Hotele
Hotele w Wietnamie są o bardzo różnym standardzie, generalnie niedrogie i dobre. Ceny wahają się od 3 do 10 USD za pokój 2-osobowy z łazienką (standard turystyczny). Za najgorszy pokój (Chau Doc) płaciliśmy 3 USD (duży pokój z fanem, brudny, łazienka bardzo mała, na ścianach gekony, właścicielka nie mówi po angielsku). Największy wybór hoteli był w Hoi An, wybraliśmy nowy, bardzo ładny hotel An Phu z basenem za 10 USD. W Sajgonie i Hanoi ceny są nieznacznie wyższe, ale bez problemów można znaleźć pokój za 6-8 USD.

Bezpieczeństwo
Podczas całego pobytu nie spotkały nas żadne niebezpieczne sytuacje. W Sajgonie, uprzedzeni przez innych turystów, zwracaliśmy większą uwagę na nasze plecaki oraz portfele (kieszonkowcy).

Wyżywienie
Jedzenie w Wietnamie jest dobre i stosunkowo łatwo dostępne, najczęściej jedliśmy ryż z warzywami lub owoce morza. Popularne jest jedzenie na ulicy, poszczególne stoiska specjalizują się w 1-2 daniach, nazwa takiego dania jest napisana na tabliczce (po wietnamsku). Zazwyczaj są to jakieś zupy. Wbrew pozorom jedzenie na ulicy jest bezpieczniejszym rozwiązaniem, niż jedzenie w pustej restauracji - świeżość łatwo określić po liczbie klientów, a tych na ulicy jest mnóstwo. W małych miasteczkach problemem jest jedzenie po 19, po tej godzinie otwarte są kafejki, a na ulicy wszyscy już zwijają swoje stoiska, w takiej sytuacji trzeba szukać restauracji dla turystów (hotele). Inaczej jest w dużych miastach, tam bez problemów serwowane są posiłki nawet do 23. Tam też zdarzają się dania europejskie, jak i innych kuchni azjatyckich, oraz fajne przysmaki - polecamy naleśniki z bananami.
Zdecydowanie najlepsze jedzenie jest w Hoi An - oprócz posiłków typowych można też zjeść tzw. specjalności Hoi An, są to m.in. delikatne pierożki, nazywane Białymi różami (7-15 tys. dongów) i Fried Wonton (10 tys.).
W miejscowościach nad morzem polecamy owoce morza - są tanie i bardzo dobre. Dużą porcję krewetek można kupić już za 20000 dongów, są oczywiście również homary, kraby i ośmiornice. Mnie najbardziej smakował tuńczyk z grilla. Takie danie kosztuje od 10000 do 40000 dongów, dodatkowo dopłacamy za ryż i inne dodatki.
W wielu miejscach można kupić egzotyczne owoce, są to znane u nas banany, pomarańcze czy ananasy, jak i również rambutan oraz inne owoce, których nazw nie sposób zapamiętać. Polecamy kupowane na ulicy, już obrane świeże ananasy (cena ok. 5-10 tys. dongów), najsmaczniejsze i największe w Delcie Mekongu.
W całym kraju jest dostępne piwo, można wypić m.in. piwo Sajgon i importowany Tiger, butelka kosztuje ok. 10-15 tys. dongów. W okolicach Hanoi popularne jest Bia Hoi, czyli tanie lekkie piwo - szklanka kosztuje tylko 2000 dongów.
Wietnam słynie z restauracji serwujących węże. W okolicach Hanoi znajduje się cała wioska specjalizująca się w przygotowywaniu takich dań - podobno tam też są najlepsze restauracje. Węża wybiera się bezpośrednio z klatki, następnie dostaje się do wypicia wódkę z krwią oraz jeszcze bijące serce do zjedzenia, po takim rozpoczęciu serwowane są kolejne dania. Powszechne jest też wino z wężem, które jest też popularną pamiątką (uwaga na lotnisku - Konwencja genewska zabrania przywożenia takich pamiątek do Europy). Polecam spróbowanie kieliszka wina (10-15 tys. dongów) w restauracji, nalewa się je z wielkiego naczynia zawierającego kilkumetrowego węża. Wietnamczycy wino takie traktują jako lekarstwo - niektórzy uważają je za afrodyzjak.
W całym kraju czuje się też Indochiny - w dużych miastach są wspaniałe cukiernie, a w całym kraju bagietki oraz serki topione Krową śmieszką. Takimi kanapkami ratowaliśmy się głownie w czasie długiej podróży.

Internet

Dostępny bez większych problemów, zazwyczaj w miejscowościach mniej turystycznych jest tańszy. Przykładowo w Vinh Long (Delta Mekongu) płaciliśmy 2500 dongów za godzinę, a w Hanoi, w samym centrum, aż 16000 dongów, kilkaset metrów dalej już 8000 dongów.

Pamiątki
W całym kraju turyści są atakowani przez sprzedawców pamiątek, przeważnie są to ładne T-shirty (ok. 25000 dongów) i kserowane książki w języku angielskim, głównie przewodniki LP oraz książki w jakiś sposób związane z Wietnamem (w cenie od 2 USD). Oprócz książek w wielu miejscach znajdują się sklepy sprzedające pirackie płyty CD, filmy DVD i programy komputerowe.
Na północy można kupić wyroby mniejszości narodowych, kupując bezpośrednio w wiosce lub na bazarze w Sapa (lub innym, np. w Bac Ha) uzyskuje się najniższe ceny. Hoi An to także miasto krawców - można tam zamówić praktycznie dowolne ubranie - krawiec pomierzy i za kilka godzin uszyje. Tam też kupuje się lampiony oraz klapki (ok. 25000 dongów). W całym kraju w sklepach można kupić różne inne pamiątki, m.in. takie jak metalowe figurki, fajki do opium, kapelusze, abażury, wyroby z jedwabiu (2-3 USD), wino z wężem (cena 2-5 USD), hamak (za 40000) itp.
Uwaga - wszędzie trzeba się targować!

Fotografowanie
Trzeba się przygotować na fotografowanie w trudnych warunkach. Na południu jest bardzo silne słońce, które praktycznie wyklucza fotografowanie w południe (zdjęcia najlepiej robić rano i wieczorem, koniecznie z filtrem polaryzacyjnym). Natomiast na północy kraju (Sapa, Ha Long, Hanoi) nie dopisała nam pogoda, padał deszcz, była mgła - wymagało to stosowania filmów o większej czułości oraz używania statywu. W Sapie widoczność przez 2 dni naszego pobytu wynosiła około 15 metrów, przez kolejne dni nic się nie zmieniło. Osobom nastawionym na fotografowanie polecam modyfikowanie planu podróży w zależności od aktualnej pogody (do sprawdzenia np. na www.yahoo.com).
Filtr polaryzacyjny niezbędny, warto zabrać statyw (np. jaskinie w Ha Long, wnętrza świątyń). Wielu Wietnamczyków nie lubi być fotografowanych, często gdy zobaczą obiektyw, odwracają głowy. Po nawiązaniu kontaktu jest dużo łatwiej i można nawet robić portrety (Sapa).

Ludzie
Ludzie w Wietnamie trochę mnie rozczarowali, nastawiałem się na miłych i otwartych ludzi, a zapamiętałem ich raczej jako spryciarzy - nie zapominajmy, że Wietnamczycy wygrali wojny z Francuzami i Amerykanami.
Najgorzej jest z osobami z tzw. obsługi ruchu turystycznego. Są to tzw. showmeni, którzy w różny sposób chcą zrobić wrażenie na białym, za wszelka cenę chcą wyciągnąć dużo $ od białasów.
Fajni są prości ludzie, z dala od utartych szlaków turystycznych. Uśmiechają się i są życzliwi, cieszą się z nawiązanego kontaktu. Tam też zdarzają się zaproszenia w stylu "na wódeczkę", do wspólnego śpiewania karaoke, czy poczęstunek krewetką :-). Niestety zazwyczaj nie mówią po angielsku.
Najfajniejsi są mieszkańcy z północy, z tzw. mniejszości etnicznych :-) Cały czas zaczepiają turystów i próbują im sprzedać kolejną narzutę - mimo tego to są bardzo uroczy - można z nimi porozmawiać, pożartować, a nawet zaprzyjaźnić się. Zapraszają też do swoich wiosek i domów.

Porozumiewanie się
W miejscach z popularnej trasy turystycznej (Sajgon - Hoi An - Hanoi - Sapa) łatwo porozumieć się po angielsku. Kłopoty występują w bardzo małych, nieturystycznych miejscowościach. W takich sytuacjach pokazywaliśmy kartkę albo stronę z odpowiednim napisem w przewodniku. Pewną pomocą może też być znajomość francuskiego - niekiedy starsze osoby znają ten język. Wiele dzieci uczy się angielskiego, tak że z roku na rok sytuacja będzie się poprawiać.

Łatwość podróżowania

W Wietnamie jest mnóstwo zorganizowanych wycieczek. W każdym hotelu są do wyboru wycieczki we wszystkie możliwe miejsca w dowolnych wariantach np. Ha Long Bay na 1, 2 lub 3 dni, z noclegiem na statku lub w hotelu itp. W dodatku wycieczki są często tańsze niż samodzielne zorganizowanie takiego wyjazdu. Z jednej strony jest to fajne i wygodne (autobus pod hotel itp.), ale z drugiej strasznie wkurza zachowanie przewodników, długie postoje w sklepach i to, że cały czas podąża się utartymi turystycznymi szlakami. Na szczęście przy odrobinie chęci można z tego nie korzystać. Tu nie jest to takie trudne! Wszystko można załatwić samemu (nawet wynająć łódź) i nie zawsze jest to droższe, a frajda dużo większa.

Sklepy

W sklepach jest prawie wszystko (w dużych miastach) i jest bardzo tanie. Odpowiadając na pytanie Artura są tu też pampersy, ale trzeba trochę poszukać - możecie jechać z dziećmi :-) Co ciekawe, można też kupić czekoladę z Polski :-)

Transport

Do Wietnamu dostaliśmy się od strony Kambodży szybką łodzią, bezpośrednio z Phnom Penh do Chau Doc w Delcie Mekongu (z przejściem granicznym 4 godz., 15 USD). Głównie podróżowaliśmy autobusami i pociągami. Na głównych trasach turystycznych dostępne są tzw. otwarte bilety turystyczne (open ticket), taki bilet kupuje się np. na trasie Hanoi-Sajgon, pozwala on na zatrzymanie się w kilku miejscach (Mue Ne, Nha Trang, Hoi An, Hue itp.), zarówno na kilka godzin, jak i kilka dni. Autobusy są raczej dobre, mają rozkładane siedzenia i kursują również w nocy, odjeżdżają bezpośrednio z hotelu, a zajeżdżają pod hotele związane z biurem obsługującym linię. To dosyć wygodna i szybka metoda podróżowania. Można również podróżować autobusami lokalnymi, które odjeżdżają z dworców, ceny w nich są zbliżone do autobusów turystycznych, warunki zwykle trochę gorsze, ale czas podróży nawet mniejszy. Na krótszych trasach polecam autobusy lokalne, dostarczają więcej wrażeń, ponadto kierowca nie zatrzymuje się po drodze w restauracjach z cenami dla turystów, tylko w tych bardziej lokalnych. Z komunikacją autobusową nie ma żadnego problemu - na najpopularniejszych trasach autobusy/busiki kursują co godzinę.
Przykładowe ceny:
Vinh Long - Saigon - 36000 dongów
Saigon - Mue Ne - 5 USD
Sapa - Lao Cai - 25000

Kolej - jest zdecydowanie droższą i wolniejszą metodą przemieszczania się w porównaniu do przejazdu autobusem. Popularne trasy to Sajgon - Hanoi oraz Hanoi - Sapa (pociągiem jedziemy tylko do Lao Cai). Przejazd pociągiem do Lao Cai (Sapa) trwa ok. 8 godzin. Pokonując tę trasę w nocy oszczędzamy czas i nie męczymy się w czasie podroży (autobusem ok. 10 godzin przez góry). Cena biletu sypialnego to ok. 15 USD - bilet taki kupimy w każdym biurze podróży oraz taniej na dworcu. Pociągiem można też pojechać bezpośrednio z Hanoi do Pekinu, w każdy wtorek i czwartek wieczorem wyrusza taki pociąg - cena do Guilin w Chinach to ok. 70 USD.

Samoloty - wygodne i niedrogie. Przelot z Sajgonu do Hanoi kosztuje ok. 90 USD, przelot z Da Nang (Hoi An) do Hanoi ok. 53 USD. Możliwe są też bezpośrednie połączenia do Siem Reap (Angkor Wat).

Poruszanie się po mieście - można jeździć autobusem, ale problemem może być określenie trasy autobusu. Zdecydowanie łatwiej poruszać się motorem lub rykszą. Najszybszy sposób przemieszczania się to skuter, dostarcza też najwięcej wrażeń. Nie mając dużych bagaży skuterem można jechać nawet w 3-4 osoby; gdy mamy plecak, zabiera go kierowca i wiezie tuż przy kierownicy. Przejazd skuterem po Sajgonie w godzinach szczytu to niezapomniane przeżycie. Jako ciekawostkę, a zarazem wsparcie mniej zamożnych Wietnamczyków, polecam przejechanie się rykszą. Co ciekawe, nadal wielu z rikszarzy to skierowani do reedukacji byli żołnierze południowi, świetnie mówiący po angielsku. Taksówka to w Wietnamie luksusowy środek komunikacji. W małych miasteczkach polecamy poruszanie się pieszo lub wynajętym rowerem (Hoi An, Hanoi).
Przykładowe ceny:
Ryksza w Sajgonie - półgodzinna trasa ze świątyni Jade do hotelu - 15000 za 2 osoby
Skuterem po Sajgonie - 10000 od osoby
Mue Ne - wycieczka na wydmy białe, czerwone i do wioski rybackiej - 5 USD od osoby (bardzo długa trasa)
Taxi z Hoi An na lotnisko w Da Nang - 6 USD za samochód
Wypożyczenie roweru w Hoi An na cały dzień - 5000 dongów za rower
Bus z lotniska do centrum Hanoi - 30000 od osoby
Bus z Lang Son do granicy chińskiej - 10000 od osoby
Motor po okolicach Sapa - 40000 od za motor.

Wycieczki zorganizowane
Wraz z wprowadzeniem doi moi (liberalizacja gospodarki) w Wietnamie pojawiło się mnóstwo biur turystycznych. W każdym hotelu jest biuro proponujące wycieczki we wszystkie turystyczne miejsca. Wycieczki są w dowolnych wariantach, np. zatoka Ha Long na 1, 2 lub 3 dni, z noclegiem na statku lub w hotelu itp. W dodatku wycieczki te są często tańsze niż samodzielne zorganizowanie takiego wyjazdu. Podsumowując, jest to bardzo wygodne (autobus pod hotel itp.), z drugiej jednak strony są wady takiego rozwiązania: zachowanie przewodników często irytuje, są duże opóźnienia, postoje w sklepach, i to, że cały czas podąża się utartymi turystycznymi szlakami. Na szczęście przy odrobinie chęci można z tego nie korzystać, i nie jest to takie trudne! Wszystko można załatwić samemu, niekoniecznie jest to droższe, a frajda dużo większa. Tak jak kiedyś nie było możliwe wynajęcie łodzi, tak teraz wystarczy przejść się w okolicach portu i można przebierać w ofertach, a na północy można nawet kupić motocykl Minsk.

Delta Mekongu
Delta Mekongu to tysiące kanałów i łodzi, piękne zielone wyspy, tanie owoce i codzienne życie nad wodą.
Deltę najłatwiej zobaczyć na wyciecze zorganizowanej, takie wycieczki 1,2 lub 3-dniowe kupuje się w każdym biurze turystycznym. Wycieczki 1-dniowe nie mają sensu, minimum to 2 dni. Teraz jest możliwie zwiedzanie delty samemu, wystarczy pojechać autobusem do jednego z miast i tam wynająć łódź. Dodatkowo w każdym mieście jest możliwe dołączenie się na "chwilę" do wycieczki zorganizowanej (czasem warto - przejazd z wycieczką z miasta do miasta nie kosztuje dużo, a po drodze można zatrzymać się np. w punkcie wyrabiania kadzideł). Co widzieliśmy? W okolicach Chau Doc można zobaczyć muzułmańską mniejszość narodową (nie warto) oraz pływające farmy rybne, czyli domki, pod którymi znajdują się klatki z hodowlami ryb (warto!). W okolicy Can Tho są największe pływające markety (warto), a w Ben Tre można popływać najładniejszymi kanałami na wyspie (wąskie, zielone tunele). Cały czas obserwuje się życie w Delcie - czyli liczne pola uprawne, pływające domy, ludzi myjących się w kanałach itd... Byliśmy też w przyjemnym miasteczku Vinh Long (polecamy hotel z widokiem na Mekong - 10 USD). Stamtąd popłynęliśmy promem na drugą stronę rzeki na piękną zieloną wyspę - istną oazę spokoju. Następnego dnia, o 6 rano wynajęliśmy łódź na 4 godziny (za 12 USD) i popłynęliśmy na floating market - jest on bardzo mało turystyczny (dosłownie 0 turystów), ale też nie jest tak atrakcyjny, jak te w okolicach Can Tho - jest to market hurtowy, z wieloma dużymi wyładowanymi łodziami. Wracając przepłynęliśmy kilkoma pięknymi kanałami na wyspie i wstąpiliśmy do ogrodu Bonsai.

Ho Chi Minh City - Sajgon
Sajgon to duże, szybko rozwijające się miasto, na drogach niewyobrażalny ruch i miliony skuterów. Odwiedziliśmy War Remnants Museum (warto) oraz Jade Emperor Pagoda, która jest jedną najpiękniejszych świątyń, jakie widziałem. Polecam spacer po centrum w okolicach Hotel de Ville, katedry Notre Dame, przystani nad rzeką, oraz wizytę w kawiarni na dachu Rex Hotel. Dużo wrażeń dostarcza też przejazd skuterem w godzinach szczytu. Odwiedziliśmy też chińską dzielnicę, ale poza kilkoma ładnymi budynkami (świątynie i architektura kolonialna) nie zauważyliśmy nic specjalnie ciekawego. W Sajgonie bardzo łatwo kupić wycieczkę do świątyni Cao Dai i tuneli Vietcongu w Cu Chi (warto), wycieczki te kosztują kilka dolarów. Dostępne są również wycieczki do Delty Mekongu z opcją bezpośredniego przejazdu do Siem Reap w Kambodży (2-3 dniowe w cenie ok. 25 USD). W Sajgonie spędziliśmy 1,5 dnia, mieszkaliśmy na ulicy Pham Hgu Lao, w jednym z licznych hotelików dla podróżników.

Mue Ne
Mała wioska rybacka, ale tuż obok znajduje się najlepsza plaża w Wietnamie, a w pobliżu wydmy. Cały kurort to kilkanaście kilometrów plaży z hotelami dla klientów o różnej grubości portfela. Są tutaj zarówno budżetowe bungalowy (5-8 USD), jak i luksusowe hotele z basenami. Plaża jest piękna, a woda odpowiedniej temperatury, wzdłuż plaży rosną palmy :-). Wokoło kluby, biura turystyczne i restauracje (polecamy restaurację na wysokości ośrodka Sea Horse - jest dla lokalesów, ale jedzenie tanie i bardzo dobre).
W Mue Ne poza leżeniem na plaży można wybrać się na oglądanie pobliskich wydm: białych, oddalonych o 45 minut drogi skuterem, i czerwonych - tuż za wioską. Opłata za taką wycieczkę to ok. 80 000 dongów za skuter, czyli osobę. Można też wynająć skuter, ale odnalezienie drogi do białych wydm nie jest proste, a warto je zobaczyć. Polecamy też największą atrakcję tej miejscowości, czyli wschód słońca w wiosce rybackiej. Ok. 5:30 na plaży w wiosce wielu mieszkańców czeka na wracających z połowów rybaków. Duża gratka dla fotografujących, zero turystów, kolorowe łodzie i wspaniałe okazy: olbrzymie płaszczki, rozgwiazdy, homary...
Dojazd do Mue Ne to autobusy turystyczne z Sajgonu i Nha Trang, cena ok. 5 USD, autobusy kursują dwa razy dziennie ok. 13 i 1 w nocy.

Hoi An
Piękne, małe miasteczko wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO, bardzo turystyczne, ale mimo tego przyjemnie i warte odwiedzenia. Samo centrum to liczne ciekawe architektonicznie zabudowania, w szczególności: świątynie, miejsca spotkań, stare domy chińskie i słynny most japoński. W zależności od obiektu można wejść za okazaniem biletu lub za darmo (skomplikowany system opłat). Oprócz starówki można się wybrać na pobliską plażę rowerem (3 km, 5000 dongów za dzień) oraz na bazar w centrum, nad rzekę (najlepiej ok. 6:30 rano). Hoi An to stolica krawców - uszyją wszystko, co zapragniesz, nawet w kilka godzin.
Tutaj też jest najlepsza kuchnia w Wietnamie - polecamy wspaniałe delikatne pierożki, tzw. White Roses i Fried Wonton (5-10 tys. dongów). Jeżeli zamierzacie kupić pamiątki, to w Hoi An są one najtańsze, w szczególności wyrabiane tutaj abażury i klapki.

Hanoi
Bardzo przyjemne miasto. Nie jest tak męczące jak Sajgon. Raczej niska zabudowa, stosunkowo duży ruch, ale do wytrzymania. Dużą niespodzianką są jeziora w mieście (szczególnie Hoan Kiem). Można nad nimi spacerować, posiedzieć na ławce i poobserwować ludzi. Codziennie rano wiele osób przychodzi nad jezioro poćwiczyć, niektórzy podciągają się, inni biegają, a jeszcze inni ćwiczą Tai Chi. W Hanoi jest trochę zabytków i ładna architektura kolonialna. Koniecznie trzeba odwiedzić Świątynię Literatury i pójść na przedstawienie Water Puppets (3 razy dziennie, 30 000 dongów).
Miejscem, które przyciąga najwięcej odwiedzających, jest mauzoleum Ho Chi Minha. Żeby się tam dostać, trzeba stać w kolejce mającej jakieś 300 m. Przed wejściem należy odpowiednio się ubrać (długie spodnie, zakryte ramiona), zostawić wszystkie rzeczy (plecak, aparat). Ponadto zdjąć nakrycie z głowy, wyjąć ręce z kieszeni i zachować odpowiedni szacunek, czyli w ciszy przejść obok wujka Ho, a porządku pilnuje ok. 20 żołnierzy. Będąc tam ma się wrażenie, że odwiedza się jakąś najważniejszą świątynię w kraju. Wujka Ho możemy odwiedzać codziennie od 8 do 11, za wyjątkiem 2 miesięcy zimowych, gdy wujek jest w "serwisie" w Moskwie (wejście gratis).

Zatoka Ha Long i wyspa Cat Ba
Zatoka Ha Long to atrakcja turystyczna numer jeden, rozsławiona licznymi zdjęciami oraz filmem Indochiny. Jest piękna, ale trzeba mieć szczęście, żeby trafić na dobrą pogodę.
Do zatoki pojechaliśmy z wycieczką zorganizowaną, a wróciliśmy sami - nie lubimy wycieczek, a i nie chcieliśmy wracać tą samą drogą. Za 1-dniową wycieczkę do zatoki, z transportem, jedzeniem i rejsem do wyspy Cat Ba zapłaciliśmy 14 USD. Wycieczka wyglądała tak, że z 1,5-godzinnym poślizgiem wyjechaliśmy z Hanoi, po drodze był obowiązkowy postój w sklepie dla turystów, później lunch (napoje dodatkowo płatne) i ok. 13 znaleźliśmy się na łodzi. Na początku widoczność była zła, później było już całkiem dobrze, a chwilami widoki były super. Ja zapamiętałem wpłynięcie łodzią do portu na wyspie, w świetle zachodzącego słońca, pomiędzy skałami i pływającymi wioskami... W Cat Ba zostaliśmy na noc i następnego dnia rano promem zaczęliśmy wracać przez Haiphong (promy są o 5:45 rano, 13 i 15, ok. 2,5 godz., 70 000 dongów), a stamtąd do Hanoi (2 godziny busem). Sama wyspa Cat Ba warta jest poświęcenia przynajmniej jednego dnia i wybrania się na treking - chodząc po parku narodowym można odpocząć od hałasu i spalin, tak obecnego w Wietnamie. Same miasto Cat Ba jest małe, ale bardzo przyjemne (mili ludzie i smaczne dania z owocami morza oraz bary z piwem Bia Hoi). Warto zaznaczyć, że większość wycieczek zorganizowanych do Ha Long następnego dnia wraca tą samą trasą do Hanoi, na zatokę spokojnie można przeznaczyć 2-3 dni. Zdecydowanie odradzam wycieczkę jednodniową - nie ma ona większego sensu - prawie cały dzień spędza się w autobusie, a nie na łodzi.

Sapa i okolice
Jest to górski rejon północnego Wietnamu, zamieszkiwany przez różne mniejszości, jest ponad 50, nadal wszyscy ubierają się w swoje kolorowe, charakterystyczne stroje. Cała okolica to piękne góry, z tarasowymi polami ryżowymi, wodospadami i spotkaniami z sympatycznymi ludźmi na szlaku.
Na północ dostaliśmy się pociągiem nocnym z Hanoi (bilet kupiony w biurze za ok. 15 USD). Podróż zaplanowaliśmy tak, żeby pierwszy dzień spędzić na niedzielnym bazarze w Bac Ha, a po południu przejechać do Sapa busem (4,5 godziny, 4-6 USD). Rano wysiedliśmy z pociągu w miejscowości Pho Lu, przy dworcu na przybycie pociągu czekał autobus do Bac Ha (20 000 dongów), po 2 godzinach jazdy przez góry pełne tarasów ryżowych dociera się do miasteczka. Bazar zaczyna się już wcześnie rano, najwięcej odwiedzających jest ok. 10, gdy mieszkańcy okolicznych wiosek zdążą dotrzeć. Turystów jest niewielu, można powiedzieć, że ich obecność nie przeszkadza. W Bac Ha w większości pojawiają się Flower Hmongowie. Kobiety są pięknie ubrane w ręcznie wszywane kolorowe suknie, mają dużo biżuterii. Mężczyźni wyglądają równie ciekawie, są w czarnych kubraczkach zapinanych na supełki, a chodzą w plastikowych sandałach. Czuje się autentyczność tego miejsca - ktoś przyszedł sprzedać konia, a ktoś inny poplotkować, dziewczyny rozglądają się za biżuterią, mężczyźni palą tytoń, a jeszcze inni przyszli obejrzeć film. Można tam kupić wszystko, co potrzeba - są konie i małe świnie, ale też materiał do wyszywania, kolorowe nici i błyskotki.
Sapa - dawny posterunek francuski - to miejsce zdecydowanie bardziej turystyczne. Miasto jest pięknie położone na wysokości 1700 m. (w samochodzie polecam miejsce po lewej stronie przy oknie). Same miasteczko przyjemne, po jednym dniu wszyscy się już znają, zarówno turyści jak i handlujący Hmongowie. Poza odwiedzaniem kolejnych restauracji nie ma za bardzo tutaj co robić - najlepiej jak najszybciej wybrać się na trekking. Szlaków jest wiele, można pójść samemu lub z agencja turystyczną - polecamy rozmowy z Hmongami - chętnie zaprowadzą do swojej wioski (2-5 USD). W okolicach miasta mieszkają m.in. Black Hmongowie (stroje w kolorze indygo) i Red Dao. I głównie kobiety Hmongów atakują turystów, namawiając ich do zakupu różnych tkanin i innych wyrobów (pięknych i tanich) - nie jest to jednak specjalnie uciążliwe.
Ze względu na deszcz i mgłę nie mogliśmy udać się w dłuższy trekking, wynajętym motorem pojechaliśmy do niżej położonej wioski Ta Phin (mniejszość Red Dao), w której już nie padało. Odwiedziliśmy szkołę oraz pochodziliśmy po okolicy. W pobliżu Sapa znajduje się też Fan Si Pan (3143 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Indochin - wejście jest dosyć forsowne i zajmuje 3 dni.

Jak dostać się z Tajlandii i Kambodży do Wietnamu
Do Wietnamu jechaliśmy z Bangkoku, zwiedziliśmy świątynie w Bangkoku, a następnego dnia autobusem pojechaliśmy do Siem Reap w Kambodży (przejazd zajmuje cały dzień, wizę kambodżańską można kupić na granicy).
W Angkor Wat najbardziej znane świątynie można objechać nawet w 1 dzień. Rozsądne minimum czasu potrzebnego na zwiedzanie to 2 dni, jeden na najważniejsze świątynie, a drugi na te dalej położone i ew. ponowną wizytę w tych już odwiedzonych.
Planując swój pobyt trzeba pamiętać o tym, że w środku dnia jest tam bardzo gorąco, intensywne zwiedzanie jest ciężkie. Oprócz świątyń najbardziej znanych i opisanych w każdym przewodniku, polecamy zwiedzenie jednej ze świątyń poza kompleksem głównym - Benga Melea (osobny bilet wstępu - 5 USD). Jest ona w części zawalona i zarośnięta, praktycznie nie ma tam turystów. Dojazd do tej świątyni to ok. 1,5 godz. jazdy samochodem od Siem Reap (kierunek "różowej" świątyni, wynajęty samochód 40 USD). Obok znajduje się typowa wioska, przez którą warto się przespacerować i poobserwować życie poza miastem (bardzo biedni ludzie).
Z Siem Reap w ciągu jednego dnia można dostać się do Phnom Penh, a następnie autobusem do Sajgonu lub łodzią bezpośrednio do Delty Mekongu (Chau Doc, łodzie są o 6 rano za 6 USD i o 14 za 15 USD). Warto jeden dzień zostać w PP, zobaczyć Pałac Królewski, muzeum S-21 i samo miasto (bulwary nad Mekongiem itp.). Polecamy świetne hotele nad jeziorem, np. Lake Side (3 USD).

Jak dostać się z Wietnamu do Hongkongu?
Z Hanoi można pojechać pociągiem do Kunomingu (przez miasto graniczne Lao Cai) lub Pekinu (przez Naning i Guilin). Bezpośrednie pociągi nie kursują codziennie i są dosyć drogie. Tańsza opcja to przejazd autobusem z Hanoi do miasta Lang Son przy granicy z Chinami (bus co godzinę, podróż ok. 2,5 godz., 40 tys. dongów), stamtąd można busikiem pojechać na granicę (10 tys. dongów) i przejść ją pieszo (otwarta od 7 do 17). Po stronie chińskiej taxi dojeżdża się z granicy do Pingxiang, a następnie autobusem do Naning (4 godz, 50 yuanów). Z Naning możemy jechać np. do Guilin (5 godzin, autobusy co 2 godz., 70 yuanów) lub do Shenzen (przejście graniczne do Hongkongu). Jeżeli zdecydujemy się na Guilin, to później jest możliwość sprawnego pojechania do Hongkongu autobusem sypialnym z Guilin do Shenzen (ok. 170 yuanów, odjazd ok. 20 wieczorem). Polecamy spędzenie 2-3 dni w Yangshuo (1 godz. od Guilin), miasteczko jest pięknie położone, a okoliczne góry można penetrować m.in. na wypożyczonym rowerze.

Co będziemy długo wspominać?

  • Sapa - krajobrazy i ludzie
  • Bac Ha - bazar
  • Hoi An - urodę miasteczka i jedzenie
  • Mue Ne - wioskę rybacką rano, plażę i wydmy
  • Sajgon - jazdę na skuterze i światynię Jade
  • Spacer po wyspie Binh An (Vinh Long) w delcie Mekongu
  • Hanoi - spacery wokół jeziora
  • Ha Long - zatoka i wyspa Cat Ba